Change font size Change site colors contrast

W księgarniach pojawił się właśnie nowy komiks Kwaśne jabłko Jerzego Szyłaka, z ilustracjami Joanny Karpowicz. Na okładce elegancka kobieta w dużych, ciemnych okularach pije kawę i lekko się uśmiecha. Ale zaraz, zaraz, coś tu nie gra. Coś nie pasuje do obrazka. Pod jej nosem widzimy plamkę krwi. I już rozumiemy tytuł.

To nie jest wesoła rzecz, o nie. To klasyczna historia przemocy w małżeństwie. Znamy tę historię, wielokrotnie o niej czytaliśmy lub słyszeliśmy. Nic nowego: dobry, przystojny, mądry on zaraz po ślubie zmienia się w potwora. Bije i przeprasza, gwałci i kupuje kwiaty. Znany schemat, każdy choć raz się spotkał z tą historią. Ale tutaj ją dodatkowo widzimy. Rysunki Joanny Karpowicz zapisują się w pamięci, nie dają od siebie odpocząć. A ostatni, gdy widzimy poranioną bohaterkę ucharakteryzowaną na Matkę Boską, jest jak palec w oko. Ile jeszcze czasu ta polska miłość (1) będzie miała prawo do przemocy?

12 grudnia zostały rozdane Nagrody Grand Press 2017, uznawane za najbardziej prestiżowe polskie trofea dziennikarskie. Dziennikarzem roku został Wojciech Bojanowski za reportaż śledczy o torturowanym na komisariacie Igorze Stachowiaku. Wyróżnienia odebrały dwie dziennikarki piszące o przemocy domowej.

Magdalenę Kicińską doceniono za wywiad – rzekę z Karoliną Piasecką, żoną radnego PIS, Rafała Piaseckiego. Gdy nagrana przez nią taśma z zapisem działań męża trafiła do mediów, mało kto był w stanie wysłuchać jej do końca.

Wzorowy katolik, który swoją miłość do Boga ma na ustach przy każdej możliwej okazji, poniża, przeklina, bije, wyzywa i grozi. A przecież wiadomo, że to nie jest jednorazowa akcja. Zdesperowana kobieta zdecydowała się na zapis swojego piekła, żeby mieć dowód w sądzie. Pierwszy raz popchnął ją, kiedy była w ciąży, drugi, gdy byli już rodzicami kilkumiesięcznej córki. Poniżał, publicznie upokarzał, kontrolował. Niszczył po kawałeczku, codziennie troszkę. Klasyczny oprawca, psychol, element do izolacji od społeczeństwa. Ale ta rodzina nie żyła w domku na odludziu. Pani Piasecka codziennie chodziła do pracy, odbierała dzieci z różnych placówek, robiła zakupy w sklepie osiedlowym. Nikt niczego nie zauważył? Nikt się nie zastanowił skąd nagle w zimie ciemne okulary? Ofierze ciężko jest bezpośrednio poprosić o pomoc. Ona jednak to zrobiła, opowiedziała o wszystkim swoim teściom i… usłyszała, że oni nie będą się wtrącać. Jej rodzina została wciągnięta w krąg przemocy. A inni? Sąsiedzi? Koleżanki? Panie z przedszkola? Wszyscy inni odwrócili oczy, zasłaniając się hasłem, że to nie jest ich sprawa.

Jeszcze bardziej mrożącą krew w żyłach historię opisuje nagrodzona za najlepszy reportaż prasowy Katarzyna Włodkowska.

Kiedy świat usłyszał o Josephie Fritzlu, wydawało się, że jest to największe zło, jakie można uczynić bliskim. I wtedy dało się słyszeć pukanie od dołu. Opisana w tym reportażu historia Ewy przekracza granice pojmowania. Ale się wydarzyła. Ewa szukała pomocy dla siebie i dzieci. Ta kobieta jest ofiarą nie tylko swojego męża, ale też społeczeństwa, które nie zrobiło nic, żeby zakończyć jej koszmar. Ofiarą lekarza, któremu po drugim porodzie opowiedziała, że mąż ją uderzył i usłyszała, że to się zdarza. Ofiarą wszystkich, którzy widzieli ślady po czarnej taśmie na buzi jej maleńkiej córeczki i nie zainteresowali się, skąd się wzięły. Ofiarą rodziny, która nie reaguje widząc ją skrajnie wycieńczoną, bo mąż zabronił jej jeść. Ofiarą pracowników socjalnych, ofiarą prokuratury, ofiarą złego systemu. I wszystkich, którzy odwrócili oczy.

Historie, w których zło mogło bezczelnie hasać, bo nikt nie zareagował, zebrała w książce reporterka Justyna Kopińska.

Za swój upór w demaskowaniu potworów została nagrodzona między innymi European Press Prize, nazywaną europejskim Pulitzerem. W tomie „Polska odwraca oczy” przeczytamy historie, od których robi się zimno. I wszystkie łączy podobny schemat: bezbronna, słaba jednostka jest krzywdzona przez silniejszego i nie może liczyć na pomoc. Brutalna przemoc zakonnicy wobec wychowanków domu dziecka, gwałt w delegacji na koleżance z pracy, niestabilny emocjonalnie strażnik, u którego zbagatelizowano opinie psychologów i dano do ręki broń. Ta książka jest jak palec wskazujący na nas. To wszystko dzieje się na naszej zmianie. Podobnie sumienie szarpie film „Spotlight”, który mówi wprost: gdyby nie było przyzwolenia wiernych, nie byłoby pedofili w kościele. Bo odchodzenie ze stwierdzeniem „to nie moja sprawa”, jest zgodą na to, co zostawiamy za sobą.  

A jednak często odchodzimy. Tak jest łatwiej.

Trzeba mieć jaja, żeby nie odwracać wzroku. Żeby zapytać, czy wszystko w porządku, okazać zainteresowanie, poświęcić czas na przyjrzenie się potencjalnej ofierze. Żyjemy w czasach separacji, gdzie każdy zamyka się w swoim domu, a życiem dzieli się w formie laurek na Facebook’u. Nie chcemy się wtrącać, nie chcemy wyjść na wścibskich. A przecież czasami intuicja podpowiada, że coś tu nie gra. Kiedy do mediów trafia kolejna historia o przemocy wobec słabszych, oburzamy się święcie, jak to możliwe, że nikt nie zareagował. Ktoś musiał wiedzieć.

Czas popatrzeć w lustro. Ten ktoś to my. Przemykamy z domu do garażu lub na przystanek, słuchawki w uszach, oczy w telefonie, książce, gazecie. Lub wbite w chodnik. Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem! Udajemy, że nie widzimy, nie słyszymy. Nas to nie dotyczy. A to jest nasza sprawa. Bo jak powiedział irlandzki filozof Edmund Burke: DLA TRIUMFU ZŁA POTRZEBA TYLKO, ŻEBY DOBRZY LUDZIE NIC NIE ROBILI.

Brawo dla dziennikarzy, którzy nie dają się zastraszyć i opisują historie przemocy.

Brawo dla głosujących w Grand Press 2017 za wybór laureatów. Brawo dla wszystkich, którzy przytrzymują odwracających oczy za kark i mówią: patrz, co się dzieje! To się dzieje pod twoim nosem! Brawo dla wszystkich, których to porusza i zmusza do refleksji. Bo może się okazać, że jesteśmy czyjąś jedyną szansą na ratunek. Opisane historie to tylko wierzchołek góry lodowej. Nie ma wymówki dla braku reakcji. Nie ma wytłumaczenia dla bierności, gdy słychać czyjś krzyk. Jeśli boisz się interweniować bezpośrednio, dzwoń po dzielnicowego. To jest jego robota. A jeśli nie jest skuteczny, to na Niebieską Linię. Reaguj.

Musimy reagować, jeśli nie chcemy, żeby triumfowało zło.

 


Źródła:

  1. „Polska odwraca oczy” Justyna Kopińska, wyd. Świat Książki.
  2. „Kwaśne jabłko” Jerzy Szyszłak, Joanna Karpowicz, wyd. Timof Comics.
  3. Wywiad Magdaleny Kalicińskiej z Karoliną Piasecką
  4. Reportaż Katarzyny Włodkowskiej

(1)  Wojciech Młynarski „Polska Miłość”

 

Pamiętacie ten brutalny moment, gdy ktoś wam uświadomił, że Święty Mikołaj nie istnieje?

Mnie to zrobił starszy brat. Miałam siedem lat, pisałam list, z wielkim zaangażowaniem ozdabiając go rysunkami gwiazdek i prezentów, śląc pozdrowienia dla Pani Mikołajowej i uściski dla elfów. Jako, że były to dawne czasy, gdy niczego w sklepach nie było, lista życzeń jawiła się krótka i treściwa. Wiadomo, że zabawki to można było oglądać przez szybę w Peweksie, a nie pod własną choinką.

Wtedy przyszedł mój brat i bezlitośnie wyśmiał moje wysiłki drwiąc, że powinnam rozpocząć: „Drogie Nic”, bo Mikołaja nie ma. Do dzisiaj te okrutne słowa pamiętam. Wyryły w moim małym serduszku dziurę, która przypominała o swoim istnieniu co roku, gdy z głośników w sklepach zaczynały płynąć kolędy. Czyli z każdym rokiem coraz wcześniej.

Aż przyszedł taki moment, gdy uznałam, że trzeba ten temat raz na zawsze wyjaśnić. Czy ON jest, czy GO nie ma.

Bo są tacy, co twierdzą, że to bujda z tym uważaniem GO za wymysł. Bo ON jest, a jakby tego było mało, bardzo jest fajny i wesoły. Spakowaliśmy zatem ciepłe kalesony i wyruszyliśmy na Biegun Północny, żeby przekonać się na własne oczy. Bo to jest jednak kwestia zasadnicza.

Już lotnisko w Rovaniemi nie pozostawia wątpliwości, że jesteśmy we właściwym miejscu. Santa’s Official Home Airport pełne jest reniferów, choinek, prezentów i wesołych elfów. A dla tych, którzy jeszcze nie mają pewności, wisi wielki banner: WE LOVE CHRISTMAS, z dopiskiem kiss here i jemiołą. To jest najfajniejsze lotnisko na świecie! Ogrzewamy się w tej świątecznej atmosferze czekając na bagaże i gromadząc ciepło, bo zaraz czeka nas zderzenie z zimą w Laponii. Dwie pary kalesonów po spodniami, wielkie ciepłe buty, trzy bluzy pod kurtką – ruszamy do hotelu. Czeka w nim na nas informacja, że ponieważ w nocy temperatura spada do minus 40 stopni, obsługa prosi, żeby nie zakręcać kranów, bo inaczej woda w rurach zamarza. Jako zdeklarowany zmarzluch poddałabym się w tym miejscu, gdyby nie fakt, że przyświecał nam ważny cel. Muszę Go zobaczyć na własne oczy, dotknąć i pociągnąć za brodę, albo raz na zawsze upewnić się, że jest tylko grubą ściemą i odpuścić temat.

Rano zakładamy na siebie kilka warstw odzieży pod specjalne kombinezony, smarujemy się kremami na zimę i wskakujemy na skutery.

Jest to przeżycie prawdziwie magiczne: jechać po śnieżnej krainie, gdzie po horyzont pusto, biało i mroźnie. Finlandia jest krajem pełnym dzikich przestrzeni i lasów, na których Pani Zima ma okazję się popisać. I wykorzystuje to z pełną mocą. Skutery mają podgrzewane rączki przy kierownicy, co zdecydowanie uprzyjemnia jazdę.

Zanim odwiedzimy główny cel naszej podróży, po którym możemy już nigdy nie być tacy sami, chcemy zobaczyć kilka miejsc. Najpierw odwiedzamy hodowlę psów Husky i próbujemy swoich sił w powożeniu zaprzęgiem. Nie jest to łatwe, bo o ile psy świetnie wiedzą, co robić, to my niekoniecznie. Na szczęście mądre zwierzaki czują, gdy woźnica spada, zatrzymują się i cierpliwie czekają, aż wygramoli się ze śniegu i wróci na swoje miejsce. Jeśli przewracają przy tym oczami, to dyskretnie. Upadki nie są bolesne, amortyzuje je kilka warstw grubej odzieży. Pieski są śliczne, a ich siła godna podziwu. Poznajemy właścicieli hodowli, którzy pokazują nam, w jakich warunkach mieszkają Husky i opowiadają o ich codziennych rytuałach. Mam duże wymagania w kwestiach związanych z hodowlą zwierząt i ich traktowaniem, ale tutaj nie mam zastrzeżeń. Wszystkie zwierzaki są zadbane i zaopiekowane, a choć jest ich kilkadziesiąt, nikomu nie mylą się ich imiona.

Po małych czworonogach, czas na nieco większe: święte renifery.

Nazywam je tak, bo są w Finlandii prawdziwym przyjacielem i zbawieniem dla człowieka. Służą jako siła pociągowa, najlepsza przy tych warunkach atmosferycznych. Co podoba mi się mniej, są też „dostawcami” mięsa i ciepłych skór. Mogę uważać to za barbarzyństwo, ale prawda jest taka, że bez tych zwierząt ciężko byłoby przetrwać Lapończykom. Doceniają to, traktując zwierzęta z szacunkiem i sympatią. Renifery są przesympatyczne i ciekawe nowych ludzi, wciskają nosy w nasze kurtki szukając smakołyku albo zaczepiają nas swoimi rogami. Wybieramy się na krótką przejażdżkę saniami ciągniętymi przez te zwierzęta, ale nie wspominam jej najlepiej. Jest bardzo, bardzo zimno i siedzenie w tej temperaturze bez ruchu, nawet pod najcieplejszym kocem, odmraża aż do kręgosłupa. Jeśli jednak komuś tęskno do królewskiej podróży w zimowej krainie, to tutaj na pewno poczuje się spełniony.

Kolejne kroki w wielkich śniegowcach kierujemy do Kemi.

To port morski nad Zatoką Botnicką, z którego wyruszają lodołamacze. Dojeżdżamy do jednego z nich na skuterach śnieżnych. Kiedy sobie człowiek tak jedzie i nagle pomyśli, że pod tą twardą nawierzchnią jest nie ziemia, ale głęboka, lodowata woda, to trochę się w głowie może zakręcić. Pędzimy po Bałtyku, aż na horyzoncie pojawia się wielki lodołamacz.

 

I choćby przyszło tysiąc atletów

I każdy zjadłby tysiąc kotletów,

I każdy nie wiem jak się wytężał,

To nie udźwigną, taki to ciężar – kołacze w mojej głowie na jego widok.

 

Wsiadamy na pokład i ruszamy w głąb zatoki, patrząc jak gruby lód ustępuje przed dziobem statku. Widok ten robi duże wrażenie, tym przyjemniejsze dla oka, że można je oglądać popijając gorącą herbatę. Nabieramy mocy przed kolejnym wyzwaniem – pływaniem w Morzu Bałtyckim. W lutym. Daleko od brzegu. Ciekawość we mnie silniejsza niż strach, więc zgłosiłam chęć podjęcia takiej próby. Na swoje ubrania dostałam do założenia wielkie, czerwone wdzianko: grube i sztywne, trzymające ciepło. Wygląda się w nim śmiesznie, poruszać też się ciężko. Wejść do przerębla i położyć się na wodzie pomaga pracownik lodołamacza. Tutaj spotkało mnie miłe zaskoczenie: spodziewałam się lodowatej wody, a tymczasem… robi ona wrażenie ciepłej! Choć obiektywnie zimna, jest jednak cieplejsza od powietrza, więc leżenie na niej jest całkiem przyjemne. Nigdy nie sądziłam, że wykąpię się kiedykolwiek w przeręblu, a tu proszę.

W Kemi odwiedzamy jeszcze Snow Hotel.

Zbudowany jest on w całości ze śniegu i lodu, to największa tego typu budowla na świecie. Co rok jest przebudowywany od nowa i za każdym razem ma inny temat przewodni. W roku naszych odwiedzin były to sporty zimowe. W hotelu są restauracje, kaplica, w której można wziąć ślub, jeśli tylko zaplanuje się go z dużym wyprzedzeniem i pokoje hotelowe, w tym apartamenty dla nowożeńców. Spanie w wielkim igloo przerasta moje możliwości, poza tym pokój, podobnie jak kaplicę, trzeba rezerwować długie miesiące wcześniej. W środku jest oczywiście zimno, bo żadne ogrzewanie nie wchodzi w grę. To zdecydowanie przygoda dla lubiących mróz.

Po obejrzeniu i doświadczeniu interesujących nas atrakcji w Finlandii, wyruszamy do Rovaniemi, szukać Świętego Mikołaja.

I nie będę ukrywać: cieszymy się jak małe dzieci. Wioska jest urocza, rozświetlona kolorowymi lampkami, zapraszająca kolędami i dźwiękiem dzwoneczków. Wszystko tu jest! Przed wejściem stoi ogromny bałwan, w zagrodzie brykają renifery, a między gośćmi uwijają się zapracowane elfy. Pachnie cynamonem i piernikami, jest ciepło i przytulnie. I od wejścia czuć, że tutaj coś, KTOŚ, jest. Oglądamy ogromne ilości listów, które Mikołaj dostaje co roku, posegregowane na kraje nadawców (Polska w czołówce w kategorii „ilość”), podziwiamy fabrykę zabawek i pamiątki w sklepiku, ale myślami jesteśmy gdzie indziej. Niecierpliwie czekamy na naszą kolej, żeby wejść do JEGO pokoju. Elfy pilnują, żeby wchodzić po kolei, żeby każdy miał okazję ze Świętym spokojnie pogadać. Przyznam od razu: nasz sceptycyzm już dawno przestał istnieć, z pierwszymi nutami kolęd, które dopadły nasze uszy.

Stojąc pod drzwiami JEGO pokoju czuję już tylko ekscytację i czystą, ogromną radość.

Kiedy przychodzi nasza kolej, prawie podskakuję ze szczęścia. Wchodzimy i JEST! Pulchniutki, czerwony, brodaty i uśmiechnięty. I nie ma żadnych wątpliwości: prawdziwy. Kiedy nieśmiało się zbliżamy, słyszymy: „HO!HO!HO! Podejdźcie moje dzieci!” Sama nie wiem, co bardziej nas dziwi: fakt, że nazywa nas dziećmi, czy fakt, że mówi po polsku. I to nie jakimś łamanym językiem z silnym obcym akcentem. Mówi pięknie, czysto…NASZ!!! Po takim zaproszeniu już się nie waham, tylko od razu pakuję na kolana i przytulam mocno. Jest! Prawdziwy! Wiedziałam! Ze zdziwionej miny elfa robiącego zdjęcie wnioskuję, że popełniłam jakieś faux pas i dopiero wtedy widzę, że obok JEGO fotela są ustawione dwa siedziska, na których powinniśmy usiąść do pamiątkowej fotografii. Ale Mikołaj się śmieje, zapewnia, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i pyta, co chcemy pod choinkę. Nic już nie chcemy, dostaliśmy najlepszy prezent mogąc GO spotkać. Wychodzimy absolutnie szczęśliwi. I jeszcze słyszymy, że z parą Francuzów wchodzących po nas, ON rozmawia w ich języku i również nie słychać obcego akcentu. No, ale to w końcu Święty Mikołaj, on zna wszystkie języki!

Pomyśleć, że człowiek stracił tyle lat dając sobie odbierać magię JEGO istnienia. No, ale lepiej późno niż wcale skorygować ten błąd w postrzeganiu świata. Zdecydowanie warto było odmrażać tyłek! A do tego, kiedy pokazałam moim dzieciom zdjęcie z Mikołajem, nabrały do nas zupełnie nowego szacunku.

Znacie to przyjemne uczucie, gdy zrobicie dla kogoś coś miłego? Jakby świat stał się trochę lepszy, jaśniejszy i przyjemniejszy? Czasami mały gest może pomóc człowiekowi w potrzebie, może odmienić jego życie.  A czasami tylko poprawić nastrój, wywołać uśmiech, poprawić kiepski dzień.

Napisałam „tylko”, a przecież to wcale nie jest mało. Bo o ile wielkie gesty mogą naprawiać świat, o tyle to właśnie te drobne utrzymują go przy życiu i pozwalają trzymać pion. Bohaterowie sagi Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz stworzyli grupę ESD – Eksperymentalny Sygnał Dobra, która miała na celu wysyłanie pozytywnych emocji w świat za pomocą małych impulsów: uśmiechu, pozytywnej postawy, drobnej pomocy. Prowadzili badania, czy takie małe gesty coś zmieniają. Rezultaty nie budziły wątpliwości: akty bezinteresownej sympatii wytwarzały kolejne, bliźniacze ogniwa, tworząc tym samym łańcuch dobra. Zdecydowanie przyjemniej żyć w codzienności przepełnionej pozytywnymi emocjami, uśmiechniętymi sąsiadami, sympatycznymi paniami za ladą w sklepie czy na poczcie.

Właśnie takim sygnałem dobra miała być akcja Zawieszona kawa.

Założenie jest proste: jeśli chcesz komuś umilić dzień, kupujesz w kawiarni dwie kawy. Jedną wypijasz, drugą „zawieszasz”, czyli zostawiasz dla innej osoby, która może wypić ją za darmo. Akcja nawiązuje do włoskiej tradycji cafe suspenso. W Polsce pomysł zaczął promować Ukrainiec Aleksander Każurin: filozofia jest taka, żeby umożliwić komuś zrobienie czegoś fajnego. Wszyscy lubimy dostawać prezenty, lubimy też je dawać. Chodzi o to, żeby dostarczyć komuś trochę radości tą małą filiżanką kawy – mówi. Do akcji przyłączyły się dziesiątki kawiarni. I byłoby sympatycznie, gdyby komuś nie przyszło do głowy, żeby koniecznie dopisać tu filantropię, na którą nie było miejsca. Wówczas internety obiegła historia o bezdomnym, który dzięki akcji zawieszania kawy, może wypić ciepły napój nie płacąc za niego. Wzruszająca opowieść zilustrowana była chwytającym za serce zdjęciem:

Autora tego wpisu posądzam o dobre intencje. Niestety przyczynił się on do zduszenia w zarodku akcji, która nie była pomocową, a jedynie poprawiającą nastrój. Dziennikarze i blogerzy bezlitośnie skrytykowali kawiarnie za naciąganie klientów na płacenie za wirtualne kawy, których nikt nie wypije. Przecież żaden bezdomny nie przyjdzie, bo po pierwsze nie ma internetu, żeby o akcji przeczytać, a po drugie wie, że nie jest mile widziany w miejscach, gdzie ma być „miło”. Atakowane kawiarnie wycofywały się z akcji, nie chcąc być posądzane o żerowanie na ludzkim nieszczęściu i oszukiwanie gości. W ten sposób lepsze stało się wrogiem dobrego i zawieszona kawa zniknęła.

A szkoda. Bo przecież nie wszystko musi być dobroczynnością, często wystarczy gest dobrej woli. Miło kupić komuś kawę, zwłaszcza, gdy za oknem listopad szarga wszystko, co mu się nawinie. I miło napić się ciepłego, pachnącego napoju, gdy do pierwszego jeszcze kilka dni, a w portfelu hula przeciąg. Tylko tyle i aż tyle miała na celu Zawieszona Kawa. Może czas przywrócić akcję w jej pierwotnym wymiarze i wysyłać kofeinowe sygnały dobra?

Ja jestem za i chętnie zawieszę dla kogoś pachnące latte z przesłodkim syropem.

 


Designed by mrsiraphol / Freepik

Ile na świecie przedstawicielek pięknej płci, tyle skomplikowanych, pełnych emocji relacji im towarzyszących.

Koleżanki z podwórka, przyjaciółki ze szkoły, siostry krwi, powierniczki, kumpelki, rywalki, idolki. Te, do bliskości z którymi dążymy i te, których unikamy za wszelką cenę. Czy zdajemy sobie sprawę, kiedy związek przestaje być pięknie głęboki i zaczyna być toksyczny?

Na początku lat 90-tych na ekrany kin wszedł film „Single white female”, który szybko zdobył miano kultowego dreszczowca. Bridget Fonda gra w nim kobietę, która po rozstaniu z chłopakiem zamieszkuje z obcą współlokatorką, która wydaje się być lekiem na jej skołatane nerwy. Spokojna, cicha Hedra jawi się jako dobry materiał na przyjaciółkę, z którą można rozpoczynać nowy rozdział w życiu. Czego Alison nie zauważa, to, że ich życia zaczynają stawać się przerażająco podobne. Hedra popada w obsesję, chce nie tyle zbliżyć się do nowej przyjaciółki, ile stać się nią. Jeść z jej miseczki, spać w jej łóżeczku. W filmie pokazany jest skrajny przykład relacji, który skończyć się może tylko tragedią.

Więzi, jakie wytwarzają się między kobietami fascynują autorów, bo mają w sobie cały mikrokosmos relacji. I żaden mężczyzna nie może rywalizować z tymi uczuciami.

Chyba najsłynniejszą historię o przyjaźni dwóch kobiet napisała w ostatnich latach Elena Ferrante. Cztery grube tomy składające się na „powieści neapolitańskie” czyta się jednym tchem. To kronika relacji między Lilą i Eleną, ich walki o wyrwanie się z biedy, miłości, której nieodłącznym elementem jest rywalizacja, bliskość, która rani i koi, niszczy i motywuje do walki. Ta relacja jest przyczyną decyzji podejmowanych przez obie kobiety, od dzieciństwa, aż po starość, która pozwala jednej z nich zniknąć bez śladu.

W swojej najnowszej książce „Swing Time”, Zadie Smith kreśli portret przyjaciółek z dzieciństwa. Dwie dziewczynki o brązowym kolorze skóry poznają się na zajęciach z tańca, w których biorą udział białe panienki z okolicy. Ich odmienność sprawia, że naturalnie zwracają na siebie uwagę i widzą w sobie sojuszniczki. Obie kochają taniec, musicale i marzą o karierze na scenie. Ale prawdziwy talent ma tylko jedna, Tracey. Druga, bezimienna narratorka, pomimo oddania całej duszy swojej pasji, nie jest w stanie osiągnąć poziomu, który dawałby nadzieję na sukces. Jednak przepaść między zdolnościami dziewczynek nie stanowi przeszkody w ich przyjaźni. To raczej warunki, w jakich się wychowują, wartości wpajane im przez rodziców i sytuacje, w których los sprawdzać będzie ich wytrzymałość, poprowadzą je różnymi drogami. Ale ich relacja nigdy nie dostanie stempla z datą ważności. Narratorka, która spędzi dorosłe życie pracując jako asystentka gwiazdy pop, będzie szukać śladów przyjaciółki. Spotkają się wiele razy, na różnych etapach swojego życia. I zawsze będzie jasne, że nić między nimi, zadzierzgnięta w dzieciństwie, nigdy się nie zerwała.

Smith opowiadając historię dwóch małych tancerek nie zaniedbuje tematów, które są bazą jej twórczości. Problemy kolorowych obywateli europejskich miast, post kolonializm białych turystów w Afryce, poszukiwanie własnej tożsamości na obcej ziemi – to wszystko znajdziemy w „Swing time”.

Autorka porusza też temat, o którym zbyt rzadko się wspomina: jakie konsekwencje ma bezmyślna działalność charytatywna bogatych białych na biednym czarnym kontynencie.

Jak kończy się wykorzystywanie akcji pomocowych dla celów promocyjnych. I co się dzieje, gdy gwiazdy przestają interesować się swoimi medialnymi projektami i zapominają o tym, że miały poprawiać życie dzieci z afrykańskich wiosek.

Czasami fascynacja inną kobietą może doprowadzić do tragedii nie tylko osób zaangażowanych w relację. Efekt takiego zaślepienia opisuje Emma Cline w książce „Dziewczyny”. Jej akcja toczy się pod koniec lat 60. XX wieku, a rozpoczyna ją zachwyt nieśmiałej nastolatki, Evie, nad tajemniczymi hipiskami obserwowanymi w parku: „śmiech zwrócił moją uwagę, dziewczęta przykuły wzrok… te długowłose dziewczyny zdawały się płynąć ponad wszystkim, co wokół nich się działo, tragiczne i odizolowane. Jak rodzina królewska na wygnaniu. Dziewczyny igrały z niepewną granicą, na której uroda i brzydota istniały równocześnie…”. Evie podąży za obiektami swej fascynacji, przyłączy się do sekty Charlesa Mansona, zamieszka na zrujnowanym ranchu i weźmie udział w najsłynniejszym zbiorowym morderstwie Ameryki. Jednak to, do czego inne dziewczęta z grupy popchnie oddanie charyzmatycznemu psychopacie, Evie zrobi z powodu obsesji na punkcie Suzanne.

Możemy zobaczyć bohaterki tej historii: zdjęcia roześmianych młodych kobiet, w krótkich sukienkach, z potarganymi włosami, obiegły świat po brutalnych morderstwach w willi Sharon Tate i Romana Polańskiego.

Nie potrzeba jednak rozlewu krwi, żeby historia relacji między kobietami przyprawiała o dreszcze. Niezwykle ciekawie opisuje ten wątek Delphine de Vigan w książce „Prawdziwa historia”. Główna bohaterka, alter ego autorki, właśnie zbiera efekty wydania autobiograficznej książki, w której opisała traumatyczne doświadczenia swojej rodziny, zakończone śmiercią chorej matki. Tysiące sprzedanych egzemplarzy, wywiady, spotkania z czytelnikami, prośby o artykuły. I anonimy przychodzące na domowy adres, pełne ataków i gróźb. Delphine jest bardzo wrażliwa, w dzieciństwie dostała łatkę „uczuciowej”, nie radzi sobie z tłumem i zainteresowaniem. Nawet tym motywowanym pozytywnymi emocjami. Dopada ją niemoc twórcza, objawiająca się atakami paniki. Nawet wzięcie do ręki pióra graniczy z cudem, nie wspominając o otwarciu pliku i napisaniu czegokolwiek. Wtedy w jej życiu pojawia się tajemnicza L. Kobieta piękna, zadbana i zaradna. Jedna z tych, na których ubrania zawsze leżą doskonale, włosy nigdy nie mają gorszego dnia, a lakier na paznokciach nie odpryskuje. L. pracuje jako ghostwriter dla celebrytów i polityków, jest wdową i nie lubi opowiadać o sobie. Przejmuje kontrolę nad osłabioną pisarką, stopniowo zawłaszcza jej życie, odcinając ją od przyjaciół i obowiązków. Wpływa na podejmowane przez Delphine decyzje, kontroluje jej relacje. Kulminacja związku dwóch kobiet ma miejsce w wiejskiej posiadłości przyjaciela autorki, do której obie panie udają się po jej niefortunnym upadku, w efekcie którego skazana jest na gips i pomoc przyjaciółki. Delphine, do tej pory bierna i całkowicie zdominowana, podejmuje decyzję, która odmienia układ sił: „przestałam być tą bezkrwistą pisarką, którą L. podtrzymywała od miesięcy, stałam się wampirem, który wkrótce miał żywić się jej krwią. Po krzyżu przebiegł mi dreszcz strachu i ekscytacji”.  Ale zakończenie tej historii zostawia czytelnika na potężnym wdechu. Bo relacja dwóch kobiet może zacząć się niewinnie i po cichu, ale skończyć się może tylko z hukiem.

Usłyszałam kiedyś powiedzonko „to takie przyjaciółki, które na powitanie się całują, żeby się nie pogryzły”. Stojący obok mnie brat śmiał się, że to absurd. Ale mnie to wcale nie rozbawiło. Jako kobieta doskonale rozumiem zawartą w tym zdaniu prawdę. I nie widzę w niej ani krzty absurdu.

 


Książki:

  1. Ellena Ferrante, cykl neapolitański: „Genialna przyjaciółka”, „Historia nowego nazwiska”, „Historia ucieczki”, „Historia zaginionej dziewczynki”, Wydawnictwo Sonia Draga
  2. Zadie Smith: „Swing time”, wyd.Znak
  3. Emma Cline: „Dziewczyny”, Wydawnictwo Sonia Draga
  4. Delphine de Vigan: „Prawdziwa historia”, Wydawnictwo Sonia Draga.


Designed by prostooleh / Freepik

 

Złota polska jesień już była, teraz przed nami pół roku mroku. Prognozy nie pozostawiają złudzeń: winter is coming. Dla tych, co podobnie jak ja szybko marzną i tęsknią za słońcem, mam dobrą wiadomość: listopad ma swoje zalety. Jak dla mnie największą z nich jest fakt, że jest to absolutny koniec sezonu turystycznego, co wyraźnie przekłada się na ceny biletów lotniczych i ofert hoteli. Wystarczy trochę poszukać, popytać i można zorganizować sobie fajne wakacje bez potężnego obciążania konta.

 

W zeszłym roku linie Ryanair oferowały wyjątkowo niskie ceny na loty Wrocław – Malta. Spakowaliśmy się w moment i byliśmy gotowi do drogi. Oferty wylotów na europejskie wyspy zwykle są obniżane jako pierwsze. Przyczyna jest prosta: gdy nie ma upału, nie ma atrakcji związanych z plażowaniem i korzystaniem z wielkiej wody. Ale to nie czyni Malty mniej atrakcyjną, przynajmniej w moich oczach. Jak dla mnie to doskonałe miejsce na spędzenie kilku dni z dzieciakami. Pogoda jest nadal przyjemna, około 20 stopni w ciągu dnia, ciepłe wieczory. I całe mnóstwo miejsc, gdzie można przeżyć prawdziwą przygodę.

Malta jest niewielka, zdecydowanie najwygodniej wynająć samochód, najtaniej można to zrobić podczas kupowania biletu lotniczego. Wtedy autko czeka na nas zaraz po wylądowaniu, przygotowane są też foteliki, nie trzeba tracić czasu przy okienku wypożyczalni.

Uprzedzam tylko, że ruch na wyspie jest lewostronny, a styl jazdy mieszkańców zdecydowanie śródziemnomorski.

 

Dla tych, którzy nie czują się pewnie w takiej sytuacji, pozostają taksówki i całkiem sprawna komunikacja miejska.

Pierwsze kroki na wyspie skierowaliśmy do jednego z licznych tutaj parków atrakcji. Jak na tak małą powierzchnię, jest ich naprawdę sporo, do wyboru, do koloru. My zdecydowaliśmy się na Meditteraneo Marine Park, w którym znajduje się słynne delfinarium, a także sporo gadów, skorpionów, węży i innych „przyjemniaczków”. Mnie przyciągnęły magiczne koniki morskie, moje dzieci były zachwycone gablotą z pająkami, do której można włożyć głowę. W Mediterraneo Marine Park można wykupić interaktywne opcje programów, w których jest możliwość dotykania zwierząt. Można też karmić bajecznie kolorowe papugi.

Dla wielbicieli morskich klimatów jest na wyspie jeszcze Malta National Aquarium. Tu można zajrzeć w oczy rekinowi czy przyjrzeć się brzuchowi płaszczki w jednym z tuneli. Zdecydowanie jest się czym zachwycić. A dla tych twardych zawodników, którzy nie zmęczą się podwodną podróżą, przed wejściem jest spory plac zabaw „na wykończenie przeciwnika”.

Piracki park rozrywki


W 1980 roku nad zatoką Anchor Bay powstało miasteczko, w którym kręcono film „Popeye” z Robinem Williamsem w roli głównej. Po zakończeniu zdjęć nie zdemontowano budynków tylko stworzono tutaj park rozrywki. Zabawy jest w nim co niemiara, nie tylko dla dzieci: poszukiwanie skarbów, pomoc Popey’owi w pokonaniu pirata, pływanie łodzią, minigolf. Można też wziąć udział w kręceniu filmu o przygodach Popeye, który później ogląda się na sali kinowej i można kupić go później na płycie. Popeye Village to zabawa na cały dzień.

Pamiętacie jeszcze zabawki playmobil? Parku rozrywki tej marki nie mogło zabraknąć na Malcie, która jawi mi się jako królowa atrakcji dla dzieci. Za śmieszną cenę (dzieci płacą półtora euro, dorośli dwa) można wejść do tego klockowego raju i bawić się, ile dusza zapragnie. Co więcej, gdy dzieci budują, rodzice mogą spokojnie napić się kawy mając je na oku. A kto lubi zwiedzać, ten może wybrać się na wycieczkę z przewodnikiem i poznać tajemnicę powstawania zabawek.

Kiedy wpiszecie Maltę w wyszukiwarkę, najczęściej wyskakuje zdjęcie Błękitnej Groty, podziemnych korytarzy tuż nad taflą morza. Wpłynięcie do nich to jedna z tych atrakcji, z których w listopadzie, przy niespokojnym morzu, już nie doświadczymy. Jednak miejsce jest piękne i warto wybrać się je zobaczyć.

Na Malcie są też obiekty dla dorosłych: kościoły, pałace, wykopaliska. Ale my ich nie zwiedzaliśmy, bo po pierwsze to nie nasze klimaty, a po drugie na tym wyjeździe rządziły nasze córki. Jeśli szukacie niedrogiego miejsca na spędzenie fajnego czasu z dzieciakami, to zdecydowanie Maltę polecam.

Uwaga: bardzo łatwo tam poczuć się jak beztroskie dziecko.

Chiny to kraj tajemnica. Oddzielone firewallem, odgrodzone Wielkim Murem (dosłownie i w przenośni) trwają niejako obok świata.

 

Kiedy w latach 60. XX wieku Zachód odkrywał seksualną swobodę i dzieci kwiaty, w Chinach trwał wielki głód, w wyniku którego zmarło ponad trzydzieści milionów ludzi. Głód był wynikiem szalonych decyzji przewodniczącego Mao, który tak mocno pragnął prześcignąć Stany Zjednoczone w produkcji stali, że poświęcił dla tego wyścigu wszystko. Bezmyślna walka o podniesienie wyniku produkcji tego surowca doprowadziła do zniszczenia wielu bezcennych zabytków. „Przy wejściu do świątyni Guangyan stały dwa królewskie żeliwne kotły, podarunki Cesarza Yongle z dynastii Ming. Nie przetrwały Wielkiego Skoku Naprzód” – wspomina opat świątyni czasy szalonego przetapiania skarbów w książce „Prowadzący umarłych”.

Po wielkim niepowodzeniu w produkcji stali Mao wytoczył walkę tak zwanym czterem starociom: starym obyczajom, ideom, zwyczajom i kulturze. Nadszedł czas wielkiego zniszczenia: na stosach płonęły książki, obracano w proch starożytne zabytki, młodych ludzi wysyłano do ciężkiej pracy na wsi, zamiast do szkoły. „Zniknęły instrumenty muzyczne, szachy, obrazy, bary, sport i herbaciarnie. Parki zmieniły się w opustoszałe, zdewastowane miejsca, w których powyrywano z korzeniami trawę i kwiaty, a oswojone ptaki i złote rybki pozabijano. Filmy, sztuki teatralne i koncerty były zakazane” – notuje Jung Chang, autorka „Dzikich Łabędzi”, historii trzech pokoleń kobiet żyjących w Chinach. Ta książka, podobnie jak inne opisujące prawdziwą historię kraju, jest w państwie środka zakazana. Mogła się ukazać tylko dzięki determinacji autorki, której udało się wyjechać na stypendium do Londynu i w tym mieście pozostać. Liao Yiwu miał mniej szczęścia: zanim udało mu się uciec z Chin, spędził cztery lata w więzieniu za napisanie poematu krytykującego masakrę studentów na placu Tian’anmen. Przeżycia autorów i ich bliskich wydają się niemożliwe. Albo przynajmniej bardzo odległe w czasie: przecież żyjemy w cywilizowanym świecie, który nie pozwoli, żeby w 2001 roku ktoś był torturowany za napisanie wiersza.

Ale Chiny są obok cywilizowanego świata, Chiny nie są zainteresowane zachodnim stylem życia.

 

A przynajmniej te Chiny, które mają władzę i podejmują decyzję. Bo przeciętnego obywatela nikt tu o nic nie pyta. Ten musi przeżyć i zadbać o swoją rodzinę, bo nikt inny się nimi nie przejmie. „W Chinach życie jest tanie” – wzrusza ramionami kierownik szaletu publicznego, gdy opowiada o martwych płodach, które regularnie znajduje w odpływach toalet. („Prowadzący umarłych”)

 

 

Nie jest łatwo do Chin wjechać. Na początek wielostronicowa wiza, do której musimy dołączyć zdjęcie, szczegółowo wyspowiadać się z członków rodziny i ich zawodów, celu podróży i noclegów. Później kontrole, także takie obejmujące mierzenie temperatury ciała przy wjeździe do dużych miast. Mundurowych jest tam całe mnóstwo. Co ciekawe, absolutnie nie wolno ich fotografować. Kiedy o tym usłyszałam, natychmiast odezwał się we mnie typowy Polak: jak to nie wolno? Ja zrobię! Kiedy kombinowałam na tajniaka próbując zrobić zdjęcie „spod pachy”, mój model w sekundę zasłonił twarz i machnął na mnie krótkofalówką. Udałam, że nie widzę i szybciutko się ulotniłam, ale serce zabiło mi trochę mocniej.

 

Dla mnie Chiny to kraj kontrastów. Zabiedzoną chudziutką staruszkę dźwigającą na koromysłach wiadra z wodą, mija na wiejskiej drodze najnowszy model luksusowej limuzyny. Rezydencje z drzwiami ociekającymi złotem sąsiadują z chatkami zlepionymi z gliny i znalezionych śmieci. Nawet pogoda popada w skrajności: mróz w Pekinie, upał w Hong Kongu.

 

Zanim wyjechaliśmy do Chin, czytaliśmy sporo o tym kraju i wszystkie przewodniki przestrzegają przed wizytą u dentystów. O ile poziom szpitali jest podobno wysoki, bo Partia dba o zdrowie obywateli, którzy mają ciężko pracować ku chwale ojczyzny, o tyle zębami nikt się tutaj nie przejmuję. Gdy mój pazerny na słodycze mąż złamał trzonowca na chińskim Snickersie, wpadliśmy w lekką panikę. Na szczęście mieszkająca w naszym hotelu Polka poratowała nas antybiotykiem, który miała ze sobą „na wszelki wypadek, o który w Chinach nie trudno”.

Swoją drogą, mąż wzbudzał na chińskich ulicach niezłe zamieszanie. Dzieci zbiegały się i krzycząc wskazywały palcami wielkoluda (mąż ma prawie dwa metry wzrostu) i prosiły go o wpisywanie się do szkolnych zeszytów. Jak się okazało, nie tylko przesadnie wysocy dostępują tego zaszczytu, dzieci zaczepiają większość turystów.

Co w Chinach zdecydowanie mi nie pasowało, to jedzenie i alkohol. Posiłki spożywane są przy wieloosobowych stołach, które się kręcą tak, aby każda potrawa dotarła do każdego biesiadnika. To jest akurat sympatyczne, gorzej z zawartością półmisków. Potrawy są bardzo tłuste, często w takiej formie, że ciężko określić, co to właściwie jest. Za główny alkohol służy anyżowa bardzo mocna wódka, po której ja osobiście wymiotowałam pół następnego dnia, a nie należę do osób o słabych żołądkach. Należę do tych ciekawskich, co wszystkiego lubią spróbować. Odważyłam się skonsumować pieczonego skorpiona i maleńkiego krabika, który jest tam serwowany zamiast chipsów. Na bardziej obślizgłe przekąski się nie zdecydowałam – czekają na wszystkich chętnych na straganach ulicznych, ale to raczej bajer dla turystów, nie widziałam zbyt wielu tubylców zajadających te smakołyki.

Zamiast anyżowej wódki lepiej napić się chińskiej herbaty. Na plantacjach można wziąć udział w ceremonii jej parzenia, która ma w sobie coś hipnotyzującego. Mistrz snuje opowieść o typach herbaty, ich zbiorach i wspólnym spożywaniu. Czarki na herbatę nie mają „uszek”, żeby kobiety obejmując ją palcami mogły zademonstrować zadbane paznokcie i białą skórę dłoni, bardzo pożądaną wśród Chińczyków. Uprzedzam, że po tych historiach można już nigdy nie wrócić do Liptona z torebki.

W zeszłym roku w podstawówce mojej córki gościła grupa wolontariuszy. To studenci z całego świata, którzy podróżując i opowiadając o swoich kulturach w szkołach i przedszkolach sami poznają inne kraje. W naszym domu gościł Lewis, chłopak z Chin. Był zdziwiony, że bulwersuje nas nadal panująca polityka nakazująca posiadanie tylko jednego dziecka i że nie uprawiamy co rano gimnastyki. Gdy zasiadaliśmy do posiłku, ten wątły chłopiec jadł za trzech, bo w Chinach nauczył się jeść, kiedy jest co. Nigdy nie wiadomo, czy na pewno będzie kolacja. A Lewis mieszkał w Pekinie, w dobrze sytuowanej rodzinie. Oczywiście wielopokoleniowej. Nie rozumiał, czemu w Polsce młodzi ludzie rezygnują z pomocy starszych i wydają mnóstwo pieniędzy na własne mieszkania, zamiast wygodnie żyć u rodziców. Ten wesoły, mądry chłopak wcale nie był zainteresowany wiadomościami z zachodu czy tym, jak postrzegane są u nas Chiny. On czuł się zaopiekowany przez Partię i nie ufał skorumpowanej, zepsutej, kapitalistycznej propagandzie.

 

 

Wszystkim zainteresowanym historią i klimatem Chin, polecam książki:

„Dzikie Łabędzie. Trzy córki Chin” ,Jung Chang,

„Za jeden wiersz. Cztery lata w chińskim więzieniu”, Liao Yiwu

„Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe, Chiny z perspektywy nizin społecznych”.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo