Change font size Change site colors contrast
Kultura

Raz, dwa, trzy – winny będziesz TY!

1 sierpnia 2018 / Marta Osadkowska

Czasami mam taki kafkowski sen: uciekam po popełnionej zbrodni, nie do końca pamiętam jakiej, ale mam pełną świadomość, że jestem winna.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie uda mi się uniknąć kary i bardzo się boję. Odczuwam jednocześnie absolutną bezradność, impuls każe mi biec, ale wiem, że nie dam rady się schować. Jestem w tym śnie, jak zaszczute zwierzę, budzę się z...

Czasami mam taki kafkowski sen: uciekam po popełnionej zbrodni, nie do końca pamiętam jakiej, ale mam pełną świadomość, że jestem winna. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie uda mi się uniknąć kary i bardzo się boję. Odczuwam jednocześnie absolutną bezradność, impuls każe mi biec, ale wiem, że nie dam rady się schować. Jestem w tym śnie, jak zaszczute zwierzę, budzę się z dziko bijącym sercem i nie mogę złapać oddechu. Trochę czasu potrzebuję, żeby wrócić do stanu normalności i spokojnie zostawić koszmar za sobą.

A gdyby nie dało się tak zrobić?

Co w sytuacji, gdy stajesz się Józefem K. i po wielu uszczypnięciach okazuje się, że to nie sen? Widzisz wymierzone w ciebie palce, słyszysz „winny!” i nikt nie staje w twojej obronie? W takiej rzeczywistości budzi się Gina, bohaterka książki „Nieznana terrorystka” Richarda Flanagana. Znalazła się w nieodpowiednim miejscu, w złym momencie, to zdarza się przecież każdemu. Spędziła przyjemną noc z przystojnym nieznajomym, za którą zapłaci bardzo wysoką cenę. Nieznajomy okazuje się być poszukiwanym terrorystą, na którego władze Sydney nakierowują celownik po tym, jak na miejskim stadionie odkryte zostają ładunki wybuchowe. To jest dobry moment na ugranie czegoś dla siebie, nic zatem dziwnego, że wiele osób rzuca się na łakomy kąsek poruszającego opinię publiczną tematu. Dziennikarz, którego kariera podupada widzi już siebie odbierającego najważniejsze branżowe nagrody za swoje teksty, politycy przymierzają się do wyższych stołków, które tylko czekają na bohaterów zasłaniających własną piersią niewinnych obywateli przed bestialskimi zamachowcami.

A tam, gdzie są politycy, są też biznesmeni, dla których właściwe decyzje oznaczają więcej zer na koncie.

Żeby wszystkim się udało, trzeba tylko złapać winnego. A skoro ten uciekł, to wykreować nowego. I tutaj na scenę wkracza Gail, którą kamery monitoringu uwieczniły wychodzącą z mieszkania terrorysty. Zanim kobieta zorientuje się w sytuacji, wszystkie media pokazują jej zdjęcie jako groźnej i bezwzględnej morderczyni. Zaszczuta i przerażona Gail nie myśli logicznie. Boi się iść na policję, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostanie zastrzelona na pokaz. Nie ma w mieście rodziny, a jedyna przyjaciółka pomaga, dopóki nie zostanie osaczona przez rządne sukcesu służby.

Gail boleśnie odkrywa mechanizmy rządzące otaczającym ją światem. Ku swojemu przerażeniu zrozumiała, że tak, jak ona nigdy o nic nie dbała, nie zastanawiała się nad niczym i niczego nie kwestionowała, tak nikt nie będzie się przejmował ani zastanawiał nad tym, co o niej słyszał. Nie pomogła nikomu, jak może więc teraz oczekiwać, że ktoś pomoże jej? Czy niezliczeni widzowie nie zasypiali teraz w swoich salonach, obejrzawszy w telewizji opowieść o jej życiu, myśląc właściwie tylko tyle, że dotyczyła niewyraźnego zła, któremu przeciwstawiono niewyraźne dobro – wartości narodowe, narodowy styl życia, bezpieczeństwo narodowe – tak jak ona zapadała w drzemkę setki razy po podobnych reportażach informacyjnych, nie myśląc w ogóle o niczym? O niczym!

W „Tygodniku Powszechnym” Jarosław Ziółkowski tłumaczy opisany przez Flanagana mechanizm nazwany przez Zygmunta Baumana handlowaniem strachem: to socjotechnika polegająca na kreowaniu lęku. Powstała w Stanach Zjednoczonych po zamachach z 11 września 2001 roku. Tam miała realną przyczynę, lecz przekazywane treści (np. sformułowania oś zła) budowały poczucie zagrożenia wobec czegoś, co jest dość abstrakcyjne i oddalone, lecz co równocześnie w mediach było kreowane jako realne. Mechanizm jest prosty: nastrasz, a potem powiedz, że tylko ty masz rozwiązanie.

Wykorzystywanie strachu innych do osiągania korzyści dla siebie, nie jest niczym nowym i nie powstało przy okazji terroryzmu.

Podobnie, jak rozgrzeszanie siebie kosztem innych. Nie każdy, jak jeden z moich ulubionych literackich bohaterów Atticus Finch myśli, że jedyna rzecz, jaka nie podlega przegłosowaniu przez większość, to sumienie człowieka. W poruszającej do głębi „Mszy za miasto Arras”, Andrzej Szczypiorski pokazał, jak łatwo to sumienie zgubić, jeśli chcemy się przeglądać w oczach innych. Gdy tytułową mieścinę nawiedza zaraza, mieszkańcy dokonują czynów, o które nigdy siebie nie podejrzewali. Kiedy sytuacja wraca do normy i trzeba się rozliczyć z nieludzkim zachowaniem, które miało miejsce, nie ma odważnego, który pokornie przyzna się do zbłądzenia.

Dla niektórych wstyd był czymś trudniejszym do zniesienia niż zaraza. Choć powszechne wybaczenie ogarnęło miasto i ludzie udawali, że nie stało się nic uwłaczającego ich czci, to jednak noce w Arras były niespokojne, pełne złych snów, rozpaczliwych wspomnień i upokarzających łez. Już wtedy Arras pragnęło oczyszczenia, już wtedy poszukiwało formuły, która byłaby wyjaśnieniem całego dramatu.

Rozwiązanie znajdują najprostsze z możliwych: trzeba wskazać winnego ich barbarzyńskich działań.

Znajdują zatem kogoś, kto i tak niekoniecznie cieszy się zaufaniem otoczenia, choć nic złego nie robi – mniejszość żydowską zamieszkującą obrzeża miasta. I voila! Jest winny, trzeba zatem pokazać swoją prawość i bogobojność, tępiąc go bezlitośnie za sprowadzenie na złą drogę niewinnych obywateli. Czyż mordowaliby się, zjadali nawzajem, okradali i gwałcili, gdyby nie diabelskie sidła, w które wpadli? W życiu! Miasto odzyskuje równowagę, sumienia są czyściutkie, bilety do nieba bram zarezerwowane, a tych kilkadziesiąt płonących stosów to tylko niewielki koszt, które trzeba ponieść dla publicznego rozgrzeszenia.

Kiedy myślę o tym, jak niewiele możemy dziś wiedzieć na pewno, jak wyselekcjonowane informacje do nas docierają, jak zmanipulowany jest przekaz medialny i jak łatwo ferowane wyroki, przypominają mi się słowa, które wypowiedział niemiecki pastor Martin Niemoller:

Najpierw przyszli po komunistów, ale się nie odezwałem, bo nie byłem komunistą. Potem przyszli po socjaldemokratów i nie odezwałem się, bo nie byłem socjaldemokratą. Potem przyszli po związkowców i znów nie protestowałem, bo nie należałem do związków zawodowych. Potem przyszła kolej na Żydów i znowu nie protestowałem, bo nie byłem Żydem. Wreszcie przyszli po mnie i nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną.

Felieton

O emancypacji pewnej Harley Quinn, o której nie musi dowiedzieć się Twoja córka

2 kwietnia 2020 / Agnieszka Jabłońska

Wybraliśmy się z mężem do kina na jeden z tych modnych filmów na bazie komiksów o Harley Quinn.

Lubię tę postać, moim zdaniem jest zabawna i świetnie łączy w sobie inteligentną i oczytaną psychiatrę z niebezpieczną psychopatką zdolną do najgorszych zbrodni. Opinie na temat filmu są podzielone, ale nie należą do najlepszych. 

Jest niedzielne przedpołudnie, siadamy w dużej kinowej sali. Nie ma wielu ludzi, co mnie wcale nie dziwi, bo film o  Harley Quinn grają już od jakiegoś czasu i spokojnie można powiedzieć, że załapaliśmy się na niego rzutem na taśmę. Obok nas siada rodzina ojciec z mamą, a pośrodku dziewczynka, która nie mogła mieć więcej niż 11 lat. 

Kojarzysz Harley Quinn?

Kojarzysz Harley Quinn? To jak się maluje, jak się ubiera i jaką nosi fryzurę? Widziałaś kiedyś, jak pije na umór, jak się przystawia do facetów i bije każdego, kogo popadnie? To jest film na bazie komiksów – możesz to sprawdzić. Margot Robbie dała tej postaci bardzo wiele – w moim odczuciu dzięki niej ta wariatka zyskała trzeci wymiar. Nie jest to postać pozytywna, żadna z niej superbohaterka, a już na pewno nie jest wzorcem dla dziewczynki. 

Kina dopasowują wyświetlane trailery filmów do tego, na jaki film się wybrałaś. Idziesz obejrzeć horror, czekają na Ciebie zwiastuny filmów z dreszczykiem, wybrałaś polski film spodziewaj się, że dowiesz się, co słychać w naszej rodzimej kinematografii. W to niedzielne przedpołudnie nawet trailery były zbyt brutalne, jak dla dziecka w połowie podstawówki. 

Na początku miałam jeszcze nadzieję, że może rodzice dojdą do wniosku, że pomylili seanse i po prostu wyjdą w trakcie. Myślałam, że może uznają, że jednak początkowe sceny wskazują, że nie jest to odpowiedni film dla ich córki, ale oni siedzieli dalej wpatrzeni w ekran. Podobnie jak mała dziewczynka pomiędzy nimi. 

Jeśli chcesz coś osiągnąć, musisz o to mocno walczyć

„Ptaki nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)” nie ma morału – dziewczynka, która kradnie, zyskuje super koleżanki i staje się prawą ręką Harley. Film pokazuje jedynie to, że jeśli chcesz coś osiągnąć, musisz o to mocno walczyć i przygotować się, że wszyscy faceci będą Ci rzucać kłody pod nogi. Musisz wziąć pod uwagę, że Twój ukochany nie doceni Cię i zostawi, a wtedy życie zmusi Cię, byś stanęła na własne nogi. To w sumie tyle. Nic więcej, nic głębiej. Aha, na koniec okradnij swoje przyjaciółki, bo one i tak sobie poradzą. Wątek śmierci rodziców – jest, brutalna zbrodnia – jest, skalpowanie twarzy i rzucenie skóry na podłogę – jest, łamanie nóg i kości – jest, bicie – również kobiet mocno po twarzy – jest, kradzież jedzenia z supermarketu – jest, złodziejka, która ma super fajne umiejętności – jest. 

Jakie wartości widzisz w tym filmie dla dziewczynki, która dopiero staje się nastolatką? Pewnie, filmy, które oglądamy, mogą być dla nas również rozrywką i nie zawsze musimy się z nich czegoś uczyć. Wydaje mi się jednak, że rozrywką dla dziewczynki w wieku 10-11 lat powinny być bajki, przyjemne filmy o przyjaźni (może ten z Harrisonem Fordem i psem?). Oferta kinowa jest obecnie szeroka – każdy znajdzie seans odpowiedni dla siebie. 

Seans się skończył, w jasnym świetle napisów końcowych przyglądałam się rodzicom. Ojciec porządnie uczesany, w eleganckich butach, płaszczu, okularach w cienkich oprawkach. Mama z burzą blond włosów, w płaszczu i botkach. Byli zadowoleni i zrelaksowani. Dziewczynka chętnie podążała z nimi do wyjścia. Szukałam jakiejkolwiek skazy, jakiegokolwiek znaku ostrzegawczego, który pokazałby, że z tymi rodzicami jest coś nie tak. I wiesz co? Niczego takiego nie znalazłam, ot, normalna rodzina w kinie, w niedzielę – oh, jak przyjemnie. 

Nie wiem, ile rozmów należałoby odbyć z dzieckiem, aby odkręcić w jej głowie to, co zobaczyła. To, co oglądała przez ostatnie dwie godziny. 

Oglądałam film, ale przez cały czas zastanawiałam się, czy czasy tak mocno się zmieniły? Czy poziom brutalności, która obecnie otacza nasze dzieci, musi rosnąć w tak zastraszającym tempie? Przecież ich psychika nie różni się niczym od psychiki ich dziadków, jest tylko mocno nadwyrężona i obciążona przez zbyt wiele bodźców. Przemoc i seks stały się czymś powszechnym i normalnym. 

Brakuje nam solidnej edukacji

Widzę ogromną lukę, brakuje nam solidnej edukacji. Nauczycieli, którzy oglądaliby te same filmy, co ich podopieczni. Rodziców, którzy chcieliby rozmawiać z nauczycielami o tym, na co warto zabrać dziecko do kina. Kin, które odmówią sprzedaży biletów na seans zbyt odważny i brutalny, jak na psychikę małego widza i rządu, który będzie spinał to wszystko klamrą rzetelnych i mądrych przepisów. Zbioru zasad, których nadrzędnym celem będzie mądra i dojrzała ochrona najmłodszych. Tymczasem w Polsce… 

Ministerstwo skutecznie próbuje zabronić edukacji seksualnej w szkole po to, żeby dzieci nie zeszły na złą drogę. Po to, żeby nie pytały o sprawy, o których usłyszą w filmach lub przeczytają w Internecie. Szkoły wprowadzają rygorystyczne regulaminy, zabraniają  malowania paznokci, włosów, używania podkładów. Historie o nauczycielkach, które wycierają uczennicom twarze wilgotnymi chusteczkami, powodując w ten sposób pogorszenie problemów z cerą i depcząc poczucie wartości nastolatków, nie należą do rzadkości. W Internecie wrze od głosów kobiet, które, jako młode dziewczyny były zupełnie inne, mantrą staje się zdanie „Bo ja w ich wieku…”. 

A rodzice zabrali w niedzielne przedpołudnie młodą dziewczynkę do kina na film o Harley Quinn, która postanowiła się wyemancypować. Dziewczyna ma makijaż, ufarbowane włosy, skąpe ubrania i robi, co chce, ma fantazję, jest bandziorką. Kto będzie fajny w oczach ich córki? Pan Kleks z Akademii, wiecznie nieobecni rodzice małego Mikołajka, biedny Kopciuszek, czy Bella, o których dowie się w szkole? 

Moim zdaniem Harley Quinn jest o wiele fajniejsza. A Ty, jak sądzisz?    

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo