ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Reportaż

Matka Polka emigrantka

4 lutego 2020 / Agnieszka Jabłońska

Matka Polka pakuje walizki: swoje i partnera.

Otula się ciepłym szalem i po raz ostatni siada w ulubionym fotelu. Wypija herbatę, gładzi się po ciężarnym brzuchu. Wierzchem dłoni ociera łzy, patrząc na znane meble, na znany i znienawidzony krajobraz blokowiska. Podnosi się z westchnieniem – nie jest łatwo dźwigać na plecach ciężar całego swojego świata. 

Matka Polka żegna się ze wszystkimi, wyprawia huczne przyjęcie, jest panią wieczoru i królową nocy. Tańczy boso, stukają kieliszki szampana, przyjmuje życzenia „pomyślności i powodzenia”. W łazience patrzy w lustro, delikatnie rąbkiem chusteczki higienicznej ściera rozmazany tusz. Nie ma co płakać nad raz podjętym postanowieniem, myśli, gdy tydzień później widzi dwie kreski na plastikowym patyczku z apteki. Pakuje walizkę, jedzie. 

Matka Polka wyjeżdża za granicę: do Anglii, do Niemiec, do Holandii, do Francji albo do Norwegii. Często nie zna ojczystego języka kraju, do którego się przeprowadza. Najczęściej leci na skrzydłach miłości, wtulona w fotel samolotu tanich linii lotniczych. Śpieszy się, żeby wpaść w ramiona, które już tam są, już budują dom z cudzego łóżka, pożyczonych garnków i koca z wyprzedaży. 

Matka Polka chce żyć lepiej, w dostatku, chce i być, i mieć – jest zachłanna powiedzielibyśmy – ale kieruje się prawem do szczęśliwego życia. Na miejscu, gdy już się odnajdzie, gdy wypełni dom zapachem ciasta i nauczy się drogi powrotnej do niego, szuka możliwości rozwoju, po emigracji często podejmuje pracę, niekoniecznie w zawodzie. Albo zostaje w domu z dzieckiem, bo za granicą to jakoś lepiej – mąż zarabia i pieniędzy starcza na wszystko: na rachunki, na mleko modyfikowane i na bluzkę. Bez walki o każdego centa, ze spokojem godnym cywilizowanych ludzi. 

Matka Polka Emigrantka tęskni za domem – za rodziną, z którą więzi rozluźniają się zbyt szybko, za poczuciem bycia u siebie, bo „tam”, gdzie jest, jest „stamtąd”. To dziwne – myśli – przecież nie jestem już „stamtąd”, więc powinnam być „stąd”. 

Matka Polka Emigrantka przyzwyczaja się do innego smaku chleba, do domów, które tylko przypominają polskie, do rowerowych dzwonków i czystego powietrza. Przyzwyczaja się do temperatury i dziwnego języka, który jest trochę gardłowy i powoli zaczyna wydeptywać swoje ścieżki, aż do chwili, gdy trzeba znowu zapakować na plecy cały swój świat i wrócić. 

Dlaczego Matka Polka Emigrantka nagle wraca? 

Zapytałam o to Paulinę i Karolinę – dwie odważne kobiety, które zdecydowały się wyjechać do Holandii. W podróży towarzyszyli im partnerzy, którzy pragnęli poprawić sytuację ekonomiczną rodziny i szukali dla siebie możliwości rozwoju. Paulina i Karolina nie zrezygnowały z emigracji, gdy dowiedziały się, że zostaną mamami i postanowiły urodzić swoje dzieci – Paulina syna, a Karolina córkę, a później syna w Holandii. Podzieliły się ze mną tym, co skłoniło je do wyjazdu, jakie emocje towarzyszyły im na każdym etapie emigracji, jak przyzwyczajały się do nowego dla nich świata i wreszcie – co, jak się okazuje, wcale nie było łatwe – dlaczego zdecydowały się na powrót do Polski. 

TMM: Dziewczyny, co skłoniło Was do emigracji, do wyjazdu z Polski?

Paulina: Powodem mojej emigracji była oczywiście miłość. Poznaliśmy się kiedy byliśmy w technikum, ale wtedy nasze drogi się rozeszły – nie wyszło. Czasem tak w życiu bywa. Jednak kiedy natrafiliśmy na siebie po latach (podczas moich studiów magisterskich), nie było już wątpliwości. Wiedziałam, że chcę z nim być i wiedziałam, że pójdę z nim na koniec świata. Wtedy okazało się, że tym końcem świata (dosłownie i w przenośni) stanie się właśnie Holandia.

Karolina: To był początek lata 2014 roku. Uwielbiałam swoją warszawską pracę, ogromne grono znajomych do rany przyłóż i czas pełen spotkań, ludzi, imprez. Mój partner  jednak nie lubił swojej pracy. Ma duszę eksplorera, jest realistą i wiedział, że jeśli chce mieć lepszą pracę – musi szukać za granicą. Wybrał Holandię. Nie miałam z tym problemu, wiedziałam, że jeśli dostanie dobrą ofertę to pojadę za nim, nawet za ocean. On wyjechał pierwszy, ja zaczęłam wtedy załatwiać sprawy w Polsce, wypowiedzenie umowy, pożegnania ze znajomymi.

TMM: Jak widzę, u każdej z Was, energią, która napędziła Was na wyjazd, była miłość! Jak się okazało – szczęśliwa i dość szybko spełniona. Kiedy dowiedziałyście się, że zostaniecie mamami? 

Paulina: W pierwszym okresie [po naszej emigracji] dojeżdżałam na zjazdy z Amsterdamu do Poznania. Raz w miesiącu. Obłęd! Kiedy jednak zaszłam w ciążę, która od 5. miesiąca była zagrożona, musiałam zrezygnować ze studiów i całkowicie zderzyć się z faktem, że oto skończyła się moja „łączność” w Polską i wszystko co mam, to Holandia, język holenderski i niezbyt smaczne jedzenie – oraz brak jakichkolwiek przyjaciół, czy znajomych.

Karolina: Po tygodniu od wyjazdu mojego partnera okazało się, że jestem w ciąży! Szczęście, ale sytuacja była trochę stresująca. Nie cofnęliśmy podjętej decyzji, chociaż bałam się, nie znałam holenderskiego i nigdy wcześniej nie mieszkałam poza granicami Polski. Z drugiej strony ekscytacja, nowe życie. Sumując, to nawet dwa.

TMM: Bardzo gratuluję Wam odwagi. Jak przebiegały Wasze ciąże w Holandii? Jak potraktowała Was holenderska służba zdrowia? 

Paulina: Na szczęście okolicach 6. miesiąca  jedynym zagrożeniem dla mojej ciąży okazała się kompletnie oderwana od rzeczywistości diagnoza p. ginekolog, która została podważona badaniami oraz opiniami dwóch niezależnych od siebie lekarzy. Holenderscy lekarze nie traktowali ciąży jako stanu wyjątkowego – opieka wyglądała zupełnie inaczej. Ginekologa zastąpiła położna. Nie było badań krwi i częstych USG, a na pytanie, co jeśli zacznie się akcja porodowa podczas nieobecności mojego partner, usłyszałam, że ciąża to nie choroba, a poród to nie atak. Żadnych karetek, przecież mogę dojechać ROWEREM, bądź w ostateczności wezwać taksówkę. Jednym słowem było ciężko się dostosować.

Co ciekawe, mój syn – Krystian urodził się w Holandii (w Amsterdamie), gdy miałam 24 lata. W Polsce to normalny wiek na dziecko, a tam patrzyli na mnie, tak jak w Polsce patrzy się na rodzącą nastolatkę przed osiemnastką.  Urodził się o 6.24, natomiast od 16.00 byłam już w domu. Tego samego dnia. Z noworodkiem. Bez cioci, babci, mamy – nikogo do pomocy. Można spanikować, więc spanikowałam. ;).

Karolina: Gdy byłam w zaawansowanej ciąży, poszliśmy z partnerem do szkoły rodzenia. Później na świecie pojawiła się nasza córka. Bardziej niż standard opieki medycznej w Amsterdamie podczas ciąży i porodu wspominam samotność, którą odczuwałam po przyjeździe do Holandii. Dołączyłam do mojego partnera na początku jesieni. Po rozpakowaniu wszelakich gratów, książek i kota, po pierwszym wow, konfetti już trochę się podeptało. Najpierw odczuwałam spokój, urządzałam gniazdo, miałam porządek i spokój, mruczącego kota i wszystkie sezony dr House’a. Urlop na żądanie.

Niedługą chwilę potem zaczęła pukać do mnie samotność, ogromna pustka. Brak znajomych, rodziny, tylko ten kot i przechodnie na ulicy. Rozpaczliwie potrzebowałam kontaktu z innymi ludźmi, rozglądałam się za szansami. Nie pracowałam, więc poszłam na kurs niderlandzkiego. Poznałam tam kilka osób, zaprzyjaźniłam się z jedną, przesympatyczną Hiszpanką. Spędziłyśmy razem pierwszego sylwestra, ja jeszcze w dwupaku. Ona była dużo młodsza, jeszcze studiowała i tak szybko jak się pojawiła, zniknęła gdzieś w czeluściach Europy.

Poszliśmy też z partnerem do szkoły rodzenia, znajomych stamtąd wystarczyło zaledwie na kilka wspólnych obiadów. Jedyne, (co zabawne i nie przypuszczałam) co zadziałało to portal dla polskich matek w Holandii. Nie pamiętam już jego nazwy, ale tam poznałam Anię, z nią mam jako taki kontakt nawet teraz po powrocie. Poznałam ją, kiedy jej najmłodszy syn miał rok i siedem miesięcy. Chwilkę po tym urodziłam i ja, córkę. Wtedy jakoś wszystko zaczęło się układać, poznawałam coraz więcej matek i zaczęłam należeć do jako takiej społeczności.

TMM: Paulina, a Ty jak sobie poradziłaś po porodzie? Kto pomógł Ci w opiece nad synkiem? 

Paulina: Przez pierwszy tydzień na kilka godzin dziennie przychodziła do pomocy opiekunka z urzędu. Kąpała dziecko. Pozwala mi się wyspać. Sprzątała w domu. Uczyła, jak karmić piersią. Pozwala dojść do siebie, we własnym domu, wśród własnych rzeczy. Ten tydzień, to był dokładnie taki czas jakiego ja potrzebowałam, żeby nabrać odwagi i pewności do samodzielnej opieki nad dzieckiem. Wtedy do mnie dotarło, że niezależnie, jak niemądre i nieodpowiedzialne mi się to z początku wydawało, to jednak opieka okołoporodowa i poporodowa w Holandii ma większy sens niż by się ktokolwiek spodziewał. Mój szok powoli mijał – natomiast szok holendrów wzrastał. Nie dość, że urodziłam dziecko tak młodo, to jeszcze nie oddałam go do żłobka, kiedy miał 3 miesiące i nie rozpoczęłam zawrotnej kariery! Spędziłam z nim 4 lata. Najbardziej wymagające, ale i najpiękniejsze lata mojego życia.

TMM: A co było dalej? Kiedy poczułyście, że zaczynacie zapuszczać korzenie? Czy w ogóle doświadczyłyście uczucia, że mogłybyście zostać w Holandii na stałe? 

Paulina: Kiedy Krystian poszedł w wieku 4,5 roku do szkoły, nastąpił kolejny etap w naszym życiu. Ja mogłam wyjść do ludzi, zacząć podejmować dorywcze prace. Założyć z czasem swoją własną działalność. Zaczęliśmy również remont naszego domu. Po 7 latach w końcu zaczęłam wpuszczać korzenie w tę holenderską ziemię. Czuć się jak w domu, mimo tego, że dla holendrów już zawsze miałam być tą przyjezdną. 

Co do poczucia obcości – nigdy tak naprawdę chyba nie zapuściłam tam korzeni. Nigdy nie zagłębiłam się w tamtejszą kulturę i nie przyjęłam ich zwyczajów. W domu czułam się jak w normalnym polskim domu. Tyle tylko, że nie mieliśmy śmietnika w szafce pod zlewem. ;). Nie trafiałam również na częste sytuacje o zabarwieniu „wracajcie do siebie”. Przynajmniej nie takie bezpośrednio skierowane w kierunku mojej osoby. Słyszałam jednak komentarze w moim towarzystwie, że obcokrajowcy powinni wracać do krajów skąd przyszli. Że zabieramy im pracę, bądź, że w Polsce jest taka bieda, że jemy szczury. Sytuacja, kiedy na polską autostradę wylała się czekolada z cysterny, otworzyła niektórym oczy, że tak – mamy w Polsce autostrady i asfalt.

Karolina: Amsterdam mnie w sobie rozkochiwał. Wszystkie te urocze uliczki i oświetlone puby, wszystkie kamienice i kanały, wszechobecne czaple i czarne kaczki i dźwięki rowerowych dzwonków – to amsterdamskie DNA dowiązywało się do mojego łańcucha. Wtopiłam się w ten tłum, tolerancyjnych ale i szczerych, pragmatycznych ludzi. Było mi dobrze, daleko od świata, w którym tak dużo robiło się na pokaz i wszystko wymagało oceny, komentarza, a nawet ukłonu z hejtu. Zaczęłam prowadzić jednoosobowa firmę, sprzedawałam DIY, potem pracowałam dla holenderskiego start-upu. Urodziło się drugie… Kupiliśmy bakfietsa [rower ze skrzynią wyposażoną w wygodne siedzisko, która  służy do przewożenia dziecka, bardzo popularny w Holandii]. Wklejałam się z radością w ten Amsterdamski obrazek.

TMM: To wszystko brzmi niczym bajka, a jak wygląda rzeczywistość? Paulina, co z tęsknotą za krajem? Jak często towarzyszyło Ci to uczucie? 

Paulina: Będąc na emigracji nie ma się zbyt dużej możliwość na oddanie się tęsknocie za krajem. Oczywiście, że człowiek tęskni, ale nie może zanurzyć się w tej tęsknocie, bo można utonąć chociażby z tego względu, że zaczyna się idealizować kraj, z którego się wyjechało. Zapomina się o trudnej i skomplikowanej sytuacji politycznej, a zanurza się stopy w tęsknocie za lasami, łąkami, pagórkami. Brakuje polskiego pączka na wyciągnięcie ręki i świeżej polskiej bułki na śniadanie. W dobie nielimitowanych połączeń tęsknota za rodziną nie jest aż taka straszna. Przynajmniej nie była dla nas. Mogliśmy sobie pozwolić na bardzo częste wizyty w Polsce. Chociażby tylko na weekend. Dłuższe przyjazdy na wakacje, czy ferie. Częste wizyty również sprawiały, że żyliśmy na emocjonalnej kolejce górskiej. Idealizowanie – zderzenie z rzeczywistością. Wracając do kraju oczami wyobraźni widzisz już zielone lasy, czujesz zapach porannej rosy i nagle zaraz po przekroczeniu granicy wypadasz z jednej dziury drogowej, w drugą. Jeden szybki wyjazd nie wystarcza na załatwienie jednej sprawy urzędowej – nie mówiąc już o wszystkich zaległych. Zamiast iść na spacer do lasu próbujesz rozciągnąć czas pomiędzy odwiedziny u całej rodziny, a załatwianie zaległych spraw.

TMM: Czuję tutaj pewien dysonans, mimo że każda z Was doszła w życiu na emigracji do momentu, w którym czuła się w Holandii szczęśliwa. Obie wraz z rodzinami zaczynałyście budować tam swój dom. Skąd w takim razie pomysł, żeby jednak wrócić do Polski? Kiedy po raz pierwszy pojawił się w Waszych głowach ten temat?

Paulina: Trudno było mi wyobrazić sobie sytuację, w której zostaniemy tam na zawsze. Jestem jedynaczką i brałam pod uwagę fakt, że w sytuacji, kiedy moi rodzice będą potrzebowali opieki – będę musiała wrócić. Nasz plan zakładał powrót przed koniecznością pójścia syna do szkoły. Chcieliśmy się tak wyrobić, by szedł tutaj już od pierwszej klasy. Jednak plany planami, a życie życiem i wróciliśmy rok później – kiedy syn szedł już do drugiej klasy. Rozmowy o powrocie zaczął mój partner – nie miał już siły gonić. On był przekonany do słuszności tego pomysłu od pierwszej sekundy, kiedy zakiełkował w jego głowie. Ja potrzebowałam kilku tygodni na przetrawienie. Analizowałam wszystkie scenariusze. Dopiero kiedy byłam pewna podjętej decyzji, kiedy ustaliliśmy, że nie ma od niej odwrotu i decyzja raz podjęta, niezależnie z jej konsekwencjami nie zostanie wycofana – porozmawialiśmy z synem.

Karolina: Latem 2018 roku  pojechałam do Polski na dłuższe wakacje i w głowie zaczęła nam wisieć myśl, że mamy już trochę za ciasne na nas mieszkanie. Chcieliśmy dom. Mieć go w Amsterdamie nie byłoby łatwe finansowo. Prawdopodobnie musielibyśmy wynieść się poza jego granice, alternatywą była Polska…

TMM: Jak czułyście się na myśl o powrocie? Nie chciałyście wracać do Polski i zaczynać wszystkiego poniekąd od nowa? A może odczułyście długo oczekiwaną ulgę? 

Paulina: Pół roku trwało nasze przygotowanie do powrotu, w tym czasie również konsultowałam się kilkakrotnie z psychologiem dziecięcym. Nie chciałam popełnić żadnego błędu, który utrudniłby wskoczenie naszego 7-letniego wtedy syna do nowej rzeczywistości. Dla nas dorosłych, to był powrót do ojczyzny, do domu. Jego zabierałam z domu, mimo tego, że jego ojczyzną również jest Polska.

Karolina: Byłam tą, która nie chciała opuszczać Amsterdamu. Dobrze się tam czułam, wszystko było ułożone, wybraliśmy nawet szkołę dla córki. Plusy na mojej liście przeważały za pozostaniem. To miasto mnie wciągnęło utopijnym klimatem, serdecznością sąsiadów, powrót pachniał mi porażką i nie dawaniem rady, ale dałam się namówić.

TMM: A po powrocie? Jak się czułyście? Paulina, jak czuł się Krystian w nowej szkole, z nowymi kolegami?

Paulina: Powrót był trudny z wielu powodów. Od tego przyziemnego – wyprowadziliśmy się ze 120 m2 domu, do 49 m2 mieszkania. Zniknęły autostrady. Wyjątkową architekturę zastąpiły bloki w majtkowych kolorach. Po te bardziej skomplikowane – przez pierwszy miesiąc miałam problem z porozumiewaniem się z ludźmi. Uciekały mi słowa, nie potrafiłam przestać myśleć po angielsku wchodząc do sklepu, czy urzędu. Potrzebowałam czasu, żeby przyzwyczaić się do tego, że już nie muszę poza domem mówić i myśleć po angielsku. Początkowo również musiałam się przyzwyczaić do obecności rodziny – jakkolwiek to brzmi. Przez 9 lat człowiek uczy się funkcjonować sam w swoim świecie. W wąskim gronie znajomych, tutaj spotykała się z nami cała rodzina… 

Każdy był ciekawy, szczęśliwy, zadawał pytania. Jednak wielokrotność wciąż tych samych pytań: „i jak się czujesz w Polsce”, „jak tam w nowej szkole”, „jak ci się podoba nowy pokój” zaczęła wyprowadzać Krystiana z równowagi i potęgować u niego stres związany z przeprowadzką, bo nieświadomie podkreślano mu, że wszystko jest nowe. Z pomocą bardzo szybko przyszła szkoła (ostatecznie zdecydowaliśmy się na szkołę prywatną ze względu na małą ilość dzieci w klasie. Dzięki czemu z grupy 14-stu dzieci nauczycielka bardzo szybko była w stanie zauważyć, że coś się dzieje.) Zasugerowano nam pomoc z ramienia Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, z której również skorzystaliśmy. Dzisiaj mogę powiedzieć, że to była dobra decyzja.  

Karolina: Wróciłam sama z dwójka dzieci, on został tam, zamykać tematy, rozwijać nowe szanse nocami. Przez pierwsze sześć miesięcy było mi ciężko w Polsce. Dużo płakałam, nie mogłam się odnaleźć, czułam, że jestem roztrzaskana na milion kawałków. Przez pięć lat zmieniałam się razem ze społeczeństwem w Amsterdamie, podczas gdy społeczność, w której miałam się odnaleźć, zmieniała się osobno tutaj, beze mnie. Nie pasowałam już. Ja, element, który trzeba dociąć na nowo. Dociąć to bardzo dobre słowo, cięcie bolało, ale tylko mnie.

Dzieci szybko się zadomowiły, córka zgrabnie odnalazła się w przedszkolnej, polskojęzycznej rzeczywistości, miałam wrażenie, że ma skoki rozwojowe co 2 dni. Obecność babć, dziadków, relacje z ciotkami i kuzynami, to był punkt zaczepienia. Widzę ich i wiem, że właśnie po to wróciłam. Chociaż nie uważałam na początku, że będzie to miało tak kolosalne znaczenie dla ich rozwoju. Ma. It takes a village to raise a child.

TMM: Jak żyjecie dzisiaj, Dziewczyny? I  czego nauczyła Was emigracja? 

Paulina: Syn zaadoptował się do nowej rzeczywistości. Powrót do Polski miał być jedyną tak dużą rewolucją w jego życiu, głównie emocjonalną. Oczywiście, życie może przynieść wszystko, jednak zgodnie z partnerem postanowiliśmy, że jest to sytuacja, w której z powodu naszej decyzji wywracamy świat naszego dziecka do góry nogami i kolejny raz nie bierzemy tego pod uwagę. Jakkolwiek nam się ułoży teraz, domem naszym i naszego dziecka jest Polska.

Jak się czuję po prawie dziewięciu latach emigracji?  Dojrzalsza. Nie przeraża mnie zaczynanie od nowa, nie wzdrygam się już na myśl o potencjalnych problemach życiowych. Nie zapadam się już w czeluści czarnej rozpaczy, tylko zadaniowo szukam rozwiązań. Nie poddaje się. Kiedy tyle czasu spędza się w kraju pełnym różnorodności, w którym dozwolone są małżeństwa tej samej płci, a aborcja jest legalna – to niezależnie od tego, czy się z tym zgadzasz, czy nie,akceptujesz prawo, które tam obowiązuje. Nauczyłam się nie oceniać ludzi nie znając ich historii. Nie zaskakują mnie różnorodności i nie mam określonej definicji normalności. Dopóki sposób życia ludzi żyjących obok mnie nie krzywdzi nikogo – nie zabieram głosu. Każdy ma prawo żyć, jak chce i czuć się w tym szczęśliwym. Pytałaś mnie, czy wyniosłam z Holandii jakieś zwyczaje, czy przyzwyczajenia. Chyba tak, ale zdałam sobie z tego sprawę dopiero po kilku tygodniach pobytu w Polsce. Za każdym razem, kiedy odpowiadałam sprzedawczyni „dziękuję i miłego dnia”, zastanawiało mnie jej zdziwienie. Za każdym razem, kiedy mijam starszą osobę w okolicach naszego mieszkania i mówię jej „dzień dobry”, widzę uśmiech na jej twarzy. Niezależnie od tego, czy się znamy, czy nie. „Przywiozłam” ze sobą te drobne rzeczy, małe gesty, drobnostki pełne życzliwości, której chyba wciąż jest tu za mało.

Co po 9 latach nieobecności myślę o Polsce? Zmieniliśmy się. Dojrzeliśmy jako społeczeństwo. Myślę, że to dlatego, że w dorosłość wchodzi nasze pokolenie wolne od uczuć związanych z komuną, czy wojną. Jesteśmy trochę bardziej wolni od uczuć towarzyszących naszym rodzicom, czy dziadkom. Nie ma w nas tej zawiści i żalu, nie utraciliśmy natomiast siły, którą oni mieli i umiejętności wyjścia z każdej sytuacji. Zrobienia czegoś z niczego. Kilka lat temu zadając pytanie „co u Ciebie ?” zalewała mnie fala narzekania w odpowiedzi. Dzisiaj już tego nie ma. Chyba po prostu jesteśmy dla siebie milsi. 😉 Albo ja stałam się bardziej wyrozumiała.

Karolina: Mija ponad rok od kiedy wróciłam ja i dzieciaki. Znów się zaadaptowałam, znów mam znajomych, rodzinę, spokój w głowie i plan na budowę domu. Dalej jeżdżę bakfietsem. 🙂 Emigracja nauczyła mnie tego, żeby nie przejmować się życiem tak bardzo, mieć w sobie tolerancję i wyrozumiałość dla innych kultur, dla ludzi. Po prostu. Bardziej też doceniam wartość posiadania rodziny i bliskich przyjaciół. Mój dom jest otwarty, non stop ktoś nas odwiedza, wpada na herbatę czy żurek. Czuję, że jestem.

 

Matka Polka Emigrantka zapuszcza mocne korzenie w – jeszcze wczoraj zupełnie dla niej obcej –  ziemi i buduje trwałe relacje. Odnajduje się w nowej rzeczywistości, przejmuje nawyki i zwyczaje. Chociaż pragnie zostać, to organizuje wszystko, by wrócić. Pakuje dziecięce ubranka, zabawki, składa koszule, pakuje swoje kilka lat szczęścia, dobre wspomnienia i siada na walizce. Czuje się zmęczona i jednocześnie zdeterminowana – znów trzeba wziąć dom na plecy. 

Matka Polka Emigrantka po powrocie dzierga od nowa sieć kontaktów. Ceruje nadszarpnięte emigracją rodzinne relacje i tworzy nowe połączenia, świeże i mocne, podlane wieloletnią tęsknotą. Od nowa uczy się języka i myślenia, w sposób, o jakim zdążyła już troszkę zapomnieć. Odnajduje w sobie nos babci, policzki ciotki Basi od strony ojca i charakterystyczny śmiech, jaki znają tylko kobiety w jej rodzinie. Jest niczym bezpieczna przystań dla swoich dzieci, które – wbrew jej obawom – otoczone miłością adaptują się bardzo szybko. I tylko czasami, gdy usłyszy znajomą melodię, obejrzy zdjęcia w Internecie albo gdy pokażą urywek ukochanego miasta w polskich wiadomościach – czuje lekki ucisk i dwusekundowe migotanie serca. To mija, bo jednak trawa jest zawsze najbardziej zielona tam, gdzie Cię nie ma, a przecież najważniejsze jest to, gdzie jesteś. 

Zdjęcia są autorstwa Anny Onopiuk

Reportaż

Uciekające Matki Polki

11 grudnia 2020 / Magdalena Droń

Nie powiedziałaś tego głośno, ale pewnie nie raz takie myśli kłębiły się w Twojej głowie.

W głębi ducha tego chciałaś, choć bałaś się przyznać. Niby zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś sama, ale nigdy nie powiesz o tym głośno. Podobnie jak tysiące polskich matek cierpisz w milczeniu, bo wiesz, że gdyby te myśli ujrzały światło dzienne, zapłonęłyby stosy…

Katarzyna po raz pierwszy pomyślała o tym, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Jolka postanowiła to zrobić, kiedy była skrajnie zmęczona wiecznym kombinowaniem. Ewa nie miała skrupułów i zrobiła to, gdy tylko nadarzyła się okazja. Chociaż nie mówisz o tym głośno, Ty też masz czasem ochotę TO zrobić. Uciec. Schować się przed światem, rodziną, przed swoimi dziećmi. Bo przecież każda z nas ma czasem dość. Wychodzisz więc na kawę do przyjaciółki, na samotne zakupy, na fitness – tylko po to, by mieć czas wyłącznie dla siebie. Nie to, że nie kochasz swoich dzieci, ale zwyczajnie masz ich czasem dość. Skrajne zmęczenie, brak wsparcia, ciężkie dzieciństwo czy inne priorytety – właśnie z tym moje bohaterki zmagają się od lat. 

Ucieczka od odpowiedzialności

Katarzyna miała niecałe 9 miesięcy, kiedy matka porzuciła ją i jej tatę. Zajmowała się nią głównie babcia, która krótko po jej ósmych urodzinach zmarła. W tym właśnie momencie jakikolwiek „obraz rodziny” przestał dla niej istnieć.

Gdy byłam nastolatką poznałam świetnego chłopaka. Tak mi się wtedy wydawało. Totalny zawrót głowy… Zamiast do szkoły, chodziłam z nim na wagary – absolutne szaleństwo, świat poza nim nie istniał. Ale nie byłam głupia, więc pilnowałam antykoncepcji – po dwóch latach znajomości, zmartwiona brakiem miesiączki, zrobiła test ciążowy. Pokazał dwie kreski. A przecież dopiero skończyła 18 lat. – Świat mi się zawalił… On od początku mówił otwarcie, że nie chce bawić się w tatusia. Padały propozycje przerwania ciąży. Nie byłam przekonana. Później powiedział: „zostaw w szpitalu”. Jednak nie to przerażało mnie najbardziej. Najgorsze było przede mną. Musiałam powiedzieć o ciąży ojcu. Rozmowa była krótka, trudna i bolesna. Tata słał pod moim adresem najgorsze epitety. Doszło nawet do rękoczynów. Uciekłam z domu, bo mój ojciec od zawsze miał „ciężką rękę” i wiedziałam, że na tym jednym razie się nie skończy. Mój „cudowny” chłopak też się odwrócił. Powiedział, że dopóki nie urodzę i nie oddam dziecka, on ze mną nie będzie. Nagle zostałam zupełnie sama, bez dachu nad głową i z dzieckiem w brzuchu… – wspomina. Pomogła jej ciocia i pozwoliła u siebie tymczasowo zamieszkać.

Miesiące mijały, ciąża się rozwijała i była coraz bardziej widoczna. – Ciocia pytała: co zrobię? Jak dam na imię? Nie byłam w stanie odpowiadać na te pytania, bo od samego początku wiedziałam, że ze szpitala wrócę sama… Było mi cholernie ciężko przez te 9 miesięcy, bo walczyłam z jednej strony z presją, z drugiej z instynktem macierzyńskim, który, czy tego chciałam czy nie, rozwijał się we mnie coraz bardziej. Starałam się izolować swoje uczucia i emocje. Praktycznie cała rodzina była zgodna w tym, żebym oddała dziecko – mówi Katarzyna. 

Zaczął się poród. Ciężki, trudny. Nie byłam psychicznie przygotowana na to, co się działo. Po porodzie ja i dziecko zostaliśmy rozdzieleni. Byliśmy w dwóch różnych częściach bloku. Pielęgniarki wiedziały, lekarze również. Jeszcze w dniu porodu podpisałam dokumenty dotyczące pozostawienia dziecka w szpitalu. Odbyłam nawet kilkugodzinną rozmowę z panią psycholog. Pierwszą osobą, której mogłam otwarcie powiedzieć, co tak naprawdę czuję…  – wewnętrzna walka Katarzyny trwała. Nie mogła spać, nie mogła jeść i ciągle płakała. 

Minęła druga doba po porodzie, więc mogła wrócić do domu. – Kiedy pakowałam swoje rzeczy, dostałam wiadomość sms od cioci: „Spróbuj dziecko wychować. Oddać zawsze zdążysz, jeśli macierzyństwo Cię przerośnie. Ale najpierw spróbuj. Ile będę mogła, tyle Ci pomogę”. Ta wiadomość zmieniła w moim życiu wszystko. Ktoś w końcu uwierzył. Ktoś w końcu powiedział „SPRÓBUJ” zamiast „ODDAJ” – poprosiła o przyniesienie dziecka i natychmiast podarła dokumenty, które wcześniej podpisywała. – Zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dziś mam 30 lat i patrząc z perspektywy czasu na swoją decyzję, wiem, że bardzo żałowałabym, gdybym postąpiła inaczej. Wciąż mam wyrzuty sumienia, że w ogóle myślałam o tym, by porzucić moje maleństwo. Jednak moje przeżycia nauczyły jednego: by nie oceniać ludzi na podstawie ich wyborów i decyzji, bo każdy człowiek ma zupełnie inny bagaż doświadczeń i scenariusz – dodaje. 

Ucieczka od stereotypów

Jolka jest młodą i atrakcyjną dziewczyną. Mówi o sobie – przede wszystkim kobieta, handlowiec, przyjaciółka, córka, siostra, matka. W takiej kolejności. Sama wychowuje prawie 4-letniego syna.

– Ja w ogóle nie chciałam mieć dzieci. Świadoma bezdzietność. Jakiś rok przed ciążą dowiedziałam się, że ze względu na różne przypadłości, typu zrosty na jajowodach, policystyczne jajniki, itp. raczej naturalnie w ciążę nie zajdę. Więc się nie przejmowałam. I przez to któregoś wieczoru uznałam, że skoro nie mogę mieć naturalnie dzieci, to nic się przecież takiego nie stanie. No i dziś mam Stacha – mówi. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, była przerażona. Nie wierzyła w to, co się dzieje. Czuła się jak zdrajca, bo jej siostra, z którą do tej pory była bardzo blisko, jest bezpłodna i ma adoptowane dzieci. Myślała nawet o aborcji, ale na pierwszym USG usłyszała bicie serca. – I już nie mogłam. Postanowiłam urodzić – dodaje. 

Miałam kawalerkę na drugim końcu miasta, z dala od mojej rodziny. Wiedziałam, że z dzieckiem sama sobie nie poradzę. Miałam też trochę problemów zdrowotnych. Lekarz prawie całą ciążę powtarzał, żebym się nie przyzwyczajała – przypomina sobie Jolka.  Nie mogła liczyć na wsparcie ze strony partnera. Relacja z nim zawsze była mocno skomplikowana, a ja miałam w ciąży budyń zamiast mózgu. W 3. miesiącu ciąży częściowo wyszły skrzętnie ukrywane grzechy i grzeszki ojca mojego dziecka. Wtedy postanowiłam, że to będzie samodzielne macierzyństwo. W sumie on swoim zachowaniem bardzo ułatwił mi decyzję – wyznaje. 

Jedyną osobą, na którą mogła przynajmniej częściowo liczyć, była jej mama. – Obiecywała mi pomoc. Ale już wtedy pojawiło się jej klasyczne dogadywanie, które z czasem tylko narastało. Zaczęło się od strofowania: „nie gładź tak tego brzucha przy Sandrze, bo jej przykro” – opowiada Jolka.  Później były rady, które tylko pogorszyły całą sytuację. – Nawet w momencie, kiedy powychodziły na jaw różne złe informacje o ojcu mojego dziecka, a ja chciałam go od razu rzucić, mama przekonywała, że jeszcze mi się przyda. Najgłupsza rada. Gdybym posłuchała siebie, byłoby mi dużo lżej – Jolka wciąż miała nadzieję i chciała, żeby jej mama się nie myliła. Że warto dać mu jeszcze szansę. Już w ciąży tak naprawdę byłam sama. A przez tę nadzieję pozwoliłam być mu blisko. Za blisko. On nie uznał Stasia. Ja nie naciskałam. Mimo że nie byliśmy już parą, czasami sypialiśmy ze sobą. W sumie to tylko w seksie się sprawdzał – kwituje. 

Pierwszy raz uderzył ją 4 miesiące po porodzie. Wyjechał do Anglii. Wrócił na święta. Przepraszał. Chciał mieć kontakt z synem. Niedługo potem uderzył mnie znowu. To człowiek z chorą psychiką. Wmawiał sobie, że jak jemu nie chcę dać, to pewnie z każdym innym chodzę do łóżka. Krzyczał, wyzywał od najgorszych. Z resztą nie pierwszy raz. Później uderzył w bark. Odchyliłam się i tylko dzięki temu nie dostałam w twarz. Nachodził mnie. Miarka się przebrała, kiedy porwał Staśka od mojej mamy z domu. Złapali go chyba po godzinie. Okazało się, że to nie były jego pierwsze problemy z prawem. Odsiedział pół roku za alimenty. Tego też dowiedziałam się później. Ojciec mojego dziecka jest patologiczny. Wstydzę się tego – mówi Jolka. 

Chociaż mama jest dla niej właściwie jedynym wsparciem, wpędza ją w nieustanne kompleksy. – Mówi mi, że cierpliwość bierze się z miłości. A ja nie mam w sobie cierpliwości. Czuję się często przez to jakbym nie kochała swojego synka. Wstydzę się mówić o moich złych uczuciach. Ludzie tego nie rozumieją. Te szkodliwe stereotypy: jak matka to już nie człowiek. Nie kobieta. Nie obywatel, który chciałby się społecznie udzielać. Ja nie spełniam się w macierzyństwie. Kiedyś w pracy mało mnie nie zżarły, bo powiedziałam, że mój syn nie jest sensem mojego życia. Chcę żyć, a nie być tylko żywicielką. Ona też tego nie rozumie. Z resztą z mamą relacja jest od zawsze bardzo trudna. Siostra od 4 lat dwa razy została mi dzieckiem. Mama zostaje, ale marudzi. Czasami mam wrażenie, że mama pomaga mi na pokaz. Może jestem niesprawiedliwa, ale tak właśnie czuję – opowiada. 

Pracuje w handlu od 6 lat. Stabilność finansowa jest dla niej bardzo ważna. – Najgorsze jest to, że moja matka i siostra nie bardzo rozumieją, że miłością do syna kredytu i czynszu nie opłacę. Kiedy zaczęło się robić krucho z pieniędzmi, postanowiłam wyjechać. Sama bez dziecka. Byłam zmęczona ciągłym kombinowaniem w kwestiach finansowych. A poza tym, jestem osobą, która lubi być sama. Czasami muszę. Mam dni, że każdy dotyk doprowadza mnie do wrzenia, a Młody jest tulasek i tulę to, żeby nie rósł w kompleksach odrzucenia, bo i tak mam już poczucie winy za brak ojca – tłumaczy Jolka.  Ostatecznie nigdzie nie wyjechała. Żal było jej dziecka. Przyznaje jednak, że niekiedy dostaje furii i żałuje, że go urodziła. – Czasami w dzikiej awanturze potrafię wykrzyczeć mamie, żeby go sobie zabrała. Że będę jej płaciła alimenty. Bo ja już nie mam siły być matką. Krzyczę, że oddam go dawcy – wyznaje.  Ale za bardzo go kocha, by zostawić. 

 

Ucieczka przed problemami

Ewa jest po 40. Od blisko 10 lat wyjeżdża do pracy za granicę. Jej męża opisać można spokojnie mianem słomianego wdowca. – Takie mamy czasy. Dla ludzi z zawodowym wykształceniem, w takiej małej wiosce jak moja, zwyczajnie nie ma pracy. Co miałam siedzieć na tyłku jak reszta i zasiłek pobierać? Ja nie z tych. Tym bardziej, że ktoś musi na dom zapracować – opowiada Ewa.  Na męża w tej materii liczyć nie mogła. Z rentą inwalidzką, alkoholik, nierób. W domu mieszka jeszcze jej ojciec i nastoletni syn. Trzech chłopa i ona jedna. – Po raz pierwszy wyjechałam do Holandii na truskawki. Koleżanka mnie namówiła, wszyscy wyjeżdżali. Ciężka praca, ale kasa sensowna. A pieniędzy było trzeba. Nie było mnie w domu kilka tygodni. Czasem zjeżdżałam na weekend, ale sporadycznie, bo to kosztowało, a chciałam zarobić jak najwięcej, żeby i na zimę nam starczyło na życie. I tak co roku – mówi. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła wyjeżdżać na dłużej. Po pewnym czasie właściwie przeprowadziła się pod Amsterdam, a do Polski przyjeżdżała tylko na święta, żeby zostawić trochę pieniędzy.

Ojciec zaczął chorować. Mąż niby zajmował się domem i synem, ale też coraz bardziej podupadał na zdrowiu, szczególnie psychicznym. Syn przestał się do niej odzywać. Nie chce utrzymywać kontaktu z matką. – Nie zrozum mnie źle, ale ja chyba tego potrzebowałam. Odciąć się, uciec z tamtego miejsca, które mnie tylko dobijało i przytłaczało. Ja nie mogłam tam oddychać. Dusiłam się. Nie to, co tu. Tu jestem wolna. Nie muszę zabiegać o dom, podstawiać obiadów pod nos i martwić się o niezapłacone rachunki. Nie mam wyrzutów sumienia. Moje dziecko jest już pełnoletnie. Nie potrzebuje mnie. Wspieram ich finansowo, chociaż właściwie mnie już tam nie ma. Ale pomagam na swój sposób – tłumaczy Ewa.  

Powroty?

Dziś Ewa prowadzi zupełnie inne życie. Na poziomie. Ma nowego partnera i plany na przyszłość. Nie utrzymuje kontaktu z rodziną w Polsce. Nawet już nie przyjeżdża. – Dawid [syn, przyp. red.] jeszcze tego nie rozumie i dlatego się na mnie wścieka. Może kiedyś spojrzy na to wszystko z innej perspektywy. Kiedy założy swoją rodzinę i będzie miał dzieciaki do wykarmienia. Może wtedy przejrzy na oczy i zrozumie, jak czasem jest ciężko. Szczególnie, gdy znikąd nie ma się wsparcia. 

Jolka przyznaje, że ciągle męczy ją jedna myśl. Wiesz, czasami mam takie przekonanie, że mój syn będzie miał przeze mnie fatalne życie. Że byłby szczęśliwy, gdybym się usunęła, uciekła, wyjechała. Takie mam natręctwo – mówi Ewa. 

Katarzyna spotkała swoją mamę dwa lata temu. Powiedziała jej, że cieszy się, że nie uciekła od odpowiedzialności, że nie popełniła tego błędu, co ona. – Powiedziałam jej też, że jest mi jej żal, bo bardzo wiele w swoim życiu straciła.

 

Imiona bohaterek i ich rodzin zostały zmienione.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo