Change font size Change site colors contrast
Reportaż

Przedsiębiorcze matki na celowniku ZUSu

3 października 2023 / Magdalena Droń

Przypisano im łatkę „matek – wyłudzaczek”.

ZUS odbiera im godność, łamie wiarygodność w oczach klientów, by za wszelką cenę doprowadzić ich firmy do bankructwa. Chociaż mają doświadczenie, zdobywają uznanie, są cenione za determinację i dążenie do celu, doskonale łącząc wszystkie role, państwo prorodzinne przypiera je do muru i każe im wybierać – rodzina albo kariera.

Kilka lat temu Zakład Ubezpieczeń Społecznych wzmógł kontrole wśród matek prowadzących działalność gospodarczą. Powodem były nowopowstające firmy, zakładane przez kobiety w ciąży, na potrzeby wyłudzenia świadczeń. Oberwało się jednak także tym, które „na działalności” były od lat. Organowi nie spodobało się, że ich firmy generowały za małe przychody, podczas gdy właścicielki pobierały zasiłki macierzyńskie. Przedsiębiorcze mamy są tym oburzone, ale ZUS wskazuje na konieczność obrony interesu płatników i wstrzymuje wypłatę zasiłków chorobowych lub macierzyńskich, gdy urzędnicy znajdą nieprawidłowości lub niedociągnięcia. Nakazuje także zwracać nienależnie pobrane pieniądze, nawet za lata wstecz.

Miesiące stresu bez środków do życia

Zaczyna się niewinnie. ZUS wstrzymuje wypłatę środków informując, że rozpoczyna postępowanie wyjaśniające, najczęściej w odniesieniu do podlegania pod ubezpieczenia społeczne. – Praktyką ZUS stało się to, że jeśli w ogóle wyśle takie zawiadomienie, robi to dosłownie na chwilę przed kończącym się 30-dniowym terminem, który obowiązuje go w ustawie dotyczącej realizacji świadczeń i ich wypłat – podkreśla Anka. W piśmie przesuwa termin o kolejne 30 lub 60 dni. Na próżno szukać w nim konkretów: dlaczego termin uległ przesunięciu, co wzbudziło wątpliwości ZUS i jakie kroki organ zamierza podjąć, aby sprawę wyjaśnić. Zgodnie z Kodeksem Postępowania Administracyjnego winien jest wyczerpującą informację, a sprawy załatwiać bez zbędnej zwłoki. Na tym etapie procedowania ZUS nie poinformuje również, kto zajmuje się naszą sprawą oraz gdzie można zasięgnąć jakichkolwiek konkretnych informacji – odsyła na infolinię, gdzie nie sposób uzyskać żadnych szczegółowych informacji. – Tak minęły mi łącznie 3 miesiące. Potem ZUS wezwał mnie na kontrolę, podczas której miałam udowodnić, że działająca na rynku 6 lat firma, zatrudniająca 3 pracowników, przynosząca wysokie dochody, nie jest fikcyjna. Oczywiście wątpliwości co do istnienia firmy ZUS nabył dokładnie z chwilą wpłynięcia wniosku o zasiłek – mówi Anka. To są te szumne wyłudzenia, które nam się tak często przypisuje: nieprawdą jest, że ZUS weryfikuje tylko bardzo młode firmy i płatników, którzy w sposób nagminny korzystają ze świadczeń, mamy mnóstwo przykładów wskazujących na to, że już druga ciąża jest dla nas zagrożeniem i wielce niewygodna dla ZUS, bo po raz drugi będzie należał się zasiłek macierzyński, nieważne, że przez 6 lat się nie chorowało… dodaje z goryczą. – I wtedy zaczyna się koszmar – nasi klienci są wzywani na przesłuchania, my proszone o ujawnienie korespondencji z nimi: maili, czasem sms-ów, często wrażliwych umów stanowiących tajemnicę handlową. Kontrole tzw. fikcyjności zdają się być jedną z ulubionych, ale chyba najbardziej absurdalnych. Czy nie wystarczy, aby ZUS sprawdził choćby PIT-y, PKPiR, faktury? – pyta. W kraju znane są przypadki kontroli, na które wzywano zaraz po porodzie. Kilkugodzinne przesłuchania z dwutygodniowym dzieckiem na ręku, po to, by odpowiadać na pytania: „Czy celowo podwyższyła Pani składkę na ubezpieczenie społeczne, by uzyskać większy zasiłek?”.

Wysokie składki zdają się być największą zmorą ZUS. Choć na całym świecie system ubezpieczeń opiera się na dobrowolności składek, w Polsce wydaje się to być problemem, mimo iż składki ZUS są właśnie uznaniowe a ustawodawca określił ich pułap, który ubezpieczony może zadeklarować. Przedsiębiorcza mama, której dochody miesięcznie trzy- czy nawet czterokrotnie przewyższają średnią krajową, nie może być oskarżana o to, że nie chce by jej zasiłek macierzyński wynosił ok 2000 zł (tyle należy się przy standardowych składkach), a maksimum, czyli ok. 7000 zł miesięcznie. Przedsiębiorczynie podkreślają, że często nie jest to nawet 50% ich dochodów. Kobiety mają poczucie, że każe się je za powodzenie. 

Po kontroli ZUS analizuje ponownie dokumenty, co w praktyce oznacza kolejny miesiąc, często i dwa, czekania – razem to ok. pół roku wstrzymanych świadczeń. W tym czasie, mimo iż same nie otrzymują zasiłków, składki muszą regularnie i sumiennie odprowadzać.

Pieniądze do zwrotu

Nawet jeśli ZUS wyda pozytywną decyzję, nie można spać spokojnie. Wypłacone wcześniej świadczenie może nakazać zwrócić, jeśli np. okaże się, że na koncie widniała niedopłata (często groszowa). Może też nagle okazać się, że zabrakło jakiegoś dokumentu czy podpisu.

Absurdalne, jednak nagminne – ZUS sam podważa swoje decyzje sprzed lat i nakazuje zwrócić pieniądze, w praktyce nie jest to podyktowane żadną podstawą prawną. Co istotne, jeśli ZUS uzna świadczenie sprzed 4 lat za nienależne, choćby ze względu na niedopłatę, nie uzna też kolejnych wypłaconych świadczeń, sprzed 3 czy 2 lat. Czasem oznacza to kilkaset tysięcy złotych do zwrotu. To tragedia dla całych rodzin, a także bankructwo dla firmy.

Jakim prawem ZUS odwołuje swoje decyzje i kontroluje „wstecznie”? – W sierpniu zeszłego roku wszczęli postępowanie, żeby sprawdzić, czy moja firma jest fikcyjna. Bo uczyłam się przez 9 lat (studia prawnicze i ekonomiczne, plus aplikacja) żeby wyłudzać zasiłki z ZUS… No paranoja. Jak już zauważyli, że fikcyjności mi nie udowodnią, bo w każdym miesiącu mam fakturę, to grzebią, czy nie pracowałam na L4 i jak się rozliczałam z pracownikiem itp.. Robią to bezprawnie, bo nie rozszerzają zakresu postępowania. Muszę chodzić do sądu, robić zdjęcia protokołów z rozpraw i zamazywać dane, żeby udowodnić, że nie pracowałam na L4. Wreszcie mi odpuszczają w listopadzie 2018 i kończą postępowanie. Wtedy pomyślałam, że może się odczepią wreszcie. Nic bardziej mylnego. Dalej grzebią. Tym razem bez wszczęcia postępowania. I znaleźli jedną nieprawidłowość w formularzach. W listopadzie 2017 roku. Byłam z synkiem w szpitalu. To było podczas zasiłku macierzyńskiego. Dowiedziałam się od lekarza, że mogę przerwać zasiłek macierzyński i pobrać zasiłek opiekuńczy, by w ten sposób trochę mi się przedłużył macierzyński. Po wyjściu ze szpitala poszłam do ZUS i pytam się, czy to możliwe. Pani potwierdziła. Powiedziała jakie dokumenty złożyć. Wróciłam z dokumentami. Po 3 miesiącach wypłacili mi ten opiekuńczy. I wszystko było WTEDY dobrze. A TERAZ oni twierdzą, że powinnam jeszcze złożyć jakieś dodatkowe dokumenty. Ktoś się dopatrzył po 1,5 roku! Grozi mi zwrot połowy macierzyńskiego i zasiłków opiekuńczych. Bo jak mnie wywalą z ubezpieczeń w listopadzie 2017 to wszystkie zasiłki pobrane po tym okresie są traktowane jako nienależne. Tego wszystkiego dowiedziałam się przez telefon. Nie było wszczęcia postępowania. Do tej pory nie mam oficjalnej decyzji mimo moich pism – kwituje gorzko Daria.

Zasiłek macierzyński to nie urlop, czyli gorsze dzieci matek na działalności

W opinii ZUS pobieranie zasiłku macierzyńskiego nie jest jednoznaczne z przebywaniem
na tzw. urlopie macierzyńskim. Aby firma nie została uznana za fikcyjną, należy wówczas pracować (choć nie systematyzuje tego żadna ustawa, jest to interpretacja przepisów, oczywiście niekorzystnych dla kobiet-matek). Istnieje możliwość jej zawieszenia, ale to oznaczała śmierć firmy, która w wielu branżach potrzebuje ciągłości np. do przystąpienia do przetargu.

Dla przedsiębiorczej mamy zawieszenie  działalności skutkowałoby tym, że po zakończonym zasiłku, zostaje bez niczego i zaczyna wszystko od nowa, nie mając przy tym środków do życia. A jako kobieta chce się ona realizować zarówno w pracy zawodowej, jak i w domu, poświęcając swój czas rodzinie. Ja na siebie od powrotu do pracy po macierzyńskim w ogóle nie biorę L4. Tylko jak dzieci chorują to brałam opiekę, ale i nawet tego nie chcą mi wypłacać. Już 4 razy kazali mi przynieść zaświadczenie ze żłobka, że dziecko nie było w placówce w dniach, o które chciałam zasiłek opiekuńczy. Jakby sami nie mogli się zwrócić. W żłobku to już patrzyli na mnie dziwnie, gdzie w moim zawodzie zaufania publicznego nie powinnam być postrzegana jako „ciągle kontrolowana przez ZUS”. No wstyd robią człowiekowi – mówi Magda.

Ciążący „problem”

Na zwolnienie przechodzę w 12tc z powodu plamień. To była moja 4 ciąża (jedną poroniłam).  Po niecałym miesiącu sprawdzam PUE [Platforma Usług Elektronicznych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych – przyp. aut] czy jest wczytana wypłata za zwolnienie. Widzę odmowę za 3 ostatnie dni zwolnienia (piątek, sobota, niedziela). Dzwonię na infolinię ZUS. Dowiaduję się, że w dniu poprzednim powinnam stawić się u lekarza konsultanta ZUS, a w dziś u orzecznika ZUS. Godzina wizyty za 30 minut od momentu, w którym się dowiedziałam. Pytam więc, co mam zrobić. Każą przyjechać, jeśli dam radę. Ok. Pędzimy z mężem i jednym maluchem w aucie, bo drugi w przedszkolu. Dojechałam i jeszcze godzinę czekałam w kolejce.  Pani lekarz orzecznik była bardzo zbulwersowana. Po co ja przyjechałam, skoro nie byłam u lekarza konsultanta. Tłumaczę, że nic nie wiedziałam, że nie otrzymałam listu z wezwaniem. Że dowiedziałam się przypadkiem, dzwoniąc na infolinię. Spytała, po co ja tam dzwoniłam, przecież nikt (tu użyła sformułowania, które jasno sugerowała, że nikt normalny) nie dzwoni na infolinię. Wyprasza mnie z gabinetu i każe czekać. Na szczęście było gdzie usiąść. Wróciła w jeszcze gorszym humorze. Bo po co ja przyjechałam, jak ona nie ma opinii konsultanta. Że ona jest lekarzem internistą. Nic nie może. Przeprowadza wywiad. Kwituje podsumowaniem, że niepotrzebnie zajmuję jej czas, a o całej sytuacji zadecyduje zwrotka z poczty o odbiorze pisma. Tak więc z ZUS-u pojechałam na pocztę. W międzyczasie pojawia się pismo z kontrolą o fikcyjność firmy – wylicza Patrycja. – W 31tc dostaję pismo z kolejną kontrolą u lekarza konsultanta w ZUS, a następnie u orzecznika. Obie wizyty nagrałam na dyktafon. Ginekolog wyklikala moje dane. Wpisała datę porodu z terminu miesiączki, mimo kilkukrotnego informowania, że termin z usg jest inny. Dałam jej wszystkie moje badania, nawet do nich nie zajrzała. Wzięła kartę ciąży i kazała iść się rozebrać do badania. Wychodzę więc półnaga i idę do fotela ginekologicznego. A pani doktor zaczyna „przeprowadzać wywiad”, jakie są obecne dolegliwości. Więc mówię, że doszły mi bole kręgosłupa, że nadal pobolewa mnie podbrzusza… i przerwała mi w pół zdania i pyta jakie jest leczenie. Patrzę na nią i na ten fotel, na nią i na krzesło. Nadal stoję półnaga i nie mam ani gdzie usiąść, ani się podtrzymać. Czułam się stojąc półnaga na baczność. I mówię do niej, że może ja usiądę, a ona stwierdza, że dobra, później dopisze. Zrozumiałam, że wrócimy do rozmowy, ale… myliłam się. Zbadała mnie ginekologicznie i tętno dziecka. Poszłam się ubrać. A ona oddała mi wszystko i skończyła wizytę. Myślałam, że doczytała wszystko o moich dolegliwościach i leczeniu z dokumentów i karty ciąży. Na drugi dzień u lekarza konsultanta dowiedziałam się, że jestem zdolna do pracy i mojemu dziecku nic nie zagraża, podważając opinię mojego ginekologa. Pani orzecznik przeprowadza ze mną dokładny wywiad. Jest zdziwiona i mówi, że jako internista nic nie może zrobić. Mówi, żebym udała się z opinią do ginekologa. On będzie wiedział, co zrobić. Niestety, prowadzący ciążę się wystraszył i stwierdził, że „z ZUS-em nikt nie wygra”. Prosi o zmianę lekarza i szpitala. Szpitala, w którym rodziłam poprzednie dzieci. Nie mam już siły i rezygnuję ze zwolnienia. Popracuję trochę, zobaczymy. Niestety 2 tygodnie później dostaję silnych skurczy. Na chwilę udaje się je uspokoić lekami i leżeniem plackiem. Wtedy przechodzę na wcześniejszy macierzyński. Dostaję pismo z kolejną kontrolę, tym razem  o opłacenie 3 wysokich składek w 2014 r. W 39tc mój synek rodzi się w ciężkiej zamartwicy urodzeniowej. Dostaje 4pkt w sklai APGAR i zostaje natychmiast przewieziony na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka do szpitala im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu.  

Ruch Społeczny Kobiet na Działalności

Ruch Społeczny Kobiet na Działalności z dnia na dzień przybiera na sile. Przyznają, że nie jest łatwo – są rozsiane po całej Polsce, pracują w różnych trybach i branżach. Mają jednak dużą determinację, kontaktują się przez media społecznościowe i komunikatory, wymieniają się doświadczeniami i telefonami, pomagają, zaczynają się cyklicznie spotykać. To przedsiębiorcze kobiety – księgowe, architektki, fryzjerki, prawniczki, kosmetolożki i graficzki, które zrzeszając się jako Ruch Społeczny Kobiet na Działalności, mówią STOP nieuczciwym praktykom ZUS, prowadzonym w całym kraju kontrolom i postępowaniom wyjaśniającym. Wystosowały skargę i proszą o pomoc ich zdaniem niezależnych instytucji, Rzecznika Małych Średnich Przedsiębiorców, Rzecznika Praw Obywatelskich i Rzecznika Praw Dziecka. Na chwilę obecną zebrały ponad 100 podpisów, ale to dopiero początek. Codziennie napływają nowe zgłoszenia nadużyć i kolejne podpisy z poparciem skargi. Jeśli będzie trzeba udamy się nawet do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Jesteśmy nękane i przesłuchiwane, często kilka razy w tej samej sprawie, odmawia się nam wyjaśnień, a w kuluarach nieco bardziej życzliwi pracownicy ZUS potwierdzają nam, że jest to odgórnie nałożona, zmasowana akcja na kobiety prowadzące działalność, głównie te w ciąży lub na zasiłkach macierzyńskich – mówi Natalia. – Niezależnie od siebie, z różnych miast, napływają informacje, że pracownicy ZUS mają specjalne szkolenia, a na nich wytyczne, co do prowadzenia kontroli.  Co ważne, nie dotyczą one wcale mechanizmów i regulacji prawnych, a bardziej socjotechnicznych działań, które mają zastraszyć ubezpieczoną, podważyć wiarygodność, zniechęcić skutecznie do występowania o należne świadczenia, po prostu – złamać. To nie może być przypadek, skoro informacje
o masowej, celowej akcji przeciekają od Wrocławia poprzez Warszawę, Poznań, Łódź
po Gdańsk i Szczecin – dodaje.

Jesteś matką i masz firmę? Jesteś podejrzana!

Członkinie Ruchu Społecznego Kobiet na Działalności nie zgadzają się, żeby kontrole były skierowane głównie na jedną grupę społeczną, ich zdaniem to jawna dyskryminacja. Kontrolom mówią tak i uznają je za potrzebne w celu faktycznej weryfikacji uczciwości ubezpieczonych i płatników, ale nie rozumieją dlaczego to one stoją na pierwszej linii frontu. – Ile procentowo kobiet na etacie korzysta ze świadczeń ZUS, a ile jest kontrolowanych i wzywanych na kilkugodzinne przesłuchania? Ilu kobietom na działalności a ilu kobietom na etacie wstrzymano wypłatę świadczeń? Ilu mężczyzn jest obecnie kontrolowanych? Co i kto decyduje o kontroli? – pyta Małgosia. Jeśli ZUS odważy się odpowiedzieć rzetelnie na te pytania, w ich przekonaniu uwidoczni to skalę problemu, który przybiera na sile z dnia na dzień. – Jako przedsiębiorca rozumiem konieczność przeprowadzania kontroli w zakresie wypłacanych świadczeń. Znajduję pełne zrozumienie dla zasadności ich weryfikacji i kontroli uczciwości ubezpieczonych i płatników, ale kompletnie nie rozumiem i nie zgadzam się na celowe działanie, które mają w ostateczności pozbawić uczciwych przedsiębiorców należnych im świadczeń lub też celowo utrudniać ich wypłatę. Moja działalność trwa od grudnia 2013 roku, co mogę łatwo udowodnić, wszystko można zweryfikować, chociażby kontaktując się z Urzędem Skarbowym oraz analizując wszelkie deklaracje PIT, które dostarczyłam jako dowody w każdym postępowaniu. Owszem, pobierałam zasiłek macierzyński, zasiłek chorobowy i świadczenie rehabilitacyjne, ale było to podyktowane wypadkiem losowym: po porodzie zachorowałam na nowotwór i choć moja firma na pewien okres straciła płynność finansową, to wiedziałam, że po ciężkim leczeniu wrócę ze zdwojoną siłą do swoich obowiązków. Poza okresami pobierania zasiłków moja firma przynosiła i nadal przynosi zyski, każdego miesiąca płacę podatki VAT i PIT. Wszelkie deklaracje są opłacane zawsze w terminie, co też jestem w stanie szybko udowodnić i nie potrzeba na to w sumie aż 60 dni zwłoki na odpowiedź urzędników ZUS. Czysty absurd. W każdym postępowaniu nękano moich kontrahentów (tak, nie boję się użyć tego słowa). Obawiam się o swoją przyszłość, jeśli chodzi o łączące mnie relacje biznesowe z poszczególnymi firmami. Już na kontroli ZUS otrzymał poza umowami o współpracę z każdym z moich kontrahentów, oświadczenia jako świadków świadczenia na ich rzecz usług przeze mnie. Dodatkowo – widząc, że załączona przeze mnie dokumentacja jest bez zarzutu – ZUS posunął się jeszcze dalej i zaczął stosować pisma do moich zleceniodawców już bezpośrednio. Jestem oburzona tym faktem i najzwyczajniej mi wstyd przed moimi kontrahentami. Jak mam być postrzegana jako pewny partner biznesowy skoro ZUS traktuje mnie jako oszusta, prowadząc tak długo postępowanie w mojej sprawie? Kto zechce współpracować z taką osobą? Warto zaznaczyć, że po chorobie, gdzie ledwo uszłam z życiem, zaczęłam współpracę z międzynarodową firmą i bardzo zależy mi na utrzymaniu poprawnych stosunków z tym przedsiębiorstwem a nagle muszą odpowiadać na absurdalne pytania ZUS o moją osobę, podczas gdy zaczęłam świadczyć usługi na ich rzecz dopiero w listopadzie 2018 r. Jestem zażenowana całą sytuacją i bardzo obawiam się o swoją przyszłość zawodową. Ciągnąca się od listopada ubiegłego roku sprawa w sprawie podlegania do ubezpieczeń, powoduje u mnie nieustający stres i lęk przed utratą kontrahentów tym samym, pozbawienia środków do życia. Jestem szczególnie narażona na nawrót choroby nowotworowej, a permanentny stres tylko powoduje potęgowanie tego uczucia. Zatem ZUS poza szkodami moralnymi naraża mnie także na utratę zdrowia – mówi otwarcie Beata.Nie żyję z zasiłków a ich pobieranie było spowodowane, że taką ścieżkę obrało mi samo życie. Jestem uczciwa, ciężko pracuję i nie pozwolę sobie na takie traktowanie w państwie prawa. Nie zaszłam w ciążę po to, by wyłudzić zasiłek  (co jest głównym powodem wykluczającym z ubezpieczeń na lata wstecz według ZUS w toczących się masowo postępowaniach wobec kobiet na działalności gospodarczej). Nie zachorowałam również na raka po to, by pobierać z tego tytułu świadczenie. Nie rozumiem więc ciągnącej się w nieskończoność procedury mającej na celu znalezienie jakiegokolwiek uchybienia, skutkiem czego ZUS mógłby wykluczyć mnie z ubezpieczeń za lata wstecz bądź zarzucić pozorność działalności gospodarczej. Niestety, w moim odczuciu, cała sytuacja i zachowanie urzędników ZUS przywodzi na myśl jedynie smutną maksymę Andrieja Wyszyńskiego z czasów PRL: „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. 

Reportaż

Matka Polka emigrantka

4 lutego 2020 / Agnieszka Jabłońska

Matka Polka pakuje walizki: swoje i partnera.

Otula się ciepłym szalem i po raz ostatni siada w ulubionym fotelu. Wypija herbatę, gładzi się po ciężarnym brzuchu. Wierzchem dłoni ociera łzy, patrząc na znane meble, na znany i znienawidzony krajobraz blokowiska. Podnosi się z westchnieniem – nie jest łatwo dźwigać na plecach ciężar całego swojego świata. 

Matka Polka żegna się ze wszystkimi, wyprawia huczne przyjęcie, jest panią wieczoru i królową nocy. Tańczy boso, stukają kieliszki szampana, przyjmuje życzenia „pomyślności i powodzenia”. W łazience patrzy w lustro, delikatnie rąbkiem chusteczki higienicznej ściera rozmazany tusz. Nie ma co płakać nad raz podjętym postanowieniem, myśli, gdy tydzień później widzi dwie kreski na plastikowym patyczku z apteki. Pakuje walizkę, jedzie. 

Matka Polka wyjeżdża za granicę: do Anglii, do Niemiec, do Holandii, do Francji albo do Norwegii. Często nie zna ojczystego języka kraju, do którego się przeprowadza. Najczęściej leci na skrzydłach miłości, wtulona w fotel samolotu tanich linii lotniczych. Śpieszy się, żeby wpaść w ramiona, które już tam są, już budują dom z cudzego łóżka, pożyczonych garnków i koca z wyprzedaży. 

Matka Polka chce żyć lepiej, w dostatku, chce i być, i mieć – jest zachłanna powiedzielibyśmy – ale kieruje się prawem do szczęśliwego życia. Na miejscu, gdy już się odnajdzie, gdy wypełni dom zapachem ciasta i nauczy się drogi powrotnej do niego, szuka możliwości rozwoju, po emigracji często podejmuje pracę, niekoniecznie w zawodzie. Albo zostaje w domu z dzieckiem, bo za granicą to jakoś lepiej – mąż zarabia i pieniędzy starcza na wszystko: na rachunki, na mleko modyfikowane i na bluzkę. Bez walki o każdego centa, ze spokojem godnym cywilizowanych ludzi. 

Matka Polka Emigrantka tęskni za domem – za rodziną, z którą więzi rozluźniają się zbyt szybko, za poczuciem bycia u siebie, bo „tam”, gdzie jest, jest „stamtąd”. To dziwne – myśli – przecież nie jestem już „stamtąd”, więc powinnam być „stąd”. 

Matka Polka Emigrantka przyzwyczaja się do innego smaku chleba, do domów, które tylko przypominają polskie, do rowerowych dzwonków i czystego powietrza. Przyzwyczaja się do temperatury i dziwnego języka, który jest trochę gardłowy i powoli zaczyna wydeptywać swoje ścieżki, aż do chwili, gdy trzeba znowu zapakować na plecy cały swój świat i wrócić. 

Dlaczego Matka Polka Emigrantka nagle wraca? 

Zapytałam o to Paulinę i Karolinę – dwie odważne kobiety, które zdecydowały się wyjechać do Holandii. W podróży towarzyszyli im partnerzy, którzy pragnęli poprawić sytuację ekonomiczną rodziny i szukali dla siebie możliwości rozwoju. Paulina i Karolina nie zrezygnowały z emigracji, gdy dowiedziały się, że zostaną mamami i postanowiły urodzić swoje dzieci – Paulina syna, a Karolina córkę, a później syna w Holandii. Podzieliły się ze mną tym, co skłoniło je do wyjazdu, jakie emocje towarzyszyły im na każdym etapie emigracji, jak przyzwyczajały się do nowego dla nich świata i wreszcie – co, jak się okazuje, wcale nie było łatwe – dlaczego zdecydowały się na powrót do Polski. 

TMM: Dziewczyny, co skłoniło Was do emigracji, do wyjazdu z Polski?

Paulina: Powodem mojej emigracji była oczywiście miłość. Poznaliśmy się kiedy byliśmy w technikum, ale wtedy nasze drogi się rozeszły – nie wyszło. Czasem tak w życiu bywa. Jednak kiedy natrafiliśmy na siebie po latach (podczas moich studiów magisterskich), nie było już wątpliwości. Wiedziałam, że chcę z nim być i wiedziałam, że pójdę z nim na koniec świata. Wtedy okazało się, że tym końcem świata (dosłownie i w przenośni) stanie się właśnie Holandia.

Karolina: To był początek lata 2014 roku. Uwielbiałam swoją warszawską pracę, ogromne grono znajomych do rany przyłóż i czas pełen spotkań, ludzi, imprez. Mój partner  jednak nie lubił swojej pracy. Ma duszę eksplorera, jest realistą i wiedział, że jeśli chce mieć lepszą pracę – musi szukać za granicą. Wybrał Holandię. Nie miałam z tym problemu, wiedziałam, że jeśli dostanie dobrą ofertę to pojadę za nim, nawet za ocean. On wyjechał pierwszy, ja zaczęłam wtedy załatwiać sprawy w Polsce, wypowiedzenie umowy, pożegnania ze znajomymi.

TMM: Jak widzę, u każdej z Was, energią, która napędziła Was na wyjazd, była miłość! Jak się okazało – szczęśliwa i dość szybko spełniona. Kiedy dowiedziałyście się, że zostaniecie mamami? 

Paulina: W pierwszym okresie [po naszej emigracji] dojeżdżałam na zjazdy z Amsterdamu do Poznania. Raz w miesiącu. Obłęd! Kiedy jednak zaszłam w ciążę, która od 5. miesiąca była zagrożona, musiałam zrezygnować ze studiów i całkowicie zderzyć się z faktem, że oto skończyła się moja „łączność” w Polską i wszystko co mam, to Holandia, język holenderski i niezbyt smaczne jedzenie – oraz brak jakichkolwiek przyjaciół, czy znajomych.

Karolina: Po tygodniu od wyjazdu mojego partnera okazało się, że jestem w ciąży! Szczęście, ale sytuacja była trochę stresująca. Nie cofnęliśmy podjętej decyzji, chociaż bałam się, nie znałam holenderskiego i nigdy wcześniej nie mieszkałam poza granicami Polski. Z drugiej strony ekscytacja, nowe życie. Sumując, to nawet dwa.

TMM: Bardzo gratuluję Wam odwagi. Jak przebiegały Wasze ciąże w Holandii? Jak potraktowała Was holenderska służba zdrowia? 

Paulina: Na szczęście okolicach 6. miesiąca  jedynym zagrożeniem dla mojej ciąży okazała się kompletnie oderwana od rzeczywistości diagnoza p. ginekolog, która została podważona badaniami oraz opiniami dwóch niezależnych od siebie lekarzy. Holenderscy lekarze nie traktowali ciąży jako stanu wyjątkowego – opieka wyglądała zupełnie inaczej. Ginekologa zastąpiła położna. Nie było badań krwi i częstych USG, a na pytanie, co jeśli zacznie się akcja porodowa podczas nieobecności mojego partner, usłyszałam, że ciąża to nie choroba, a poród to nie atak. Żadnych karetek, przecież mogę dojechać ROWEREM, bądź w ostateczności wezwać taksówkę. Jednym słowem było ciężko się dostosować.

Co ciekawe, mój syn – Krystian urodził się w Holandii (w Amsterdamie), gdy miałam 24 lata. W Polsce to normalny wiek na dziecko, a tam patrzyli na mnie, tak jak w Polsce patrzy się na rodzącą nastolatkę przed osiemnastką.  Urodził się o 6.24, natomiast od 16.00 byłam już w domu. Tego samego dnia. Z noworodkiem. Bez cioci, babci, mamy – nikogo do pomocy. Można spanikować, więc spanikowałam. ;).

Karolina: Gdy byłam w zaawansowanej ciąży, poszliśmy z partnerem do szkoły rodzenia. Później na świecie pojawiła się nasza córka. Bardziej niż standard opieki medycznej w Amsterdamie podczas ciąży i porodu wspominam samotność, którą odczuwałam po przyjeździe do Holandii. Dołączyłam do mojego partnera na początku jesieni. Po rozpakowaniu wszelakich gratów, książek i kota, po pierwszym wow, konfetti już trochę się podeptało. Najpierw odczuwałam spokój, urządzałam gniazdo, miałam porządek i spokój, mruczącego kota i wszystkie sezony dr House’a. Urlop na żądanie.

Niedługą chwilę potem zaczęła pukać do mnie samotność, ogromna pustka. Brak znajomych, rodziny, tylko ten kot i przechodnie na ulicy. Rozpaczliwie potrzebowałam kontaktu z innymi ludźmi, rozglądałam się za szansami. Nie pracowałam, więc poszłam na kurs niderlandzkiego. Poznałam tam kilka osób, zaprzyjaźniłam się z jedną, przesympatyczną Hiszpanką. Spędziłyśmy razem pierwszego sylwestra, ja jeszcze w dwupaku. Ona była dużo młodsza, jeszcze studiowała i tak szybko jak się pojawiła, zniknęła gdzieś w czeluściach Europy.

Poszliśmy też z partnerem do szkoły rodzenia, znajomych stamtąd wystarczyło zaledwie na kilka wspólnych obiadów. Jedyne, (co zabawne i nie przypuszczałam) co zadziałało to portal dla polskich matek w Holandii. Nie pamiętam już jego nazwy, ale tam poznałam Anię, z nią mam jako taki kontakt nawet teraz po powrocie. Poznałam ją, kiedy jej najmłodszy syn miał rok i siedem miesięcy. Chwilkę po tym urodziłam i ja, córkę. Wtedy jakoś wszystko zaczęło się układać, poznawałam coraz więcej matek i zaczęłam należeć do jako takiej społeczności.

TMM: Paulina, a Ty jak sobie poradziłaś po porodzie? Kto pomógł Ci w opiece nad synkiem? 

Paulina: Przez pierwszy tydzień na kilka godzin dziennie przychodziła do pomocy opiekunka z urzędu. Kąpała dziecko. Pozwala mi się wyspać. Sprzątała w domu. Uczyła, jak karmić piersią. Pozwala dojść do siebie, we własnym domu, wśród własnych rzeczy. Ten tydzień, to był dokładnie taki czas jakiego ja potrzebowałam, żeby nabrać odwagi i pewności do samodzielnej opieki nad dzieckiem. Wtedy do mnie dotarło, że niezależnie, jak niemądre i nieodpowiedzialne mi się to z początku wydawało, to jednak opieka okołoporodowa i poporodowa w Holandii ma większy sens niż by się ktokolwiek spodziewał. Mój szok powoli mijał – natomiast szok holendrów wzrastał. Nie dość, że urodziłam dziecko tak młodo, to jeszcze nie oddałam go do żłobka, kiedy miał 3 miesiące i nie rozpoczęłam zawrotnej kariery! Spędziłam z nim 4 lata. Najbardziej wymagające, ale i najpiękniejsze lata mojego życia.

TMM: A co było dalej? Kiedy poczułyście, że zaczynacie zapuszczać korzenie? Czy w ogóle doświadczyłyście uczucia, że mogłybyście zostać w Holandii na stałe? 

Paulina: Kiedy Krystian poszedł w wieku 4,5 roku do szkoły, nastąpił kolejny etap w naszym życiu. Ja mogłam wyjść do ludzi, zacząć podejmować dorywcze prace. Założyć z czasem swoją własną działalność. Zaczęliśmy również remont naszego domu. Po 7 latach w końcu zaczęłam wpuszczać korzenie w tę holenderską ziemię. Czuć się jak w domu, mimo tego, że dla holendrów już zawsze miałam być tą przyjezdną. 

Co do poczucia obcości – nigdy tak naprawdę chyba nie zapuściłam tam korzeni. Nigdy nie zagłębiłam się w tamtejszą kulturę i nie przyjęłam ich zwyczajów. W domu czułam się jak w normalnym polskim domu. Tyle tylko, że nie mieliśmy śmietnika w szafce pod zlewem. ;). Nie trafiałam również na częste sytuacje o zabarwieniu „wracajcie do siebie”. Przynajmniej nie takie bezpośrednio skierowane w kierunku mojej osoby. Słyszałam jednak komentarze w moim towarzystwie, że obcokrajowcy powinni wracać do krajów skąd przyszli. Że zabieramy im pracę, bądź, że w Polsce jest taka bieda, że jemy szczury. Sytuacja, kiedy na polską autostradę wylała się czekolada z cysterny, otworzyła niektórym oczy, że tak – mamy w Polsce autostrady i asfalt.

Karolina: Amsterdam mnie w sobie rozkochiwał. Wszystkie te urocze uliczki i oświetlone puby, wszystkie kamienice i kanały, wszechobecne czaple i czarne kaczki i dźwięki rowerowych dzwonków – to amsterdamskie DNA dowiązywało się do mojego łańcucha. Wtopiłam się w ten tłum, tolerancyjnych ale i szczerych, pragmatycznych ludzi. Było mi dobrze, daleko od świata, w którym tak dużo robiło się na pokaz i wszystko wymagało oceny, komentarza, a nawet ukłonu z hejtu. Zaczęłam prowadzić jednoosobowa firmę, sprzedawałam DIY, potem pracowałam dla holenderskiego start-upu. Urodziło się drugie… Kupiliśmy bakfietsa [rower ze skrzynią wyposażoną w wygodne siedzisko, która  służy do przewożenia dziecka, bardzo popularny w Holandii]. Wklejałam się z radością w ten Amsterdamski obrazek.

TMM: To wszystko brzmi niczym bajka, a jak wygląda rzeczywistość? Paulina, co z tęsknotą za krajem? Jak często towarzyszyło Ci to uczucie? 

Paulina: Będąc na emigracji nie ma się zbyt dużej możliwość na oddanie się tęsknocie za krajem. Oczywiście, że człowiek tęskni, ale nie może zanurzyć się w tej tęsknocie, bo można utonąć chociażby z tego względu, że zaczyna się idealizować kraj, z którego się wyjechało. Zapomina się o trudnej i skomplikowanej sytuacji politycznej, a zanurza się stopy w tęsknocie za lasami, łąkami, pagórkami. Brakuje polskiego pączka na wyciągnięcie ręki i świeżej polskiej bułki na śniadanie. W dobie nielimitowanych połączeń tęsknota za rodziną nie jest aż taka straszna. Przynajmniej nie była dla nas. Mogliśmy sobie pozwolić na bardzo częste wizyty w Polsce. Chociażby tylko na weekend. Dłuższe przyjazdy na wakacje, czy ferie. Częste wizyty również sprawiały, że żyliśmy na emocjonalnej kolejce górskiej. Idealizowanie – zderzenie z rzeczywistością. Wracając do kraju oczami wyobraźni widzisz już zielone lasy, czujesz zapach porannej rosy i nagle zaraz po przekroczeniu granicy wypadasz z jednej dziury drogowej, w drugą. Jeden szybki wyjazd nie wystarcza na załatwienie jednej sprawy urzędowej – nie mówiąc już o wszystkich zaległych. Zamiast iść na spacer do lasu próbujesz rozciągnąć czas pomiędzy odwiedziny u całej rodziny, a załatwianie zaległych spraw.

TMM: Czuję tutaj pewien dysonans, mimo że każda z Was doszła w życiu na emigracji do momentu, w którym czuła się w Holandii szczęśliwa. Obie wraz z rodzinami zaczynałyście budować tam swój dom. Skąd w takim razie pomysł, żeby jednak wrócić do Polski? Kiedy po raz pierwszy pojawił się w Waszych głowach ten temat?

Paulina: Trudno było mi wyobrazić sobie sytuację, w której zostaniemy tam na zawsze. Jestem jedynaczką i brałam pod uwagę fakt, że w sytuacji, kiedy moi rodzice będą potrzebowali opieki – będę musiała wrócić. Nasz plan zakładał powrót przed koniecznością pójścia syna do szkoły. Chcieliśmy się tak wyrobić, by szedł tutaj już od pierwszej klasy. Jednak plany planami, a życie życiem i wróciliśmy rok później – kiedy syn szedł już do drugiej klasy. Rozmowy o powrocie zaczął mój partner – nie miał już siły gonić. On był przekonany do słuszności tego pomysłu od pierwszej sekundy, kiedy zakiełkował w jego głowie. Ja potrzebowałam kilku tygodni na przetrawienie. Analizowałam wszystkie scenariusze. Dopiero kiedy byłam pewna podjętej decyzji, kiedy ustaliliśmy, że nie ma od niej odwrotu i decyzja raz podjęta, niezależnie z jej konsekwencjami nie zostanie wycofana – porozmawialiśmy z synem.

Karolina: Latem 2018 roku  pojechałam do Polski na dłuższe wakacje i w głowie zaczęła nam wisieć myśl, że mamy już trochę za ciasne na nas mieszkanie. Chcieliśmy dom. Mieć go w Amsterdamie nie byłoby łatwe finansowo. Prawdopodobnie musielibyśmy wynieść się poza jego granice, alternatywą była Polska…

TMM: Jak czułyście się na myśl o powrocie? Nie chciałyście wracać do Polski i zaczynać wszystkiego poniekąd od nowa? A może odczułyście długo oczekiwaną ulgę? 

Paulina: Pół roku trwało nasze przygotowanie do powrotu, w tym czasie również konsultowałam się kilkakrotnie z psychologiem dziecięcym. Nie chciałam popełnić żadnego błędu, który utrudniłby wskoczenie naszego 7-letniego wtedy syna do nowej rzeczywistości. Dla nas dorosłych, to był powrót do ojczyzny, do domu. Jego zabierałam z domu, mimo tego, że jego ojczyzną również jest Polska.

Karolina: Byłam tą, która nie chciała opuszczać Amsterdamu. Dobrze się tam czułam, wszystko było ułożone, wybraliśmy nawet szkołę dla córki. Plusy na mojej liście przeważały za pozostaniem. To miasto mnie wciągnęło utopijnym klimatem, serdecznością sąsiadów, powrót pachniał mi porażką i nie dawaniem rady, ale dałam się namówić.

TMM: A po powrocie? Jak się czułyście? Paulina, jak czuł się Krystian w nowej szkole, z nowymi kolegami?

Paulina: Powrót był trudny z wielu powodów. Od tego przyziemnego – wyprowadziliśmy się ze 120 m2 domu, do 49 m2 mieszkania. Zniknęły autostrady. Wyjątkową architekturę zastąpiły bloki w majtkowych kolorach. Po te bardziej skomplikowane – przez pierwszy miesiąc miałam problem z porozumiewaniem się z ludźmi. Uciekały mi słowa, nie potrafiłam przestać myśleć po angielsku wchodząc do sklepu, czy urzędu. Potrzebowałam czasu, żeby przyzwyczaić się do tego, że już nie muszę poza domem mówić i myśleć po angielsku. Początkowo również musiałam się przyzwyczaić do obecności rodziny – jakkolwiek to brzmi. Przez 9 lat człowiek uczy się funkcjonować sam w swoim świecie. W wąskim gronie znajomych, tutaj spotykała się z nami cała rodzina… 

Każdy był ciekawy, szczęśliwy, zadawał pytania. Jednak wielokrotność wciąż tych samych pytań: „i jak się czujesz w Polsce”, „jak tam w nowej szkole”, „jak ci się podoba nowy pokój” zaczęła wyprowadzać Krystiana z równowagi i potęgować u niego stres związany z przeprowadzką, bo nieświadomie podkreślano mu, że wszystko jest nowe. Z pomocą bardzo szybko przyszła szkoła (ostatecznie zdecydowaliśmy się na szkołę prywatną ze względu na małą ilość dzieci w klasie. Dzięki czemu z grupy 14-stu dzieci nauczycielka bardzo szybko była w stanie zauważyć, że coś się dzieje.) Zasugerowano nam pomoc z ramienia Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, z której również skorzystaliśmy. Dzisiaj mogę powiedzieć, że to była dobra decyzja.  

Karolina: Wróciłam sama z dwójka dzieci, on został tam, zamykać tematy, rozwijać nowe szanse nocami. Przez pierwsze sześć miesięcy było mi ciężko w Polsce. Dużo płakałam, nie mogłam się odnaleźć, czułam, że jestem roztrzaskana na milion kawałków. Przez pięć lat zmieniałam się razem ze społeczeństwem w Amsterdamie, podczas gdy społeczność, w której miałam się odnaleźć, zmieniała się osobno tutaj, beze mnie. Nie pasowałam już. Ja, element, który trzeba dociąć na nowo. Dociąć to bardzo dobre słowo, cięcie bolało, ale tylko mnie.

Dzieci szybko się zadomowiły, córka zgrabnie odnalazła się w przedszkolnej, polskojęzycznej rzeczywistości, miałam wrażenie, że ma skoki rozwojowe co 2 dni. Obecność babć, dziadków, relacje z ciotkami i kuzynami, to był punkt zaczepienia. Widzę ich i wiem, że właśnie po to wróciłam. Chociaż nie uważałam na początku, że będzie to miało tak kolosalne znaczenie dla ich rozwoju. Ma. It takes a village to raise a child.

TMM: Jak żyjecie dzisiaj, Dziewczyny? I  czego nauczyła Was emigracja? 

Paulina: Syn zaadoptował się do nowej rzeczywistości. Powrót do Polski miał być jedyną tak dużą rewolucją w jego życiu, głównie emocjonalną. Oczywiście, życie może przynieść wszystko, jednak zgodnie z partnerem postanowiliśmy, że jest to sytuacja, w której z powodu naszej decyzji wywracamy świat naszego dziecka do góry nogami i kolejny raz nie bierzemy tego pod uwagę. Jakkolwiek nam się ułoży teraz, domem naszym i naszego dziecka jest Polska.

Jak się czuję po prawie dziewięciu latach emigracji?  Dojrzalsza. Nie przeraża mnie zaczynanie od nowa, nie wzdrygam się już na myśl o potencjalnych problemach życiowych. Nie zapadam się już w czeluści czarnej rozpaczy, tylko zadaniowo szukam rozwiązań. Nie poddaje się. Kiedy tyle czasu spędza się w kraju pełnym różnorodności, w którym dozwolone są małżeństwa tej samej płci, a aborcja jest legalna – to niezależnie od tego, czy się z tym zgadzasz, czy nie,akceptujesz prawo, które tam obowiązuje. Nauczyłam się nie oceniać ludzi nie znając ich historii. Nie zaskakują mnie różnorodności i nie mam określonej definicji normalności. Dopóki sposób życia ludzi żyjących obok mnie nie krzywdzi nikogo – nie zabieram głosu. Każdy ma prawo żyć, jak chce i czuć się w tym szczęśliwym. Pytałaś mnie, czy wyniosłam z Holandii jakieś zwyczaje, czy przyzwyczajenia. Chyba tak, ale zdałam sobie z tego sprawę dopiero po kilku tygodniach pobytu w Polsce. Za każdym razem, kiedy odpowiadałam sprzedawczyni „dziękuję i miłego dnia”, zastanawiało mnie jej zdziwienie. Za każdym razem, kiedy mijam starszą osobę w okolicach naszego mieszkania i mówię jej „dzień dobry”, widzę uśmiech na jej twarzy. Niezależnie od tego, czy się znamy, czy nie. „Przywiozłam” ze sobą te drobne rzeczy, małe gesty, drobnostki pełne życzliwości, której chyba wciąż jest tu za mało.

Co po 9 latach nieobecności myślę o Polsce? Zmieniliśmy się. Dojrzeliśmy jako społeczeństwo. Myślę, że to dlatego, że w dorosłość wchodzi nasze pokolenie wolne od uczuć związanych z komuną, czy wojną. Jesteśmy trochę bardziej wolni od uczuć towarzyszących naszym rodzicom, czy dziadkom. Nie ma w nas tej zawiści i żalu, nie utraciliśmy natomiast siły, którą oni mieli i umiejętności wyjścia z każdej sytuacji. Zrobienia czegoś z niczego. Kilka lat temu zadając pytanie „co u Ciebie ?” zalewała mnie fala narzekania w odpowiedzi. Dzisiaj już tego nie ma. Chyba po prostu jesteśmy dla siebie milsi. 😉 Albo ja stałam się bardziej wyrozumiała.

Karolina: Mija ponad rok od kiedy wróciłam ja i dzieciaki. Znów się zaadaptowałam, znów mam znajomych, rodzinę, spokój w głowie i plan na budowę domu. Dalej jeżdżę bakfietsem. 🙂 Emigracja nauczyła mnie tego, żeby nie przejmować się życiem tak bardzo, mieć w sobie tolerancję i wyrozumiałość dla innych kultur, dla ludzi. Po prostu. Bardziej też doceniam wartość posiadania rodziny i bliskich przyjaciół. Mój dom jest otwarty, non stop ktoś nas odwiedza, wpada na herbatę czy żurek. Czuję, że jestem.

 

Matka Polka Emigrantka zapuszcza mocne korzenie w – jeszcze wczoraj zupełnie dla niej obcej –  ziemi i buduje trwałe relacje. Odnajduje się w nowej rzeczywistości, przejmuje nawyki i zwyczaje. Chociaż pragnie zostać, to organizuje wszystko, by wrócić. Pakuje dziecięce ubranka, zabawki, składa koszule, pakuje swoje kilka lat szczęścia, dobre wspomnienia i siada na walizce. Czuje się zmęczona i jednocześnie zdeterminowana – znów trzeba wziąć dom na plecy. 

Matka Polka Emigrantka po powrocie dzierga od nowa sieć kontaktów. Ceruje nadszarpnięte emigracją rodzinne relacje i tworzy nowe połączenia, świeże i mocne, podlane wieloletnią tęsknotą. Od nowa uczy się języka i myślenia, w sposób, o jakim zdążyła już troszkę zapomnieć. Odnajduje w sobie nos babci, policzki ciotki Basi od strony ojca i charakterystyczny śmiech, jaki znają tylko kobiety w jej rodzinie. Jest niczym bezpieczna przystań dla swoich dzieci, które – wbrew jej obawom – otoczone miłością adaptują się bardzo szybko. I tylko czasami, gdy usłyszy znajomą melodię, obejrzy zdjęcia w Internecie albo gdy pokażą urywek ukochanego miasta w polskich wiadomościach – czuje lekki ucisk i dwusekundowe migotanie serca. To mija, bo jednak trawa jest zawsze najbardziej zielona tam, gdzie Cię nie ma, a przecież najważniejsze jest to, gdzie jesteś. 

Zdjęcia są autorstwa Anny Onopiuk

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo