Change font size Change site colors contrast
Kultura

Wolność – kocham i rozumiem… O polskich więzieniach i ich lokatorach

6 lipca 2020 / Marta Osadkowska

,,Jeśli ktoś chce tu normalnie funkcjonować, nie wylądować na dnie, to trzeba pokazać, że jest się silnym.

Przynajmniej wizualnie. Każdy jeden, który nie jest psychopatą albo wyrachowanym przestępcą, będzie czuł strach. Nie ma takiego, który na początku się nie bał.''

W 2003 roku Konrad Niewolski nakręcił film „Symetria”. To historia Łukasza, który w wyniku niefortunnego zbiegu okoliczności zostaje oskarżony o morderstwo.

Na jego miejscu mógłby być każdy z nas, po prostu znalazł się w niewłaściwym czasie, w niewłaściwym miejscu. Nie był w stanie potwierdzić swojego alibi (był w kinie, ale wyrzucił bilet więc nie dało się tego udowodnić). Łukasz trafia do więzienia, które jest niczym świat równoległy. Tam najpierw stara się przetrwać licząc, że ktoś naprawi błąd, przez który ponosi niesłuszną karę. Czas mija, mężczyzna nie może dłużej być tylko obserwatorem nowej rzeczywistości.  Teraz jego życie jest tutaj, za kratkami, a światem równoległym jest ten daleko za murem.

Film objechał festiwale, zebrał nominacje i nagrody. Przyczynił się także do rozpoczęcia dyskusji na temat systemu prawnego i skuteczności resocjalizacji w polskich więzieniach. Temat chwilę pożył w mediach i umarł. Wolimy nie myśleć, co się dzieje za tymi pokrytymi drutem kolczastym murami. 

„Symetria” poruszała wyobraźnię tak mocno także dlatego, że dzięki dobrze poprowadzonej narracji, każdy z widzów mógł utożsamiać się z bohaterem.

Łukasz był niewinny, to źle działający system go zniszczył. A czy znajdujemy w sobie empatię dla tych, którzy trafili za kratki w pełni zasłużenie? Przyczyn popełniania przestępstw jest tyle, ile ludzi: chciwość, głupota, narkotyki, nienawiść, bieda, frustracja… I jest system, który mówi: popełniłeś przestępstwo? Idziesz do więzienia. 

Idą. Najpierw przechodzi się przez bramę, potem oddaje się osobiste rzeczy w magazynie. W zależności od ciężaru popełnionego przestępstwa albo można zostać w swoim ubraniu albo przywdziać to więzienne. Potem przydział do celi: władze starają się tak dobierać współlokatorów, żeby uniknąć konfliktów i przemocy.

Pierwsze dwa tygodnie to sala przejściowa: to czas, kiedy osadzeni poznają więzienne życie, a wychowawcy nowych podopiecznych. Decydują do jakiej celi trafią, proponują programy resocjalizacyjne, terapię.

Osadzony najpierw trafia do celi przejściowej. Zwykle jest tu brudno, nikt nie dba o porządek w tym miejscu „na chwilę”. Tutaj spędza się kilka do kilkunastu dni. Są warunki, by kogoś zawiadomić o swoim losie. Niektórzy trafiają do więzienia nagle, prosto z ulicy lub pracy. W celi przejściowej są materiały piśmiennicze, można napisać do rodziny. 

Stamtąd trafia się już do tej właściwej, domu na najbliższe miesiące lub lata. 

Wchodzi człowiek do celi i od razu się zaczyna rozglądać, który to ten, który może mu coś zrobić. Każdy tu szuka osoby, na którą trzeba uważać – wspomina Adam.

Jest mordercą, w więzieniu spędził już trzynaście lat, zostało jeszcze półtora roku. W czasie odsiadki zmarła jego matka i dwójka rodzeństwa. Został brat, w którym ma duże wsparcie. Siedzi w sześcioosobowej celi. Na początku był zdziwiony, że tak się da w ogóle funkcjonować: w tyle osób bez przerwy na tak małej przestrzeni. Teraz już wie, że się da. Tego uczy odsiadka – człowiek wytrzyma bardzo wiele, dużo więcej niż jest w stanie sobie wyobrazić.

Marcin źle wspomina pierwszy kontakt ze współosadzonymi.

Popełnił zabójstwo, sam zgłosił się na policję. Gdy narkotyki przestawały działać, a do niego docierało, co zrobił, był przerażony. Chłopak z dobrego domu, miał w planach studia. Co się stało? Trochę alkoholu, narkotyków, chwila i życie – komentuje swój wyrok. Dostał dwadzieścia pięć lat, połowa już za nim. Gdy wszedł do celi, poczuł się jak ofiara. To uczucie z nim zostało. Wszyscy tu na ciebie patrzą, jak na potencjalny cel. Idziesz na spacer, a wokół same drapieżniki – komentuje. Na początku odsiadki spisał, co zamierza w trakcie jej trwania osiągnąć: język, skończenie szkoły, dobrą formę fizyczną i relacje z rodziną. Jak do tej pory się udaje.

W Polsce karę pozbawienia wolności odbywa około 75 tysięcy ludzi. Około, bo ta liczba codziennie się zmienia, ktoś wychodzi, ktoś zostaje zamknięty. Tylko trzy tysiące z nich to kobiety. Przeciętny skazany odbywa karę za przestępstwo przeciwko mieniu, najczęściej za kradzież z włamaniem. Wyrok: od trzech do pięciu lat.

Często słychać komentarze, że więźniowie są w Polsce traktowani lepiej niż pacjenci szpitali.

Sami zainteresowani przyznają, że nie mogą narzekać. Choć posiłki są mało zróżnicowane, to mogą wybierać dietę: wegetariańską, religijną, wykluczającą alergeny, cukrzycową… w sumie dwadzieścia pięć wariantów. Dostęp do lekarza z NFZ lepszy niż na wolności. Kobietom jest trudniej, nawet o podstawowe środki higieniczne muszą walczyć. Ceny podpasek w więziennych kantynach są dużo droższe niż w drogeriach. Wszystko zależy od oddziałowej, te bardziej ludzkie przydzielają więcej tamponów i podpasek. Więzienie daje paczkę miesięcznie.

Ja sobie nie wyobrażałam, jaki to jest problem, jak się nie może zaspokoić podstawowych potrzeb higienicznych – opowiada Wanda – Kobieta może wziąć prysznic dwa razy w tygodniu, nawet jeśli ma okres. Czy puszczanie codziennie łaźni to byłby taki poważny problem?

Jednej rzeczy w więzieniach jest aż nadto. Czasu. Bardzo, bardzo dużo czasu.

Można go wypełnić szkołą, przy dobrym sprawowaniu pracą. Przy bardzo dobrym – pracą poza zakładem karnym. Ponad połowa osadzonych pracuje. Zarabiają pieniądze, ale muszą się nimi podzielić, większą część oddają państwu i zatrudniającym ich firmom. Takie są zasady wprowadzonego w 2016 roku programu „Praca dla więźniów”. Jego celem było doprowadzenie do sytuacji, gdy więźniowie pracują na swoje utrzymanie i spłacają dług wobec społeczeństwa zamiast spędzać „turnus za pieniądze podatników”. Układ działa, daje zajęcie, satysfakcję i nowe umiejętności. Pozwala też zarobić. Skorzystać z niego można, nie trzeba. Ale raczej się chce. Sebastian, drugi wyrok za próbę kradzieży, mówi, że bez pracy by się nie nudził: pograłby w ping-ponga, poćwiczył, pogotował. Są zajęcia kulturalno – oświatowe, a kto ma przepustkę może wyjść na zewnątrz pograć w piłkę. Chodzili też do schroniska wyprowadzać psy. Zawsze można poczytać, jest biblioteka. Popularnym zajęciem jest rękodzieło, powstają zarówno tatuaże jak i ramki na zdjęcia z folii po ciastkach. 

I jest jeszcze miłość.

Dla osadzonych rodzina to temat główny. Bo bliscy czekają, nie czekają, odwiedzają, piszą, bo nie odpowiadają na listy, bo nie chcą już znać. Oddzielenie od najbliższych jest emocjonalnie bardzo trudne, dlatego więźniowie są otoczeni pomocą psychologa. Będąc za kratami można też wchodzić w związki z osobami z wolności, brać śluby, rozwody. Jest wiele kobiet chętnych na korespondencyjną znajomość z osadzonym.

Panowie mają większą motywację, żeby się starać o wcześniejsze wyjście, dobrze się zachowują. Łatwiej z nimi pracować nad emocjami, nad pozytywnymi sprawami, czują się mniej samotni, bezsilni i niepotrzebni. Mają dla kogo żyć – opowiada więzienny psycholog.

Widzenia z bliskimi mogą być źródłem radości i czasem, na który czeka się cały tydzień. Ale mogą być też ekstremalnie trudne, w niektórych przypadkach przerastają osadzonych. Marcin, który odsiaduje wyrok za podwójne morderstwo popełnione pod wpływem narkotyków, nie wyobrażał sobie, że po tym, co zrobił, mógłby spotkać się z rodziną. Zrezygnował z widzeń. Oni przyjeżdżali, on do nich nie wychodził. Potrzebował czasu. Spotkali się przy okazji rozprawy, stał ze spuszczonym wzrokiem, nie był w stanie patrzeć im w oczy. Potrzebował czasu, ale teraz widują się regularnie. Ma od nich dużo wsparcia i zapewnienie, że gdy wyjdzie (będzie wtedy po czterdziestce), będzie miał do kogo wracać. To bezcenna wiedza.

Tomek ma na wolności sześcioletniego synka.

Walczył w sądzie, gdy jego była partnerka próbowała odebrać mu prawa rodzicielskie. Teraz pracuje i odkłada dla niego pieniądze. Syn myśli, że rzadko widuje tatę z powodu jego pracy. Podobnie córka Dawida, która żyje w przekonaniu, że tata jest na kontrakcie w Hiszpanii. Jest starsza, niedługo trzeba jej będzie powiedzieć prawdę. Zanim się dowie od kogoś innego. Wielu osadzonych stara się utrzymywać relacje z dziećmi, partnerkami. Są i tacy, którzy nie przyznają się do potomstwa. Bo dzieci to obowiązek alimentacyjny, wypadałoby więc pracować, a nie każdy ma na to ochotę. Są i tacy, którzy mają 200 tysięcy zaległości. Dla niektórych rezygnacja z możliwości płacenia alimentów to forma kary dla partnerki, z którą nie mają dobrej relacji. Wielu osadzonych, zwykle ci z bardzo długimi wyrokami, odcina się od rodziny, żeby nie stanowić obciążenia. Dają partnerkom zielone światło na znalezienie nowego partnera i ojca dla swoich dzieci. Dla ich dobra.

Jest jeszcze jedna grupa: ojcowie, którzy udają zaangażowanie, żeby realizować własne cele – opowiada psycholożka – Zdarzyła się sytuacja, że osadzony uzyskał nagrodę w postaci widzenia w oddzielnym pomieszczeniu, bez osoby nadzorującej, bo deklarował, że chciałby bez obecności funkcjonariusza porozmawiać z żoną i pobawić się z dziećmi. Okazało się, że zamknął dzieci w toalecie i odbywał stosunek z żoną.

Do końca wyroku odlicza się dni, potem minuty. Ale zakład karny nie przygotowuje do wyjścia na wolność. Wanda nie miała dokąd pójść, trafiła do schroniska dla bezdomnych. Gdyby nie było miejsca, zostałaby jej ulica. Przez spędzone w więzieniu trzy lata rozpadło się jej życie: straciła pracę, mąż złożył pozew o rozwód, z nastoletnią córką nie miała kontaktu. Jerzy pierwszą noc po wyjściu spędził na klatce schodowej, później trafił do schroniska. Jacek miał kawalerkę, prawdziwy luksus. Siedział w niej całymi dniami: przerosła mnie ta wolność. W więzieniu byłem kimś, na wolności znowu nikim. 

Ilu więźniów, tyle historii.

Są wśród nich ci wyrachowani, którzy z zimną krwią popełniali przestępstwa. Są tacy, którzy zrobili coś strasznego pod wpływem alkoholu lub narkotyków, a po wytrzeźwieniu nie mogli uwierzyć. Wielu miało po prostu pecha: przeszarżowali na drodze, chcieli być cwaniakami lub zrobić jeden niewinny przekręt. Nie każda z tych opowieści jest fascynująca, wiele jest bliźniaczo podobnych. Ale wszystkie mają wspólny mianownik: wolność jest dobrem najwyższym i bezcennym. Historie tych, którzy ją stracili, przypominają jaka jest wspaniała. Pamiętam scenę z filmu „Skazani na Shawshank”, w której więźniowie przy okazji pracy poza więzieniem mają przerwę i piją piwo na dachu. Oddychają tą chwilą normalności, sycą się nią i delektują. Czy trzeba ją stracić, żeby zacząć doceniać? Oby nie.

 

Tekst na podstawie książki „Pudło” Niny Olszewskiej.

Kultura

Catcalling. Gwizdanie to nie komplement.

15 października 2020 / Magdalena Droń

Nigdy nie byłam klasyczną pięknością, a już na pewno nie w wieku 14 lat, kiedy dopiero odkrywałam swoją kobiecość.

A to właśnie wtedy po raz pierwszy doświadczyłam słownego molestowania w przestrzeni publicznej. Jak zareagowałam? Tak jak zapewne większość nastolatek, które obrzucane są pseudokoplementami na ulicy – zawstydzeniem i wycofaniem. Czułam strach i zaniepokojenie, szczególnie przed tym, co będzie dalej, jak rozwinie się sytuacja. Przecież mógł za mną iść, śledzić mnie czy nawet gorzej…

Nie wynikało to chyba z mojego poziomu samoakceptacji w tamtym czasie, ale tego, że nikt nie przygotował mnie psychicznie na takie zaczepki. Ba! Wychowałam się w tradycyjnej społeczności, która takie teksty i pogwizdywanie nakazywała interpretować jako przejaw adoracji płci przeciwnej. Podziw ich urody. Nic złego, ot rzucone „ładne cycki” z rusztowania na budowie w kierunku dziewczyny przechadzającej się w letniej sukience na przejściu dla pieszych. Ciekawe tylko czy gdybym ja, nawet dziś, jako 30-letnia kobieta, zaczęła na ulicy mlaskać, gwizdać i zaczepiać z grupką przyjaciółek przypadkowych kolesi, zostałabym odebrana jako „adorująca faceta” czy raczej zdrowo stuknięta…  Wiadomo, że bym tego nie zrobiła. A przecież to byłoby dokładnie to samo – sprowadzenie człowieka do poziomu obiektu seksualnego. 

Czym jest catcalling? 

Mówimy o zjawisku, które znane jest od wieków, a jednak dopiero dwa lata temu zostało odnotowane również jako termin w języku polskim. Catcalling to „wulgarne zaczepki lub komentarze o charakterze seksualnym kierowane przez mężczyzn do kobiet w przestrzeni publicznej”. Chociaż osobiście nie spotkałam się z sytuacją odwrotną, od każdej reguły znajdą się wyjątki. Do definicji dodałabym więc – w znacznej mierze do kobiet. 

Jakie są socjologiczne korzenie takiego zachowania? Można się ich dopatrywać w polskim patriarchalnym społeczeństwie, w którym dziewczynki wychowywane są na istoty uległe, wrażliwe, piękne i miłe dla wszystkich. A chłopcom po prostu wolno więcej, bo przecież „to tylko chłopiec (ang. boys will be boys). Brzmi znajomo prawda? Chociaż wychowałam się w latach 90. i nie mam swoim rodzicom absolutnie nic do zarzucenia, bo takie wzorce były im przekazywane z pokolenia na pokolenie, doskonale wiem, o czym mowa. Dziewczynki powinny być ciche, niewyróżniające się z tłumu, dobre i pracowite. Dziewczynka, szczególnie katoliczka, wychowana w zależności od płci nadrzędnej, może nigdy nie uzyskać świadomości, że jej podstawowe prawa są łamane. Co oznacza, że jako dorosła kobieta będzie miała trudności właściwą reakcją na ordynarne zachowanie i dostrzeżeniem potencjalnego niebezpieczeństwa.

Dlaczego ważne jest, byśmy reagowały?

Większość z nas na wulgarne zaczepki w ogóle nie reaguje. Nie chodzi wyłącznie o bierność samych ofiar, ale także świadków catcallingu. Nie każda ma przecież dość siły, by w sytuacji, gdy idzie ulicą, a stojący na chodniku mężczyzna gwizdnie lub powie coś niestosownego, krzyknąć: „Sp*erdalaj, nie życzę sobie takich tekstów!” lub „Naprawdę, stać Cię tylko na gwizdanie?” Chociaż zdaniem ekspertów to właśnie ośmieszenie jest najlepszą ripostą. Nie musisz oczywiście zwracać się wyuczonymi formułkami. Chodzi o pokazanie słownemu molestantowi, gdzie jego miejsce i zdyskredytowanie go w oczach znajomych. Świadkowie zdarzenia również powinni dawać do zrozumienia, że takie zachowanie nie jest w porządku i nie ma zgody na słowne molestowanie kobiet w przestrzeni publicznej. Nie reagując, przyzwyczajamy agresorów do tego, że mają na takie zachowanie przyzwolenie, wolno im więcej, co prowadzi do przekraczania kolejnych granic. Przyzwyczajamy też ofiary (w większości kobiety) do tego „że tak po prostu jest”, „musimy być przyzwyczajone”. A to kompletna bzdura!

Pamiętaj jednak, że najważniejsze jest Twoje bezpieczeństwo. Jeśli więc  jest wieczór, idziesz sama, a wkoło nie ma świadków, lepiej przyśpieszyć kroku i zwyczajnie zlekceważyć zaczepki. Jeśli czujesz się zagrożona – poproś kogokolwiek o pomoc. Uważaj na siebie, Twoje bezpieczeństwo jest najważniejsze.

Sprawiedliwość musi być po naszej stronie!

Co ciekawe, w Europie catcalling jest już karalny. W 2019 roku we Francji wprowadzono przepisy karzące słownych molestantów mandatem w wysokości 750€. Kary pieniężne wprowadziła także Holandia. Była to reakcja na projekt studencki „Dear Catcallers”, w którym użytkowniczka Instagrama zamieszczała na platformie zdjęcia catcallerów i cytowała ich wulgarne zaczepki. W Holandii za pogwizdywanie na kobiety czy niewybredne komentarze trzeba zapłacić karę w wysokości do 4000€. 

Catcalling w Polsce 

Chociaż prawo polskie w tym zakresie milczy, w kwietniu ubiegłego roku w stolicy zorganizowano kampanię społeczną „To nie komplement!” wymierzoną przeciwko catcallingowi. Celem haseł rozwieszonych na ulicach Warszawy było uświadomienie Polakom jak traumatyczny wpływ na ofiarę mają wulgarne zaczepki. Za projekt odpowiedzialne były Marta Wróblewska, Martyna Czabańska i Natasza Pieczara. Na swojej stronie zamieszczały nie tylko przykłady catcallingu („brałbym”, „oh la la”, „lubię takie ostre”), prawdziwe historie ofiar, ale także wyniki ankiety dotyczącej pozornie nowego zjawiska. W badaniu wzięło udział ponad 2000 osób, z czego 90% ankietowanych było w wieku 16 – 21 lat. Na szczęście młode pokolenie wie, że w zaczepkach nie ma nic fajnego, ani tym bardziej niewinnego (jak często mówią agresorzy). Niestety, większość badanych osób minimum raz doświadczyła zaczepek.

Całe szczęście świat idzie do przodu. Wychowujemy nasze córki i synów w zupełnie inny sposób – w świadomości i poszanowaniu dla istoty ludzkiej i jej ciała. Musimy jednak zdawać sobie sprawę zjawisk, które jeszcze przez kilka (bardziej optymistyczna wersja), jeśli nie kilkanaście lat będą z nami na porządku dziennym. I choć nie liczę na to, że któryś z molestantów trafi na ten tekst i zastanowi się dwa razy nad swoim poczynaniem, uwrażliwiajmy swoje dzieci na takie zachowania, bo to one są pokoleniem, które (miejmy nadzieję) odczuje zmianę i realnie nią będzie. 

Spotkałaś się kiedyś z catcallingiem? Jak zareagowałaś?

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo