ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Felieton

To jak, bierzesz rozwód?

8 października 2019 / Agnieszka Jabłońska

Statystycznie, co trzecie małżeństwo w Polsce bierze rozwód.

Zaczęłam się nad tym zastanawiać, ponieważ dwie znajome osoby wstąpiły niedawno w związki małżeńskie. Zarówno śluby – cywilny i kościelny, jak i historie nowożeńców, są zupełnie inne. W pierwszym przypadku powiedzenie sobie „tak” to jedynie formalność, ma wiele spraw ułatwić i pozwolić poukładać życie rodziny, która wkrótce się powiększy. W drugim myślę, że to długo oczekiwane – wiem, że zaplanowane niezwykle starannie – wydarzenie. Pary mają różny staż, a małżonkowie poznali się na różnych etapach swojego życia. Obojgu (całej czwórce) bardzo mocno kibicuję i życzę, by ich związki były udane i szczęśliwe. 

Statystycznie jednak, co trzecie małżeństwo w Polsce kończy się rozwodem.

Ogromnie ciekawiło mnie, co sprawia, że ludzie decydują się na rozwód i dlaczego tak powszechnym teraz żartem jest , żeby zamiast ślubu po prostu zdecydować się na wspólny kredyt hipoteczny. 

Bardzo ciekawe statystyki odnośnie przyczyn rodowód można znaleźć na stronie GUS-u. Urząd wymienia kilka głównych powodów, jakie doprowadzają małżeństwa do rozpadu. Należą do nich:

  • niedochowanie wierności małżeńskiej, 
  • nadużywanie alkoholu,
  • naganny stosunek do członków rodziny,
  • trudności mieszkaniowe,
  • nieporozumienia na tle finansowym,
  • niezgodność charakterów,
  • niedobór seksualny,
  • dłuższa nieobecność,
  • różnice światopoglądowe,
  • narkotyki,
  • hazard. 

Uzależnienie najczęściej sprawia, że małżonek lub małżonka decydują się zakończyć związek w sądzie. Narkotyki i hazard rozbiły więcej małżeństw niż alkohol. Również różnice światopoglądowe między mężem i żoną mają duży wypływ na wzrost ilości rozwodów i – co dla mnie osobiście było ciekawą informacją – ważnym czynnikiem okazuje się także dłuższa nieobecność. 

Zaczęłam analizować podane przez GUS powody rozwodów na przykładzie znanych mi małżeństw.

Wiem, że hazard i nieporozumienia na tle finansowym, to mieszanka zabójcza nawet dla miłości w stylu Jane Austin. Coraz więcej słyszę również o tym, że pary są niedobrane pod względem seksualnym. Wizyty u psychologa i seksuologa nie przynoszą oczekiwanych efektów i z związku panuje na przemian coś pomiędzy uderzeniem meteorytu, a epoką lodowcową. Myślę, że szukać przyczyn w naukach kościelnych mocno zakorzenionych w świadomości wierzących młodych ludzi. Środowiska katolickie traktują seks, jako narzędzie służące jedynie prokreacji, a nie – uchowaj boże – do osiągania spełnienia i odczuwania przyjemności. Młodzi ludzie, którzy wstępują w związek i są dla siebie pierwszymi i jedynymi partnerami, mogą okazać się zwyczajnie niedobrani pod względem anatomicznym oraz pod kątem temperamentu seksualnego. Od frustracji już tylko krok do rozwodu. 

Niezgodność charakterów i różnice światopoglądowe to bardzo pojemne pojęcia, które zawierają moim zdaniem cały tragizm naszych czasów.

Dlaczego? Pokazują, że ludzie przed ślubem ze sobą nie rozmawiają. Kiedyś małżeństwo było kontraktem i obie strony miały do odegrania określoną rolę. Ważna była również sytuacja materialna każdej z rodzin, której młodzi członkowie zamierzali się pobrać, wykształcenie, podejście do polityki i inne kwestie, które – jak to się nam dzisiaj radośnie wydaje – nie mają żadnego znaczenia. A tutaj guzik z wielką pętelką, a w zasadzie podpis z zawijasem na pozwie rozwodowym. 

Dzieci, zarządzanie domowym budżetem, wiara, miejsce zamieszkania, rodzaj pracy – tematów do przegadania z potencjalnymi partnerami mamy mnóstwo. W czasie randek okazuje się jednak, że są sprawy o wiele ważniejsze. Gadacie, więc o Twojej koleżance z pracy, o jego nowym samochodzie, o książkach, które ostatnio czytałaś i o sztuce, na której on był w teatrze. Wymieniacie się poglądami na temat aktorów, piosenkarzy i swoich ulubionych utworów, wspominacie dzieciństwo. Później nawet nie wiesz, czy on robi zakupy w dyskoncie, czy hipermarkecie i czy płaci za nie z bieżących pieniędzy, czy chętnie sięga po kartę kredytową. Nie wiesz, że dokłada mamie do mieszkania, ma alimenty, nie ma środków na życie, albo jego bogaty, ale wieczorem siedzi przy jednej lampce, bo nie lubi wydawać za dużo na prąd. Nie wiesz, że do prasowania swoich drogich koszul, które dostał w prezencie od rodziców, używa żelazka z początku lat 90., a śniadanie w domu je na talerzach, które wysępił z prezentu ślubnego siostry. On nie wie, że co miesiąc zawozisz wielki worek karmy do schroniska i jesteś członkiem dwóch fundacji, a Ty nie masz pojęcia, że on przekazuje pewną sumę z pensji na kontrowersyjną organizację. 

Czasami ten słodki czas zostaje delikatnie zakłócony przez Waszych przyjaciół lub rodzinę. Twój brat patrzeć na niego nie może, bo widzi w nim dupka, któremu zależy tylko na robieniu kariery, siostra ostrzega Cię, że ten facet wydaje więcej na kosmetyki do pielęgnacji niż Ty na jedzenie. Jego matka robi pod Twoim adresem przykre uwagi, bo nie masz wyższego wykształcenia i pracujesz na pół etatu, a najlepszy kumpel opowiada, ile ostatnio wydawałaś w klubie, jak zaczęłaś wszystkim stawiać drinki. 

Czasami takie drobne wstrząsy z zewnątrz stają się okazją do poważniejszej rozmowy, która sprawia, że chociaż na moment odkładamy na półkę różowe okulary. Widzimy wtedy jego świecące pustkami konto i naszą lodówkę pełną zepsutego jedzenia, jego brudne buty i naszą paczkę papierosów trzymaną w drugiej szufladzie w kuchni. To dobra okazja, żeby się – nie, nie lepiej – żeby się w ogóle poznać. To w tym momencie trzeba podjąć decyzję i odpowiedzieć sobie na pytania:

  • Czy ja chcę z tym facetem żyć?
  • Czy chcę się z tym gościem zestarzeć? 
  • Czy wytrzymam jego dziwactwa i różne ograniczenia?
  • Czy coś, co dzisiaj uważam w nim za urocze, nie doprowadzi mnie w przyszłości do szału? 
  • Czy jestem w stanie podjąć się zmiany moich cech lub zachowań, które jemu we mnie nie pasują?
  • Czy powinnam się dla niego zmieniać, czy szukać osoby, która w pełni mnie zaakceptuje? 

Poważna i szczera rozmowa ze sobą o swoich oczekiwaniach wobec partnera, o umiejętności pójścia na kompromis na pewno pomogłaby podjąć dobrą – a już na pewno świadomą – decyzję. Uważam, że to oszczędziłoby nam później wielu kłopotów. Nieważne, czy sprawa dotyczy pierwszego, czy drugiego małżeństwa!

Zanim wyjdziesz za mąż, powinnaś znać tego faceta, który śpi obok Ciebie.

Znać jego poglądy na temat wyborów, historii, podejście do ludzi – czy pomaga, czy raczej żyje tylko dla siebie. Zapytaj go, czy chce mieć dzieci. Ja wiem, że nie piszą o tym w Cosmo, ani w Elle, a jeśli w jakimś artykule pojawi się wzmianka, to znajdziesz ją pod tytułem „10 rzeczy, o których nigdy nie pytaj faceta na randce”. Zastanawiam, się, to kiedy masz go właściwie spytać? Przez telefon, czy wysyłając grzecznościowy e-mail? A może napisz mu pytania na serwetce z logo znanej kawiarni i wrzuć ukradkiem do kieszeni płaszcza. Nonsens! 

Nie czuj się skrępowana, pytając faceta, jaki ma pomysł na swoje życie. Czy szuka żony i chce mieć dzieci, czy planuje skupić się na pracy zawodowej – robi karierę w korpo, czy zakłada własną firmę? Pamiętaj, jeśli on zapyta o to Ciebie, udzielaj szczerych odpowiedzi. Nie snuj wizji o domku na wsi i trójce dzieci, jeśli masz alergię na trawy, awersję do robaków i brudu, a na samą myśl o ciąży i porodzie dostajesz niekontrolowanego ataku śmiechu. Nie ukrywaj również, że planujesz mieć rodzinę, a macierzyństwo to dla Ciebie największa wartość i najchętniej zostaniesz w domu z dziećmi. Facet, który stanie z Tobą na ślubnym kobiercu albo pojedzie do urzędu, ma prawo widzieć, czy chcesz robić karierę, zostać w domu na macierzyńskim, a może w ogóle wyjechać z Polski na stałe. 

Moim zdaniem rozwód wynika przede wszystkim z braku szczerości – wobec siebie i partnera –  oraz z braku rozmowy.

Łatwo być miłym, przyjemnym, ładnie ubranym i pachnącym na randce. Łatwo przełknąć złość na szefa, niesatysfakcjonujące zarobki, czy własne niezadowolenie z życia, gdy siedzi się obok zadbanej osoby, która poświęca nam całą swoją uwagę. Każdy lubi czuć się najlepszą wersją siebie i miło spędzać czas. Od tego właśnie są randki – masz się na nich dobrze czuć i świetnie bawić. W komplecie z randką możesz mieć świetny seks, a później wrócić do swojego poukładanego lub wręcz przeciwnie – totalnie nieszczęśliwego życia.

Powiem Ci coś, czego nie przeczytasz w ładnych magazynach w błyszczących okładkach, nie usłyszysz na kawie z przyjaciółką, ani w trakcie rozmowy z mamą. Związek, małżeństwo i życie we dwoje to wielki emocjonalny rollercoaster. Czasami to walka o przetrwanie, o przeforsowanie swoich racji, okopywanie się na pozycji, by zachować wywalczoną zębami i pazurami autonomię. Czasami to robienie wojny podjazdowej i stosowanie podstępów na miarę Troi. Związek to często jeden wielki kompromis, w którym często  żadna ze stron nie będzie zadowolona, ale będzie próbowała zjeść tę żabę, którą sama sobie wycałowała. Niestety, wbrew temu, czego uczą nas w bajkach, dobieramy się w pary – żaba z żabą i ropucha z ropuchą, a od całowania to możemy mieć co najwyżej zawroty głowy i uczucie suchości w ustach, niż jakiegoś księcia, czy królewnę. 

Mimo to wciąż wierzę w instytucję małżeństwa, bo we dwoje żyje się zdecydowanie ciekawiej i jakoś tak bardziej się człowiek cieszy i smuci mniej. I na spacer można iść kasztanów sobie nazbierać i kawa rano lepiej smakuje i seks jest przyjemniejszy. 

 

Felieton

Bardziej chce mi się żyć niż nie żyć

29 grudnia 2020 / Magdalena Pietrusiak

Taka sytuacja: babie lato w stolicy skąpanej w promieniach wczesnojesiennego słońca.

Przy stoliku pijalni czekolady siedzi znana aktorka z koleżanką. Panie, przyodziane w szale wszystkich louis-vittonów świata, popijają czekoladę i palą cienkie papierosy, zostawiając na filtrach szminki ślad. Na blacie leżą komórki i kluczyki do luksusowych aut, wszystko połyskuje ,,milionem monet". To jest życie! Niektórym się powodzi...

Obserwuję tę scenkę wzrokiem wygłodniałego stworzenia, któremu brak tylko szyby, żeby rozpłaszczyło nos i ręce i gapiło się na nieosiągalne bogactwo i luksus.

Moim punktem obserwacyjnym jest stolik sąsiedni tejże samej pijalni, siedzę tam z przyjaciółką, popijając czekoladę, w promieniach łaskawego słoneczka, które świeci tak samo na możnych, popularnych i tych nieco mniej. I nagle doznaję epifanii! Czego ja zazdroszczę? Przecież robię dokładnie to samo: nie można bardziej pić czekolady (można ewentualnie zamówić drugą i trzecią filiżankę, ale tego nie czynią nawet najbogatsi z przyczyn oczywistych).

,,Ale ci dobrze!” słyszałam, ilekroć ktoś przyłapał mnie na spożywaniu grande latte w hipsterskiej kawiarni czy wyjściu do kina. Wielu moich znajomych traktuje takie wyjście jak jakiś challenge, ekspedycję pod tytułem „No, musimy się w końcu wybrać”. Mój kolega nazwał to zjawisko ,,strachem przed włożeniem butów”. To samo z czytaniem książek. Czytanie to grzech najcięższy, choć nie obarczony ciężarem rozpusty finansowej, ale nie wiem, czy nie gorzej: ,,że ty masz czas na czytanie!” I już, poczucie winy jak stąd na Madagaskar. Do niedawna ten zarzut wywoływał we mnie potrzebę tłumaczenia, jak gospodaruję swoim czasem, że czytam przy jedzeniu, w autobusie, że mimo to chodzę do pracy, karmię i opieram dziecko.

Życie jest raczej średnio łatwe, często bywa po prostu do bani.

A ja chcę wiecznych wakacji i wypłaty za ,,nicnierobienie”. Szarpię się z żywotem, więc, żeby nie mieć za dużych pretensji do losu (bo pewne jednak mam), wyszarpuję, co się da i staram się kolekcjonować dobre chwile. Czasami przypomina to napełnianie durszlaka. Przychodzi jednak taki moment, że zimne naczynie przestaje przeciekać. Chodzi o to, by umierając nie mieć żalu, że życie przeciekło przez palce, że była tylko praca i szarzyzna rutyny. 

Jestem wyznawczynią postawy Mariolki z Pitbulla. Taka scena: Mariolka w jacuzzi z mężem, któremu oświadcza, że będzie żyła z jego pensji i wyliczyła, ile może dziennie wydać, ale: „dziś sobie kupiłam krem za 271”, ,,no i?” – pyta on, ,,no i, ch… , nie będę żreć przez trzy dni”. Nie, żeby z Mariolki zrobić wzór do naśladowania, ale poniekąd też tak mam. Kiedyś zastanawiałam się, czy mogę kupić sobie piękną i bardzo drogą bluzkę. Gryzłam się (wewnętrznie, na zewnątrz objawiało się to przygryzaniem warg): ,,Jeśli kupię, to do końca miesiąca tylko ziemniaki i kiszona kapusta”. ,,Przecież nikt nie widzi, co jesz, a bluzkę zobaczą wszyscy” – na to przyjaciel.

Pomimo dołów, chce mi się żyć, dostrzegam nieoczywistą urodę życia.

Mówiąc prozaicznie (serwuję chyba zabójcze dawki Coelho): bardziej chce mi się żyć niż nie żyć. Odnoszę czasem jednak wrażenie, że owa chęć do życia traktowana jest jako coś prymitywnego, tak jakby w dobrym tonie były nie tyle skłonności samobójcze, ile po prostu nieszczególne przywiązanie do ziemskiej egzystencji. Tak czy inaczej, samo życie napełnia mnie radością. Najczęściej. Zdarzają się bowiem chwile, kiedy ten okruch szczęścia wysysany jest ze mnie przez zakapturzone istoty bez twarzy. Wierzę w istnienie Dementorów z Harry’ego Pottera. Tak sobie wyobrażam depresję. Gdy czuję oddech Dementora na karku, mam marne szanse w starciu z nim i właśnie dlatego stawiam opór. Zazwyczaj objawia się to kupnem butów (chyba że powodem pojawienia się Dementora jest puste konto, wtedy gorzej). Nie namawiam do popadania w zakupoholizm ani w inne szkodliwe nawyki przynoszące krótkotrwałą ulgę, a na dłuższą metę wiążące się z kacem moralnym. Chodzi o to, by przyznać sobie prawo do bycia nieszczęśliwym, a mimo to wyciągnąć rękę, ewentualnie nogę i wykonać mozolne czołgnięcie ku światłu.

Gdy eony temu tkwiłam w najciemniejszej czeluści życia, zadzwoniłam do jednoosobowej pozarządowej organizacji działającej bez dotacji, czyli do najlepszej przyjaciółki i zawodziłam w słuchawkę, że brodzę w powodzi złotych liści, a nie mogę się tym cieszyć, przygnieciona beznadziejnym położeniem. Odparła, że skoro jeszcze zachwycają mnie takie rzeczy, to nie jest najgorzej. Nawet jeśli Dementor dobiera się do duszy, to nie pozwolę, by wyssał ją do imentu. Jak mówią Anglosasi: każda chmura ma srebrne obramowanie. Oby tylko zawsze je dostrzegać, czego Wam i sobie życzę.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo