Change font size Change site colors contrast
Felieton

Rudy się żeni

24 czerwca 2018 / Magdalena Droń

Chociaż o byciu królewną marzy chyba każda dziewczynka, nie wszystkich pragnienia spełniają się w dorosłym życiu.

Urodzenie się w królewskiej rodzinie zdarza się wyjątkom, a poślubienie księcia to nie lada wyczyn. I chociaż ja też kilkanaście lat temu robiłam sobie pamiątkowe zdjęcie pod Pałacem Buckingham, dziś bynajmniej nie siedzę na tronie, lecz na poznańskich Jeżycach, zaręczona z mężczyzną, któremu bliżej do łysiejącego Williama...

Chociaż o byciu królewną marzy chyba każda dziewczynka, nie wszystkich pragnienia spełniają się w dorosłym życiu. Urodzenie się w królewskiej rodzinie zdarza się wyjątkom, a poślubienie księcia to nie lada wyczyn. I chociaż ja też kilkanaście lat temu robiłam sobie pamiątkowe zdjęcie pod Pałacem Buckingham, dziś bynajmniej nie siedzę na tronie, lecz na poznańskich Jeżycach, zaręczona z mężczyzną, któremu bliżej do łysiejącego Williama niż do księcia Harrego. No ale zapomniałam… nazywam się Magdalena, a nie Meghan.

Cały ten medialny szum wokół #royalwedding skłonił mnie do głębszych przemyśleń odnośnie mojego związku. Bynajmniej nieformalnego związku. Od wielu lat bowiem żyję w konkubinacie. O tak. Uwielbiam to słowo, podobnie jak konkubent, absztyfikant, partner, ojciec mojego dziecka i wszystkie wariacje na ten temat. A najbardziej uwielbiam pytanie: dlaczego nie jesteście małżeństwem?!

No właśnie, czemu w kraju katolickim zdarzają się takie przypadki jak nasze? A może raczej, dlaczego w kraju, który chce uchodzić za postępowy, wciąż ktoś zadaje takie pytanie? Czemu go to razi, mierzi i nie daje spać po nocach? Skoro ludzie się kochają, to powinni być razem, czyż nie? Niezależnie od tego, czy jest to sformalizowane na papierze, czy nie (tak przynajmniej twierdzi moja babcia, która wspiera nas całym sercem <3) A jednak… wciąż komuś to przeszkadza.

Tradycyjny model rodziny

Zacznijmy od początku, a więc od tego, że pochodzę z tradycyjnej rodziny. Rodzice, dwójka dzieci. Rodzina, jak na ten kraj podobno przystało, katolicka, ale nie z tych, co to wierzy, a nie praktykuje. Wręcz przeciwnie. Religia zawsze odgrywała w naszym domu ważną rolę. Tak zostałam wychowana, tak wierzę i swojej wiary się nie wstydzę. Podchodzę do niej jednak chyba ciut inaczej niż moi rodzice. I stąd właśnie pierwszy problem na linii córka – rodzice. Czy mój sposób życia im nie odpowiada? Z wiadomych względów różni się on od tego, czego mnie uczyli i wzorca jaki sami sobą reprezentują. Nic więc dziwnego, że wszystko, co od niego odbiega, jest inne, nieznane. Czy gorsze? Nigdy nie powiedzą mi tego wprost, ale ja wiem, że lżej byłoby im na sercu i duszy, gdybyśmy w końcu zostali małżeństwem. Gdyby wszystko było „po bożemu”. Bo chociaż w innej kolejności niż oni oczekiwali, to byłby spokój.

Ludzkie gadanie

I tu pojawia się kolejne pytanie. Spokój dla nich? Ale taki wewnętrzny czy też zewnętrzny? Może to wszystko to tak naprawdę nacisk ze strony społeczeństwa, wspólnoty? Swego rodzaju napiętnowanie, że córka tych tam wyjechała do dużego miasta, zamieszkała z facetem, „spaskudziła się” i teraz ma dziecko bez ślubu. Tak… małomiasteczkowa mentalność ludzi. Ocenianie, obgadywanie i wtykanie nosa w nieswoje sprawy. Bo łatwiej jest żyć życiem innych. Od tego właśnie uciekłam. Nie to, że lubię być anonimowa. Chodzi raczej o komfort, który daje mi duże miasto. Tutaj wprost nikt mi nie powie, że „nie wypada”, że „powinnam inaczej”. Tutaj każdy ma swoje sprawy i innymi się nie przejmuje. A już na pewno w dowód nie zagląda i nie sprawdza czy jest się tym małżeństwem czy nie. No chyba, że załatwiam coś w urzędzie.

Kobieta (nie)spełniona?

Czy jednak aby na pewno uciekłam od małomiasteczkowej mentalności? Czasem wydaje mi się, że przytargałam ją ze sobą w postaci swojego sumienia… Tak, to jakaś część mojego wnętrza się odzywa i mówi mi, że ten ślub jest potrzebny. Wiadomo, łatwiej byłoby w urzędach, nie musiałabym się tłumaczyć na poczcie, itp. Ale czy papier i zmiana nazwiska to jest to, czego mi do szczęścia brakuje? I tak i nie. Bo przecież cieszę się z tego, że mamy siebie. Cieszę się, że nam się układa. Że tworzymy rodzinę i nasza córka wychowuje się w pełnym domu. Nie to, że niepełne są niefajne, bo czasem są lepsze niż te przepełnione czym innym niż miłością, ale mniejsza o to… Sęk w tym, że doceniam to wszystko co mam, a jednak wciąż mi mało. Wciąż otoczenie daje mi znaki, że powinniśmy. Kolejne śluby w gronie najbliższych nie pomagają mojemu wewnętrznemu ja. I chociaż nigdy nie marzyłam o wielkim weselu (wydawanie grubej forsy na jednodniową imprezę, a czasem nawet zaciąganie kredytów na ten cel jest dla mnie szczytem głupoty), białej limuzynie i princeskowej sukni pełnej tiulu i kryształków Swarovskiego, mając tę przysięgę, chyba czułabym się inaczej. Pewniej. A może tylko tak mi się wydaje? Bo w dzisiejszych czasach nie można być pewnym nawet samego siebie, a co dopiero drugiego człowieka, który, jeśli będzie chciał odejść, to żadna przysięga go nie powstrzyma. Więc może nic się nie zmieni i niepotrzebny szum o to wszystko? Właściwie to taką mam nadzieję, że niezależnie czy do ślubu kiedykolwiek dojdzie czy nie, nic się nie zmieni. Że wciąż będziemy się kochać, nawet jeśli nie zawsze potrafimy powiedzieć to słowami.

Bo liczą się drobne gesty, codzienna pomoc, wyniesienie śmieci i zajęcie się córą, gdy ja już nie mam sił. A zagraniczne rezydencje, książęce tytuły, podjeżdżanie na białym koniu pod balkon czy imprezy za 35mln może wziąć Meghan. Całkiem nieźle sobie bez nich radzę 🙂


fot. Instagram @kendingtonroyal

Felieton

Jaka piękna katastrofa…

13 grudnia 2021 / Marta Osadkowska

Amerykański pisarz Roy Scranton nazywa obecne czasy epoką, w której „musimy nauczyć się umrzeć”.

Nie możemy ignorować możliwości unicestwienia całej ludzkości.

Czy upadek cywilizacji, która skazuje połowę swej cywilizacji na niedożywienie, naprawdę jest czymś, czego trzeba się obawiać? Czy ludzie zasługują na uratowanie? Kanadyjska dziennikarka Naomi Klein podkreśla, że zmiany klimatyczne wystawią naszą moralność na próbę, jakiej dotąd nie znano. 

Najbardziej wiarygodnymi dokumentami międzynarodowymi opisującymi zmiany klimatu są raporty Międzyrządowego Zespołu do spraw Zmian Klimatu (IPPC –  W 2007 roku IPPC oraz Al. Gore otrzymali Pokojową Nagrodę Nobla za upowszechnianie wiedzy na temat zmian klimatu wynikających z działań człowieka i za prace mające na celu przeciwdziałanie globalnemu ociepleniu). Zgodnie z ich szacunkami, jeśli doprowadzimy do wzrostu temperatury globalnej o 4 stopnie Celsjusza, czeka nas świat podobny do apokaliptycznych wizji z filmu Mad Max: destrukcja 85% powierzchni lasów Amazonii, przekształcenie południowej Europy w tereny pustynne, a połowy powierzchni planety w tereny nienadające się do zamieszkania. W świecie cieplejszym o 4 stopnie połowa populacji Ziemi będzie doświadczać fali ekstremalnych upałów. Średnia temperatura powierzchni Ziemi w wyniku powodowanej przez nas zmiany klimatu wzrosła już o ponad 1°C powyżej wartości z epoki przedprzemysłowej. Jeśli szybko nie zredukujemy emisji gazów cieplarnianych to w latach 2030. wzrost temperatury może sięgnąć 1,5°C, do 2100 roku powyżej 4°C, a później nawet 2-3 razy tyle. Czeka nas gwałtowny, zupełnie niekontrolowany powrót do wspólnot pierwotnych. Z powodu wyczerpania się zasobów naturalnych Ziemi, braku energii i coraz gorszych warunków klimatycznych ludzki świat się posypie. Nie tylko zabraknie nam jedzenia, ale nawet możliwości godnego pochówku ofiar – ostrzega prof. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery z UW.

Od lat to wszystko wiadomo. Naukowcy ostrzegają, Matka Natura regularnie nas poniewiera, a nic się nie zmienia. Konsumpcjonizm nie został zakwestionowany w żadnym kraju, a bez tego niemożliwa jest realna, systemowa zmiana klimatyczna. Nawet potężne instytucje, jak ONZ, są bezradne. Ignorowanie informacji dotyczących globalnych i wysoce abstrakcyjnych zagrożeń leży w naszej, ludzkiej naturze. Nie mamy wiedzy, jak temu przeciwdziałać, nie ma też możliwości wyboru lepszego rozwiązania, bo firmy i koncerny nam jej nie dają. Obywatele nie działają na rzecz wprowadzenia rozwiązań niskoemisyjnych także dlatego, że brakuje im konstruktywnych przykładów takiego działania. Ludzie obawiają się też ryzyka wynikającego z poświęcenia czasu lub finansów na projekty, które mogą nie przynieść im ani korzyści, ani uznania społecznego. Tradycyjna ekonomia nie bierze pod uwagę zapaści całego systemu gospodarczego, w obliczu, którego będziemy stali, kiedy zmiany klimatu przekroczą punkt przełomowy. Właściciele firm nic nie robią, bo się in to teraz nie opłaca. Ludzie nic nie robią, bo nie wiedzą jak i gdzie. Potrzeba zmian na ogromną skalę. Może powinni coś zrobić politycy? Elon Musk w filmie „Before the Flood” proponuje wprowadzenie podatku węglowego. Byłby to podatek nałożony na każdą działalność, która uwalnia CO2 do atmosfery. Podatki spowodują wzrost cen i spadek konsumpcji opodatkowanego towaru. Jednak politycy nie wprowadzą nowego podatku, bo to oznacza dla nich spadek poparcia. Musieliby zostać do tego zmuszeni przez wyborców. A wyborcy nie działają…i tak koło klimatycznego impasu się zamyka. 

W wielu miastach odbywają się strajki klimatyczne, ale to nadal za mało. Wygląda na to, że potrzebujemy kroków bardziej radykalnych, ostrzejszej retoryki, odważniejszych działań. To wiąże się z rozstrzygnięciem trudnych dylematów moralnych oraz wdrożeniem strategii działań, które mogą się okazać niewykonalne. Naukowcy, biorąc pod uwagę brak zmian w polityce klimatycznej, nie dają ludzkości wielu szans, raczej wróżą ogromne migracje i zażarte wojny o surowce. Homo sapiens wróci do walki o przetrwanie. Ale czy my, boscy ludzie, twórcy, kreatorzy, odnajdziemy się w takiej roli?

 

 

______________________________________________

Napisała Marta Osadkowska, prezes Fundacji Widzialne Dzieci 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo