Change font size Change site colors contrast
Kultura

Rok magicznego myślenia – misterium przeżywania żałoby

1 listopada 2018 / Marta Osadkowska

Joan Didion nie jest w Polsce dobrze znana, a szkoda.

Dziennikarka, reporterka, pisarka, publikowała w New York Time, Life, Vogue. Jest autorką kultowych już tekstów obrazujących Amerykę w latach 60-tych, a także wywiadu z jedną z „dziewczyn Mansona”, biorącą udział w morderstwie Sharon Tate. Żyła wśród artystycznej bohemy, spotykała na imprezach i gościła w swoim domu Janis Joplin, Stones’ów czy Jima Morrisona. Sama...

Joan Didion nie jest w Polsce dobrze znana, a szkoda. Dziennikarka, reporterka, pisarka, publikowała w New York Time, Life, Vogue. Jest autorką kultowych już tekstów obrazujących Amerykę w latach 60-tych, a także wywiadu z jedną z „dziewczyn Mansona”, biorącą udział w morderstwie Sharon Tate. Żyła wśród artystycznej bohemy, spotykała na imprezach i gościła w swoim domu Janis Joplin, Stones’ów czy Jima Morrisona. Sama trzymała dystans do świata, który ją otaczał. Obserwowała i pisała.

W 2003 roku adoptowana córka Didion trafiła do szpitala z oznakami grypy. Okazało się, że to wstrząs septyczny, który bardzo szybko zbierał żniwo. Quintana zapadła w śpiączkę, oddychać mogła jedynie dzięki urządzeniom wspomagającym. Gdy młoda kobieta walczyła o życie w szpitalu, mąż pisarki, John, zmarł nagle na zawał serca. Swoje przeżycia Didion spisała w książce „Rok magicznego myślenia”, która była nominowana do najważniejszych nagród literackich w Ameryce.

„Rok magicznego myślenia” jest jak utkana z najdelikatniejszych nitek woalka.

Joan Didion i John Gregory Dunn, pisarz i scenarzysta, byli małżeństwem przez czterdzieści lat. Razem pracowali, razem odpoczywali. Byli jak jeden dobrze działający mechanizm, który nie może funkcjonować pozbawiony jednej z sił napędowych. Didion nie radzi sobie ze stratą najbliższego człowieka i wcale nie chce tego ukrywać.

Śmierć kończy świat, jaki znaliśmy.

Wchodzimy do nowej rzeczywistości, musimy nauczyć się od nowa żyć. Jesteśmy śmiertelnymi stworzeniami – podkreśla pisarka. Świadomość tego faktu nic nie zmienia. Są delfiny, które po stracie swojej pary odmawiają posiłków i umierają z głodu. Są gęsi, które w tej sytuacji szukają zmarłego, aż tracą orientację i giną. Tak reagują inne śmiertelne istoty, dlaczego ludzie odbierają sobie prawo do cierpienia? Jest jakiś społecznie akceptowalny wzorzec na żałobę, okres, po którym powinno być lepiej. Po pogrzebie, po tygodniu, po powrocie do pracy. Nie ma czasu, warunków i często przyzwolenia na smutek. Wcale nie tak dawno temu, żałoba po najbliższych trwała rok i była to sytuacja w społeczeństwie w pełni respektowana. Żałobnik był otoczony opieką najbliższych, którzy szanowali wszelkie metody radzenia sobie ze stratą. Dziś, kiedy wszystko dzieje się szybko, także naturalne procesy próbujemy przyspieszać. A tego zrobić się nie da.

Zapominamy o konieczności przejścia rytuału żałoby.

Didion najpierw analizuje każdą sekundę tragicznego wieczoru, każdy ruch swój, męża, lekarzy. W nieskończoność szuka, co mogła zrobić inaczej, jak zapobiec śmierci Johna. Jakie sygnały mogła dostrzec? Może, jak znajdzie ten moment, w którym była jeszcze szansa, wydarzenia zmienią swój bieg?

Ból nie mija, czas nie leczy tej rany. Brak tej jednej osoby sprawia, że cały świat wydaje się pusty. Nie ma zapomnienia, nie ma odpoczynku od braku. Strata bliskiego człowieka jest tak nierealna, że wydaje się doświadczeniem alternatywnej rzeczywistości. Bo jak to możliwe, że stoimy, oddychamy i świat trwa dalej, skoro ktoś dla nas niezbędny do życia właśnie z tego świata odszedł? Codzienność wydaje się majakami wariata, przecież nie może być rzeczywista. To wszystko nie jest normalne! Normalnie by było, gdyby John wrócił do domu, zdjął buty, wypił kawę. Joan nie umie oddać ubrań męża, nie potrafi sprzątnąć jego gabinetu. Bo co będzie, jak on wróci? Na tym polega tytułowe magiczne myślenie – na wierze w powrót męża. Wierze w powrót do normalności.

Racjonalny umysł Didion wie, co się stało.

Znał przyczynę zgonu, znał raport z autopsji, znał wyjaśnienia lekarzy i wszystkie przeczytane na temat chorób serca artykuły. Tyle, że żałobnik nie działa z poziomu racjonalnego umysłu. Śmierci nie da się zrozumieć, nie da się jej przemyśleć i na nią przygotować. Bo nawet mieć świadomość, że ona nadchodzi, to nie to samo, co być na nią gotowym. Ktoś jest z nami, a za chwilę już go na zawsze nie ma. Życie zmienia się szybko. Życie zmienia się w tej chwili. Siadasz do kolacji i życie, jakie znasz, się kończy. Następują miesiące desperackiego, nadludzkiego pragnienia cofnięcia czasu. Rozkładanie ostatnich chwil na ułamki, niekończąca się analiza „co by było, gdyby…”. Wyrzuty sumienia, choć nie ma dla nich przyczyny. Didion znajduje notatki męża, czyta je wielokrotnie: co oznaczają? Czy był szczęśliwy? Co chciał jeszcze zrobić? Może czegoś nie zdążył zrobić? Może powinna to dokończyć za niego? Może to coś zmieni, może wtedy…

Powtarza się ten okrutny moment, gdy mózg uświadamia sobie śmierć.

Gdy Joan wchodzi do domu i chce się podzielić usłyszaną historią, zaczyna mówić już od progu i…bam! Jak strzał w plecy – nikt nie słuchał, nikt nie odpowie. I tak ciągle, bo trudno pozbyć się pielęgnowanych przez czterdzieści lat nawyków. A każdy ten strzał jest jak rozpoczynanie procesu godzenia się ze stratą od początku. Każda zmiana w mieszkaniu jest jak mała zdrada. Gdy usycha kwiatek, który stał w domu, gdy John jeszcze żył, to jest jak kolejny element tworzący świat bez niego. A Joan nie chce tego świata. Nie chce, żeby czas mijał, bo to ją oddala od żyjącego męża.

Joan żegna nie tylko swojego męża, ale też siebie.

Siebie, którą znała przez większość swojego życia: żonę, która wszystko konsultuje z ukochanym, która się z nim kłóci i wychodzi na kolacje do ulubionych knajp. Tamtej Joan już nie ma.

Gdy Didion kończyła pisać „Rok magicznego myślenia”, zmarła Quintana. Autorka poświęciła jej kolejną książkę „Blue Nights”. W dokumencie The Center Will Not Hold, który można zobaczyć na Netflixie, pisarka mówi, że wielu starszych i chorych ludzi boi się nie tyle śmierci, ile pozostawienia swoich najbliższych i tego, jak sobie poradzą. Didion nikogo nie zostawia, to ona została sama. I ta samotność, smutek i żałoba są wypisane na jej twarzy. Bo żalu i bólu po stracie nie da się przegonić ręką, jak męczącego owada. Cierpienie jest częścią naszego życia, wpisuje się w nas. I nie ma co udawać, że jest inaczej.

 

Kultura

Czy cyberprzemoc przestała robić na nas wrażenie? 

16 września 2020 / Agnieszka Jabłońska

Rozwój mediów społecznościowych sprawił, że często żyjemy jedną nogą „tutaj” – we własnym domu, kapciach i na kanapie, a drugą „tam” w internetowym świecie nieograniczonych możliwości.

„Tam” jest zawsze bardziej: bardziej radośnie, bardziej kolorowo, bardziej minimalistycznie, bardziej romantycznie. Jeśli uwiera Cię „tutaj” i coś Ci w życiu nie pasuje, wystarczy, że odblokujesz telefon i jesteś już po drugiej stronie. Tylko uważaj na cyberprzemoc!

W internetowym świecie jest trochę jak w zaczarowanym lesie. Wszystko jest piękne i błyszczące. Influencerki posypane gwiezdnym pyłem najnowszego filtra, dzieci ubrane w piękne stroje – mali chłopcy w muszkach to mój faworyt. Ciasta są jakieś takie bardziej puszyste, niż ten Twój sernik, co urósł, a później opadł… tak ze trzy razy. Kwiaty jakoś lepiej się układają w wazonach, a mieszkania są tak urządzone, że aż Cię skręca w dołku. Niby bez wysiłku, być może z nonszalancją, ale taką na miarę bohemy Nowego Jorku, a nie po-PRL-owskiego osiedla bloków z lat 70.  

Weź trochę internetowego pyłu dla siebie

Nic dziwnego, że zaglądasz na social media, żeby poczuć się lepiej. Bo skoro inni tak mogą jeść sobie codziennie śniadanie w kawiarni i kruszyć na około tymi croissantami z prawdziwym masłem, to może… Sama się przed sobą nie przyznasz, że gdzieś pomiędzy dojazdem do pracy, a chwilą, w której przyłożysz głowę do poduszki, marzysz o takim życiu. Ciekawym, interesującym, pełnym ładnych, pięknie ubranych i ciekawych ludzi. Takich wiesz, żeby i na miasto można było pójść, i o książkach porozmawiać. W Internecie takich ludzi jest pełno! Żeby Twój facet taki był, to by Wam się lepiej żyło po prostu. Jak mąż tej Kasi, co chodziłaś z nią 25 lat temu do podstawówki, a teraz z wypiekami na twarzy śledzisz jej profil na Insta. No, Kaśki mąż to i wygląda, i prezenty daje, i na kolacje romantyczne zabiera. Czasami aż poczerwieniejesz, jak zobaczysz na smartfonie kolejny bukiet róż tak duży, że nie zmieściłby się do żadnego Twojego wazonu. 

Czasem też byś chciała żeby i na Ciebie spadło trochę tego ciepłego światełka zainteresowania. Żeby na  drugim końcu Polski jakaś dziewczyna dała lajka pod zdjęciem Twojego kubka w kropki. Chciałabyś w serduszkach i buźkach znaleźć potwierdzenie, że jesteś fajna. 

Internet taki (nie) bezpieczny 

Skoro „tamten” świat jest taki piękny i tak dobrze można się w nim poczuć, to jest też bezpieczny, prawda? Co złego może Cię spotkać, gdy oglądasz zdjęcia z wakacji swojej koleżanki z biura, wykonujesz ćwiczenia zalecane przez znaną sportsmenkę, czy należysz do grupy poświęconej robieniu na drutach? 

Internet to miejsce, gdzie ludzie są anonimowi. Możesz być Anią z Gliwic, ale Basia z Katowic, z którą regularnie piszesz, może być Tomkiem z Leszna i mieć naprawdę kiepskie myśli, gdy radzisz się Basi, w której sukience lepiej wyglądasz. To jest dla nas jasne. Znamy to zjawisko i wiemy, że trzeba być ostrożną, gdy jesteś w Internecie.  Jednak na fali życia „tam” kwitnie jeszcze jedno zjawisko – cyberprzemoc. I z tym pojęciem trochę się już osłuchałyśmy, dlatego przestało robić na nas wrażenie. To trochę jak z kieszonkowcami na targowisku – jest rynek, trzeba pilnować portfela. Jest sieć, więc trzeba pilnować… no właśnie czego?

Media społecznościowe – dobre, bo w domu 

Media społecznościowe nasz rozluźniają. Czujemy się trochę jak w grupie przyjaciół, na fajnym obozie studenckim albo na wyjeździe integracyjnym.  W domowym zaciszu siedzimy sobie w kapciach, starych dresach i pijemy kakao. Komentujemy zdjęcia, dodajemy posty i ślemy do każdego buźkę i uśmiech. Dzielimy się poglądami, zbieramy lajki i nagle… bach! Dosięga nas cyberprzemoc. 

Ktoś napisał, że jesteśmy grube i brzydkie jak noc, gdy pokazałyśmy fotkę w naszej ulubionej sukience. Dla kogoś mamy kudły, które wyglądają jak mokry pudel, a ktoś inny uważa, że z takimi nogami, to dla nas tylko i zawsze spodnie. Reakcja? „No wiesz, jak publikujesz w Internecie, musisz liczyć się z reakcją.” To jest forma cyberprzemocy! Możesz jej doświadczyć w czasie codziennego, rutynowego zaglądania na Fejsa. 

Slow wyklucza social media 

Otaczanie się miłymi i sympatycznymi ludźmi jest trudne w realu, a w Internecie – niemal niemożliwe. W social mediach może być każdy, weź tylko pod uwagę, że wśród ludzi, którzy mają ponadprzeciętnie rozbudowane życie wewnętrzne, social media stają się dodatkiem lub narzędziem do zbudowania pozycji bloga, wypromowania kanału lub dzielenia się fajnymi akcjami. 

Tort influencerski taki duży 

Teraz wyobraź sobie, że jesteś influencerką, a media społecznościowe to miejsce, w którym pośrednio lub bezpośrednio zarabiasz pieniądze. Robisz to, polecając określone produkty, usługi i miejsca oraz dzieląc się swoimi opiniami. Użyczasz swojego wizerunku za pieniądze lub budujesz własną markę. Pracujesz na swój wizerunek i swoją rozpoznawalność. Kiedy masz największe szanse na sprzedaż? Gdy zbudujesz dużą społeczność osób, które polubią Ciebie i Twój styl życia, czyli wizerunek, jaki kreujesz w Internecie.  

Społeczeństwo uważa, że współczesny influencer to taki bohater-coach, który pojawił się w Internecie, aby nauczyć nas, jak mamy żyć. Jego doświadczenia są zawsze pełniejsze – on to potrafi jakoś tak przedstawić… jego emocje zawsze są bardziej dopasowane do okazji, a jego życie wspaniałe. Dlaczego nie mamy go naśladować? Wspaniała praca, wolność – spacer o godzinie 12.30 w październikowy, słoneczny dzień – poproszę! Sesja foto dla znanej marki z artykułami wyposażenia wnętrz – bardzo spoko. Zaproszenia na liczne eventy, prezentacje i  to najlepiej w Warszawie – świetnie! 

Obarczać kogoś – tak miło 

Zrzucamy na barki ludzi – często bardzo młodych – ogromną odpowiedzialność. Obarczamy kogoś, kto umie robić piękne zdjęcia i ma cokolwiek ciekawego do powiedzenia, odpowiedzialnością za to, jaki kupimy krem, jaką bluzkę i gdzie zjemy obiad na mieście. A później mamy pretensje, bo krem kosztował 100 złotych, a wylazły nam po nim wielkie krosty, bluzka źle na nas leży, a w restauracji podali przesolone ziemniaki. Nie ma luzu, nie ma pozwolenia na pomyłkę. „Jeśli jesteś influencerką i ja Cię lajkuję, to Ty masz mi gwarantować, że to, co polecasz, jest świetne. A jeśli nie, to ja Cię pokażę.” Tak zaczyna się cyberprzemoc. 

Internet śmiał się, gdy influencerki potraciły pracę – sponsorów i płakały, bo nie wiedziały, co mają dalej robić. Ich kariera się załamała, a one były po prostu zdruzgotane. Posypał się jad komentarzy, zaczęła się spirala cyberprzemocy. „Influencer to nie zawód!” „Płacze, bo już nie dostanie ciuchów za darmo” „Było się uczyć, a nie w social media siedzieć” „Dobrze jej tak, nie miała żadnej porządnej pracy.” To była właśnie cyberprzemoc. 

Dlaczego wartościujemy ludzi, jako tych, którym warto współczuć i tych, którym się należy? Serio? Uważasz, że zaproszenie do swojego świata 100-200 tysięcy osób nie wymaga wysiłku? Naprawdę myślisz, że przygotowywanie ciekawych postów i pięknych zdjęć wciąż i wciąż nie zajmuje czasu? A odpowiadanie na komentarze, na maile? 

Fanpejdż nie dla Ciebie 

Znana sportsmenka-celebrytka dostaje na swoim profilu pytanie. Pytanie być może jest uszczypliwe, może napisane w złym tonie. Może jego ukrytą intencją jest kogoś obrazić i komuś dopiec, a może doszło do wielkiego nieporozumienia. Dziewczyna, która je zadaje, zostaje zmieszana z błotem przez prawdziwe fanki, a następnie przez samą celebrytkę. To również jest cyberprzemoc, zauważ jednak, że prześladowcą nie musi być osoba, do której należy fanpejdż. W tę rolę mogą łatwo wcielić się jej fanki. 

Wina, odpowiedzialność i cyberprzemoc 

Jeśli ta dziewczyna zrobi sobie później krzywdę, to kto będzie ponosił winę, a kto odpowiedzialność? Czy mamy prawo oczekiwać od influencera, że będzie zwracał uwagę, co dzieje się na jego fanpejdżu? A czy mamy prawo wymagać od szefa, że będzie wiedział, co dzieje się wokół jego firmy?  Czy możemy wymagać, aby gwiazdy rocka dbały o bezpieczeństwo swoich fanów na koncertach? Zobacz, tak! Tak, tego właśnie oczekujemy. Dlaczego więc tak łatwo przychodzi nam usprawiedliwianie kogoś, kto jest twarzą social mediów? Czy szturchnięcie na koncercie albo wejście między dwie pijane osoby to mniejsza trauma niż otrzymanie setki obraźliwych wiadomości dziennie? 

Internet – trudno się bez niego obejść. 

Prawdziwe fanki znanej celebrytki znajdują prywatne konto, zaczynają pisać obraźliwe komentarze. Tworzą fejkowe konta, zaczynają prześladować bliskie osoby i znajomych. Wiesz, że zdarzały się przypadki włamań na konto? Niech dziewczyna wie, że z tą celebrytką się nie zadziera. Miejsce wygodne, bezpieczne, szybko staje się miejscem nieznanym. Na myśl o włączeniu fejsbuka, na którym przecież są znajomi i rodzina, który tak świetnie powiadamiał o ważnych wydarzeniach, na którym można było rozmawiać z klientami. Co wtedy zrobić? 

Upubliczniając swój wizerunek, dajesz prawo innym do współuczestniczenia w tym, co robisz. Dajesz prawo do zadawania pytań i dzielenia się wątpliwościami. Nie inwestujesz tylko w miłe i łatwe. W związku z tym bierzesz na swoje barki również odpowiedzialność. Chociażby za to, aby Twoje standardy wiodły prym na Twoim fanpejdżu „W moim domu nie będziesz robić takich rzeczy!”. 

Czy jednak fanpejdż jest prywatnym miejscem? Nie, jeśli zaprosimy do niego 1 000 000 ludzi. Wtedy staje się prężnie działającą społecznością, którą trzeba zarządzać i której trzeba pokazać, jakie są standardy. To Ty, jako influencerka, nadajesz ton wypowiedziom na Twoim profilu, to Ty masz moc ustalania zasad. 

Czy możemy w takim razie udawać, że nie wiemy, co się dzieje? Czy masz prawo schować głowę w piasek i nie rozwiązywać piątej w tym tygodniu gównoburzy? Jasne, jesteś tylko człowiekiem. Z drugiej strony od tego jest moderacja i jeśli jakiś influencer nie ma moderacji komentarzy, czy to go zwalnia z odpowiedzialności?

Możemy spojrzeć na to w ten sposób, że influencer to marka i wizerunek, który służy do zarabiania pieniędzy. Nie żywy człowiek, bo nie poznajemy człowieka. Dostajemy tylko finalny produkt – piękną oprawę fajnych treści. Wiele pracy, dużo determinacji. 

Czy właściwe osoby dostają od nas tabliczkę „autorytet”? 

Zastanawiałaś się kiedyś, czy Ola z Opola chciała stać się ekspertem w sprawie oszczędzania? Miała być może jakiś pomysł i plan, gdy zakładała swojego bloga, a później kanał na YT. W pewnym momencie wszystko zaczęło wymykać się spod kontroli, a gdy przyszła propozycja napisania książki, Ola nie wiedziała, co się dzieje. Nagle okazało się, że ma fanpejdż i lubi ją kilkadziesiąt tysięcy osób. Blog ma kilkaset tysięcy wejść, a ona jest „sławna”. Pojawiają się pytania, komentarze, Ola chce na wszystkie odpowiedzieć. Nie daje rady, więc zakłada grupę. Ktoś z grupy wyłudza pieniądze na jej książki, podobno ona o tym wie. Wylewa się fala hejtu „Mogła ogarnąć to lepiej” „Mogła sprawdzać, kogo przyjmuje na grupę”. Ola zostaje zaszczuta. Jej siostra dostaje obraźliwe komentarze, jej chłopak odbiera dziwne połączenia z Messengera. Ola nie może dodać zdjęcia z wakacji, gdy to zrobiła ostatnio, pojawił się komentarz, że „pojechała za moje, ukradzione pieniądze”. 

Czy presja i odpowiedzialność nie są za duże w dzisiejszych social mediach? 

Oczekujemy, że wraz z rozwojem kanału, jego założyciel będzie przedstawiał nam nowe, ciekawsze treści, zmieniał formułę, inwestował w nowy sprzęt. Oczekujemy, że wciąż będzie miał coś nowego do powiedzenia, nowe produkty do polecenia i że u niego to będzie fajnie. Oburzamy się jednak, gdy uczciwie informuje, że post jest sponsorowany, gdy ma czelność testować odkurzacza-robota za 5 tysięcy, bo jakim prawem?! Jesteśmy złe, gdy make-up artystka nie chce zrobić rozdania i oddać kosmetyków, których nie używa – „Przecież ma pełną szufladę!”, wkurzamy się na trenerkę, która zupełnie za darmo publikuje swoje treningi, że nie dodaje nowego filmiku, co drugi dzień. Zawieszamy poprzeczkę tak wysoko, że sami musimy mocno zadrzeć głowę, aby ją w ogóle zauważyć. Tymczasem celebryta ma tam być i jeszcze podejmować wysiłki, aby ją przekroczyć. Chce nosić ubrania? Niech będą etyczne, szyte w Polsce, z organicznej bawełny, a do ich prania używa produktów, które nie niszczą planety. Niech odżywia się zdrowo, ale nie w ramach współpracy na mieście, niech gotuje w domu z bio produktów, ale nie w garnkach, które testował w ramach współpracy. Niech się pięknie maluje, często zmienia sukienki  fryzury i poleca nam swoje produkty, byleby nie były za drogie, bo my nie będziemy tak rozrzutnie tracić pieniędzy na kosmetyki. 

Czy mamy prawo oczekiwać od influencerów etycznego i empatycznego postępowania? 

Podkreślę, że nakładamy na barki influencerów olbrzymią presję. Oczekujemy, że będą się czuli odpowiedzialni za nas, za planetę, za społeczność lokalną. Jednocześnie chcemy, aby uszanowali nasze zdanie, liczyli się z nami i publikowali materiał, którego my oczekujemy. Oni często to robią, kosztem jakiejś fajnej współpracy sponsorowanej, kosztem jednej, czy dwóch zarwanych nocy. 

U niektórych wciąż jest miło i serdecznie i empatycznie, czujemy się częścią społeczności. Bo przecież tego pragniemy, prawda? Aby słynna trenerka pamiętała, że Kasia ma trójkę dzieci i z jej pomocą schudła już 5 kg –  „Świetnie Ci idzie, Kasiu, jestem z Ciebie dumna”, albo żeby ta psycholożka, co ma takie fajne podcasty, trzymała za nas kciuki – „Pamiętam Marysiu, że miałaś problem z jedzeniem słodyczy, cieszę się, że je ograniczyłaś”. 

Inni się po prostu uodparniają. Dają nam treści, jakie są w stanie stworzyć, ale sprawdzają je kilkanaście razy przed publikacją. Robią po kilkaset ujęć, zanim jakieś wstawią na swój profil. Dbają o swój biznes i nie pozwalają sobie na popełnianie w nim błędów. Kochają to, co robią i to, jak wygląda ich życie. Jednocześnie nie chcą się angażować, chcą być twarzą/wizerunkiem/marką, którą profesjonalnie zarządzają. 

Inni walczą o swój kawałek przestrzeni w sieci, o ludzkie traktowanie. O szacunek do ich słabości, o prawo do bycia sobą. Chcą publikować, dzielić się swoim życiem i pasjami. I wiesz, ja uważam, że to wymaga cholernie dużo odwagi, żeby zaprosić 5000 osób do swojego domu, do swojej lodówki, czy kuchni. Pokazałabyś, jak nakładasz makijaż 100.000 ludzi? A może zatańczyłabyś przed nimi? Rozsądne influencerki, które wciąż pozostają sobą na swoim kawałku podłogi, mają trochę blizn i urosła im już całkiem gruba skóra, ale angażują się i potrafią wyznaczać twarde granice. Praktykują bycie bez cyberprzemocy, na ich fanpejdżu nie zrobisz gównoburzy, nie ponarzekasz sobie i nie wdasz się w pyskówkę. Dla wielu osób jest tam nudno.  Dlatego zdarza się, że na nich narzekamy w kuluarach „No nie uwierzysz, jak ta influencerka potraktowała swoją fankę!” A jednak, uwierzę, bo skoro social media próbują burzyć wszystkie granice, to my je teraz musimy postawić na nowo.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo