Zbliżenie na Kieślowskiego

W zasadzie ja zawsze kręcę filmy o tym, że nie da się nic zrobić …

Pamiętam swój pierwszy kontakt z Krzysztofem Kieślowskim. Miałam może dziesięć lat i mama pozwoliła mi obejrzeć Dekalog I.

Powiedziała, żebym zapamiętała sobie nazwisko reżysera, bo to wielki człowiek. Na początku film mnie nudził, nie było nic ciekawego w akcji, którą znałam z codziennego życia. Ot, dziecko, które chce iść na łyżwy i rodzic, który nie pozwala. Klasyk. Ale kiedy pojawiły się napisy końcowe, siedziałam z szeroko otwartą buzią, a w moim mózgu trwała wielka burza. Bo wreszcie klepane z pamięci na religii przykazanie „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” nabrało sensu. Stało się aktualne, bliskie i realne. Wcześniej ci tajemniczy inni bogowie jawili mi się pod postacią tych z greckiego panteonu albo innych cudaków, którzy grozili bohaterom bajek. Science fiction. A tutaj się okazało, że tym bogiem może być wszystko. A więc technika, pieniądze, próżność, zazdrość.

Zapamiętałam to nazwisko i choć na obejrzenie kolejnych filmów musiałam poczekać jeszcze kilka lat, to stał się on dla mnie ważnym życiowym przewodnikiem.

Nie wszystkie jego filmy uważam za arcydzieła, nie wszystkie stanowiły w moim życiu taki przełom, jak ten pierwszy. Ale każdy mnie poruszał, każdy dotykał mojej wrażliwości i otwierał kolejne drzwi w labiryncie prowadzącym do zrozumienia drugiego człowieka.

„Kieślowski. Zbliżenie” nie jest biografią człowieka, tylko życiorysem artysty.

Owszem, poznajemy dzieciństwo reżysera, krótką historię jego rodziny, przyjaciół i znajomych. Ale nie ma tu prania brudów, wyciągania nieznanych, kompromitujących historii czy wypominania potknięć. Kieślowski był skryty, trzymał swoje karty przy sobie i zarówno w wywiadach, jak i w wydanej ponad dekadę temu „Autobiografii” opowiadał na swój temat niewiele. Babranie się w autorze à propos jego utworu jest niedyskretne, niestosowne, niedżentelmeńskie napisał Witkacy i ja się pod taką postawą podpisuję bez wahania. A już robienie taniej sensacji z opisywania nieżyjącego, który bronić się nie ma szans, uważam za najpodlejsze tchórzostwo. Katarzyna Surmiak – Domańska w swym opasłym tomie pozwala nam towarzyszyć Kieślowskiemu na planie jego filmów, poznać jego moralne dylematy związane z tworzeniem w trudnych czasach i motywy, które nim kierowały. Zachowuje w tym klasę i nie narusza zasłony, którą reżyser odgrodził się od publiczności. Zagląda tam tylko tyle, ile on sam uchylił za życia. Czyta się tę książkę doskonale, świat natchnionego twórcy jest fascynujący i niełatwo go opuścić.

„Zbliżenie” to nie tylko historia o genialnym (w moim odczuciu) reżyserze, ale też obraz epoki, w której tworzył.

A także ludzi, którzy byli obok niego, czy to jako przyjaciele, czy jako współpracownicy. Agnieszka Holland, Krzysztof Zanussi, Krzysztof Penderecki, to tylko początek listy. Autorka zaprasza czytelnika na salony Kina Moralnego Niepokoju, na zajęcia w łódzkiej Szkole Filmowej, na wódkę do zadymionej knajpy. A wszędzie tam Krzysztof Kieślowski, w swoich okularach, niezwykle rzadko uśmiechnięty, z nieodłącznym papierosem. Raczej uważnie słucha niż mówi. Obserwuje świat swoimi błękitnymi oczami, zapamiętuje sceny, tworzy obrazy. Otoczony wianuszkiem oddanych mu ludzi, których potrafił sobie łatwo zjednywać. Żal, że odszedł za szybko. Żal wszystkich słów, które jeszcze mógł wypowiedzieć, wszystkich numerów, które jeszcze mógłby wykręcić, wszystkich filmów, które na zawsze tylko dla niego pozostały. Dobrze, że wraca w książkach, że można z nim trochę jeszcze poobcować.

 

„Kieślowski. Zbliżenie” Katarzyna Surmiak-Domańska

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *