ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Reportaż

Przedsiębiorcze matki na celowniku ZUSu

3 października 2020 / Magdalena Droń

Przypisano im łatkę „matek – wyłudzaczek”.

ZUS odbiera im godność, łamie wiarygodność w oczach klientów, by za wszelką cenę doprowadzić ich firmy do bankructwa. Chociaż mają doświadczenie, zdobywają uznanie, są cenione za determinację i dążenie do celu, doskonale łącząc wszystkie role, państwo prorodzinne przypiera je do muru i każe im wybierać – rodzina albo kariera.

Kilka lat temu Zakład Ubezpieczeń Społecznych wzmógł kontrole wśród matek prowadzących działalność gospodarczą. Powodem były nowopowstające firmy, zakładane przez kobiety w ciąży, na potrzeby wyłudzenia świadczeń. Oberwało się jednak także tym, które „na działalności” były od lat. Organowi nie spodobało się, że ich firmy generowały za małe przychody, podczas gdy właścicielki pobierały zasiłki macierzyńskie. Przedsiębiorcze mamy są tym oburzone, ale ZUS wskazuje na konieczność obrony interesu płatników i wstrzymuje wypłatę zasiłków chorobowych lub macierzyńskich, gdy urzędnicy znajdą nieprawidłowości lub niedociągnięcia. Nakazuje także zwracać nienależnie pobrane pieniądze, nawet za lata wstecz.

Miesiące stresu bez środków do życia

Zaczyna się niewinnie. ZUS wstrzymuje wypłatę środków informując, że rozpoczyna postępowanie wyjaśniające, najczęściej w odniesieniu do podlegania pod ubezpieczenia społeczne. – Praktyką ZUS stało się to, że jeśli w ogóle wyśle takie zawiadomienie, robi to dosłownie na chwilę przed kończącym się 30-dniowym terminem, który obowiązuje go w ustawie dotyczącej realizacji świadczeń i ich wypłat – podkreśla Anka. W piśmie przesuwa termin o kolejne 30 lub 60 dni. Na próżno szukać w nim konkretów: dlaczego termin uległ przesunięciu, co wzbudziło wątpliwości ZUS i jakie kroki organ zamierza podjąć, aby sprawę wyjaśnić. Zgodnie z Kodeksem Postępowania Administracyjnego winien jest wyczerpującą informację, a sprawy załatwiać bez zbędnej zwłoki. Na tym etapie procedowania ZUS nie poinformuje również, kto zajmuje się naszą sprawą oraz gdzie można zasięgnąć jakichkolwiek konkretnych informacji – odsyła na infolinię, gdzie nie sposób uzyskać żadnych szczegółowych informacji. – Tak minęły mi łącznie 3 miesiące. Potem ZUS wezwał mnie na kontrolę, podczas której miałam udowodnić, że działająca na rynku 6 lat firma, zatrudniająca 3 pracowników, przynosząca wysokie dochody, nie jest fikcyjna. Oczywiście wątpliwości co do istnienia firmy ZUS nabył dokładnie z chwilą wpłynięcia wniosku o zasiłek – mówi Anka. To są te szumne wyłudzenia, które nam się tak często przypisuje: nieprawdą jest, że ZUS weryfikuje tylko bardzo młode firmy i płatników, którzy w sposób nagminny korzystają ze świadczeń, mamy mnóstwo przykładów wskazujących na to, że już druga ciąża jest dla nas zagrożeniem i wielce niewygodna dla ZUS, bo po raz drugi będzie należał się zasiłek macierzyński, nieważne, że przez 6 lat się nie chorowało… dodaje z goryczą. – I wtedy zaczyna się koszmar – nasi klienci są wzywani na przesłuchania, my proszone o ujawnienie korespondencji z nimi: maili, czasem sms-ów, często wrażliwych umów stanowiących tajemnicę handlową. Kontrole tzw. fikcyjności zdają się być jedną z ulubionych, ale chyba najbardziej absurdalnych. Czy nie wystarczy, aby ZUS sprawdził choćby PIT-y, PKPiR, faktury? – pyta. W kraju znane są przypadki kontroli, na które wzywano zaraz po porodzie. Kilkugodzinne przesłuchania z dwutygodniowym dzieckiem na ręku, po to, by odpowiadać na pytania: „Czy celowo podwyższyła Pani składkę na ubezpieczenie społeczne, by uzyskać większy zasiłek?”.

Wysokie składki zdają się być największą zmorą ZUS. Choć na całym świecie system ubezpieczeń opiera się na dobrowolności składek, w Polsce wydaje się to być problemem, mimo iż składki ZUS są właśnie uznaniowe a ustawodawca określił ich pułap, który ubezpieczony może zadeklarować. Przedsiębiorcza mama, której dochody miesięcznie trzy- czy nawet czterokrotnie przewyższają średnią krajową, nie może być oskarżana o to, że nie chce by jej zasiłek macierzyński wynosił ok 2000 zł (tyle należy się przy standardowych składkach), a maksimum, czyli ok. 7000 zł miesięcznie. Przedsiębiorczynie podkreślają, że często nie jest to nawet 50% ich dochodów. Kobiety mają poczucie, że każe się je za powodzenie. 

Po kontroli ZUS analizuje ponownie dokumenty, co w praktyce oznacza kolejny miesiąc, często i dwa, czekania – razem to ok. pół roku wstrzymanych świadczeń. W tym czasie, mimo iż same nie otrzymują zasiłków, składki muszą regularnie i sumiennie odprowadzać.

Pieniądze do zwrotu

Nawet jeśli ZUS wyda pozytywną decyzję, nie można spać spokojnie. Wypłacone wcześniej świadczenie może nakazać zwrócić, jeśli np. okaże się, że na koncie widniała niedopłata (często groszowa). Może też nagle okazać się, że zabrakło jakiegoś dokumentu czy podpisu.

Absurdalne, jednak nagminne – ZUS sam podważa swoje decyzje sprzed lat i nakazuje zwrócić pieniądze, w praktyce nie jest to podyktowane żadną podstawą prawną. Co istotne, jeśli ZUS uzna świadczenie sprzed 4 lat za nienależne, choćby ze względu na niedopłatę, nie uzna też kolejnych wypłaconych świadczeń, sprzed 3 czy 2 lat. Czasem oznacza to kilkaset tysięcy złotych do zwrotu. To tragedia dla całych rodzin, a także bankructwo dla firmy.

Jakim prawem ZUS odwołuje swoje decyzje i kontroluje „wstecznie”? – W sierpniu zeszłego roku wszczęli postępowanie, żeby sprawdzić, czy moja firma jest fikcyjna. Bo uczyłam się przez 9 lat (studia prawnicze i ekonomiczne, plus aplikacja) żeby wyłudzać zasiłki z ZUS… No paranoja. Jak już zauważyli, że fikcyjności mi nie udowodnią, bo w każdym miesiącu mam fakturę, to grzebią, czy nie pracowałam na L4 i jak się rozliczałam z pracownikiem itp.. Robią to bezprawnie, bo nie rozszerzają zakresu postępowania. Muszę chodzić do sądu, robić zdjęcia protokołów z rozpraw i zamazywać dane, żeby udowodnić, że nie pracowałam na L4. Wreszcie mi odpuszczają w listopadzie 2018 i kończą postępowanie. Wtedy pomyślałam, że może się odczepią wreszcie. Nic bardziej mylnego. Dalej grzebią. Tym razem bez wszczęcia postępowania. I znaleźli jedną nieprawidłowość w formularzach. W listopadzie 2017 roku. Byłam z synkiem w szpitalu. To było podczas zasiłku macierzyńskiego. Dowiedziałam się od lekarza, że mogę przerwać zasiłek macierzyński i pobrać zasiłek opiekuńczy, by w ten sposób trochę mi się przedłużył macierzyński. Po wyjściu ze szpitala poszłam do ZUS i pytam się, czy to możliwe. Pani potwierdziła. Powiedziała jakie dokumenty złożyć. Wróciłam z dokumentami. Po 3 miesiącach wypłacili mi ten opiekuńczy. I wszystko było WTEDY dobrze. A TERAZ oni twierdzą, że powinnam jeszcze złożyć jakieś dodatkowe dokumenty. Ktoś się dopatrzył po 1,5 roku! Grozi mi zwrot połowy macierzyńskiego i zasiłków opiekuńczych. Bo jak mnie wywalą z ubezpieczeń w listopadzie 2017 to wszystkie zasiłki pobrane po tym okresie są traktowane jako nienależne. Tego wszystkiego dowiedziałam się przez telefon. Nie było wszczęcia postępowania. Do tej pory nie mam oficjalnej decyzji mimo moich pism – kwituje gorzko Daria.

Zasiłek macierzyński to nie urlop, czyli gorsze dzieci matek na działalności

W opinii ZUS pobieranie zasiłku macierzyńskiego nie jest jednoznaczne z przebywaniem
na tzw. urlopie macierzyńskim. Aby firma nie została uznana za fikcyjną, należy wówczas pracować (choć nie systematyzuje tego żadna ustawa, jest to interpretacja przepisów, oczywiście niekorzystnych dla kobiet-matek). Istnieje możliwość jej zawieszenia, ale to oznaczała śmierć firmy, która w wielu branżach potrzebuje ciągłości np. do przystąpienia do przetargu.

Dla przedsiębiorczej mamy zawieszenie  działalności skutkowałoby tym, że po zakończonym zasiłku, zostaje bez niczego i zaczyna wszystko od nowa, nie mając przy tym środków do życia. A jako kobieta chce się ona realizować zarówno w pracy zawodowej, jak i w domu, poświęcając swój czas rodzinie. Ja na siebie od powrotu do pracy po macierzyńskim w ogóle nie biorę L4. Tylko jak dzieci chorują to brałam opiekę, ale i nawet tego nie chcą mi wypłacać. Już 4 razy kazali mi przynieść zaświadczenie ze żłobka, że dziecko nie było w placówce w dniach, o które chciałam zasiłek opiekuńczy. Jakby sami nie mogli się zwrócić. W żłobku to już patrzyli na mnie dziwnie, gdzie w moim zawodzie zaufania publicznego nie powinnam być postrzegana jako „ciągle kontrolowana przez ZUS”. No wstyd robią człowiekowi – mówi Magda.

Ciążący „problem”

Na zwolnienie przechodzę w 12tc z powodu plamień. To była moja 4 ciąża (jedną poroniłam).  Po niecałym miesiącu sprawdzam PUE [Platforma Usług Elektronicznych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych – przyp. aut] czy jest wczytana wypłata za zwolnienie. Widzę odmowę za 3 ostatnie dni zwolnienia (piątek, sobota, niedziela). Dzwonię na infolinię ZUS. Dowiaduję się, że w dniu poprzednim powinnam stawić się u lekarza konsultanta ZUS, a w dziś u orzecznika ZUS. Godzina wizyty za 30 minut od momentu, w którym się dowiedziałam. Pytam więc, co mam zrobić. Każą przyjechać, jeśli dam radę. Ok. Pędzimy z mężem i jednym maluchem w aucie, bo drugi w przedszkolu. Dojechałam i jeszcze godzinę czekałam w kolejce.  Pani lekarz orzecznik była bardzo zbulwersowana. Po co ja przyjechałam, skoro nie byłam u lekarza konsultanta. Tłumaczę, że nic nie wiedziałam, że nie otrzymałam listu z wezwaniem. Że dowiedziałam się przypadkiem, dzwoniąc na infolinię. Spytała, po co ja tam dzwoniłam, przecież nikt (tu użyła sformułowania, które jasno sugerowała, że nikt normalny) nie dzwoni na infolinię. Wyprasza mnie z gabinetu i każe czekać. Na szczęście było gdzie usiąść. Wróciła w jeszcze gorszym humorze. Bo po co ja przyjechałam, jak ona nie ma opinii konsultanta. Że ona jest lekarzem internistą. Nic nie może. Przeprowadza wywiad. Kwituje podsumowaniem, że niepotrzebnie zajmuję jej czas, a o całej sytuacji zadecyduje zwrotka z poczty o odbiorze pisma. Tak więc z ZUS-u pojechałam na pocztę. W międzyczasie pojawia się pismo z kontrolą o fikcyjność firmy – wylicza Patrycja. – W 31tc dostaję pismo z kolejną kontrolą u lekarza konsultanta w ZUS, a następnie u orzecznika. Obie wizyty nagrałam na dyktafon. Ginekolog wyklikala moje dane. Wpisała datę porodu z terminu miesiączki, mimo kilkukrotnego informowania, że termin z usg jest inny. Dałam jej wszystkie moje badania, nawet do nich nie zajrzała. Wzięła kartę ciąży i kazała iść się rozebrać do badania. Wychodzę więc półnaga i idę do fotela ginekologicznego. A pani doktor zaczyna „przeprowadzać wywiad”, jakie są obecne dolegliwości. Więc mówię, że doszły mi bole kręgosłupa, że nadal pobolewa mnie podbrzusza… i przerwała mi w pół zdania i pyta jakie jest leczenie. Patrzę na nią i na ten fotel, na nią i na krzesło. Nadal stoję półnaga i nie mam ani gdzie usiąść, ani się podtrzymać. Czułam się stojąc półnaga na baczność. I mówię do niej, że może ja usiądę, a ona stwierdza, że dobra, później dopisze. Zrozumiałam, że wrócimy do rozmowy, ale… myliłam się. Zbadała mnie ginekologicznie i tętno dziecka. Poszłam się ubrać. A ona oddała mi wszystko i skończyła wizytę. Myślałam, że doczytała wszystko o moich dolegliwościach i leczeniu z dokumentów i karty ciąży. Na drugi dzień u lekarza konsultanta dowiedziałam się, że jestem zdolna do pracy i mojemu dziecku nic nie zagraża, podważając opinię mojego ginekologa. Pani orzecznik przeprowadza ze mną dokładny wywiad. Jest zdziwiona i mówi, że jako internista nic nie może zrobić. Mówi, żebym udała się z opinią do ginekologa. On będzie wiedział, co zrobić. Niestety, prowadzący ciążę się wystraszył i stwierdził, że „z ZUS-em nikt nie wygra”. Prosi o zmianę lekarza i szpitala. Szpitala, w którym rodziłam poprzednie dzieci. Nie mam już siły i rezygnuję ze zwolnienia. Popracuję trochę, zobaczymy. Niestety 2 tygodnie później dostaję silnych skurczy. Na chwilę udaje się je uspokoić lekami i leżeniem plackiem. Wtedy przechodzę na wcześniejszy macierzyński. Dostaję pismo z kolejną kontrolę, tym razem  o opłacenie 3 wysokich składek w 2014 r. W 39tc mój synek rodzi się w ciężkiej zamartwicy urodzeniowej. Dostaje 4pkt w sklai APGAR i zostaje natychmiast przewieziony na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka do szpitala im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu.  

Ruch Społeczny Kobiet na Działalności

Ruch Społeczny Kobiet na Działalności z dnia na dzień przybiera na sile. Przyznają, że nie jest łatwo – są rozsiane po całej Polsce, pracują w różnych trybach i branżach. Mają jednak dużą determinację, kontaktują się przez media społecznościowe i komunikatory, wymieniają się doświadczeniami i telefonami, pomagają, zaczynają się cyklicznie spotykać. To przedsiębiorcze kobiety – księgowe, architektki, fryzjerki, prawniczki, kosmetolożki i graficzki, które zrzeszając się jako Ruch Społeczny Kobiet na Działalności, mówią STOP nieuczciwym praktykom ZUS, prowadzonym w całym kraju kontrolom i postępowaniom wyjaśniającym. Wystosowały skargę i proszą o pomoc ich zdaniem niezależnych instytucji, Rzecznika Małych Średnich Przedsiębiorców, Rzecznika Praw Obywatelskich i Rzecznika Praw Dziecka. Na chwilę obecną zebrały ponad 100 podpisów, ale to dopiero początek. Codziennie napływają nowe zgłoszenia nadużyć i kolejne podpisy z poparciem skargi. Jeśli będzie trzeba udamy się nawet do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Jesteśmy nękane i przesłuchiwane, często kilka razy w tej samej sprawie, odmawia się nam wyjaśnień, a w kuluarach nieco bardziej życzliwi pracownicy ZUS potwierdzają nam, że jest to odgórnie nałożona, zmasowana akcja na kobiety prowadzące działalność, głównie te w ciąży lub na zasiłkach macierzyńskich – mówi Natalia. – Niezależnie od siebie, z różnych miast, napływają informacje, że pracownicy ZUS mają specjalne szkolenia, a na nich wytyczne, co do prowadzenia kontroli.  Co ważne, nie dotyczą one wcale mechanizmów i regulacji prawnych, a bardziej socjotechnicznych działań, które mają zastraszyć ubezpieczoną, podważyć wiarygodność, zniechęcić skutecznie do występowania o należne świadczenia, po prostu – złamać. To nie może być przypadek, skoro informacje
o masowej, celowej akcji przeciekają od Wrocławia poprzez Warszawę, Poznań, Łódź
po Gdańsk i Szczecin – dodaje.

Jesteś matką i masz firmę? Jesteś podejrzana!

Członkinie Ruchu Społecznego Kobiet na Działalności nie zgadzają się, żeby kontrole były skierowane głównie na jedną grupę społeczną, ich zdaniem to jawna dyskryminacja. Kontrolom mówią tak i uznają je za potrzebne w celu faktycznej weryfikacji uczciwości ubezpieczonych i płatników, ale nie rozumieją dlaczego to one stoją na pierwszej linii frontu. – Ile procentowo kobiet na etacie korzysta ze świadczeń ZUS, a ile jest kontrolowanych i wzywanych na kilkugodzinne przesłuchania? Ilu kobietom na działalności a ilu kobietom na etacie wstrzymano wypłatę świadczeń? Ilu mężczyzn jest obecnie kontrolowanych? Co i kto decyduje o kontroli? – pyta Małgosia. Jeśli ZUS odważy się odpowiedzieć rzetelnie na te pytania, w ich przekonaniu uwidoczni to skalę problemu, który przybiera na sile z dnia na dzień. – Jako przedsiębiorca rozumiem konieczność przeprowadzania kontroli w zakresie wypłacanych świadczeń. Znajduję pełne zrozumienie dla zasadności ich weryfikacji i kontroli uczciwości ubezpieczonych i płatników, ale kompletnie nie rozumiem i nie zgadzam się na celowe działanie, które mają w ostateczności pozbawić uczciwych przedsiębiorców należnych im świadczeń lub też celowo utrudniać ich wypłatę. Moja działalność trwa od grudnia 2013 roku, co mogę łatwo udowodnić, wszystko można zweryfikować, chociażby kontaktując się z Urzędem Skarbowym oraz analizując wszelkie deklaracje PIT, które dostarczyłam jako dowody w każdym postępowaniu. Owszem, pobierałam zasiłek macierzyński, zasiłek chorobowy i świadczenie rehabilitacyjne, ale było to podyktowane wypadkiem losowym: po porodzie zachorowałam na nowotwór i choć moja firma na pewien okres straciła płynność finansową, to wiedziałam, że po ciężkim leczeniu wrócę ze zdwojoną siłą do swoich obowiązków. Poza okresami pobierania zasiłków moja firma przynosiła i nadal przynosi zyski, każdego miesiąca płacę podatki VAT i PIT. Wszelkie deklaracje są opłacane zawsze w terminie, co też jestem w stanie szybko udowodnić i nie potrzeba na to w sumie aż 60 dni zwłoki na odpowiedź urzędników ZUS. Czysty absurd. W każdym postępowaniu nękano moich kontrahentów (tak, nie boję się użyć tego słowa). Obawiam się o swoją przyszłość, jeśli chodzi o łączące mnie relacje biznesowe z poszczególnymi firmami. Już na kontroli ZUS otrzymał poza umowami o współpracę z każdym z moich kontrahentów, oświadczenia jako świadków świadczenia na ich rzecz usług przeze mnie. Dodatkowo – widząc, że załączona przeze mnie dokumentacja jest bez zarzutu – ZUS posunął się jeszcze dalej i zaczął stosować pisma do moich zleceniodawców już bezpośrednio. Jestem oburzona tym faktem i najzwyczajniej mi wstyd przed moimi kontrahentami. Jak mam być postrzegana jako pewny partner biznesowy skoro ZUS traktuje mnie jako oszusta, prowadząc tak długo postępowanie w mojej sprawie? Kto zechce współpracować z taką osobą? Warto zaznaczyć, że po chorobie, gdzie ledwo uszłam z życiem, zaczęłam współpracę z międzynarodową firmą i bardzo zależy mi na utrzymaniu poprawnych stosunków z tym przedsiębiorstwem a nagle muszą odpowiadać na absurdalne pytania ZUS o moją osobę, podczas gdy zaczęłam świadczyć usługi na ich rzecz dopiero w listopadzie 2018 r. Jestem zażenowana całą sytuacją i bardzo obawiam się o swoją przyszłość zawodową. Ciągnąca się od listopada ubiegłego roku sprawa w sprawie podlegania do ubezpieczeń, powoduje u mnie nieustający stres i lęk przed utratą kontrahentów tym samym, pozbawienia środków do życia. Jestem szczególnie narażona na nawrót choroby nowotworowej, a permanentny stres tylko powoduje potęgowanie tego uczucia. Zatem ZUS poza szkodami moralnymi naraża mnie także na utratę zdrowia – mówi otwarcie Beata.Nie żyję z zasiłków a ich pobieranie było spowodowane, że taką ścieżkę obrało mi samo życie. Jestem uczciwa, ciężko pracuję i nie pozwolę sobie na takie traktowanie w państwie prawa. Nie zaszłam w ciążę po to, by wyłudzić zasiłek  (co jest głównym powodem wykluczającym z ubezpieczeń na lata wstecz według ZUS w toczących się masowo postępowaniach wobec kobiet na działalności gospodarczej). Nie zachorowałam również na raka po to, by pobierać z tego tytułu świadczenie. Nie rozumiem więc ciągnącej się w nieskończoność procedury mającej na celu znalezienie jakiegokolwiek uchybienia, skutkiem czego ZUS mógłby wykluczyć mnie z ubezpieczeń za lata wstecz bądź zarzucić pozorność działalności gospodarczej. Niestety, w moim odczuciu, cała sytuacja i zachowanie urzędników ZUS przywodzi na myśl jedynie smutną maksymę Andrieja Wyszyńskiego z czasów PRL: „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. 

Reportaż

Uciekające Matki Polki

11 grudnia 2020 / Magdalena Droń

Nie powiedziałaś tego głośno, ale pewnie nie raz takie myśli kłębiły się w Twojej głowie.

W głębi ducha tego chciałaś, choć bałaś się przyznać. Niby zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś sama, ale nigdy nie powiesz o tym głośno. Podobnie jak tysiące polskich matek cierpisz w milczeniu, bo wiesz, że gdyby te myśli ujrzały światło dzienne, zapłonęłyby stosy…

Katarzyna po raz pierwszy pomyślała o tym, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Jolka postanowiła to zrobić, kiedy była skrajnie zmęczona wiecznym kombinowaniem. Ewa nie miała skrupułów i zrobiła to, gdy tylko nadarzyła się okazja. Chociaż nie mówisz o tym głośno, Ty też masz czasem ochotę TO zrobić. Uciec. Schować się przed światem, rodziną, przed swoimi dziećmi. Bo przecież każda z nas ma czasem dość. Wychodzisz więc na kawę do przyjaciółki, na samotne zakupy, na fitness – tylko po to, by mieć czas wyłącznie dla siebie. Nie to, że nie kochasz swoich dzieci, ale zwyczajnie masz ich czasem dość. Skrajne zmęczenie, brak wsparcia, ciężkie dzieciństwo czy inne priorytety – właśnie z tym moje bohaterki zmagają się od lat. 

Ucieczka od odpowiedzialności

Katarzyna miała niecałe 9 miesięcy, kiedy matka porzuciła ją i jej tatę. Zajmowała się nią głównie babcia, która krótko po jej ósmych urodzinach zmarła. W tym właśnie momencie jakikolwiek „obraz rodziny” przestał dla niej istnieć.

Gdy byłam nastolatką poznałam świetnego chłopaka. Tak mi się wtedy wydawało. Totalny zawrót głowy… Zamiast do szkoły, chodziłam z nim na wagary – absolutne szaleństwo, świat poza nim nie istniał. Ale nie byłam głupia, więc pilnowałam antykoncepcji – po dwóch latach znajomości, zmartwiona brakiem miesiączki, zrobiła test ciążowy. Pokazał dwie kreski. A przecież dopiero skończyła 18 lat. – Świat mi się zawalił… On od początku mówił otwarcie, że nie chce bawić się w tatusia. Padały propozycje przerwania ciąży. Nie byłam przekonana. Później powiedział: „zostaw w szpitalu”. Jednak nie to przerażało mnie najbardziej. Najgorsze było przede mną. Musiałam powiedzieć o ciąży ojcu. Rozmowa była krótka, trudna i bolesna. Tata słał pod moim adresem najgorsze epitety. Doszło nawet do rękoczynów. Uciekłam z domu, bo mój ojciec od zawsze miał „ciężką rękę” i wiedziałam, że na tym jednym razie się nie skończy. Mój „cudowny” chłopak też się odwrócił. Powiedział, że dopóki nie urodzę i nie oddam dziecka, on ze mną nie będzie. Nagle zostałam zupełnie sama, bez dachu nad głową i z dzieckiem w brzuchu… – wspomina. Pomogła jej ciocia i pozwoliła u siebie tymczasowo zamieszkać.

Miesiące mijały, ciąża się rozwijała i była coraz bardziej widoczna. – Ciocia pytała: co zrobię? Jak dam na imię? Nie byłam w stanie odpowiadać na te pytania, bo od samego początku wiedziałam, że ze szpitala wrócę sama… Było mi cholernie ciężko przez te 9 miesięcy, bo walczyłam z jednej strony z presją, z drugiej z instynktem macierzyńskim, który, czy tego chciałam czy nie, rozwijał się we mnie coraz bardziej. Starałam się izolować swoje uczucia i emocje. Praktycznie cała rodzina była zgodna w tym, żebym oddała dziecko – mówi Katarzyna. 

Zaczął się poród. Ciężki, trudny. Nie byłam psychicznie przygotowana na to, co się działo. Po porodzie ja i dziecko zostaliśmy rozdzieleni. Byliśmy w dwóch różnych częściach bloku. Pielęgniarki wiedziały, lekarze również. Jeszcze w dniu porodu podpisałam dokumenty dotyczące pozostawienia dziecka w szpitalu. Odbyłam nawet kilkugodzinną rozmowę z panią psycholog. Pierwszą osobą, której mogłam otwarcie powiedzieć, co tak naprawdę czuję…  – wewnętrzna walka Katarzyny trwała. Nie mogła spać, nie mogła jeść i ciągle płakała. 

Minęła druga doba po porodzie, więc mogła wrócić do domu. – Kiedy pakowałam swoje rzeczy, dostałam wiadomość sms od cioci: „Spróbuj dziecko wychować. Oddać zawsze zdążysz, jeśli macierzyństwo Cię przerośnie. Ale najpierw spróbuj. Ile będę mogła, tyle Ci pomogę”. Ta wiadomość zmieniła w moim życiu wszystko. Ktoś w końcu uwierzył. Ktoś w końcu powiedział „SPRÓBUJ” zamiast „ODDAJ” – poprosiła o przyniesienie dziecka i natychmiast podarła dokumenty, które wcześniej podpisywała. – Zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dziś mam 30 lat i patrząc z perspektywy czasu na swoją decyzję, wiem, że bardzo żałowałabym, gdybym postąpiła inaczej. Wciąż mam wyrzuty sumienia, że w ogóle myślałam o tym, by porzucić moje maleństwo. Jednak moje przeżycia nauczyły jednego: by nie oceniać ludzi na podstawie ich wyborów i decyzji, bo każdy człowiek ma zupełnie inny bagaż doświadczeń i scenariusz – dodaje. 

Ucieczka od stereotypów

Jolka jest młodą i atrakcyjną dziewczyną. Mówi o sobie – przede wszystkim kobieta, handlowiec, przyjaciółka, córka, siostra, matka. W takiej kolejności. Sama wychowuje prawie 4-letniego syna.

– Ja w ogóle nie chciałam mieć dzieci. Świadoma bezdzietność. Jakiś rok przed ciążą dowiedziałam się, że ze względu na różne przypadłości, typu zrosty na jajowodach, policystyczne jajniki, itp. raczej naturalnie w ciążę nie zajdę. Więc się nie przejmowałam. I przez to któregoś wieczoru uznałam, że skoro nie mogę mieć naturalnie dzieci, to nic się przecież takiego nie stanie. No i dziś mam Stacha – mówi. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, była przerażona. Nie wierzyła w to, co się dzieje. Czuła się jak zdrajca, bo jej siostra, z którą do tej pory była bardzo blisko, jest bezpłodna i ma adoptowane dzieci. Myślała nawet o aborcji, ale na pierwszym USG usłyszała bicie serca. – I już nie mogłam. Postanowiłam urodzić – dodaje. 

Miałam kawalerkę na drugim końcu miasta, z dala od mojej rodziny. Wiedziałam, że z dzieckiem sama sobie nie poradzę. Miałam też trochę problemów zdrowotnych. Lekarz prawie całą ciążę powtarzał, żebym się nie przyzwyczajała – przypomina sobie Jolka.  Nie mogła liczyć na wsparcie ze strony partnera. Relacja z nim zawsze była mocno skomplikowana, a ja miałam w ciąży budyń zamiast mózgu. W 3. miesiącu ciąży częściowo wyszły skrzętnie ukrywane grzechy i grzeszki ojca mojego dziecka. Wtedy postanowiłam, że to będzie samodzielne macierzyństwo. W sumie on swoim zachowaniem bardzo ułatwił mi decyzję – wyznaje. 

Jedyną osobą, na którą mogła przynajmniej częściowo liczyć, była jej mama. – Obiecywała mi pomoc. Ale już wtedy pojawiło się jej klasyczne dogadywanie, które z czasem tylko narastało. Zaczęło się od strofowania: „nie gładź tak tego brzucha przy Sandrze, bo jej przykro” – opowiada Jolka.  Później były rady, które tylko pogorszyły całą sytuację. – Nawet w momencie, kiedy powychodziły na jaw różne złe informacje o ojcu mojego dziecka, a ja chciałam go od razu rzucić, mama przekonywała, że jeszcze mi się przyda. Najgłupsza rada. Gdybym posłuchała siebie, byłoby mi dużo lżej – Jolka wciąż miała nadzieję i chciała, żeby jej mama się nie myliła. Że warto dać mu jeszcze szansę. Już w ciąży tak naprawdę byłam sama. A przez tę nadzieję pozwoliłam być mu blisko. Za blisko. On nie uznał Stasia. Ja nie naciskałam. Mimo że nie byliśmy już parą, czasami sypialiśmy ze sobą. W sumie to tylko w seksie się sprawdzał – kwituje. 

Pierwszy raz uderzył ją 4 miesiące po porodzie. Wyjechał do Anglii. Wrócił na święta. Przepraszał. Chciał mieć kontakt z synem. Niedługo potem uderzył mnie znowu. To człowiek z chorą psychiką. Wmawiał sobie, że jak jemu nie chcę dać, to pewnie z każdym innym chodzę do łóżka. Krzyczał, wyzywał od najgorszych. Z resztą nie pierwszy raz. Później uderzył w bark. Odchyliłam się i tylko dzięki temu nie dostałam w twarz. Nachodził mnie. Miarka się przebrała, kiedy porwał Staśka od mojej mamy z domu. Złapali go chyba po godzinie. Okazało się, że to nie były jego pierwsze problemy z prawem. Odsiedział pół roku za alimenty. Tego też dowiedziałam się później. Ojciec mojego dziecka jest patologiczny. Wstydzę się tego – mówi Jolka. 

Chociaż mama jest dla niej właściwie jedynym wsparciem, wpędza ją w nieustanne kompleksy. – Mówi mi, że cierpliwość bierze się z miłości. A ja nie mam w sobie cierpliwości. Czuję się często przez to jakbym nie kochała swojego synka. Wstydzę się mówić o moich złych uczuciach. Ludzie tego nie rozumieją. Te szkodliwe stereotypy: jak matka to już nie człowiek. Nie kobieta. Nie obywatel, który chciałby się społecznie udzielać. Ja nie spełniam się w macierzyństwie. Kiedyś w pracy mało mnie nie zżarły, bo powiedziałam, że mój syn nie jest sensem mojego życia. Chcę żyć, a nie być tylko żywicielką. Ona też tego nie rozumie. Z resztą z mamą relacja jest od zawsze bardzo trudna. Siostra od 4 lat dwa razy została mi dzieckiem. Mama zostaje, ale marudzi. Czasami mam wrażenie, że mama pomaga mi na pokaz. Może jestem niesprawiedliwa, ale tak właśnie czuję – opowiada. 

Pracuje w handlu od 6 lat. Stabilność finansowa jest dla niej bardzo ważna. – Najgorsze jest to, że moja matka i siostra nie bardzo rozumieją, że miłością do syna kredytu i czynszu nie opłacę. Kiedy zaczęło się robić krucho z pieniędzmi, postanowiłam wyjechać. Sama bez dziecka. Byłam zmęczona ciągłym kombinowaniem w kwestiach finansowych. A poza tym, jestem osobą, która lubi być sama. Czasami muszę. Mam dni, że każdy dotyk doprowadza mnie do wrzenia, a Młody jest tulasek i tulę to, żeby nie rósł w kompleksach odrzucenia, bo i tak mam już poczucie winy za brak ojca – tłumaczy Jolka.  Ostatecznie nigdzie nie wyjechała. Żal było jej dziecka. Przyznaje jednak, że niekiedy dostaje furii i żałuje, że go urodziła. – Czasami w dzikiej awanturze potrafię wykrzyczeć mamie, żeby go sobie zabrała. Że będę jej płaciła alimenty. Bo ja już nie mam siły być matką. Krzyczę, że oddam go dawcy – wyznaje.  Ale za bardzo go kocha, by zostawić. 

 

Ucieczka przed problemami

Ewa jest po 40. Od blisko 10 lat wyjeżdża do pracy za granicę. Jej męża opisać można spokojnie mianem słomianego wdowca. – Takie mamy czasy. Dla ludzi z zawodowym wykształceniem, w takiej małej wiosce jak moja, zwyczajnie nie ma pracy. Co miałam siedzieć na tyłku jak reszta i zasiłek pobierać? Ja nie z tych. Tym bardziej, że ktoś musi na dom zapracować – opowiada Ewa.  Na męża w tej materii liczyć nie mogła. Z rentą inwalidzką, alkoholik, nierób. W domu mieszka jeszcze jej ojciec i nastoletni syn. Trzech chłopa i ona jedna. – Po raz pierwszy wyjechałam do Holandii na truskawki. Koleżanka mnie namówiła, wszyscy wyjeżdżali. Ciężka praca, ale kasa sensowna. A pieniędzy było trzeba. Nie było mnie w domu kilka tygodni. Czasem zjeżdżałam na weekend, ale sporadycznie, bo to kosztowało, a chciałam zarobić jak najwięcej, żeby i na zimę nam starczyło na życie. I tak co roku – mówi. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła wyjeżdżać na dłużej. Po pewnym czasie właściwie przeprowadziła się pod Amsterdam, a do Polski przyjeżdżała tylko na święta, żeby zostawić trochę pieniędzy.

Ojciec zaczął chorować. Mąż niby zajmował się domem i synem, ale też coraz bardziej podupadał na zdrowiu, szczególnie psychicznym. Syn przestał się do niej odzywać. Nie chce utrzymywać kontaktu z matką. – Nie zrozum mnie źle, ale ja chyba tego potrzebowałam. Odciąć się, uciec z tamtego miejsca, które mnie tylko dobijało i przytłaczało. Ja nie mogłam tam oddychać. Dusiłam się. Nie to, co tu. Tu jestem wolna. Nie muszę zabiegać o dom, podstawiać obiadów pod nos i martwić się o niezapłacone rachunki. Nie mam wyrzutów sumienia. Moje dziecko jest już pełnoletnie. Nie potrzebuje mnie. Wspieram ich finansowo, chociaż właściwie mnie już tam nie ma. Ale pomagam na swój sposób – tłumaczy Ewa.  

Powroty?

Dziś Ewa prowadzi zupełnie inne życie. Na poziomie. Ma nowego partnera i plany na przyszłość. Nie utrzymuje kontaktu z rodziną w Polsce. Nawet już nie przyjeżdża. – Dawid [syn, przyp. red.] jeszcze tego nie rozumie i dlatego się na mnie wścieka. Może kiedyś spojrzy na to wszystko z innej perspektywy. Kiedy założy swoją rodzinę i będzie miał dzieciaki do wykarmienia. Może wtedy przejrzy na oczy i zrozumie, jak czasem jest ciężko. Szczególnie, gdy znikąd nie ma się wsparcia. 

Jolka przyznaje, że ciągle męczy ją jedna myśl. Wiesz, czasami mam takie przekonanie, że mój syn będzie miał przeze mnie fatalne życie. Że byłby szczęśliwy, gdybym się usunęła, uciekła, wyjechała. Takie mam natręctwo – mówi Ewa. 

Katarzyna spotkała swoją mamę dwa lata temu. Powiedziała jej, że cieszy się, że nie uciekła od odpowiedzialności, że nie popełniła tego błędu, co ona. – Powiedziałam jej też, że jest mi jej żal, bo bardzo wiele w swoim życiu straciła.

 

Imiona bohaterek i ich rodzin zostały zmienione.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo