Change font size Change site colors contrast
Kultura

Serialowe – Love

13 kwietnia 2018 / Emilia Musiatowicz

„Dramat dramat dramat” – ciśnie mi się prześmiewczo na usta, gdy krzątając się po kuchni słyszę w tle „lecący” telewizor z serialem „Szpital”, a w nim pokrzykującą groźnie modelkę o zniszczonym życiu i karierze.

Zupełnie nie potrafię zrozumieć po co ktoś produkuje serial typu „jednorazówka”? Jednocześnie uświadamiam sobie, ile mieliśmy i mamy „na rynku” seriali medycznych. Aż się nie chce wierzyć, że nadal...

„Dramat dramat dramat” – ciśnie mi się prześmiewczo na usta, gdy krzątając się po kuchni słyszę w tle „lecący” telewizor z serialem „Szpital”, a w nim pokrzykującą groźnie modelkę o zniszczonym życiu i karierze. Zupełnie nie potrafię zrozumieć po co ktoś produkuje serial typu „jednorazówka”?

Jednocześnie uświadamiam sobie, ile mieliśmy i mamy „na rynku” seriali medycznych. Aż się nie chce wierzyć, że nadal pojawiają się nowe tytuły: Diagnoza, W rytmie serca oraz Lekarze na start. I ja się pytam – dlaczego akurat te szpitale i choroby i lekarze? Coś jednak musi w tym być, skoro sama jedną z kultowych pozycji, czyli Grey’s Anatomy oglądałam namiętnie przez wiele lat, a i parę odcinków „Leśnej Góry” się przycięło w niedzielę za starych dobrych czasów, w domu rodzinnym, przy kominku. Ale do rzeczy, a rzecz tym razem sprowadza się do mojego bardzo subiektywnego przeglądu seriali. Jak tylko popadam w stan, który określić można jako „głód serialu”, najczęściej przemierzam Internet w poszukiwaniu polecanych seriali. Tym razem ja sporządziłam short-listę seriali must-see w moich własnych kategoriach – może komuś się przyda? Bardzo proszę:

Serial prawniczy

Jak byłam mała, oglądałam Ally McBeal . Wówczas na fali inspiracji główną bohaterką pierwszy raz pomyślałam, że mogłabym być prawnikiem (co pamiętam było mi sumiennie odradzane). Potem długo nie było nic, co by mnie porwało, aż do czasów aplikacji, kiedy to ktoś wymyślił Prawo Agaty. Pokochałam ten serial miłością wielką. Za co? Na pewno nie za treści prawniczo-merytoryczne (powinnam dyplomatycznie przemilczeć chodzenie na sali rozpraw, sprzeciwy w czasie przesłuchań i wyznaczanie rozpraw dzień po dniu, a nawet w nocy). Natomiast na pewno za ogólny klimat i za inspiracje stylizacyjne czerpane od głównej bohaterki (wielki szary szal z Zary, który sobie kupiłam wiedziona myślą że będę lepszym prawnikiem… z wyglądu, do dziś jest moim ulubionym zimowym akcesorium). Od ostatniego sezonu minęło już sporo czasu, a ja niekiedy wracam do niektórych odcinków – Bogu dzięki za player.pl.

SUITSów też ubóstwiam – to dzięki Rachel zrozumiałam, że czarny lakier na paznokciach w pracy może być ok.

A latem tego roku poznałam Netflixowe Drop Dead Diva. Serial jest w zasadzie komediowy – o tym jak modelka, która ginie w wypadku samochodowym, wraca do żywych w troszkę większym ciele pani prawnik. Mistrzostwo!

Serial kryminalny

Jakkolwiek wspieram polską kulturę i w czasie studiów obejrzałam z legalnego źródła każdy odcinek Kryminalnych , to jednak w tej kategorii wygrywa How to get away with murder, mimo, że jest to serial z gatunku tych, gdzie każdy ostatecznie będzie w coś zamieszany. Nie można jednak odmówić twórcom niesamowitych zwrotów akcji i stałego elementu zaskoczenia. Miałam bardzo długą przerwę między sezonami, myślałam, że już nie wrócę do wątków morderczych, ale jak już wróciłam, to nie mogłam się oderwać. Na pierwsze miejsce Ex aequo zasługuje też The Killing – zarówno w amerykańskiej (który oglądałam ja) oraz duńskiej wersji – mroczna i mocno deszczowa historia śmierci Rosie Larsen. Genialni główni bohaterowie, bardzo bardzo polecam.

Serial obyczajowy

Na pierwszy ogień daję Bloodline – to powolna, ale bardzo nieoczywista historia rodzinna opowiadana w scenerii bajkowej Florydy – dla jednych nudna, dla mnie idealna, z jedną z najlepszych serialowych czołówek.

W tej kategorii muszę też wspomnieć o Anne with an e. To propozycja Netflixa, na podstawie powieści Lucy Maud Montgomery Ania z Zielonego Wzgórza. A jako, że Anię uwielbiam i tę książkową i tę filmową z 1985 r., którą to na kasecie VHS oglądałam prawie w każdą sobotę rano (obejrzałam wszystkie części tego filmu tyle razy, że znam prawie każdy dialog). Zatem nie mogłam sobie odmówić, by przypomnieć sobie tę historię. Czekam na sezon 2, choć trochę boję się co wymyślą twórcy – czy ja dobrze myślę, że oni tam chcą jakiś dziwny wątek dramatyczno-kryminalny umieścić? Bo mnie interesuje tylko wątek miłosny Ani i Gilberta, nie oszukujmy się.

Serial komediowy

Sex and the city. Ta pozycja nie wymaga komentarza.

Serial na terapię „odmóżdżającą”

Plotkara. Odpalając każdy kolejny odcinek wszystkich 6 (słownie: sześciu !!!) sezonów zastanawiałam się – dlaczego ja to oglądam??? Odpowiedź jest i będzie tylko jedna – dla całkowitego relaksu. Dzięki serialowi przenosiłam się do świata takich głupot, że dzień od razu stawał się lepszy.

Serial dziwny

Nie lubię horrorów, nie lubię science-fiction. Nie lubię też zaczynać i nie kończyć oraz nie mieć zdania na jakiś temat. A swego czasu absolutnie wszyscy jak jeden mąż (wyłączając z tego mojego męża, który zdecydowanie odmówił udziału w tym procederze) zasiedli do oglądania drugiej serii Netfixowego Stranger Things. I jak zasiedli, tak nie wstali, dopóki nie skończyli. Zaciekawiło mnie jak wielu moich znajomych, przyjaciół, a nawet członków rodziny połączył ten serial. Pomimo wewnętrznej niechęci postanowiłam sprawdzić czy i na mnie podziała ten fenomen. Podziałał w ten sposób, że ostatnie resztki każdej wolnej chwili czasu jesiennego wygospodarowałam na „dooglądanie” obu serii. Bardzo się cieszę, że ukradłam sama sobie ten czas, bo pewna postać stała się dla mnie bohaterem absolutnie genialnym. Mama Willa (która ją zagrała Winony Ryder).To dla niej obejrzałam ten serial do końca.

To oczywiście zaledwie kilka pozycji z tej całej masy seriali, która powoli nas zalewa z Netflixa.

Ja się cieszę, choć zasadniczo na oglądanie nigdy nie mam czasu. Ostatecznie czas się znajduje, czasem marnuje, czasem dodaje sił i energii, czasem śmieszy, czasem wzrusza. Dlaczego tak lubimy seriale? Chyba właśnie dlatego, że dostarczają nam wrażeń, których na daną chwilę potrzebujemy, a których nam dzień nie dostarczył. Ważne, by jednak nie utknąć z nosem w alternatywnym świecie i czasem poszukać tych niezwykłych historii w naszych troszkę bardziej zwykłych życiach. Co nie znaczy, że nie możemy czerpać inspiracji z ulubionych bohaterów. Bo czyż w tym momencie nie jestem taką Carrie Bradshaw? Siedzę i piszę. I dobrze mi z tym. A jeszcze kilka lat temu, gdy na nią patrzyłam, jak ona tak siedzi i pisze, to jej tego zazdrościłam. Teraz to pewnie ona zazdrościłaby mi – wieku i ładnych dłoni;) Ha, wygrałam!

Kultura

Catcalling. Gwizdanie to nie komplement.

15 października 2020 / Magdalena Droń

Nigdy nie byłam klasyczną pięknością, a już na pewno nie w wieku 14 lat, kiedy dopiero odkrywałam swoją kobiecość.

A to właśnie wtedy po raz pierwszy doświadczyłam słownego molestowania w przestrzeni publicznej. Jak zareagowałam? Tak jak zapewne większość nastolatek, które obrzucane są pseudokoplementami na ulicy – zawstydzeniem i wycofaniem. Czułam strach i zaniepokojenie, szczególnie przed tym, co będzie dalej, jak rozwinie się sytuacja. Przecież mógł za mną iść, śledzić mnie czy nawet gorzej…

Nie wynikało to chyba z mojego poziomu samoakceptacji w tamtym czasie, ale tego, że nikt nie przygotował mnie psychicznie na takie zaczepki. Ba! Wychowałam się w tradycyjnej społeczności, która takie teksty i pogwizdywanie nakazywała interpretować jako przejaw adoracji płci przeciwnej. Podziw ich urody. Nic złego, ot rzucone „ładne cycki” z rusztowania na budowie w kierunku dziewczyny przechadzającej się w letniej sukience na przejściu dla pieszych. Ciekawe tylko czy gdybym ja, nawet dziś, jako 30-letnia kobieta, zaczęła na ulicy mlaskać, gwizdać i zaczepiać z grupką przyjaciółek przypadkowych kolesi, zostałabym odebrana jako „adorująca faceta” czy raczej zdrowo stuknięta…  Wiadomo, że bym tego nie zrobiła. A przecież to byłoby dokładnie to samo – sprowadzenie człowieka do poziomu obiektu seksualnego. 

Czym jest catcalling? 

Mówimy o zjawisku, które znane jest od wieków, a jednak dopiero dwa lata temu zostało odnotowane również jako termin w języku polskim. Catcalling to „wulgarne zaczepki lub komentarze o charakterze seksualnym kierowane przez mężczyzn do kobiet w przestrzeni publicznej”. Chociaż osobiście nie spotkałam się z sytuacją odwrotną, od każdej reguły znajdą się wyjątki. Do definicji dodałabym więc – w znacznej mierze do kobiet. 

Jakie są socjologiczne korzenie takiego zachowania? Można się ich dopatrywać w polskim patriarchalnym społeczeństwie, w którym dziewczynki wychowywane są na istoty uległe, wrażliwe, piękne i miłe dla wszystkich. A chłopcom po prostu wolno więcej, bo przecież „to tylko chłopiec (ang. boys will be boys). Brzmi znajomo prawda? Chociaż wychowałam się w latach 90. i nie mam swoim rodzicom absolutnie nic do zarzucenia, bo takie wzorce były im przekazywane z pokolenia na pokolenie, doskonale wiem, o czym mowa. Dziewczynki powinny być ciche, niewyróżniające się z tłumu, dobre i pracowite. Dziewczynka, szczególnie katoliczka, wychowana w zależności od płci nadrzędnej, może nigdy nie uzyskać świadomości, że jej podstawowe prawa są łamane. Co oznacza, że jako dorosła kobieta będzie miała trudności właściwą reakcją na ordynarne zachowanie i dostrzeżeniem potencjalnego niebezpieczeństwa.

Dlaczego ważne jest, byśmy reagowały?

Większość z nas na wulgarne zaczepki w ogóle nie reaguje. Nie chodzi wyłącznie o bierność samych ofiar, ale także świadków catcallingu. Nie każda ma przecież dość siły, by w sytuacji, gdy idzie ulicą, a stojący na chodniku mężczyzna gwizdnie lub powie coś niestosownego, krzyknąć: „Sp*erdalaj, nie życzę sobie takich tekstów!” lub „Naprawdę, stać Cię tylko na gwizdanie?” Chociaż zdaniem ekspertów to właśnie ośmieszenie jest najlepszą ripostą. Nie musisz oczywiście zwracać się wyuczonymi formułkami. Chodzi o pokazanie słownemu molestantowi, gdzie jego miejsce i zdyskredytowanie go w oczach znajomych. Świadkowie zdarzenia również powinni dawać do zrozumienia, że takie zachowanie nie jest w porządku i nie ma zgody na słowne molestowanie kobiet w przestrzeni publicznej. Nie reagując, przyzwyczajamy agresorów do tego, że mają na takie zachowanie przyzwolenie, wolno im więcej, co prowadzi do przekraczania kolejnych granic. Przyzwyczajamy też ofiary (w większości kobiety) do tego „że tak po prostu jest”, „musimy być przyzwyczajone”. A to kompletna bzdura!

Pamiętaj jednak, że najważniejsze jest Twoje bezpieczeństwo. Jeśli więc  jest wieczór, idziesz sama, a wkoło nie ma świadków, lepiej przyśpieszyć kroku i zwyczajnie zlekceważyć zaczepki. Jeśli czujesz się zagrożona – poproś kogokolwiek o pomoc. Uważaj na siebie, Twoje bezpieczeństwo jest najważniejsze.

Sprawiedliwość musi być po naszej stronie!

Co ciekawe, w Europie catcalling jest już karalny. W 2019 roku we Francji wprowadzono przepisy karzące słownych molestantów mandatem w wysokości 750€. Kary pieniężne wprowadziła także Holandia. Była to reakcja na projekt studencki „Dear Catcallers”, w którym użytkowniczka Instagrama zamieszczała na platformie zdjęcia catcallerów i cytowała ich wulgarne zaczepki. W Holandii za pogwizdywanie na kobiety czy niewybredne komentarze trzeba zapłacić karę w wysokości do 4000€. 

Catcalling w Polsce 

Chociaż prawo polskie w tym zakresie milczy, w kwietniu ubiegłego roku w stolicy zorganizowano kampanię społeczną „To nie komplement!” wymierzoną przeciwko catcallingowi. Celem haseł rozwieszonych na ulicach Warszawy było uświadomienie Polakom jak traumatyczny wpływ na ofiarę mają wulgarne zaczepki. Za projekt odpowiedzialne były Marta Wróblewska, Martyna Czabańska i Natasza Pieczara. Na swojej stronie zamieszczały nie tylko przykłady catcallingu („brałbym”, „oh la la”, „lubię takie ostre”), prawdziwe historie ofiar, ale także wyniki ankiety dotyczącej pozornie nowego zjawiska. W badaniu wzięło udział ponad 2000 osób, z czego 90% ankietowanych było w wieku 16 – 21 lat. Na szczęście młode pokolenie wie, że w zaczepkach nie ma nic fajnego, ani tym bardziej niewinnego (jak często mówią agresorzy). Niestety, większość badanych osób minimum raz doświadczyła zaczepek.

Całe szczęście świat idzie do przodu. Wychowujemy nasze córki i synów w zupełnie inny sposób – w świadomości i poszanowaniu dla istoty ludzkiej i jej ciała. Musimy jednak zdawać sobie sprawę zjawisk, które jeszcze przez kilka (bardziej optymistyczna wersja), jeśli nie kilkanaście lat będą z nami na porządku dziennym. I choć nie liczę na to, że któryś z molestantów trafi na ten tekst i zastanowi się dwa razy nad swoim poczynaniem, uwrażliwiajmy swoje dzieci na takie zachowania, bo to one są pokoleniem, które (miejmy nadzieję) odczuje zmianę i realnie nią będzie. 

Spotkałaś się kiedyś z catcallingiem? Jak zareagowałaś?

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo