Czasami mam taki kafkowski sen: uciekam po popełnionej zbrodni, nie do końca pamiętam jakiej, ale mam pełną świadomość, że jestem winna. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie uda mi się uniknąć kary i bardzo się boję. Odczuwam jednocześnie absolutną bezradność, impuls każe mi biec, ale wiem, że nie dam rady się schować. Jestem w tym śnie, jak zaszczute zwierzę, budzę się z dziko bijącym sercem i nie mogę złapać oddechu. Trochę czasu potrzebuję, żeby wrócić do stanu normalności i spokojnie zostawić koszmar za sobą.
A gdyby nie dało się tak zrobić?
Co w sytuacji, gdy stajesz się Józefem K. i po wielu uszczypnięciach okazuje się, że to nie sen? Widzisz wymierzone w ciebie palce, słyszysz „winny!” i nikt nie staje w twojej obronie? W takiej rzeczywistości budzi się Gina, bohaterka książki „Nieznana terrorystka” Richarda Flanagana. Znalazła się w nieodpowiednim miejscu, w złym momencie, to zdarza się przecież każdemu. Spędziła przyjemną noc z przystojnym nieznajomym, za którą zapłaci bardzo wysoką cenę. Nieznajomy okazuje się być poszukiwanym terrorystą, na którego władze Sydney nakierowują celownik po tym, jak na miejskim stadionie odkryte zostają ładunki wybuchowe. To jest dobry moment na ugranie czegoś dla siebie, nic zatem dziwnego, że wiele osób rzuca się na łakomy kąsek poruszającego opinię publiczną tematu. Dziennikarz, którego kariera podupada widzi już siebie odbierającego najważniejsze branżowe nagrody za swoje teksty, politycy przymierzają się do wyższych stołków, które tylko czekają na bohaterów zasłaniających własną piersią niewinnych obywateli przed bestialskimi zamachowcami.
A tam, gdzie są politycy, są też biznesmeni, dla których właściwe decyzje oznaczają więcej zer na koncie.
Żeby wszystkim się udało, trzeba tylko złapać winnego. A skoro ten uciekł, to wykreować nowego. I tutaj na scenę wkracza Gail, którą kamery monitoringu uwieczniły wychodzącą z mieszkania terrorysty. Zanim kobieta zorientuje się w sytuacji, wszystkie media pokazują jej zdjęcie jako groźnej i bezwzględnej morderczyni. Zaszczuta i przerażona Gail nie myśli logicznie. Boi się iść na policję, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostanie zastrzelona na pokaz. Nie ma w mieście rodziny, a jedyna przyjaciółka pomaga, dopóki nie zostanie osaczona przez rządne sukcesu służby.
Gail boleśnie odkrywa mechanizmy rządzące otaczającym ją światem. Ku swojemu przerażeniu zrozumiała, że tak, jak ona nigdy o nic nie dbała, nie zastanawiała się nad niczym i niczego nie kwestionowała, tak nikt nie będzie się przejmował ani zastanawiał nad tym, co o niej słyszał. Nie pomogła nikomu, jak może więc teraz oczekiwać, że ktoś pomoże jej? Czy niezliczeni widzowie nie zasypiali teraz w swoich salonach, obejrzawszy w telewizji opowieść o jej życiu, myśląc właściwie tylko tyle, że dotyczyła niewyraźnego zła, któremu przeciwstawiono niewyraźne dobro – wartości narodowe, narodowy styl życia, bezpieczeństwo narodowe – tak jak ona zapadała w drzemkę setki razy po podobnych reportażach informacyjnych, nie myśląc w ogóle o niczym? O niczym!
W „Tygodniku Powszechnym” Jarosław Ziółkowski tłumaczy opisany przez Flanagana mechanizm nazwany przez Zygmunta Baumana handlowaniem strachem: to socjotechnika polegająca na kreowaniu lęku. Powstała w Stanach Zjednoczonych po zamachach z 11 września 2001 roku. Tam miała realną przyczynę, lecz przekazywane treści (np. sformułowania oś zła) budowały poczucie zagrożenia wobec czegoś, co jest dość abstrakcyjne i oddalone, lecz co równocześnie w mediach było kreowane jako realne. Mechanizm jest prosty: nastrasz, a potem powiedz, że tylko ty masz rozwiązanie.
Wykorzystywanie strachu innych do osiągania korzyści dla siebie, nie jest niczym nowym i nie powstało przy okazji terroryzmu.
Podobnie, jak rozgrzeszanie siebie kosztem innych. Nie każdy, jak jeden z moich ulubionych literackich bohaterów Atticus Finch myśli, że jedyna rzecz, jaka nie podlega przegłosowaniu przez większość, to sumienie człowieka. W poruszającej do głębi „Mszy za miasto Arras”, Andrzej Szczypiorski pokazał, jak łatwo to sumienie zgubić, jeśli chcemy się przeglądać w oczach innych. Gdy tytułową mieścinę nawiedza zaraza, mieszkańcy dokonują czynów, o które nigdy siebie nie podejrzewali. Kiedy sytuacja wraca do normy i trzeba się rozliczyć z nieludzkim zachowaniem, które miało miejsce, nie ma odważnego, który pokornie przyzna się do zbłądzenia.
Dla niektórych wstyd był czymś trudniejszym do zniesienia niż zaraza. Choć powszechne wybaczenie ogarnęło miasto i ludzie udawali, że nie stało się nic uwłaczającego ich czci, to jednak noce w Arras były niespokojne, pełne złych snów, rozpaczliwych wspomnień i upokarzających łez. Już wtedy Arras pragnęło oczyszczenia, już wtedy poszukiwało formuły, która byłaby wyjaśnieniem całego dramatu.
Rozwiązanie znajdują najprostsze z możliwych: trzeba wskazać winnego ich barbarzyńskich działań.
Znajdują zatem kogoś, kto i tak niekoniecznie cieszy się zaufaniem otoczenia, choć nic złego nie robi – mniejszość żydowską zamieszkującą obrzeża miasta. I voila! Jest winny, trzeba zatem pokazać swoją prawość i bogobojność, tępiąc go bezlitośnie za sprowadzenie na złą drogę niewinnych obywateli. Czyż mordowaliby się, zjadali nawzajem, okradali i gwałcili, gdyby nie diabelskie sidła, w które wpadli? W życiu! Miasto odzyskuje równowagę, sumienia są czyściutkie, bilety do nieba bram zarezerwowane, a tych kilkadziesiąt płonących stosów to tylko niewielki koszt, które trzeba ponieść dla publicznego rozgrzeszenia.
Kiedy myślę o tym, jak niewiele możemy dziś wiedzieć na pewno, jak wyselekcjonowane informacje do nas docierają, jak zmanipulowany jest przekaz medialny i jak łatwo ferowane wyroki, przypominają mi się słowa, które wypowiedział niemiecki pastor Martin Niemoller:
Najpierw przyszli po komunistów, ale się nie odezwałem, bo nie byłem komunistą. Potem przyszli po socjaldemokratów i nie odezwałem się, bo nie byłem socjaldemokratą. Potem przyszli po związkowców i znów nie protestowałem, bo nie należałem do związków zawodowych. Potem przyszła kolej na Żydów i znowu nie protestowałem, bo nie byłem Żydem. Wreszcie przyszli po mnie i nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną.