Change font size Change site colors contrast
Reportaż

Matka Polka emigrantka

4 lutego 2020 / Agnieszka Jabłońska

Matka Polka pakuje walizki: swoje i partnera.

Otula się ciepłym szalem i po raz ostatni siada w ulubionym fotelu. Wypija herbatę, gładzi się po ciężarnym brzuchu. Wierzchem dłoni ociera łzy, patrząc na znane meble, na znany i znienawidzony krajobraz blokowiska. Podnosi się z westchnieniem – nie jest łatwo dźwigać na plecach ciężar całego swojego świata. 

Matka Polka żegna się ze wszystkimi, wyprawia huczne przyjęcie, jest panią wieczoru i królową nocy. Tańczy boso, stukają kieliszki szampana, przyjmuje życzenia „pomyślności i powodzenia”. W łazience patrzy w lustro, delikatnie rąbkiem chusteczki higienicznej ściera rozmazany tusz. Nie ma co płakać nad raz podjętym postanowieniem, myśli, gdy tydzień później widzi dwie kreski na plastikowym patyczku z apteki. Pakuje walizkę, jedzie. 

Matka Polka wyjeżdża za granicę: do Anglii, do Niemiec, do Holandii, do Francji albo do Norwegii. Często nie zna ojczystego języka kraju, do którego się przeprowadza. Najczęściej leci na skrzydłach miłości, wtulona w fotel samolotu tanich linii lotniczych. Śpieszy się, żeby wpaść w ramiona, które już tam są, już budują dom z cudzego łóżka, pożyczonych garnków i koca z wyprzedaży. 

Matka Polka chce żyć lepiej, w dostatku, chce i być, i mieć – jest zachłanna powiedzielibyśmy – ale kieruje się prawem do szczęśliwego życia. Na miejscu, gdy już się odnajdzie, gdy wypełni dom zapachem ciasta i nauczy się drogi powrotnej do niego, szuka możliwości rozwoju, po emigracji często podejmuje pracę, niekoniecznie w zawodzie. Albo zostaje w domu z dzieckiem, bo za granicą to jakoś lepiej – mąż zarabia i pieniędzy starcza na wszystko: na rachunki, na mleko modyfikowane i na bluzkę. Bez walki o każdego centa, ze spokojem godnym cywilizowanych ludzi. 

Matka Polka Emigrantka tęskni za domem – za rodziną, z którą więzi rozluźniają się zbyt szybko, za poczuciem bycia u siebie, bo „tam”, gdzie jest, jest „stamtąd”. To dziwne – myśli – przecież nie jestem już „stamtąd”, więc powinnam być „stąd”. 

Matka Polka Emigrantka przyzwyczaja się do innego smaku chleba, do domów, które tylko przypominają polskie, do rowerowych dzwonków i czystego powietrza. Przyzwyczaja się do temperatury i dziwnego języka, który jest trochę gardłowy i powoli zaczyna wydeptywać swoje ścieżki, aż do chwili, gdy trzeba znowu zapakować na plecy cały swój świat i wrócić. 

Dlaczego Matka Polka Emigrantka nagle wraca? 

Zapytałam o to Paulinę i Karolinę – dwie odważne kobiety, które zdecydowały się wyjechać do Holandii. W podróży towarzyszyli im partnerzy, którzy pragnęli poprawić sytuację ekonomiczną rodziny i szukali dla siebie możliwości rozwoju. Paulina i Karolina nie zrezygnowały z emigracji, gdy dowiedziały się, że zostaną mamami i postanowiły urodzić swoje dzieci – Paulina syna, a Karolina córkę, a później syna w Holandii. Podzieliły się ze mną tym, co skłoniło je do wyjazdu, jakie emocje towarzyszyły im na każdym etapie emigracji, jak przyzwyczajały się do nowego dla nich świata i wreszcie – co, jak się okazuje, wcale nie było łatwe – dlaczego zdecydowały się na powrót do Polski. 

TMM: Dziewczyny, co skłoniło Was do emigracji, do wyjazdu z Polski?

Paulina: Powodem mojej emigracji była oczywiście miłość. Poznaliśmy się kiedy byliśmy w technikum, ale wtedy nasze drogi się rozeszły – nie wyszło. Czasem tak w życiu bywa. Jednak kiedy natrafiliśmy na siebie po latach (podczas moich studiów magisterskich), nie było już wątpliwości. Wiedziałam, że chcę z nim być i wiedziałam, że pójdę z nim na koniec świata. Wtedy okazało się, że tym końcem świata (dosłownie i w przenośni) stanie się właśnie Holandia.

Karolina: To był początek lata 2014 roku. Uwielbiałam swoją warszawską pracę, ogromne grono znajomych do rany przyłóż i czas pełen spotkań, ludzi, imprez. Mój partner  jednak nie lubił swojej pracy. Ma duszę eksplorera, jest realistą i wiedział, że jeśli chce mieć lepszą pracę – musi szukać za granicą. Wybrał Holandię. Nie miałam z tym problemu, wiedziałam, że jeśli dostanie dobrą ofertę to pojadę za nim, nawet za ocean. On wyjechał pierwszy, ja zaczęłam wtedy załatwiać sprawy w Polsce, wypowiedzenie umowy, pożegnania ze znajomymi.

TMM: Jak widzę, u każdej z Was, energią, która napędziła Was na wyjazd, była miłość! Jak się okazało – szczęśliwa i dość szybko spełniona. Kiedy dowiedziałyście się, że zostaniecie mamami? 

Paulina: W pierwszym okresie [po naszej emigracji] dojeżdżałam na zjazdy z Amsterdamu do Poznania. Raz w miesiącu. Obłęd! Kiedy jednak zaszłam w ciążę, która od 5. miesiąca była zagrożona, musiałam zrezygnować ze studiów i całkowicie zderzyć się z faktem, że oto skończyła się moja „łączność” w Polską i wszystko co mam, to Holandia, język holenderski i niezbyt smaczne jedzenie – oraz brak jakichkolwiek przyjaciół, czy znajomych.

Karolina: Po tygodniu od wyjazdu mojego partnera okazało się, że jestem w ciąży! Szczęście, ale sytuacja była trochę stresująca. Nie cofnęliśmy podjętej decyzji, chociaż bałam się, nie znałam holenderskiego i nigdy wcześniej nie mieszkałam poza granicami Polski. Z drugiej strony ekscytacja, nowe życie. Sumując, to nawet dwa.

TMM: Bardzo gratuluję Wam odwagi. Jak przebiegały Wasze ciąże w Holandii? Jak potraktowała Was holenderska służba zdrowia? 

Paulina: Na szczęście okolicach 6. miesiąca  jedynym zagrożeniem dla mojej ciąży okazała się kompletnie oderwana od rzeczywistości diagnoza p. ginekolog, która została podważona badaniami oraz opiniami dwóch niezależnych od siebie lekarzy. Holenderscy lekarze nie traktowali ciąży jako stanu wyjątkowego – opieka wyglądała zupełnie inaczej. Ginekologa zastąpiła położna. Nie było badań krwi i częstych USG, a na pytanie, co jeśli zacznie się akcja porodowa podczas nieobecności mojego partner, usłyszałam, że ciąża to nie choroba, a poród to nie atak. Żadnych karetek, przecież mogę dojechać ROWEREM, bądź w ostateczności wezwać taksówkę. Jednym słowem było ciężko się dostosować.

Co ciekawe, mój syn – Krystian urodził się w Holandii (w Amsterdamie), gdy miałam 24 lata. W Polsce to normalny wiek na dziecko, a tam patrzyli na mnie, tak jak w Polsce patrzy się na rodzącą nastolatkę przed osiemnastką.  Urodził się o 6.24, natomiast od 16.00 byłam już w domu. Tego samego dnia. Z noworodkiem. Bez cioci, babci, mamy – nikogo do pomocy. Można spanikować, więc spanikowałam. ;).

Karolina: Gdy byłam w zaawansowanej ciąży, poszliśmy z partnerem do szkoły rodzenia. Później na świecie pojawiła się nasza córka. Bardziej niż standard opieki medycznej w Amsterdamie podczas ciąży i porodu wspominam samotność, którą odczuwałam po przyjeździe do Holandii. Dołączyłam do mojego partnera na początku jesieni. Po rozpakowaniu wszelakich gratów, książek i kota, po pierwszym wow, konfetti już trochę się podeptało. Najpierw odczuwałam spokój, urządzałam gniazdo, miałam porządek i spokój, mruczącego kota i wszystkie sezony dr House’a. Urlop na żądanie.

Niedługą chwilę potem zaczęła pukać do mnie samotność, ogromna pustka. Brak znajomych, rodziny, tylko ten kot i przechodnie na ulicy. Rozpaczliwie potrzebowałam kontaktu z innymi ludźmi, rozglądałam się za szansami. Nie pracowałam, więc poszłam na kurs niderlandzkiego. Poznałam tam kilka osób, zaprzyjaźniłam się z jedną, przesympatyczną Hiszpanką. Spędziłyśmy razem pierwszego sylwestra, ja jeszcze w dwupaku. Ona była dużo młodsza, jeszcze studiowała i tak szybko jak się pojawiła, zniknęła gdzieś w czeluściach Europy.

Poszliśmy też z partnerem do szkoły rodzenia, znajomych stamtąd wystarczyło zaledwie na kilka wspólnych obiadów. Jedyne, (co zabawne i nie przypuszczałam) co zadziałało to portal dla polskich matek w Holandii. Nie pamiętam już jego nazwy, ale tam poznałam Anię, z nią mam jako taki kontakt nawet teraz po powrocie. Poznałam ją, kiedy jej najmłodszy syn miał rok i siedem miesięcy. Chwilkę po tym urodziłam i ja, córkę. Wtedy jakoś wszystko zaczęło się układać, poznawałam coraz więcej matek i zaczęłam należeć do jako takiej społeczności.

TMM: Paulina, a Ty jak sobie poradziłaś po porodzie? Kto pomógł Ci w opiece nad synkiem? 

Paulina: Przez pierwszy tydzień na kilka godzin dziennie przychodziła do pomocy opiekunka z urzędu. Kąpała dziecko. Pozwala mi się wyspać. Sprzątała w domu. Uczyła, jak karmić piersią. Pozwala dojść do siebie, we własnym domu, wśród własnych rzeczy. Ten tydzień, to był dokładnie taki czas jakiego ja potrzebowałam, żeby nabrać odwagi i pewności do samodzielnej opieki nad dzieckiem. Wtedy do mnie dotarło, że niezależnie, jak niemądre i nieodpowiedzialne mi się to z początku wydawało, to jednak opieka okołoporodowa i poporodowa w Holandii ma większy sens niż by się ktokolwiek spodziewał. Mój szok powoli mijał – natomiast szok holendrów wzrastał. Nie dość, że urodziłam dziecko tak młodo, to jeszcze nie oddałam go do żłobka, kiedy miał 3 miesiące i nie rozpoczęłam zawrotnej kariery! Spędziłam z nim 4 lata. Najbardziej wymagające, ale i najpiękniejsze lata mojego życia.

TMM: A co było dalej? Kiedy poczułyście, że zaczynacie zapuszczać korzenie? Czy w ogóle doświadczyłyście uczucia, że mogłybyście zostać w Holandii na stałe? 

Paulina: Kiedy Krystian poszedł w wieku 4,5 roku do szkoły, nastąpił kolejny etap w naszym życiu. Ja mogłam wyjść do ludzi, zacząć podejmować dorywcze prace. Założyć z czasem swoją własną działalność. Zaczęliśmy również remont naszego domu. Po 7 latach w końcu zaczęłam wpuszczać korzenie w tę holenderską ziemię. Czuć się jak w domu, mimo tego, że dla holendrów już zawsze miałam być tą przyjezdną. 

Co do poczucia obcości – nigdy tak naprawdę chyba nie zapuściłam tam korzeni. Nigdy nie zagłębiłam się w tamtejszą kulturę i nie przyjęłam ich zwyczajów. W domu czułam się jak w normalnym polskim domu. Tyle tylko, że nie mieliśmy śmietnika w szafce pod zlewem. ;). Nie trafiałam również na częste sytuacje o zabarwieniu „wracajcie do siebie”. Przynajmniej nie takie bezpośrednio skierowane w kierunku mojej osoby. Słyszałam jednak komentarze w moim towarzystwie, że obcokrajowcy powinni wracać do krajów skąd przyszli. Że zabieramy im pracę, bądź, że w Polsce jest taka bieda, że jemy szczury. Sytuacja, kiedy na polską autostradę wylała się czekolada z cysterny, otworzyła niektórym oczy, że tak – mamy w Polsce autostrady i asfalt.

Karolina: Amsterdam mnie w sobie rozkochiwał. Wszystkie te urocze uliczki i oświetlone puby, wszystkie kamienice i kanały, wszechobecne czaple i czarne kaczki i dźwięki rowerowych dzwonków – to amsterdamskie DNA dowiązywało się do mojego łańcucha. Wtopiłam się w ten tłum, tolerancyjnych ale i szczerych, pragmatycznych ludzi. Było mi dobrze, daleko od świata, w którym tak dużo robiło się na pokaz i wszystko wymagało oceny, komentarza, a nawet ukłonu z hejtu. Zaczęłam prowadzić jednoosobowa firmę, sprzedawałam DIY, potem pracowałam dla holenderskiego start-upu. Urodziło się drugie… Kupiliśmy bakfietsa [rower ze skrzynią wyposażoną w wygodne siedzisko, która  służy do przewożenia dziecka, bardzo popularny w Holandii]. Wklejałam się z radością w ten Amsterdamski obrazek.

TMM: To wszystko brzmi niczym bajka, a jak wygląda rzeczywistość? Paulina, co z tęsknotą za krajem? Jak często towarzyszyło Ci to uczucie? 

Paulina: Będąc na emigracji nie ma się zbyt dużej możliwość na oddanie się tęsknocie za krajem. Oczywiście, że człowiek tęskni, ale nie może zanurzyć się w tej tęsknocie, bo można utonąć chociażby z tego względu, że zaczyna się idealizować kraj, z którego się wyjechało. Zapomina się o trudnej i skomplikowanej sytuacji politycznej, a zanurza się stopy w tęsknocie za lasami, łąkami, pagórkami. Brakuje polskiego pączka na wyciągnięcie ręki i świeżej polskiej bułki na śniadanie. W dobie nielimitowanych połączeń tęsknota za rodziną nie jest aż taka straszna. Przynajmniej nie była dla nas. Mogliśmy sobie pozwolić na bardzo częste wizyty w Polsce. Chociażby tylko na weekend. Dłuższe przyjazdy na wakacje, czy ferie. Częste wizyty również sprawiały, że żyliśmy na emocjonalnej kolejce górskiej. Idealizowanie – zderzenie z rzeczywistością. Wracając do kraju oczami wyobraźni widzisz już zielone lasy, czujesz zapach porannej rosy i nagle zaraz po przekroczeniu granicy wypadasz z jednej dziury drogowej, w drugą. Jeden szybki wyjazd nie wystarcza na załatwienie jednej sprawy urzędowej – nie mówiąc już o wszystkich zaległych. Zamiast iść na spacer do lasu próbujesz rozciągnąć czas pomiędzy odwiedziny u całej rodziny, a załatwianie zaległych spraw.

TMM: Czuję tutaj pewien dysonans, mimo że każda z Was doszła w życiu na emigracji do momentu, w którym czuła się w Holandii szczęśliwa. Obie wraz z rodzinami zaczynałyście budować tam swój dom. Skąd w takim razie pomysł, żeby jednak wrócić do Polski? Kiedy po raz pierwszy pojawił się w Waszych głowach ten temat?

Paulina: Trudno było mi wyobrazić sobie sytuację, w której zostaniemy tam na zawsze. Jestem jedynaczką i brałam pod uwagę fakt, że w sytuacji, kiedy moi rodzice będą potrzebowali opieki – będę musiała wrócić. Nasz plan zakładał powrót przed koniecznością pójścia syna do szkoły. Chcieliśmy się tak wyrobić, by szedł tutaj już od pierwszej klasy. Jednak plany planami, a życie życiem i wróciliśmy rok później – kiedy syn szedł już do drugiej klasy. Rozmowy o powrocie zaczął mój partner – nie miał już siły gonić. On był przekonany do słuszności tego pomysłu od pierwszej sekundy, kiedy zakiełkował w jego głowie. Ja potrzebowałam kilku tygodni na przetrawienie. Analizowałam wszystkie scenariusze. Dopiero kiedy byłam pewna podjętej decyzji, kiedy ustaliliśmy, że nie ma od niej odwrotu i decyzja raz podjęta, niezależnie z jej konsekwencjami nie zostanie wycofana – porozmawialiśmy z synem.

Karolina: Latem 2018 roku  pojechałam do Polski na dłuższe wakacje i w głowie zaczęła nam wisieć myśl, że mamy już trochę za ciasne na nas mieszkanie. Chcieliśmy dom. Mieć go w Amsterdamie nie byłoby łatwe finansowo. Prawdopodobnie musielibyśmy wynieść się poza jego granice, alternatywą była Polska…

TMM: Jak czułyście się na myśl o powrocie? Nie chciałyście wracać do Polski i zaczynać wszystkiego poniekąd od nowa? A może odczułyście długo oczekiwaną ulgę? 

Paulina: Pół roku trwało nasze przygotowanie do powrotu, w tym czasie również konsultowałam się kilkakrotnie z psychologiem dziecięcym. Nie chciałam popełnić żadnego błędu, który utrudniłby wskoczenie naszego 7-letniego wtedy syna do nowej rzeczywistości. Dla nas dorosłych, to był powrót do ojczyzny, do domu. Jego zabierałam z domu, mimo tego, że jego ojczyzną również jest Polska.

Karolina: Byłam tą, która nie chciała opuszczać Amsterdamu. Dobrze się tam czułam, wszystko było ułożone, wybraliśmy nawet szkołę dla córki. Plusy na mojej liście przeważały za pozostaniem. To miasto mnie wciągnęło utopijnym klimatem, serdecznością sąsiadów, powrót pachniał mi porażką i nie dawaniem rady, ale dałam się namówić.

TMM: A po powrocie? Jak się czułyście? Paulina, jak czuł się Krystian w nowej szkole, z nowymi kolegami?

Paulina: Powrót był trudny z wielu powodów. Od tego przyziemnego – wyprowadziliśmy się ze 120 m2 domu, do 49 m2 mieszkania. Zniknęły autostrady. Wyjątkową architekturę zastąpiły bloki w majtkowych kolorach. Po te bardziej skomplikowane – przez pierwszy miesiąc miałam problem z porozumiewaniem się z ludźmi. Uciekały mi słowa, nie potrafiłam przestać myśleć po angielsku wchodząc do sklepu, czy urzędu. Potrzebowałam czasu, żeby przyzwyczaić się do tego, że już nie muszę poza domem mówić i myśleć po angielsku. Początkowo również musiałam się przyzwyczaić do obecności rodziny – jakkolwiek to brzmi. Przez 9 lat człowiek uczy się funkcjonować sam w swoim świecie. W wąskim gronie znajomych, tutaj spotykała się z nami cała rodzina… 

Każdy był ciekawy, szczęśliwy, zadawał pytania. Jednak wielokrotność wciąż tych samych pytań: „i jak się czujesz w Polsce”, „jak tam w nowej szkole”, „jak ci się podoba nowy pokój” zaczęła wyprowadzać Krystiana z równowagi i potęgować u niego stres związany z przeprowadzką, bo nieświadomie podkreślano mu, że wszystko jest nowe. Z pomocą bardzo szybko przyszła szkoła (ostatecznie zdecydowaliśmy się na szkołę prywatną ze względu na małą ilość dzieci w klasie. Dzięki czemu z grupy 14-stu dzieci nauczycielka bardzo szybko była w stanie zauważyć, że coś się dzieje.) Zasugerowano nam pomoc z ramienia Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, z której również skorzystaliśmy. Dzisiaj mogę powiedzieć, że to była dobra decyzja.  

Karolina: Wróciłam sama z dwójka dzieci, on został tam, zamykać tematy, rozwijać nowe szanse nocami. Przez pierwsze sześć miesięcy było mi ciężko w Polsce. Dużo płakałam, nie mogłam się odnaleźć, czułam, że jestem roztrzaskana na milion kawałków. Przez pięć lat zmieniałam się razem ze społeczeństwem w Amsterdamie, podczas gdy społeczność, w której miałam się odnaleźć, zmieniała się osobno tutaj, beze mnie. Nie pasowałam już. Ja, element, który trzeba dociąć na nowo. Dociąć to bardzo dobre słowo, cięcie bolało, ale tylko mnie.

Dzieci szybko się zadomowiły, córka zgrabnie odnalazła się w przedszkolnej, polskojęzycznej rzeczywistości, miałam wrażenie, że ma skoki rozwojowe co 2 dni. Obecność babć, dziadków, relacje z ciotkami i kuzynami, to był punkt zaczepienia. Widzę ich i wiem, że właśnie po to wróciłam. Chociaż nie uważałam na początku, że będzie to miało tak kolosalne znaczenie dla ich rozwoju. Ma. It takes a village to raise a child.

TMM: Jak żyjecie dzisiaj, Dziewczyny? I  czego nauczyła Was emigracja? 

Paulina: Syn zaadoptował się do nowej rzeczywistości. Powrót do Polski miał być jedyną tak dużą rewolucją w jego życiu, głównie emocjonalną. Oczywiście, życie może przynieść wszystko, jednak zgodnie z partnerem postanowiliśmy, że jest to sytuacja, w której z powodu naszej decyzji wywracamy świat naszego dziecka do góry nogami i kolejny raz nie bierzemy tego pod uwagę. Jakkolwiek nam się ułoży teraz, domem naszym i naszego dziecka jest Polska.

Jak się czuję po prawie dziewięciu latach emigracji?  Dojrzalsza. Nie przeraża mnie zaczynanie od nowa, nie wzdrygam się już na myśl o potencjalnych problemach życiowych. Nie zapadam się już w czeluści czarnej rozpaczy, tylko zadaniowo szukam rozwiązań. Nie poddaje się. Kiedy tyle czasu spędza się w kraju pełnym różnorodności, w którym dozwolone są małżeństwa tej samej płci, a aborcja jest legalna – to niezależnie od tego, czy się z tym zgadzasz, czy nie,akceptujesz prawo, które tam obowiązuje. Nauczyłam się nie oceniać ludzi nie znając ich historii. Nie zaskakują mnie różnorodności i nie mam określonej definicji normalności. Dopóki sposób życia ludzi żyjących obok mnie nie krzywdzi nikogo – nie zabieram głosu. Każdy ma prawo żyć, jak chce i czuć się w tym szczęśliwym. Pytałaś mnie, czy wyniosłam z Holandii jakieś zwyczaje, czy przyzwyczajenia. Chyba tak, ale zdałam sobie z tego sprawę dopiero po kilku tygodniach pobytu w Polsce. Za każdym razem, kiedy odpowiadałam sprzedawczyni „dziękuję i miłego dnia”, zastanawiało mnie jej zdziwienie. Za każdym razem, kiedy mijam starszą osobę w okolicach naszego mieszkania i mówię jej „dzień dobry”, widzę uśmiech na jej twarzy. Niezależnie od tego, czy się znamy, czy nie. „Przywiozłam” ze sobą te drobne rzeczy, małe gesty, drobnostki pełne życzliwości, której chyba wciąż jest tu za mało.

Co po 9 latach nieobecności myślę o Polsce? Zmieniliśmy się. Dojrzeliśmy jako społeczeństwo. Myślę, że to dlatego, że w dorosłość wchodzi nasze pokolenie wolne od uczuć związanych z komuną, czy wojną. Jesteśmy trochę bardziej wolni od uczuć towarzyszących naszym rodzicom, czy dziadkom. Nie ma w nas tej zawiści i żalu, nie utraciliśmy natomiast siły, którą oni mieli i umiejętności wyjścia z każdej sytuacji. Zrobienia czegoś z niczego. Kilka lat temu zadając pytanie „co u Ciebie ?” zalewała mnie fala narzekania w odpowiedzi. Dzisiaj już tego nie ma. Chyba po prostu jesteśmy dla siebie milsi. 😉 Albo ja stałam się bardziej wyrozumiała.

Karolina: Mija ponad rok od kiedy wróciłam ja i dzieciaki. Znów się zaadaptowałam, znów mam znajomych, rodzinę, spokój w głowie i plan na budowę domu. Dalej jeżdżę bakfietsem. 🙂 Emigracja nauczyła mnie tego, żeby nie przejmować się życiem tak bardzo, mieć w sobie tolerancję i wyrozumiałość dla innych kultur, dla ludzi. Po prostu. Bardziej też doceniam wartość posiadania rodziny i bliskich przyjaciół. Mój dom jest otwarty, non stop ktoś nas odwiedza, wpada na herbatę czy żurek. Czuję, że jestem.

 

Matka Polka Emigrantka zapuszcza mocne korzenie w – jeszcze wczoraj zupełnie dla niej obcej –  ziemi i buduje trwałe relacje. Odnajduje się w nowej rzeczywistości, przejmuje nawyki i zwyczaje. Chociaż pragnie zostać, to organizuje wszystko, by wrócić. Pakuje dziecięce ubranka, zabawki, składa koszule, pakuje swoje kilka lat szczęścia, dobre wspomnienia i siada na walizce. Czuje się zmęczona i jednocześnie zdeterminowana – znów trzeba wziąć dom na plecy. 

Matka Polka Emigrantka po powrocie dzierga od nowa sieć kontaktów. Ceruje nadszarpnięte emigracją rodzinne relacje i tworzy nowe połączenia, świeże i mocne, podlane wieloletnią tęsknotą. Od nowa uczy się języka i myślenia, w sposób, o jakim zdążyła już troszkę zapomnieć. Odnajduje w sobie nos babci, policzki ciotki Basi od strony ojca i charakterystyczny śmiech, jaki znają tylko kobiety w jej rodzinie. Jest niczym bezpieczna przystań dla swoich dzieci, które – wbrew jej obawom – otoczone miłością adaptują się bardzo szybko. I tylko czasami, gdy usłyszy znajomą melodię, obejrzy zdjęcia w Internecie albo gdy pokażą urywek ukochanego miasta w polskich wiadomościach – czuje lekki ucisk i dwusekundowe migotanie serca. To mija, bo jednak trawa jest zawsze najbardziej zielona tam, gdzie Cię nie ma, a przecież najważniejsze jest to, gdzie jesteś. 

Zdjęcia są autorstwa Anny Onopiuk

Reportaż

Dramat wcześniaków i ich mam. ,,Urodziłam 6 tygodni temu i do tej pory nie widziałam synka’’. 

7 października 2020 / Monika Pryśko

Lockdown mocno nas doświadczył.

Do tej pory odczuwamy skutki zamknięcia, część z nas dopiero staje emocjonalnie na nogi, część nadal szuka pracy, a część na hasło ,,edukacja domowa’’ dostaje tików nerwowych. Ale przez ostatni tydzień mój punkt widzenia się diametralnie zmienił. Bo żadna nasza niewygoda związana z pandemią, nie może równać się z dramatem mam wcześniaków, mam dzieci, które musiały zostać w szpitalu - same. 

Mamy wcześniaków protestują przeciwko separacji ze swoimi dziećmi. Mamy wcześniaków, z powodu Covid-19, w części szpitali w Polsce mają utrudniony bądź ograniczony kontakt ze swoimi walczącymi o życie dziećmi. 

 

Jak to dobrze, że nie o moje dziecko chodzi. Ufff, jak dobrze, że mnie to nie dotyczy. Jak dobrze, że moje dziecko jest całe i zdrowie. Jak dobrze, że to nie ja…

 

Przyznaj, że tak właśnie pomyślałaś. Bo ja tak. I pewnie moja reakcja ograniczyłaby się tylko do szerowania postów na Instagramie dotyczących walczących matek wcześniaków, ale nie tym razem. Bo tym razem bliska mi kobieta – nasza redakcyjna Gosia, nasza pani excel, matka założycielka The Mother MAG – jest tą kobietą z opowieści, jest tą mamą czekającą, cierpiącą, odchodzącą od zmysłów. To nie dzieje się ,,gdzieś tam’’, to dzieje się tu, obok mnie. 

 

Kilka dni temu opublikowałyśmy wpis Gosi. Były to słowa wsparcia dla mam protestujących w Łodzi, ale też publiczne i intymne wyznanie. Nie spodziewałyśmy się takiego wsparcia od naszych Czytelniczek. Nie spodziewałyśmy się aż takich emocji. 

 

Dzisiaj mija 6 tygodni, gdy ostatni raz widziałam swojego synka. Jest wcześniakiem, leży na oddziale neonatologii w Gdańsku.⠀⠀⠀

Mam na imię Małgosia. Na co dzień zajmuje się technicznymi aspektami The Mother MAG, mało mnie w social mediach. Dzisiaj jednak chcę Wam opowiedzieć moją historię.⠀⠀

Jestem mamą czwórki dzieci. W sierpniu, w 28. tygodniu ciąży urodziłam synka. Nie widziałam go od tamtego momentu.⠀⠀

Dostaję raz w tygodniu zdjęcie od pielęgniarek i za każdym razem zastanawiam się, czy to na pewno mój syn. Bardzo chcę poczuć falę miłości, a czuję tylko żal, złość, rozczarowanie. Mam w sobie tyle sprzecznych emocji, często się ich boję, takie są mocne. A to wszystko z tęsknoty. I z bezsilności.

Pomyśl, że przez wiele tygodni nie możesz przytulić swojego dziecka, nie możesz go nakarmić, zaśpiewać, pogłaskać. Dotknąć. Choć zerknąć, czy spokojnie śpi.

Nie mogę być dzisiaj w Łodzi z innymi protestującymi mamami wcześniaków, ale mogę być tutaj i powiedzieć, wykrzyczeć, wypłakać, że oddzielenie mamy od dziecka i dziecka od mamy to niewyobrażalna trauma dla walczących małych wojowników i ich mam, które zaraz po często nagłych porodach wypisywane są ze szpitala do domu. Bez dziecka. Z burzą hormonów. I pustym brzuchem.

Dlaczego nie mogę zobaczyć mojego synka? Lekarze i pielęgniarki codziennie wychodzą z pracy do domu, chodzą do Biedronki, tankują samochody, przytulają swoje dzieci, które odebrali ze szkoły, gdzie jest setka innych dzieci i setka innych rodzinnych historii. I to jest ok, to jest bezpieczne.

A ja, mama mojego synka? Dlaczego nie mogę choćby zerknąć?

Wiecie… za każdym razem, gdy widzę zdjęcie mojego synka, boję się, że nie poczuję z nim takiej więzi, jak z pozostałą trójką. Nie było kontaktu skóra do skóry, nie było szeptania do małego, czerwonego uszka, nie było masowania po brzuszku, ani karmienia po kilkanaście razy na dobę. Boję się, bo nie wiem, jak pachnie mój synek. Boję się, że straciliśmy na zawsze coś bardzo cennego..

Dziś przytulam wszystkie mamy wcześniaków, które tak jak tęsknią, bezgłośnie z bezsilności płaczą pod prysznicem. Jestem z Wami, jestem jak Wy.

 

_

 

Na reakcje Czytelniczek nie musiałyśmy długo czekać. Bardzo dziękujemy Wam – w imieniu Gosi – za takie wsparcie, za tysiące miłych słów. 

 

Poniżej kilka komentarzy. To drobny ułamek wszystkich, które przyszły do nas na Instagramie oraz Facebooku. Dziękujemy za Waszą szczerość i za chęć dodania Gosi otuchy swoimi historiami. 

 

,,Pracuje w jednej ze śląskich klinik na oddziale noworodkowym i powiem szczerze – samej jest mi ciężko. Jestem świadkiem ostatnich rozmów, jakie mamy odbywają z maluszkami zanim wyjdą do domu. Noworodki potrzebują ciepła inkubatora, pokarmu, leków i nierzadko tlenu, ale nie istnieje jeszcze maszyna, która zastąpi im mamę. Boli mnie sytuacja, jaka panuje na tym oddziale. Jedyne co mogę zrobić to wysyłać mamom zdjęcia, chociaż sama wiem, że będąc na ich miejscu byłoby to kropla w morzu matczynych potrzeb. Czekam aż „to” się skończy i oddział noworodkowy kojarzony będzie jako miejsce, gdzie dzieci wraz z mamami mają szansę dojrzeć do życia poza murami szpitala. Aktualnie jest to smutne miejsce, gdzie jedynie położne i pielęgniarki, które jeszcze nie wypaliły się zawodowo, mogą okazać minimum ciepła i miłości noworodkom. Pozdrawiam wszystkie mamy, bądźcie silne! Ja robię co mogę, żeby waszym pociechom było dobrze.’’

 

,,To jest niewyobrażalny ból. Przeżyłam to na początku pandemii, udało mi się pożegnać synka i ostatnie 14 minut jego życia byłam z nim. Wcześniej 6 tygodni widywałam go tylko na zdjęciach. Przesyłam dużo sił.’’

 

,,Też jestem mamą wcześniaka i wprawdzie nie tak długo, ale też byłam rozdzielona z córeczką przez 3 tygodnie, z czego tydzień będąc jeszcze w szpitalu, mogłam do niej zaglądać raz dziennie na 5-10 min. Dla pocieszenia napiszę, że ta więź jest do odbudowania. Początki beda ciężkie, ale na pewno wszystko się ułoży. Przytulam mocno!’’

 

,,Serce mi pęka, jak to czytam. Ponad dwa lata temu urodziłam wcześniaka, przez trzy doby nie mogłam go wziąć w ramiona i poczuć, wyłam z bólu. Przykro mi, bardzo mi przykro, że takie piekło przeżywasz. ❤️ Życzę Wam siły z całego serca ❤️’’

 

,,Mam znajomą, która urodziła wcześniaka. 2 miesiące była z dzieckiem w szpitalu (maj tego roku) . Opowiadała, że jak jedna mama wyszła na chwilę z oddziału, pielęgniarki już ją spakowały i nie pozwoliły wrócić na oddział, a jej maleństwo urodziło się w 29 tygodniu. Także bardzo wam współczuję i mam nadzieję że w końcu rodzice będą mogli być ze swoimi dziećmi.’’

 

,,Straszne. U nas było to jedynie 14 dni i mogliśmy być z małym 12h na dobę. A i tak po wyjściu o 20:00 był płacz i tęsknota. Niewyobrażalne cierpienie.’’

 

,,Serce mi pęka. Ja miałam „tylko” doświadczenie miesięcznego, codziennego samotnego powrotu do domu bez synka, który był w inkubatorze… Nie wiem, jak przetrwałam tę straszną pustkę, jaka mi towarzyszyła. Żyłam każdym dniem, że jak dojdzie do 2 kg, to go zabiorę ze sobą… ale widziałam go codziennie. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić tego, co czujesz. :(‘’

 

,,Więź będzie jeszcze silniejsza. Trzymaj się! Ściskam Cię mocno. Jestem mamą wcześniaka z 35 tygodnia. Rozdzielili nas tylko na 8 dni, ale wyobrażam sobie, co czujesz. To niewyobrażalna tęsknota i troska. Dziecko, które przeżywa tak totalny szok, jakim jest poród, zostaje samo. Na zawsze to już pozostawia skutki, odseparowanie. To naprawdę paranoja, by tak postępować. Matka i dziecko toż to NAJWIĘKSZA miłość na świecie. Nie ma większej miłości i potrzeby bliskości. To musi się zmienić!!! Tak nie da się żyć, gdy serce rozpada się nieustannie na nowo! Już coraz bliżej i będziecie nadrabiać te stracone chwilę.’’

 

,,Leżałam kilka dni przed porodem na patologii ciąży, poznawałam takie historie, które były już przesądzone, że będzie ciąża rozwiązana przez cc nawet już w 32 tc. I te dziewczyny będą do wyjścia, a dzieci zostaną. Biedne już siedzą tam same, bez możliwości odwiedzin, a jeszcze wyjdą bez dzieci. Cały czas zadaję sobie te same pytania, że zespół medyczny wychodzi i później normalnie żyje i on może wchodzić do tych maleństw, a najważniejsza dla niego matka – nie. Chore! Nie mogłam się uwolnić od takich myśli leżąc tydzień w szpitalu i nawet jak miałam już swoją przy sobie, to cały czas myślałam o tych maleństwach i rodzicach. ’’

 

,,Ja urodziłam synka w 28 tc w czerwcu 2020 roku. Pierwszy raz widziałam go dzień po porodzie przez 10 minut, drugi raz widziałam go miesiąc po urodzeniu. Nie mogłam go dotknąć, przytulić, pocałować… W szpitalu spędził 89 dni, widywałam go raz w tygodniu przez 2h.’’

 

Z tych właśnie emocji powstał ten artykuł. 

A także, by pokazać dramat tych rodzinnych historii, by Was uwrażliwić, podkreślić, co jest w życiu najważniejsze.

 

I jednocześnie poprosić Tych-Którzy-Decydują, by spojrzeli na sytuację rodziców wcześniaków z empatią. Po ludzku.  

 

Oczywiście jako redakcja zdajemy sobie sprawę, że procedury mają nas chronić. Wiemy też, że personel medyczny przestrzega zasad ustalonych przez swoich przełożonych i nie on jest odpowiedzialny za separację mam i dzieci. Natomiast apelujemy, by znaleźć złoty środek. Fakt, państwo chroni nasze zdrowie fizyczne, stara się zminimalizować liczbę zachorowań na Covid-19, natomiast zdrowie psychiczne jest równie ważne. A tu stawka jest naprawdę wysoka. I wciąż brak zrozumienia, empatii i wsparcia.  

 

__

 

Musisz wiedzieć, że nasza Gosia to twardzielka. Nigdy się nie skarży, jest konkretna, twarda, nie rozczula się nad sobą. Poprosiłam ją, by napisała mi kilka zdań o dniu narodzin jej najmłodszego synka. Czytałam i z każdym zdaniem byłam mocniej poruszona. Nie zdawałam sobie sprawy…

 

To jest historia narodzin małego Leosia. To wydarzyło się 7 tygodni temu. I teraz widzę dokładniej, że to nie tylko trauma Gosi i jej najmłodszego synka, to tragedia taty, męża Gosi, a także wszystkich dzieci. 21 sierpnia już zawsze będą wspominać z przestrachem. 

 

_

 

21 sierpnia był ostatni piątek wakacji. Było strasznie gorąco. Dzieci biegały po ogrodzie, a ja modliłam się o chłodny wieczór. Pamiętam, jak pisałam SMS-a do męża, że jak wróci, skoczę pod zimny prysznic. Nie czułam się tego dnia najlepiej, ale sądziłam, że to przez upał.

 

W końcu przyszedł upragniony wieczór. Przygotowywaliśmy pokoik dla naszej 2-letniej córeczki, zdejmowaliśmy jej szczebelki w łóżku, montowaliśmy nową lampkę. To był też dzień jej urodzin, następnego dnia miało się odbyć przyjęcie urodzinowe. Balony nadmuchane helem czekały ukryte w sypialni, tort zamówiony, prezenty spakowane. 

W trakcie kolacji, zamówionej pizzy, wydarłam się na dzieci za to, że kręcą się przy jedzeniu. Bardzo rzadko zdarza mi się krzyczeć, więc mąż spojrzał na mnie zdziwiony, ja sama byłam zaskoczona swoją reakcją. A to były już początki wstrząsu. 

 

Poszłam położyć córeczkę, nie chciała zasnąć, a ja byłam mocno zdenerwowana. Śpiewając jej kołysanki poczułam, jak coś nagle cieknie mi po nogach. Zanim doszłam do włącznika światła, zostawiałam już za sobą krople krwi na podłodze. Nie zastanawiałam się ani sekundy, zaczęłam krzyczeć do męża, żeby wzywał karetkę, bo dzieje się coś złego. 

 

Córka zaczęła płakać, nasi starsi chłopcy również. Starałam się zachować spokój. W myślach jedno zdanie: oby tylko dzieci nie zobaczyły krwi. Ale zanim przyjechała karetka, krew płynęła nieprzerwanie. 

 

Pamiętam, jak sanitariusz zapytał męża, czy jedzie ze mną. Nie mógł. Musiał zostać z dziećmi. Jechałam więc sama, przerażona. Najpierw do jednego szpitala, w którym nas nie przyjęto, gdyż w mieście obok był szpital z wyższą referencyjnością i oddziałem neonatologicznym. Wtedy jeszcze nie brałam pod uwagę porodu. Było dużo za wcześnie, miałam termin dopiero na 8 listopada. W drugim szpitalu przyjęto nas od razu. Kilka dokumentów i podpisanie zgód. 

 

Zanim położyłam się do badania USG, zostawiałam za sobą już spore plamy krwi na podłodze i krześle. Badanie trwało może 30 sekund. Lekarz przyłożył głowicę USG do brzucha, sekundę wpatrywał się w obraz, chyba zaskoczony tym, co widzi, po czym krzyknął: Bradykardia, pełno krwi! I wybiegł z gabinetu, aby zwołać zespół.

 

Sytuacja potoczyła się bardzo szybko – stół operacyjny, wkucie, cewnikowanie, usypianie. Nie było czasu na sentymenty, a ja trzęsłam się ze strachu. Lekarze nie mieli nawet czasu, aby powiedzieć mi, co się dzieje. Otrzymałam tylko informację, że musimy ciąć.  

 

4 minuty. Tyle trwał zabieg ratujący życie Leona i moje. 4 minuty, które zaważyły na całym moim obecnym życiu. 

 

,,Proszę się obudzić!’’ To pierwsze, co usłyszałam. Pierwsza myśl? Żyję. Pierwsze pytanie? Co z moim dzieckiem?

 

Obudziłam się, nie wiedząc, gdzie jestem i zupełnie nie wiedziałam, co się stało. Obok mnie w sali leżała jeszcze jedna kobieta. 

 

Musiałam jak najszybciej skontaktować się z mężem, który od wyjazdu karetki nie miał ode mnie żadnych informacji. Podobno dzwonił na SOR, ale trwała operacja. Nikt wtedy nie myślał o tym, żeby powiadomić męża. Nie było czasu. Mąż powiedział mi, co z naszym dzieckiem, na jakim oddziale jestem. Dzwonił jeszcze wielokrotnie do szpitala, aby dowiadywać się na bieżąco co z synkiem. Leon urodził się w 28. tygodniu, z wagą 1080 g, mierząc 37cm. Za mały, żeby samodzielnie przebywać poza moim bezpiecznym brzuchem. Za mały, żeby sam oddychać. Przed operacją nie było czasu na podanie sterydów przyspieszających dojrzałość płuc. 

 

Od samego początku był sam. Beze mnie, a ja bez niego. 

 

Leżałam obolała, w szoku. Resztki znieczulenia mnie usypiały. Nie wiem, o której nad ranem do pokoju wszedł lekarz. Powiedział kobiecie obok, że jej dziecko zmarło. Do mnie zajrzał przez kotarę i rzucił bez emocji: ,,Pani dziecko jest w stanie krytycznym”. I wyszedł…

 

Szok. Kobieta obok mnie płacze. Ja nie wiem, co zrobić. Boję się rozmawiać przez telefon, chcąc uszanować prywatność sąsiadki. Piszę SMS-y do Pawła, żeby koniecznie dzwonił na oddział neonatologiczny. 

 

Było źle. Pierwsze dni wcześniaków to ciągły stan krytyczny. Nasz stan krytyczny, a później ciężki stabilny trwał 35 dni. Dopiero w 35 dniu Leon mógł opuścić inkubator, dalej jednak pozostając na dziecięcym OIOM-ie. 

 

Ja zostałam wypisana do domu w 7. dobie po operacji. Mówię ,,po operacji’’, gdyż moja głowa nie zarejestrowała porodu. Nie pamiętam tej sytuacji jako rodzenia dziecka. Nie było kontaktu skóra do skóry, nie było pierwszego płaczu. Nie było bólu porodowego i późniejszego szczęścia. Był tylko plastik inkubatora. 

 

Pielęgniarka mówi mi, że to mój synek. Ten malutki człowieczek podłączony do miliona kabelków. Przyjechałam do szpitala z brzuchem i wyszłam do domu bez brzucha. Bez dziecka. Jednak on tam był. Walczył o życie. I był sam. 

 

Podczas pobytu w szpitalu mogłam do niego chodzić w każdym momencie, zanosić odciągnięte mleko. Po wypisie ze szpitala – raz dziennie telefon i jedno zdjęcie na tydzień. Tylko tyle i aż tyle. W szpitalu nikt mnie nie poinformował, że mogę zostać przy dziecku. Nie wiem, czy była taka możliwość. Byłam w szoku. Wszyscy byliśmy. Do dzisiaj mam zespół stresu pourazowego, chodzę do psychologa. W szpitalu proponowali mi rozmowę z psychologiem, ale był tylko jeden. Jeden na cały szpital i w dodatku na urlopie.

 

Dopiero po kilku dniach dowiedziałam się, że miałam krwotok wewnętrzny wywołany oddzielaniem się łożyska. Sama byłam w dość nieciekawym stanie. Szybkie cięcie zostawiło trwały ślad na brzuchu, kilkukrotne transfuzje krwi, litrowe kroplówki z antybiotykami i przeciwzakrzepowe zastrzyki w brzuch. Nie było łatwo. 

 

Strach o własne życie, strach o pozostawione dzieci, strach o nowo narodzone dziecko. Natężenie strachu ścięło mnie z nóg. 

 

Pamiętam, jak podczas mojego pobytu w szpitalu przychodziły pielęgniarki i lekarze zdziwieni, że przeżyłam. Z medycznego punktu widzenia powinno mnie już nie być. Ani mnie, ani Leona. Wtedy, jakkolwiek to zabrzmi, byłam wdzięczna przede wszystkim za to, że jestem, bo w domu zostawiłam trójkę dzieci. Bałam się, że już nie wrócę.

 

Ciężko jest mi opisać, co czuję teraz. Co czułam przez te długie 7 tygodni, kiedy on był tam, a ja tutaj. Z jednej strony martwisz się o życie dziecka, które ciągle jest w stanie krytycznym stabilnym. Słuchasz lekarzy, którzy mówią, że dzisiaj jest źle, a jutro będzie może dobrze, a często na odwrót. Z drugiej przytulasz dzieci, do których myślałaś, że już nie wrócisz. To tak wielki koktajl emocjonalny, że sama przestajesz wiedzieć, co czujesz. Przeżywasz połóg, hormony wariują. Nikt nie jest w stanie Cię zrozumieć. Nikt nie może zapełnić pustki w brzuchu. Gdzie mój brzuch? 

 

Nigdy jeszcze nie dotknęłam mojego synka. Jest dla mnie zdjęciem w telefonie. To bardzo trudne do zaakceptowania, zrozumienia. Jak mam wytworzyć więź z synkiem, którego nigdy nie trzymałam na rękach. Uwierzcie mi, że to trudniejsze niż się wydaje. 

 

Nie stałam pod szpitalem, nie pisałam pism i petycji, nie kontaktowałam się z prawnikiem. Bałam się, że moje działania wpłyną negatywnie na opiekę nad Leonem. Zabiorą mi w miarę miły kontakt telefoniczny z lekarzami i pielęgniarkami. 

 

Ja rozumiem, że moje wizyty mogłyby zagrażać zdrowiu synka, jak i innych dzieci. Rozumiem. Tylko, że gdy jesteśmy w ciąży, mówią nam, że mamy mówić do brzucha, śpiewać piosenki, bo dziecko nas słyszy. Jednocześnie medycznie jest udowodnione, że bliskość mamy pomaga dzieciom zdrowieć, lepiej przybierać na wadze. A z jeszcze innej strony, czy panie pielęgniarki nie chodzą po pracy do sklepu? Nie mają dzieci, które wracają ze szkoły? Jestem taka sama jak one. 

 

Nie da się przeżyć raz jeszcze utraconych chwil. Wierzę, że można zbudować więź, jednak to, co przeszliśmy, na zawsze zostawi traumatyczną historię. Przez te 7 tygodni, uwierzcie mi, nie dało się nie myśleć, że moje dziecko jest tam samo. Ta myśl po prostu rozdziera serce, odchodzi się od zmysłów.  

 

Zbudowałam sobie obronny mur, za którym schowałam wszystkie emocje. Czuję się jak wydmuszka. Zostałam obdarta z najpiękniejszych chwil z maleństwem. Nic i nikt mi ich nie zwróci. A to nie tak, że nie mogłam tego przeżyć, bo moje dziecko odeszło. Ono tam jest. To system i regulaminy zawiodły. 

___

 

Historia Gosi obudziła inne mamy. Poniżej opowieść jednej z naszych Czytelniczek, która pragnie pozostać anonimowa. 

 

Miało być jak filmie. Odejdą wody, pojedziemy do szpitala i urodzi się nasza wymarzona córeczka. A jak było rzeczywiście? Minął 40 tc, a mała na uparciucha nie chciała wyjść z brzuszka. Według ustalonego wcześniej z lekarką prowadzącą planu, stawiłam się na szpitalną izbę przyjęć w celu wywołania porodu. Psychicznie byłam dobrze przygotowana na to, co mnie czeka.

Mąż zainstalował mi Skype w telefonie, od rana była ciągła relacja z nim przez wiadomości sms. Optymizm pełną gębą! Przecież mam zadanie do wykonania i jestem zdeterminowana. Idę rodzić, wracamy ze szpitala do domu i jesteśmy najszczęśliwsi na świecie. I na początku faktycznie tak to wyglądało.

Komplikacje rozpoczęły się chwilę po tym, jak zostałam podpięta pod kroplówkę z oksytocyną. Tętno dziecka zaczęło spadać. Lekarka pełniąca dyżur tego dnia w moment podjęła decyzję o cesarskim cięciu. Szybka zgoda, papiery podpisywane drżącymi rękami już na szpitalnym wózku. W całym tym chaosie ekspresowy telefon do męża – ,,będzie cesarka”. Tylko tyle udało mi się z siebie wydusić. Anestezjolog zadecydował o tym, żeby nie tracić czasu i zamiast znieczulenia od razu mnie uśpić. Kilka sekund minęło, a ja już odpłynęłam.

Obudziłam się na sali pooperacyjnej. Na początku nic nie pamiętałam i nie mogłam z siebie wydobyć ani słowa. Obok pojawiła się pielęgniarka z informacją, że wszystko jest dobrze, ale córeczka od razu po urodzeniu trafiła na oddział patologii noworodka i nie mogę jej w tej chwili zobaczyć. Mam teraz leżeć i odpoczywać po operacji. Jedynie dzięki uprzejmości jednej z rezydentek pokazano mi zdjęcie córeczki z telefonu.

Moje małe, bezbronne dzieciątko z rureczkami w nosie i buzi i czapeczką na głowie. A więc to ta istota żyła sobie przez ostatnie 9 miesięcy w moim brzuchu Ciężko było mi się skupić. W głowie kłębiło się setki myśli…

W tamtej chwili jedyną prośbę, jaką miałam, to żeby szpital skontaktował się z moim mężem, bo ja nie jestem w stanie wykonać do niego telefonu z tymi informacjami. Suchość w gardle i rozchwianie emocjonalne wzięły nade mną górę.

Po kilku godzinach od przebudzenia przewieźli mnie na salę poporodową. Dowiedziałam się, kiedy będzie pionizacja, że guzikiem przy łóżku mogę wezwać położną w razie potrzeby, no i że aktualnie nie mogę jeść ani pić. Ani słowa na temat dziecka…

Mąż otrzymał przez telefon zlepek podstawowych informacji i zapewnienie, że jak tylko coś się zmieni, to dadzą znać. Na większość pytań otrzymał odpowiedź: ,,niestety, nie wiemy”. My nic nie wiemy i oni nic nie wiedzą…

Po jakimś czasie w sali, na której leżałam, pojawiły się dwie kobiety również po porodzie. Z dziećmi przy boku. Ciężkie przeżycie widzieć szczęście na twarzy innej kobiety, kiedy samemu przeżywa się wewnętrzną histerię. Wtedy obiecałam sobie, że się nie rozkleję i będę silna.

Lekarz przy wieczornym obchodzie zakomunikował, że teraz i tak nic nowego się nie dowiem na temat dziecka, bo jest noc, i rano na pewno dostanę jakieś informacje, bo on nic nie wie i to nie jego oddział. Noc minęła bezsennie. Rano dostałam w twarz informacją, że nie będę mogła zobaczyć dziecka, bo wszystkie oddziały są zamknięte i pracują według ściśle określonych wytycznych.

Dzięki uprzejmości położnej otrzymałam numer na oddział patologii noworodka, gdzie miałam zadzwonić i zapytać, co dalej. Na moją prośbę telefony w sprawie córki wykonywał już tylko mąż. Ja nie byłam w stanie. Wściekłość wymieszana z żalem i pustką była ogromna.

Według przekazanych wieści dziecko urodziło się z zapaleniem płuc i problemami z oddychaniem. Został włączony antybiotyk i córeczka była wspomagana tlenem. To tak w skrócie. Po dwóch dniach wśród matek z dziećmi wreszcie otrzymałam wypis do domu, a moja córeczka nadal pozostawała na patologii noworodka.

Problemy z dodzwonieniem się na oddział były ogromne. Co chwila ktoś nas zbywał i odkładał słuchawkę. Przekaz informacji przez telefon był totalnie chaotyczny.

O odwiedzeniu dziecka nie było żadnej mowy. Pisaliśmy pismo do dyrekcji szpitala, chcieliśmy zakupić specjalne ubrania ochronne, zrobić test na Covid. Zgody nie otrzymaliśmy. Obiecanych zdjęć nie było z powodu braku czasu. Nieprzyjemny lekarz grzmiał do słuchawki, że przecież na oddziale jest ponad 50 dzieci i co my sobie wyobrażamy.  

Codziennie, łącznie przez 10 dni w naszym domu atmosferę można było kroić nożem. Płacz z bezsilności był normą zarówno u mnie, jak i u męża. Zadzwonić na oddział można było tylko raz w ciągu dnia i graniczyło z cudem wstrzelić się w wolny czas lekarza na obchodzie. Codziennie słyszeliśmy, że malutka dostanie wypis ,,no może nawet jutro”.

Codziennie przed południem czekaliśmy na te magiczne słowa i codziennie z jakiegoś powodu ich nie było. Jedna Pani mówiła inaczej, a druga inaczej. Każdy miał swój plan leczenia, przez co informacje kompletnie się nie pokrywały.

Bardzo ciężko opisać, co tak naprawdę czułam w tamtych chwilach. Było to ogromne zagubienie pomieszane z żalem. Bałam się, że kiedy przyjdzie mi poznać moje dziecko, nie poczuję się tak, jak powinnam. Pierwszy dotyk, pierwsze karmienie i przewijanie, pierwszy płacz. Wszystko to zostało nam odebrane. Czy nie będzie między nami jakiegoś

dystansu? Jaka ona będzie? Czy będzie wiedziała, że to my jesteśmy jej rodzicami? Jak bardzo w ciągu tych dni się zmieniała, jak się zachowywała. Tego nie wiem i nigdy się nie dowiem.

Po tym czasie nie udało mi się zacząć karmić piersią, co też było kolejnym ciosem. Tylko dzięki wspaniałej położnej środowiskowej udało mi się to przepracować w głowie. Szpital owszem uratował mi i dziecku życie, ale swoimi procedurami odebrał też jedną z najbardziej magicznych chwil w życiu. Zniszczył piękny obraz świeżego macierzyństwa.

Minęło już pół roku, a nadal boli. 

 

_

 

 

Dopiero teraz Gosia opowiedziała, dlaczego nie koczowała przed szpitalem, dlaczego nie poruszyła nieba i ziemi, by być przy swoim synku. Uważam, że osoba, która nie przeżyła tego, co Gosia, nie może tego oceniać. Uważam też, że każdy sam musi wybrać sposób reagowania. Każdemu ulgę przyniesie co innego. 

 

Gosia nie walczyła tak, jak wielu uważa, że powinna, bo nie chciała pogarszać sprawy. Nie chciała, by personel medyczny – nawet podświadomie – z mniejszą uwagą i ostrożnością opiekował się jej synkiem. Wydaje mi się, że miała podstawy do tych obaw. Choć też rozumiem, że te słowa dla wielu oddanych specjalistów mogą być krzywdzące. Gdy w grę wchodzą emocje, trudno być obiektywnym. 

 

Położne w szpitalu, w którym leży synek Gosi, dostały zakaz wypowiadania się w tej sprawie, dlatego nie mogę przedstawić stanowiska drugiej strony.

 

 

_

 

 

Dzięki wpisowi Gosi poznałam prawnika Katarzynę Włodarczyk. Rozmawiałyśmy o prawach mam i ich dzieci. Kasia podpowiedziała, że na stronie Fundacji Rodzić po Ludzku widnieje cała rozpiska na temat praw pacjenta: https://www.rodzicpoludzku.pl/prawa-pacjenta.html

 

Niestety teraz, w dobie pandemii, żadne zasady nie obowiązują, bo wszystko można tłumaczyć Covid-19.  Jest specustawa  z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem Covid-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych.

http://g.ekspert.infor.pl/p/_dane/akty_pdf/DZU/2020/47/374.pdf#zoom=90

 

 

,,Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie ma jednomyślności. Uważam, że sprawa byłaby znacznie prostsza, gdyby te zasady były jednolite i stałe albo zmieniane nie aż tak dynamicznie. Bo ani odwołanie porodów rodzinnych, ani brak odwiedzin, nie jest nigdzie nakazany wprost. To jest wyłącznie kwestia dowolnej interpretacji. ‘’

 

Katarzyna dodaje jeszcze, że ,,z punktu widzenia zarządzających szpitalami trudno się dziwić. Na pewno to bezpieczniejsze, kiedy nie ma odwiedzin. Niemniej straty długofalowe poznamy za wiele lat. Uważam, że te kwestie powinny być uregulowane odgórnie i odpowiedzialność, mimo wszystko powinni za to przejąć rządzący. Jednolitość w tej dziedzinie to podstawa! W przeciwnym razie, to szukanie kozła ofiarnego, czyli lekarzy i pielęgniarek. ‘’

 

 

Jeśli jesteś mamą, która nie może zobaczyć swojego dziecka, które leży w szpitalu, skorzystaj proszę z formuły przygotowanej przez Katarzynę Włodarczyk. Wystarczy, że skopiujesz tekst i uzupełnisz dane. 

 

 

 

Pismo do Dyrektora Szpitala, w którym leży maluch o mniej więcej takiej treści:

 

Szanowny Panie!

W dniu ….. urodziłam w Państwa Szpitalu.

Od x tygodni nie mam kontaktu ze swoim dzieckiem.

Stanowczo wnoszę o umożliwienie mi sprawowania osobistej opieki nad dzieckiem, w trakcie jego hospitalizacji.

Zgodnie z wytycznymi obowiązującymi w okresie pandemii, skierowanymi do wszystkich szpitali w Polsce, zgodnie z przysługującymi nam prawami pacjenta i prawami dziecka, stanowczo wnoszę, jak na wstępie.

 

 

z poważaniem

……………….

 

 

W wiadomości e-mail skierowanej do szpitala, dołącz jako adresatów również:

– Rzecznika Praw Pacjenta

– Rzecznika Praw Dziecka

– Helsińską Fundację Praw Człowieka 

– Fundację Rodzić Po Ludzku

 

 

___________

 

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę uruchomiła petycję: https://www.petycjeonline.com/wobronienoworodkow

 

Podpisz i wesprzyj inne mamy! 

 

____________

 

Ten artykuł jest bardzo lapidarny. Ale nie dziw się, proszę, pisany jest w emocjach. Trudno być obiektywnym, przyjmującym rzeczywistość na zimno dziennikarzem, gdy u przyjaciół świat stanął w miejscu. 

 

Ten artykuł powstał ze wspomnień. Ale też daje nadzieję. Bo dziś Gosia pojechała zabrać swojego małego synka do domu. Po 7 tygodniach od porodu, w końcu będzie mogła sprawdzić, jak pachnie jej dziecko. Czekałyśmy na to!

 

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo