Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Tęczowe historie, czyli macierzyństwo po poronieniu

5 października 2020 / Monika Pryśko

Justyna mówi, że nic by się nie wydarzyło, gdyby nie jej siostra - Ewa.

Nie byłoby historii, gdyby nie jej dwuletni syn Antoś. Bo zanim się pojawił, były dwa poronienia… Stąd wzięły się ,,tęczowe historie'', czyli macierzyństwo po poronieniu.

Wiosną tego roku, kiedy świat stanął, Ewa powiedziała: „Chcę mieć zdjęcia z Synem. Opisz naszą historię. Nie! Wiem! Opisz więcej takich historii, bo to jest temat tabu, a o tym trzeba mówić”. Justyna popatrzyła na nią z niedowierzaniem i odpowiedziała: „Ja umiem tylko robić zdjęcia”. „To zrób zdjęcia!”. 

 

I tak powstał projekt fotograficzny ,,Tęczowe historie’’. Co kryje się pod określeniem „Tęczowy Maluch”? To pierwsze zdrowo urodzone dziecko po poronieniu. 

 

W sobotę 5. września nad Jaworznem zaświeciło piękne słońce. Niebo było niebieściutkie, jakby specjalnie dla nas. Wszystko zaczęło się od makijażu. Ja biegałam i nie wiedziałam od czego zacząć. Za mną, robiąc backstage, biegała druga Fotografka Mirka. Zrobiła cudowną dokumentację tego, co działo się „od kuchni” i w kuchni, która na kilka godzin przeobraziła się w centrum wizażu.

I w końcu, wszystkie w białych sukienkach, piękne i wymalowane, takie szczęśliwe i uśmiechnięte, ze swoimi tęczowymi i nie -tęczowymi maluchami, stanęły razem. Parzyłam na nie, łzy ściskały mi gardło, a wszyscy wokół krzyczeli: „Justynko, rób zdjęcia, bo dzieci nam pouciekają”.

Zrobiłyśmy to! Wszystkie razem! Kiedy zeszły z podestu – biliśmy sobie brawo… 

 

 

 

Tęczowe historie, czyli macierzyństwo po poronieniu

Historia nr 1 

Kasia S. 

 

 

Kasia zaszła w pierwszą ciążę  na czwartym roku studiów. Nie wiedziała o tym, ponieważ comiesięczny cykl żył swoim rytmem. Z pierwszej ciąży ma dziś 18-letniego syna. Gdy ten skończył 5 lat, zapragnęli drugiego dziecka. W ciążę zaszła dość szybko, szczęśliwa planowała pierwszą wizytę u ginekologa. I nagle wspomina: „Pamiętam dobrze, jak poszłam do łazienki umyć winogrona, chwilę później dzwoniłam zapłakana do męża, widząc plamę krwi”. W szpitalu położyli ją na obserwację, ale tam po kilku dniach na badaniu kontrolnym USG usłyszała od lekarza „Komórka jajowa nie przetrwała, krwawienie było zbyt silne, organizm nie był gotowy na przyjęcie dziecka. Zrobimy Pani czyszczenie i pójdzie Pani do domu”. W 2007 roku nikt się nie przejął. Dali wypis z kartką, kiedy mam się zgłosić po wynik histopatologii. 

Minęły 2 lata… dwa lata, podczas których zrobiła badania, żeby znaleźć przyczynę… ponad rok starań, żeby zajść w ciążę, bezskutecznie. Lekarz nie widział niczego niepokojącego.

W 2009 roku ujrzała dwie upragnione kreski. Z niepokojem, po przebytych doświadczeniach, z nadzieją, że teraz będzie już dobrze. Plamienie pojawiło się w 7 tygodniu… drogę do szpitala znała z zamkniętymi oczami. Dostała kroplówkę i została, mąż wrócił, by być przy rozpoczynającym wtedy pierwszą klasę synku. Po pewnym czasie lekarz poinformował ją o ciąży bliźniaczej. Pojawiła się radość pomieszana z lękiem, bo plamiła, a ciąża okazała się wysokiego ryzyka: rzadki przypadek ciąży bliźniaczej jednoowodniowej jednokosmówkowej. Modliła się, nie wiedziała nawet, czy robi to dobrze. Jeszcze tej samej nocy krwawienie okazało się zbyt silne i poroniła.

 

Niedługo potem zaszła w kolejną ciążę. Były krwawienia, zastrzyki, liczne badania, lęk, omdlenia, ale kolejny syn okazał się silny. Urodziła siłami natury w 2011 roku. Kiedy się tego najmniej spodziewała, cztery lata później (zmiana pracy, zmiana miejsca zamieszkania) ponownie zaszła w ciążę i na początku 2015 roku urodziła Córeczkę. Rok temu, niecałe dwa tygodnie po 40-tych urodzinach – trzeciego synka.

Straciłam trójkę dzieci, kiedy mój organizm był niewydolny, nie mógł zapewnić odpowiednich warunków rozwoju kształtującym się istotom.

Dostałam trójkę wspaniałych, zdrowych dzieci, kiedy przyszedł na to czas.”

 

 

Historia nr 2 

Kasia K.

 

Kasia twierdzi, że nigdy nie była osobą, która rozczula się na widok małego dziecka. Myśląc o swojej przyszłości wiedziała jednak, że kiedyś będzie mamą.

Kiedyś….. Taki nieokreślony bliżej czy dalej czas.

Pewnego lata, kiedy miała już 30 lat, zaczęła się źle czuć. Ktoś zasugerował z uśmiechem „Może jesteś w ciąży?”. Po wykonaniu testu i wizycie u ginekologa, sugestia okazała się prawdą. Przez dwa tygodnie z niedowierzaniem, nieco zszokowana, oswajała się z tą myślą. Stanęła przed lustrem, pogłaskała się po brzuchu, pomyślała o Okruszku i nagle poczuła się szczęśliwa. Na kolejną wizytę lekarską pojechała z Mężem – już szczęśliwa i pełna nadziei. Ale tam usłyszeli słowa „Serce nie bije”. Jej serce rozpadło się na milion kawałków. Największą torturą jednak był pobyt w szpitalu wśród mam czekających na poród. Zabieg, powrót do domu, jesień – taki czas bez czasu, nie wiem, co się działo, nikt nie znalazł słów, by pocieszyć. W mojej głowie tylko jedna myśl. Dlaczego?” 

Na córkę czekała kolejne dwa lata. Po stracie nie mogła zajść w ciążę. Pozytywny test wyszedł, gdy traciła już nadzieję. Ciąża nie była łatwa, zagrożona od 10. tygodnia.

Jestem mamą Marysi od 8 lat. I chociaż nie jest łatwo, bo zagrożenie ciąży, niedotlenienie zostawiło po sobie ślad, to jest ona największym szczęściem, jakie mogło nas spotkać.

 

 

Historia nr 3 

Anna S. 

 

„Moja pierwsza ciąża zakończyła się poronieniem w 7. tygodniu. Dla jednych to nic, bo tam NIC nie było albo było małe . Dla mnie, kobiety, matki było – dziecko. ’’

 

Już w szóstym tygodniu ciąży, na badaniu kontrolnym lekarz oznajmił, że nie słyszy bicia serca, ale jest przepływ krwi. Pełni szczęścia, z ufnością i spokojem wrócili do domu. Anna zrobiła sobie wolne od pracy i postanowiła odpoczywać. Jednak po tygodniu zauważyła na bieliźnie coś niepokojącego. Razem z partnerem szybko udała się do pobliskiego szpitala. W końcu przyszedł lekarz i zrobił badanie USG. Długo masował brzuch. Długo czegoś szukał. Poprosił drugiego lekarza. Popatrzyli jeszcze raz i stwierdzili, że raczej wszystko w porządku, tylko sprzęt coś nie działa. Kazali zostać do rana i usłyszała  „Pani zostanie i modli się, by jutro coś było widać”.  W końcu przyjechała mama partnera, która z zawodu jest pielęgniarką. Oznajmiła lekarzom tonem nie znoszącym sprzeciwu, że zabiera Annę do innego szpitala. Tam już o późnej godzinie wieczornej przyjęła ją lekarka. Po prostu, po badaniu oznajmiła,  że niestety nastąpiło poronienie… W szpitalu następnego dnia cały proceder; dostała tabletki poronne i czekała.  ,,To była największa trauma, bo z każdym wychodzeniem do toalety spłukiwałam kawałki płodu… ’’

Dziś Ania ma dwóch synów, ale do tamtej pory myślała, że to jej wina. Nie zdawała sobie sprawy, że czasem tak się dzieje i to bardzo poważne.

 

Historia nr 4 

Sylwia 

 

 

Maj, rok 2014. Pół roku po ukończonych studiach i tyle samo w nowej pracy. Nagle okazało się, że jest w ciąży. Po pierwszym szoku pojawiło się szczęście. W 7. tygodniu na wizycie lekarz stwierdził, że widzi puste jajo, ale uspokoił i kazał poczekać jeszcze tydzień. Niestety kolejna wizyta potwierdziła poprzednią diagnozę – nie było żadnej akcji serca… Dostała skierowanie do szpitala, ale nie było miejsc. Po kilku dniach poronienie zaczęło się samoistnie. Morze wylanych łez, poczucie niesprawiedliwości, brak zrozumienia i ogromny żal.

Zapragnęli dziecka jeszcze bardziej, ale postanowili się do tego przygotować. Zaczęli od badań. Okazało się, że hormony tarczycy w ciąży były bardzo podwyższone. To był pierwszy trop, żeby jeszcze przed kolejną ciążą zbadać tarczycę i od razu na początku ciąży włączyć leczenie. Ostatni etap to było USG, na którym lekarz nie stwierdził żadnych nieprawidłowości i dał zielone światło.

 

Starania trwały kilka miesięcy i w końcu się udało – był to maj 2015 roku. Niestety od razu zaczęły się problemy; krwawienia, ciąża zagrożona od samego początku – wyrok: krwiak podkosmówkowy.  Zalecenie lekarskie brzmiało: leżenie w łóżku, od wizyty do wizyty kontrola krwiaka. Na USG w pierwszym trymestrze usłyszała bicie serca, a lekarz uspokajał, że krwiak może się wchłonąć. Cały czas w domu leżała wierząc, że tak obydwoje – ona i dziecko – będą bezpieczni. Miesiąc później na USG lekarz przekazał smutną wiadomość „serce nie bije”. Dziecko miało 12 tygodni, a Sylwia nie mogła uwierzyć.  „A ja leżałam, walczyłam o nie, kiedy ono przez cały prawie miesiąc było we mnie już nieżywe. Tylko leki podtrzymujące ciąże zapobiegły poronieniu.” 

 

Zaczęła szukać przyczyny. Z polecenia trafiła do kolejnego specjalisty. Robiła kolejne badania laboratoryjne. Kilka miesięcy po poronieniu wyrok – mięśniak w macicy. Znów świat rzucał jej kłody pod nogi. Postanowiła coś zmienić w swoim sposobie życia  i rozpoczęła regularne jedzenie zielonych suplementów. I stało się coś niemożliwego – włókniak się wchłonął albo wydalił. 

 

W maju 2016 roku pojawiły się dwie upragnione kreski, a w lutym Sylwia i jej mąż zostali rodzicami Alicji. I choć nie wierzyli, że to się uda, nie czekali długo, bo chcieli, by miała rodzeństwo. Gdy Ala miała rok, na teście znów pojawiły się dwie kreski. 

 

Poroniła dwukrotnie, spełnienie marzenia o zostaniu mamą zajęło Sylwii prawie 3 lata. Teraz ma dzieci rok po roku. Jak widać, nie ma reguły. Natura rządzi się swoimi prawami i jak to się mówi: wie, co robi. 

 

Historia nr 5 

Kasia Z. 

 

Kasia wyszła za mąż bardzo młoda – ona miała 21 lat, on 22 lata. Od początku wiedzieli, że chcą mieć dziecko, więc nie chcieli czekać. Starania trwały ponad rok. Byli zachwyceni, ale sielanka trwała 3 tygodnie. Kasia zaczęła krwawić, więc pojechali do szpitala. Tam stwierdzono, że w ciąży to naturalne i kazano czekać na izbie ponad 2 godziny.  Ronienie zaczęło się samoistnie… Płakała, bardzo płakała.

 

O ciąży, której efektem jest Franek, dowiedziała się 2 miesiące później. Obawy mieszały się ze szczęściem. Uspokoiła się nieco, gdy usłyszała bicie serca. Jednak do końca ciąży się bała, bo sama jest Tęczowym Dzieckiem (jej starszy brat zmarł w końcówce ciąży).

 

Gdy Franek skończył pół roku, znów zaszła w ciążę. Była spokojna, bo wcześniej nie było komplikacji, a ciąża zakończyła się sukcesem. Za to spotkała się krytyką otoczenia:  „za szybko”, „nieodpowiedzialnie”. Po trzech tygodniach zaczęła krwawić.  Historia się powtórzyła – znowu izba przyjęć, oczekiwanie, badanie, USG i rozpoznanie poronienia zupełnego samoistnego. Tym razem przyjęła to spokojniej, niż za pierwszym razem. Zaufała Bogu…

 

6 tygodni po poronieniu poszła na kontrolne USG. Lekarz przyłożył głowicę i… zobaczył pęcherzyk ciążowy, na oko trzytygodniowy. Jeszcze bez akcji serca, ale był. Bartek. 

 

Dziś jej chłopcy mają 3 lata i 1,5 roku, a Kasia jest w kolejnej ciąży.

,,Czuję wdzięczność do Boga za moją historię, za dar każdego z moich dzieci, bo bez nich i bez tych wszystkich doświadczeń nie byłabym dziś tym, kim jestem.”

 

 

 

 

Ewa i historia, od której to wszystko się zaczęło.

 

Kiedyś brała życie pół żartem, pół serio. Wierzyła, że na świecie dzieją się tylko dobre rzeczy. Miała świetną rodzinę, poszła na dobre studia, gdzie poznała cudownego mężczyznę (z wadami), który został jej mężem. Po ślubie założyli firmę, ale oboje chcieli mieć dzieci. Kiedy mimo prób nie była w ciąży, zrzucali to na karb stresów. Po czasie zaczęło to być niepokojące. Lekarze dawali czas… do czasu… 

 

Dwa testy pozytywne, do tygodnia negatywne… Zachowywali to dla siebie, ale na dość wczesnym etapie leczenia mówiono o bezpłodności i niskiej możliwości zajścia i utrzymania ciąży naturalnie. W grę wchodziło głównie In Vitro. Później długo nic. 

 

Była Wielkanoc. Przewijała leżącą babcię… I nagle zaczęła krwawić. O 23:00 po kolacji pojechali z mężem do kliniki. Lekarz przyjmujący stwierdził zaparcie i pęknięcie torbieli. Dostała leki na powstrzymanie krwawienia, które nie ustępowało przez 3 tygodnie. Myślała, że tak to musi wyglądać, aż do momentu, kiedy praktycznie przestała widzieć. Była w pracy, zadzwoniła po męża, który natychmiast przyjechał. Pojechali do kliniki ponownie i lekarz, który ich przyjmował, powiedział: „jest źle, jest Pani w ciąży, ale jej nie widać, musimy jak najszybciej operować, bo się Pani wykrwawi” . Świat się zatrzymał.

 

3,5 h operacji, 10 tydzień ciąży jajowodowej (aż niemożliwe), obumarłej, zapalenie otrzewnej, 0,5 l krwi w jamie brzusznej, jajowód siny, do usunięcia. Ale nie usunęli. Dali jej szansę, bo druga strona była zupełnie niedrożna. Za trzy miesiące kolejna operacja. 

 

Dawali jej 1-3% szans na naturalne zajście w ciążę. Po roku, podczas leczenia, zastrzyków, test był pozytywny! Zadzwoniła do męża: oboje wylewaliśmy słodko-gorzkie łzy. Dlaczego gorzkie? Bo strach był ogromny, żeby nie stracić. Ale przewaga była szczęścia. Ciąża? Trudna, międzykrwawienia, spłaszczenie szyjki, kolka nerkowa. Poród? Vacuum!

Nikomu nie życzę! Ale było warto! Jest nasz Antoś! Cud świata naszego! Czekaliśmy na niego naprawdę długo! Modliliśmy się o niego! I choć medycyna nam nie dawała za dużych szans… Nasza wiara i miłość pokazały, że warto… ‘’

 

_

 

Autorka projektu oraz zdjęć: Justyna Niwińska

Ciąża

Niepłodność? Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem…

8 listopada 2021 / Monika Pryśko

Nie znam osobiście pary, która bezskutecznie stara się o dziecko.

O dwóch takich parach tylko słyszałam. Czy to znaczy, że w moim najbliższym otoczeniu wszystkie kobiety z łatwością zachodzą w ciążę, a ich partnerzy nie mają problemów z płodnością? Nie. To znaczy, że o problemach z zajściem w ciążę się nie mówi wprost. Często nie mówi się wcale.

Choroba niepłodności jest społecznie wstydliwa, choć gdy o niej rozmawiamy, jesteśmy pełni empatii i zrozumienia. Współczujemy parom, które nie mogą zajść w ciążę, choć nadal nie wiemy, co jest przyczyną tych trudności.

Niewiedza rodzi domysły. Niewiedza tworzy bariery. 

Narine Szostak  jest twórczynią kampanii społecznej #JestemN97 mającej na celu wsparcie procesu wyjścia z tabu niepłodności.

 

Monika Pryśko: Co oznaczają dwa hasztagi, które są swoistym hasłem Twojej kampanii społecznej #JestemN97

Narine Szostak: One są bardzo wymowne, choć na pierwszy rzut oka mogą nic nie mówić. N46 i N97 to są medyczne oznaczenia choroby niepłodności żeńskiej i męskiej w międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10. 

 

Skąd te cyferki?

Tych cyferek jest bardzo dużo, bo każda przypadłość i każdy symptom wymaga innej klasyfikacji, natomiast ja się skupiłam na tych dwóch głównych, które niepłodność określają w sposób bardzo dobitny, które mówią jedno — chodzi o chorobę niepłodności.

Jak myślisz, to jest taki temat, że nie możemy znaleźć słów, dlatego musimy posiłkować się cyferkami?

Zastanawiałam się, w jaki sposób stworzyć język mówienia o niepłodności, niekoniecznie używając tego słowa. Bo to słowo jest trudne, szczególnie emocjonalnie. I często nie chce przejść przez gardło tym, którzy przez lata starają się o dziecko.  

 

Wydaje mi się, że to jest trudne, ponieważ jak już nazwiesz tę niepłodność, to ta niepłodność staje się faktem niezaprzeczalnym, a póki nie wyrazisz tego wprost, to jeszcze możesz mieć nadzieję, że to chwilowe, że to przejdzie. 

Stąd też te hasztagi. To jest nazwa choroby, której nie musimy wprost nazywać niepłodnością. Możemy o tym mówić, nie używając tego słowa, które wielu z nas nie przechodzi przez gardło.

 

Kiedy niepłodność została nazwana chorobą? Mam wrażenie, nie używało się słowa choroba w kontekście niepłodności. O trudnościach w zajściu w ciążę mówiło się, jakby to zależało do losu. 

Dokładnie, niepłodność to był los, kara boska, karma… Tylko zastanawia mnie, dlaczego w ten sposób nie mówimy o innych chorobach? Nikt nie mówi, że choroba nowotworowa to los czy kara boska. Mówi się: masz raka płuc, doigrałeś się, trzeba było tyle nie palić. Znamy przyczynę, przy niepłodności często nie. 

Regularnie przecież się słyszy: „Bóg obdarzył ich dziećmi”, co czasem brzmi, jakby był z góry ustalony przydział na dzieci, co nie ma żadnego związku z ciałem, fizycznością i procesami zachodzącymi w ciele, tylko z decyzją istoty ponad nami. To jest poza ludzką decyzyjnością. 

Czy to los za mnie zdecydował? Spójrzmy na to inaczej. Mam 13 lat i dostaję ataku bólu spowodowanego wyrostkiem robaczkowym. Trafiam do szpitala, gdzie mam operację. Po kilku latach mam kłopoty z  miesiączkami, jestem młodą kobietą i nie mam pojęcia,  co się dzieje w moim organizmie. Natomiast okazuje się, że taki wyrostek robaczkowy, taka rutynowa operacja potrafi wiele zniszczyć w organizmie kobiety. Patrząc na to pod kątem losu, to nie jest to los, a sekwencja wydarzeń, których my ze sobą nie wiążemy. 

To trudne, bo gdy nie pragniesz niczego więcej poza dzieckiem, nie jesteś psychicznie w stanie wtedy tych kropek połączyć. Czasami tak zwyczajnie po ludzku łatwiej jest przetrwać w tej chorobie myśląc, że to los zadecydował. Wtedy można wierzyć, że los się odmieni. Los jest traktowany jako nadzieja. Los trwa, a to pozwala myśleć, że jeszcze nic nie jest przesądzone.

 

Przerzucanie odpowiedzialności na los przynosi ulgę? 

To mechanizm, nabyty sposób myślenia, narzucony przez społeczeństwo. Bo my społecznie postrzegamy niepłodność jako coś, co nie zależy od nas. 

Przez szereg lat naszego życia przechodzimy przez wiele dolegliwości, które wskazywały na to, że mogą w przyszłości zaistnieć problemy z płodnością. Ludzie narzucają nam jednak pewien sposób myślenia, sugerując, ze niepłodność to kara, często pomijają po prostu aspekt zdrowotny. Nakłada się na nas poczucie winy, że może faktycznie zasłużyłyśmy na to, że może, zamiast robić karierę, powinniśmy wcześniej postarać się o dziecko? 

Jesteś osobą wierzącą?

Wiara w cokolwiek, w Boga, w energię, w medycynę wspiera proces leczenia niepłodności. Jestem za tym, by wspierać się wiarą i duchowością, bo ona nas tylko uspokaja. Nie ma w tym nic złego, to dobrze, jeśli mamy sposób, który pomaga nam znaleźć balans, między tym, co czujemy, chcemy i możemy. 

 

Czy spotkałaś się z takim nastawieniem, że kobiety z chorobą niepłodności są traktowane jak zgniłe jajko, z którym nie wiadomo, jak się obchodzić?  Z jednej strony para walczy o rodzicielstwo, z drugiej strony bliskie im osoby zastanawiają się, czy zaprosić na pępkowe, bo może być im przykro…

Medal ma dwie strony. Osoby, które bezskutecznie starają się o dziecko, nie mówią o swojej chorobie, nie otwierają się w swojej społeczności, w swoim najbliższym otoczeniu, wiec bliscy często nie wiedza, z czym się zmagają. A skoro nie wiedzą, to nie mają pojęcia, jak się zachować, by nikogo nie urazić. 

 

Bo ciężko mówić o zazdrości i tych wszystkich trudnych emocjach, których się często wstydzimy. 

Jest oczywiście zazdrość, i to jest naturalne. Ty jesteś w ciąży, a ja nie. Gdy ten ciążowy brzuszek wydaje się być nie do osiągnięcia, oglądanie innych kobiet, które cieszą się swoim macierzyństwem, bywa frustrujące. Natomiast osoby w naszym otoczeniu, nie wiedząc, z czym się zmagamy, nie wiedzą, jak z nami rozmawiać, a my oczekujemy, że inni będą się domyślać, jak się czujemy i czego potrzebujemy. To jest patowa sytuacja, tak się nie da. Widzę, że jest to jeden z głównych problemów par starających się o dziecko, unikanie rozmów tylko pogłębia schemat. 

 

Dlatego wkładasz kij w mrowisko? 

To jest mój cel, by zachęcać kobiety i mężczyzn, by ujawnili swoją chorobę. Często jest tak, że z góry zakładamy, że rodzina nas nie zrozumie, a gdy ona się dowiaduje o problemie, o tym, co się u nas i z nami dzieje, to pojawia się czułość i wsparcie. Sytuacja zaczyna wyglądać inaczej niż zakładaliśmy. 

 

I wtedy człowiek się orientuje, że ukrywał się niepotrzebnie. 

To ukrywanie spowodowane jest wstydem. Poczuciem, że jestem niekompletną kobietą, mężczyzną. A wiadomo, facet musi spłodzić syna, posadzić drzewo i zbudować dom. No właśnie nie musi!!

 

Kobieta też nie musi rodzić dzieci. 

To, że ktoś nie może mieć dzieci z przyczyn medycznych, nie oznacza, że inni nie mogą nie chcieć mieć dzieci, mimo że mogą mieć.

Dopóki my o tym nie mówimy, to wszyscy mają pretensje i pytają, czemu my nie mamy tych dzieci. A my nikomu nie mówimy dlaczego, a można by powiedzieć: nie mogę mieć dzieci, staramy się to zmienić, jeśli możesz, to mnie po prostu wspieraj, ale pytania o to tego nie przyspieszą.

 

Czy jakaś konkretna sytuacja spowodowała, że postanowiłaś zareagować właśnie taką kampanią?

Walczyłam o moją córkę 10 lat. Moja córka pojawiła się na świecie dzięki metodzie in vitro. Natomiast przez te lata przeszłam długą drogę, od lekarzy, uzdrowicieli, po zielarzy. Przerobiłam wszystko. Kobieta w desperacji sprawdza wszystkie opcje. Dziś z perspektywy czasu się z tego śmieję, ale te wszystkie próby były mi potrzebne, by dojrzeć, by zbudować gotowość na wejście w procedurę in vitro. Wiem, ze wielu osobom, tak jak i mnie, decyzja o in vitro nie przyszła z łatwością. 

 

A czemu ta droga jest tak długa?

To diagnostyka trwa bardzo długo i gdy przez lata nie wiesz, co ci dolega, probujesz się dowiedzieć i nie jest to proste. Trudno jest wejść w proces in vitro nie wiedząc, co ci dolega i co spowodowało niepłodność. Dokładnie przed tym samym dylematem stałam ja.  Chciałam wiedzieć, co u mnie w ciele nie działa tak, jak należy. Co jest prawdziwą przyczyną problemów z zajściem w ciążę. Nasz lekarz bardzo naciskał na in vitro, gdyż miałam niedrożne jajowody. Okazało się też, że miałam guzka na jajniku, który został zbagatelizowany. Usłyszałam, że nie ma on wpływu na podejście do in vitro. Postanowiłam zbadać na własną rękę, czy mogę udrożnić moje jajowody, choć podobno w Polsce się tego nie zaleca. Ale ja chciałam się dowiedzieć. 

 

To Ci powiedziała intuicja, przeczucie? 

Uczulam inne dziewczyny, by słuchały swojej intuicji, bo ona nie zawodzi. Postanowiłam sprawdzić to w Armenii, kraju mojego pochodzenia. Gdy leżałam już na stole operacyjnym, w celu udrożnienia jajowodów, okazało się, że moja operacja nie będzie trwała 30 minut, ale prawie 4 godziny. Okazało się, że są tam ogromne zrosty, stany zapalne, asymetria jajników. Guz, który w Polsce został zbagatelizowany, był wielkości małego jajka. 

Dziś uważam, że powodzenie procedury in vitro zawdzięczam temu lekarzowi, który zrobił mi operację, który moje narządy doprowadził do jako takiej równowagi. Dzięki temu dziś jestem mamą córki. 

 

Czy jest różnica między niepłodnością kobiecą a męską, w kontekście wstydu i akceptacji społecznej?

Niepłodność w sferze psychicznej nie dostrzega płci, ona tak samo dotyka kobiety jak i mężczyzn, natomiast mam wrażenie, że w ogóle ta niepłodność męska jest jeszcze bardziej spychana na bok. Wiele wspierających komunikatów jest skierowanych tylko do kobiet. Nie słyszymy o tym, jak leczyć azoospermię, ale wiemy już więcej na temat endometriozy. 

 

Jednak kobiety są bardziej skore do dzielenia się trudnymi chwilami.

Mężczyźni też się bardzo dobrze kamuflują. Natomiast gdy wejdziesz do kliniki niepłodności, to w kolejce czeka tyle samo kobiet, co mężczyzn. Statystyki mówią bardzo jasno, że 20-30% niemożności zajścia w ciążę wynika z czynnika męskiego. A do 2050 roku ten odsetek wzrośnie nawet do 50%. 

 

Dlaczego tak jest?

Bo niepłodność to choroba cywilizacyjna, tak jest określana przez WHO. Na niepłodność wpływa cala masa czynników, i świadomość tego jest kluczowa, by temu przeciwdziałać. Ale by tak się stało, potrzebna jest edukacja, bo wciąż w społeczeństwie jest przekonanie, ze to kobiecie tyka zegar biologiczny, a facet może mieć dzieci zawsze. A tak nie jest. 

 

Chciałabyś to zmienić?

Marzę o tym, by osoby niezależnie od płci, borykające się z niepłodnością, nie bały się mówić o swojej chorobie, bo wiem, że mówienie o niej otwarcie wspiera proces leczenia, wspiera nas psychicznie, bo nie czujemy presji, by ukrywać swoją historię. 

 

Przeczytałam w książce „Terapia przez pisanie”, że samo ukrywanie tajemnicy jest cięższe emocjonalnie niż posiadanie tejże tajemnicy.

To wszystko dewastuje naszą psychikę, a przecież my musimy funkcjonować i mieć energię w sferze zawodowej, osobistej, towarzyskiej. Ile kobiet ukrywa w pracy, że właśnie przechodzi procedurę in vitro? I jak bardzo byłoby im lżej, gdyby to było jasne i nie musiałyby kombinować, kiedy zrobić sobie zastrzyk w brzuch, żeby nikt nie zobaczy.  To jest ogromny stres! To wielka ulga móc śmiało powiedzieć: czasami mogę być mniej dyspozycyjna, chciałabym, byś o tym wiedział / wiedziała, potrzebuję wsparcia. Ludzie mają serce i to po właściwej stronie. Warto zrobić ten krok, bo to jest tylko dla naszego dobra. 

 

Warto jest zacząć zmianę od rozmowy, zamiast zmieniać nieprzygotowanych ludzi. Przygotowujesz ludi do zmiany?

Nie da się tego zrobi inaczej. Zachęcam do opowiadania swoich historii, one będą nam służyć i będą wspierać proces zwiększenia świadomości u osób, które nie są zainteresowane osobiście, ale może znają kogoś, kto walczy o bycie rodzicem.

 

___

 

Autorka zdjęć: Patrycja Toczyńska

This error message is only visible to WordPress admins
Error: No posts found.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo