Click it!
Change font size Change site colors contrast
Ciało

“Mamo, czy jestem gruby?” – pomóż dziecku rozwijać pozytywny wizerunek ciała

17 marca 2020 / Julia Piwowarczyk

Ostatnie kilkadziesiąt lat to coraz bardziej agresywne promowanie szczupłości.

Medialne wzorce piękna stały się mocno wyśrubowane, a ideałem rozmiaru damskiej odzieży stał się 36. W sklepach największy wybór ubrań jest w rozmiarach do 40. Niestety, nie wszyscy mają modelowe figury, a problem często zaczyna się już w dzieciństwie, bowiem „propagandzie XXS” ulegają zarówno rodzice, jak i dzieci. Niekiedy kończy się to dramatem.

Co zatem zrobić, gdy nasza pociecha wraca ze szkoły czy parku zabaw zapłakana, ponieważ koledzy i koleżanki stwierdzili, że wzrostem, wagą, czy w jakikolwiek inny sposób odstaje od grupy? Jak pomóc naszemu dziecku budować pozytywny wizerunek ciała i ignorować kąśliwe komentarze?

Czym jest body shaming?

Body shaming (z angielskiego – body – ciało, oraz shame – wstyd) to określone zachowania i działania, zmierzające do upokorzenia, zawstydzenia lub ośmieszenia drugiej osoby z powodu jej wyglądu. Jest to również wyrażenie oczekiwania, że każdy człowiek powinien wyglądać doskonale, a przede wszystkim być szczupłym. Nie jest prawdą, że zjawisko to dotyka jedynie kobiet z nadwagą. Przypomnijmy sobie, czy w dzieciństwie nie słyszeliśmy z ust naszych rodziców czy dalszej rodziny uwag, które w ich mniemaniu były oznaką troskliwości, a nas doprowadzały do rozpaczy: jedz więcej, bo wyglądasz jak kościotrup i powiedzą, że cię głodzimy, albo odwrotnie: nie jedz tyle, bo jesteś gruba i zostaniesz starą panną. 

Podobne, choć zdecydowanie bardziej kąśliwe uwagi dziecko może usłyszeć z ust rówieśników już na etapie wczesnoszkolnym. Niekiedy te przytyki odnoszą się nawet do budowy anatomicznej (na którą przecież nie mamy wpływu): ale masz krzywe nogi (odstające uszy, krótkie ręce, kwadratową twarz, itp.). Wszystko to ma wpływ na  samoocenę człowieka, która po latach wytykania mniej lub bardziej prawdziwych niedoskonałości jego ciała może ulec obniżeniu nawet do stanu zaburzeń psychicznych.

Depresja i anoreksja

Krzywda, doznana od najbardziej kochanych osób – a w dzieciństwie są to rodzice – boli najbardziej. Z jednej strony wpajamy dziecku, że rodzice zawsze chcą dla niego dobrze, a z drugiej komentujemy w przykry dla niego sposób jego wygląd. Dziecko w tym momencie ma ogromne poczucie krzywdy, bo oto oczekuje akceptacji i bezpieczeństwa, a dostaje coś zupełnie przeciwnego. Jeżeli takie sytuacje będą się powtarzać, zaczną się pojawiać kompleksy, z czasem prowadzące do niskiego poczucia własnej wartości.

Czytelniczka napisała do redakcji czasopisma list, w którym opisała swoją historię. Była w dzieciństwie niejadkiem. W szpitalu podawano jej sterydy, po których nabrała apetytu, a rodzina nie ograniczała jej dostępu do jedzenia, gdyż lekarze nie uprzedzili ich o skutkach ubocznych. Zaczęła gwałtownie przybierać na wadze. No i pojawiły się komentarze: rodzice szczupli, a dziecko grube. Przesuń się, bo mi świat zasłaniasz. Rozmiar 52? Nie, dla takich grubasów nie ma…

Obecnie 31-letnia czytelniczka przez wiele lat bała się wychodzić z domu, nabawiła się też głębokiej depresji. Boi się szukać pracy w obawie przed odrzuceniem ze względu na otyłą sylwetkę. Przestała chodzić do lekarzy, bo nawet psychiatra, który zajmował się nią w depresji, nie akceptuje jej „dużego” wyglądu.

Tymczasem depresja, niska samoocena, oraz lęki są częstymi powodami popadnięcia w kolejną chorobę – anoreksję. Anoreksja (inaczej jadłowstręt) jest, podobnie jak depresja, chorobą psychiczną, choć narosło wokół niej sporo stereotypów, m.in. że wystarczy normalnie jeść, a wszystko wróci „na miejsce”. Niewykluczone jednak, że czytelniczka, o której mowa, zapadnie na anoreksję i bynajmniej nie będzie to dla niej zbawieniem. Wyleczenie anoreksji jest bowiem wyjątkowo trudne i niekiedy wymaga wielu lat terapii.

W wielu wypadkach anoreksji sprzyja nadopiekuńczość rodziców; młody człowiek za wszelką cenę chce uzyskać autonomię, a utrudnienia związane z nadmierną opiekuńczością prowadzą do zaburzeń. Oprócz tego wspomniane już lansowanie w mediach modelu „jedynie słusznej” szczupłej sylwetki i łączenie jej z osiągnięciem sukcesów życiowych może u osoby z niskim poczuciem własnej wartości przekształcić się w obsesję na punkcie wyglądu, aż w końcu doprowadzić do anoreksji.

Jak przeciwdziałać?

Troszcząc się o dobrostan naszego dziecka trzeba dbać nie tylko o potrzeby jego ciała, ale także psychiki. Dlatego warto zwrócić uwagę na kilka szczegółów, które zazwyczaj uchodzą naszej uwadze, ale dzieci, będąc znakomitymi obserwatorami, doskonale je zapamiętują.

  • Obserwując w lustrze własne ciało i ewentualne jego niedostatki, nie narzekajmy głośno na nadmiar sadełka, wystający brzuch, itp. i nie utyskujmy, że nie mamy co na siebie włożyć, bo we wszystkim wyglądamy źle z nadwagą. Dziecko przyjmie to do siebie i nawet, jeżeli samo podoba się sobie w lustrze, będzie uważać, że jest to naganne, a o ciele powinno się mówić negatywnie (bo przecież mama i tata zawsze mają rację)
  • Budujmy dobrą samoocenę u dziecka, podkreślając pozytywne strony nie tylko własnego ciała, ale także własnego zachowania i działań. Jeżeli idziemy na basen, to dlatego, że lubimy pływać, a nie wyłącznie dlatego, że chcemy zrzucić nadwagę. Jeżeli jemy więcej warzyw, to nie dlatego, że jakaś znana pani z czasopisma powiedziała, że nie tuczą, ale dlatego, że zawierają witaminy i minerały, które pomogą nam zdrowo żyć. Jeżeli idziemy do kina na głośny film, to dlatego, że chcemy go obejrzeć, a nie tylko dlatego, że znajomi nam powiedzieli, że jest wyjątkowo dobry. Takie właśnie drobne elementy myślowe budują nasz pozytywny wizerunek we własnych oczach. Dzieci to widzą i starają się nas naśladować
  • Szczególnie ważne jest podejście do dziecka w okresie jego dojrzewania, zarówno dziewczynki, jak i chłopca. Dziecko może cierpieć z powodu np. trądziku młodzieńczego, zmian kształtu sylwetki, niezbornych ruchów. Konieczne jest wsparcie nastolatka w trudnym dla niego okresie i uświadomienie mu, że są to sprawy przejściowe i każdy człowiek przez to przechodzi. 
  • Dobrze jest dyskutować z dzieckiem o medialnym kulcie szczupłości i przekazie, że kariera życiowa uwarunkowana jest szczupłą sylwetką. Trzeba wytłumaczyć, że budowa ciała jest cechą genetyczną i to, że ktoś jest szczupły, czy też ma tendencje do tycia, nie w pełni zależy od niego samego. Oczywiście ważny jest sposób odżywiania i tryb życia, ale nie można koncentrować się wyłącznie wokół idealnego wyglądu, bo po prostu szkoda na to życia. Starajmy się prowadzić różnorodną, urozmaiconą kuchnię. Przygotowywane posiłki powinny być zdrowe, ale również smaczne i ładnie podane.
  • Będąc przy posiłkach – zrezygnujmy z wykorzystywania jedzenia, głównie słodyczy czy przekąsek, jako sposobu na nagradzanie bądź karanie naszej pociechy. “Byłeś niegrzeczny na urodzinach babci, więc nie kupimy dzisiaj czekoladowego jajeczka z zabawką”, albo “dostałaś piątkę z kartkówki, więc możesz dzisiaj zamówić sobie na wieczór pizzę!” – tego typu pozornie niewinne zachowania umocnią w naszym dziecku przekonanie, że odniesienie sukcesu czy porażki nierozerwalnie łączy się z jedzeniem. Z tego powodu w okresie dorastania młody człowiek może sam zacząć nagradzać i karać się, nagminnie sięgając po słodycze, bądź też przeciwnie, odmawiając sobie jedzenia.
  • Nauczmy dziecko, że nikogo nie wolno oceniać po jego wyglądzie. Każdy człowiek jest inny, różnimy się od siebie i wszyscy bez wyjątku wymagają szacunku, niezależnie od wagi, wzrostu, koloru skóry, oczu czy włosów. Zachęćmy dziecko do zadawania pytań, jeśli czegoś nie rozumie i starajmy się jak najdokładniej wyjaśnić problem, oczywiście biorąc pod uwagę możliwości percepcyjne dziecka w danym wieku.
  • Nie bójmy się walczyć o dobro naszego dziecka, gdy spotyka je krzywda ze strony innych. Jeśli to jednorazowa sytuacja – odpuśćmy. Jeśli natomiast do nagannych zachowań ze strony rówieśników naszej pociechy dochodzi częściej – działajmy. Porozmawiajmy z rodzicami dzieci odpowiedzialnych za obraźliwe komentarze, a jeśli do hejtu dochodzi w szkole – również z wychowawcą. Na chłodno i spokojnie przedstawmy nasze racje i oczekiwania, jednocześnie nie grożąc sądami i nie histeryzując – dzięki temu nie wyjdziemy na przewrażliwionego rodzica, który “nie ma prawdziwych problemów”.

Przede wszystkim jednak, jeśli mimo wszystko nasze dziecko poczuje się niekomfortowo samo ze sobą – nie bagatelizujmy tego słowami „przejdzie ci” “bzdury gadasz, i tak nic nie jesz” czy „to się czymś zajmij”. To jest sygnał, że dziecko potrzebuje naszej pomocy i psychicznego wsparcia. Okazanie zainteresowania, rozmowa, a nawet zwykłe przytulenie mogą sprawić, że trudne emocje zejdą na dalszy plan. Pomóż dziecku rozwijać pozytywny wizerunek ciała. 

***

O autorce:

Julia Piwowarczyk – blogerka skupiająca się w swoich postach na tematyce zdrowotnej, ze szczególnym uwzględnieniem zdrowego odżywiania oraz uprawiania sportów. Aktualnie, Julia pisze dla cateringu dietetycznego Wygodna Dieta – ekspertów w dziedzinie tworzenia zdrowych i zbilansowanych diet.

 

 

Ciało

Wstyd wynosi się z domu

16 listopada 2020 / Monika Pryśko

Siadamy w fast foodzie na dworcu w Gdyni i rozmawiamy o wstydzie.

Setki osób w ciągu godziny mija nasz stolik, totalnie ignorując fakt, że mowa o kobiecych delikatnych emocjach, o kobiecym ciele. Rozmawiamy o intymności w miejscu, gdzie o nią trudno. Ale za to łatwiej o szczerość. W końcu nikt oprócz mnie nie słyszy...

Skąd ten wstyd dotyczący ciała? Aga mówi, że wstyd wynosi się z domu. Od zawsze słyszała, że brudów nie pierze się publicznie. Że intymne sprawy załatwiamy w domu. To kwestia wychowania. 

Czym innym jest mówienie – mój mąż jest alkoholikiem. A czym innym – coś mi wychodzi między nogami!

Ta rozmowa jest o wstydzie.  

 

________________________________________

 

Nie pamiętam, bym kiedykolwiek rozmawiała z moją mamą o tym, czym jest srom czy pochwa. W naszym domu się o tym nie mówiło. Gdy w liceum chciałam iść do ginekologa, bo moje koleżanki już były, usłyszałam: a po co ci? Zawracanie głowy! Idź, jak będziesz
w ciąży!

Pierwszy raz byłam u ginekologa w wieku 24 lat. Bardzo się wstydziłam. Wstyd było mi mówić o ,,tych sprawach’’. Potem poszłam, gdy zaszłam w ciążę. Miałam 27 lat. 

W szpitalu był nacisk na poród naturalny. To było moje pierwsze dziecko, zdałam się na wiedzę lekarzy. Zdecydowali, że mogę rodzić siłami natury. Dziecko było duże, nie zdążyli naciąć krocza i mnie prawie rozerwało.

Gdy poszłam do lekarza na kontrolę pokazując ,,takie małe pęknięcie’’, złapał się za głowę. Małe? Pęknięcie III stopnia? Od 20 lat jestem ordynatorem w szpitalu i taka sytuacja zdarzyła mi się trzy razy. 

Zbadał mnie i mówi – to, co jest na zewnątrz, to wierzchołek góry lodowej. Jest pani tak porozrywana, że w środku wszystko jest zniszczone.

Zapytał, jak to możliwe że w XXI wieku doszło do czegoś takiego?

Nie wiem.

Odpowiedziałam, że dobra, trudno… 

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co mnie czeka.

Zapytał, czy mam nietrzymanie moczu. 

Skądże, panie doktorze!

A nietrzymanie kału?

Ja? Skąd!

To prędzej czy później będzie pani miała takie dolegliwości.

A ja, cała czerwona ze wstydu, pomyślałam, że jakoś to będzie.

Nie minął nawet rok, a ja znowu byłam w ciąży. 17-18 tydzień – wstaję i czuję, że ,,coś’’ ze mnie wychodzi. Jezus, Maria, to chyba dziecko! To była moja pierwsza myśl. Miałam niemal 30 lat, a taka właśnie była moja świadomość własnego ciała.

Pojechałam do szpitala i usłyszałam, że to niemożliwe. Ja na to, że coś tam jest, przecież czuję! Na co pani pielęgniarka dzwoni do lekarza mówiąc głośno na cały korytarz: przyszła pani, która twierdzi, że coś jej zwisa między nogami i że to jej dziecko wychodzi!  

Wstyd w skali od 1 do 10? 10.

Lekarz podczas badania spojrzał na mnie i powiedział: to nie dziecko, tylko śluzówka. Nie zna pani swojego ciała?

Szyjka zaczęła się skracać wraz ze wzrostem dziecka i to, co zostało rozerwane przy pierwszym porodzie, zaczęło wychodzić na zewnątrz. Założono mi wtedy specjalny pierścień na szyjkę macicy, by jeszcze bardziej się nie obniżyła. Już i tak była za nisko.

Zapytałam wtedy, czy konsekwencje pierwszego porodu, czyli pęknięte krocze, będą miały negatywny wpływ na drugi poród. Nie, nie, nie. Nie ma co o tym myśleć, może pani urodzić naturalnie. Jestem realistką, nie „cackam się” ze sobą. Skoro mogę, to mogę. Córka ważyła 4800 g. Urodziłam siłami natury. 

Lekarz po wszystkim stwierdził, że powinna być cesarka. Ale według USG córka miała ważyć maksymalnie 4300 g. Skoro więc pierwsze dziecko było duże, to tym bardziej drugie dam radę urodzić. 

Było coraz gorzej. Wszystkie mięśnie były osłabione, przecież nie zdążyły się zregenerować po poprzedniej ciąży. Były takie sytuacje, gdy musiałam iść do toalety i ,,to’’ sobie ,,tam’’ wepchnąć. Czy czułam się kobieco? Nie. Wkładki, podpaski każdego dnia, w razie czego. Obcisłe spodnie i kontrola przed lustrem – czy nic nie widać.

Myślałam, że po prostu muszę do tego przywyknąć. Gdy bolał mnie brzuch, myślałam, że tak ma być. Ból podczas schylania się czy podczas zwykłych codziennych aktywności wydawał się naturalny, w końcu urodziłam naturalnie bardzo duże dzieci. 

Ale nie można tak żyć. Rok temu kupiłam sobie skakankę. Raz podskoczyłam i musiałam wracać do domu zmienić ubranie. 

Przez tych kilka lat odwiedziłam wielu lekarzy. Praktycznie każdy z nich mówił, że faktycznie jest problem, ale jestem za młoda na operację. W tym wieku takich zabiegów się nie robi. Takie problemy, jak miałam ja, mają kobiety dwa razy starsze ode mnie lub młodsze, ale wstydzą się o tym mówić. No bo jak obcej osobie przyznać się do nietrzymania moczu, czy do tego, że „pochwa wychodzi na zewnątrz”? To nie pasuje do obrazu współczesnej młodej mamy. Bo te korzystają z życia, uprawiają sporty, wrzucają na Instagram sałatkę z jarmużem. A ja? Siedzę na kanapie lub czekam na ławce na placu zabaw, bo przecież nie podbiegnę, nie podskoczę. Boję się kichnąć, bo nie dość, że się zsikam, to jeszcze mnie to boli.

Dopiero ostatni lekarz, do którego poszłam, upewnił mnie, że wcale nie muszę się tak męczyć. To, co mnie najbardziej zszokowało to fakt, że ów lekarz pogratulował mi odwagi  i obiecał pomóc.

Osłabione mięśnie dna miednicy. Wszystkie kobiety w mojej rodzinie miały ten problem  i potrzebna była operacja. Ale po 50-tce, a nie po 30-stce. Gdy mówiłam mojej mamie o swoich dolegliwościach, mówiła – co ty wymyślasz, jesteś za młoda. Z tym, że urodziłam duże dzieci, co zdecydowanie pogorszyło sprawę.

Przed operacją wykonałam kilka badań. Kolposkopię, bo na szyjce pojawiła się „zmiana” oraz badanie urodynamiczne, które uwidoczniło skalę problemu – obniżona macica przycisnęła pęcherz i nie opróżniał się do końca. Stąd bóle brzucha, ciągłe parcie na mocz.

Dodatkowo przepuklina – jelita zeszły do pochwy. Konsekwencje mogłyby być bardzo poważne.

Ale żaden lekarz mi wcześniej tego nie powiedział. Żaden nie ostrzegł – dziewczyno, powinnaś iść na operację! Zrób ze sobą porządek, korzystaj z życia! Dopiero ostatni mój lekarz przyznał, że z takimi dolegliwościami przychodzą do niego kobiety po 50-tce, gdy już nie mogą chodzić, bo wszystko mają na wierzchu. Zapytał mnie, na co jeszcze czekam. Jestem matką, która zamiast jeździć z dzieciakami na rowerze, będzie grzała ławkę
w pampersie.

Najgorzej było powiedzieć lekarzowi pierwszy raz, potem już machina ruszyła. Okazało się, że to, co dla mnie było powodem do wstydu, dla lekarza jest codziennością, kolejnym przypadkiem. A ja musiałam się przełamać, by się „przyznać”, tak jakbym zrobiła coś złego. Bo przecież to „wstyd” opowiadać o TAKICH rzeczach obcemu facetowi – tak by to widziała moja mama, która do ostatniej chwili zwlekała z przyznaniem się do tego lekarzowi. Kwestia wychowania.

Seks? Wszystko mnie bolało. Łzy leciały, a ja miałam w głowie myśl, że muszę odwalić ten małżeński obowiązek dla świętego spokoju. Wstyd mi było przyznać, że coś ze mną jest nie tak. Wstydziłam się powiedzieć mężowi. Żeby nie pomyślał, że jestem stara i zużyta. Bałam się, że zaraz sobie kogoś znajdzie. Że też widzi te piękne kobiety na Instagramie. Te, które swobodnie podbiegają do autobusu, wskakują na schody, podnoszą dzieci do góry. A ja ciągle zmęczona i zniechęcona. Bo się wstydziłam przyznać, że mnie boli.

Wszystko się zmieniło, gdy po poszłam do pracy, 3 lata temu. W domu moje dolegliwości nie przeszkadzały mi aż tak bardzo. 

A tam? Zaproszenie na siatkówkę, na rower, wspólne wyjścia na fitness, bieganie. Byłam już tak zmęczona wymyślaniem wymówek… 

Powiedziałam mężowi o wszystkim. Rzucił – na co czekasz? Ja zostaję z dziećmi, a ty zadbaj o siebie. Niczym się nie przejmuj.

Dziś minęło prawie pół roku od operacji. Mam 35 lat, jestem mamą dwójki dzieci. Na urodziny dostałam od męża rolki. Jeżdżę razem z córką. To nasz czas i wspólna pasja. Skakanka już nie kurzy się w szafie. Biegam i ćwiczę. Koncerny „podpaskowe” wspieram tylko w „te” dni. 

Cieszę się sobą, dziećmi, rodziną, życiem. 

 

Skala wstydu

W szpitalu przed operacją w badaniu uczestniczyło z 10 osób. Sami faceci. Lekarz robi USG i mówi: no tutaj widzimy obecność w pochwie kulek kałowych. I wszyscy z zaciekawieniem zerkają w monitor USG i na mnie, a ja czuję, jak grzeje mnie czerwień moich policzków.

Wstyd w skali od 1 do 10? 10.

Kobiety to jednak mają przerąbane. Człowiek by chciał być subtelny, tajemniczy, kobiecy…
a tu głośne i wyraźne kulki kałowe. 

I kręcenie głowami z politowaniem: jak pani mogła tak długo z tym chodzić?

A to przecież lekarze przez kilka lat twierdzili, że jestem za młoda na operację!

Czy można być za młodym na choroby? One po prostu się zdarzają, bez względu na wiek.

Wtedy ordynator, który nie chciał słyszeć o operacji, przyznał, że trzeba mi pomóc. No w samą porę! Niedługo żołądek wyszedłby mi przez pochwę.

Decyzja – plastyka pochwy połączona z założeniem taśmy TVT na pęcherz. Usunięto mi nadmiar śluzówki, który wystawał na zewnątrz. Okazało się również, że nie zagoiły się do końca rany po pierwszym porodzie, na nowo rozcinano krocze i szyto. Usunięto przepuklinę w pochwie.

W szpitalu spędziłam niecały tydzień, potem miesiąc w domu, głównie leżąc i stojąc. Na siedzenie przyszedł czas po około dwóch tygodniach. Całkowite wygojenie po operacji to około 8 tygodni. Do końca życia mam zakaz dźwigania, ale powoli wracałam do normalnego trybu życia. Miesiąc na L4. Warto było.

 

Trauma to jednak polski standard. 

Gdy urodziłam pierwsze dziecko, zalecono mi dietę płynną. Przyjeżdża pani z obiadami, a ja byłam taka głodna po wyczerpującym porodzie! Wtedy słyszę – pani nic nie dostanie, bo pani ma dietę płynną, a nikt mi tego nie zgłosił, bo pani urodziła po 9:00.

Halo, czy tu Leśna Góra?

Teraz po operacji leżałam w sali z czterema kobietami. Wchodzi lekarz, zdziera kołdrę, koszula do góry. Każdy zagląda, komentuje. Jak bardzo niekomfortowo można się czuć? Czasem brakuje skali. Czy to już przemoc ginekologiczna? 

Właśnie wtedy przestałam się wstydzić. Było mi wszystko jedno. Bardziej wstydziłam się iść do lekarza poprosić o pomoc niż później w tym szpitalu, gdy wyłam o morfinę po operacji.

Z czego to się bierze, że kobiety tak bardzo się wstydzą? Boimy się, że to nasza wina. Gdy boli, piecze, swędzi, myślimy, że zaraz ktoś spojrzy na nas jak na brudasa. Boimy się surowej oceny.  

 

Niespodzianka dla męża

Mąż, po pierwszym porodzie, ocenił: tam jest tyle miejsce, że wszystko można wsadzić.  Po takim komentarzu można sobie co najwyżej wsadzić kulkę w łeb. 

A lekarz po operacji: założyliśmy taki dodatkowy szew dla męża, żeby było ciaśniej. Czy ktoś mnie pytał o zdanie? Czy ja jestem stworzona tylko po to, by dawać facetowi przyjemność? 

Leżysz obolała. Ratujesz swoje zdrowie i życie. Ale nadal jesteś obiektem seksualnym. 

Wiesz, jaki obrazek człowieka wysłała w kosmos NASA? Mężczyzna z pełnym pakietem – penis i jądra. A kobieta? Z literką V między nogami. A potem kobiety idą do lekarza i nie wiedzą, co je boli. Nie wiedzą, gdzie pokazać i jak nazwać ,,to tam’’. 

Bo od zawsze się wstydziły. 

Dlatego rozmawiajmy z naszymi dziećmi, nie tylko z córkami. Wychowujmy świadome pokolenie, otwarcie mówiące o tym, co im dolega, świadome swojego ciała i swoich praw. 

 

________________________________

 

Wstyd jest z nami codziennie. Boimy się praktycznie wszystkiego. Boimy się iść do lekarza, bo może coś znajdzie? Boimy się porozmawiać z mężem, bo może coś sobie pomyśli? Boimy się zareagować, bo co będzie, jeśli… Wstydzimy się zapytać, bo boimy się konfrontacji i własnej niewiedzy.

Bo takie właśnie jesteśmy, często zapominamy o sobie, troszcząc się o innych. 

Chodzi o Ciebie. Nie ma drugiej ważniejszej na ziemi osoby, niż Ty. Zdrowy egoizm? Nazwij to, jak chcesz.

Agnieszka spotkała się ze mną, żeby powiedzieć głośno, że warto postawić na siebie. Że zawsze jest wyjście z sytuacji, tylko trzeba być zdeterminowanym, by je znaleźć. Że w sytuacji, gdy chodzi o nasze zdrowie i dobre samopoczucie, nie wolno się wahać. Trzeba okiełznać wstyd i działać. 

Więc działajmy – dla siebie. Teraz.

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo