Change font size Change site colors contrast
Styl życia

W poszukiwaniu straconego Mikołaja

5 grudnia 2017 / Marta Osadkowska

Pamiętacie ten brutalny moment, gdy ktoś wam uświadomił, że Święty Mikołaj nie istnieje?

Mnie to zrobił starszy brat. Miałam siedem lat, pisałam list, z wielkim zaangażowaniem ozdabiając go rysunkami gwiazdek i prezentów, śląc pozdrowienia dla Pani Mikołajowej i uściski dla elfów. Jako, że były to dawne czasy, gdy niczego w sklepach nie było, lista życzeń jawiła się krótka i treściwa. Wiadomo, że zabawki...

Pamiętacie ten brutalny moment, gdy ktoś wam uświadomił, że Święty Mikołaj nie istnieje?

Mnie to zrobił starszy brat. Miałam siedem lat, pisałam list, z wielkim zaangażowaniem ozdabiając go rysunkami gwiazdek i prezentów, śląc pozdrowienia dla Pani Mikołajowej i uściski dla elfów. Jako, że były to dawne czasy, gdy niczego w sklepach nie było, lista życzeń jawiła się krótka i treściwa. Wiadomo, że zabawki to można było oglądać przez szybę w Peweksie, a nie pod własną choinką.

Wtedy przyszedł mój brat i bezlitośnie wyśmiał moje wysiłki drwiąc, że powinnam rozpocząć: „Drogie Nic”, bo Mikołaja nie ma. Do dzisiaj te okrutne słowa pamiętam. Wyryły w moim małym serduszku dziurę, która przypominała o swoim istnieniu co roku, gdy z głośników w sklepach zaczynały płynąć kolędy. Czyli z każdym rokiem coraz wcześniej.

Aż przyszedł taki moment, gdy uznałam, że trzeba ten temat raz na zawsze wyjaśnić. Czy ON jest, czy GO nie ma.

Bo są tacy, co twierdzą, że to bujda z tym uważaniem GO za wymysł. Bo ON jest, a jakby tego było mało, bardzo jest fajny i wesoły. Spakowaliśmy zatem ciepłe kalesony i wyruszyliśmy na Biegun Północny, żeby przekonać się na własne oczy. Bo to jest jednak kwestia zasadnicza.

Już lotnisko w Rovaniemi nie pozostawia wątpliwości, że jesteśmy we właściwym miejscu. Santa’s Official Home Airport pełne jest reniferów, choinek, prezentów i wesołych elfów. A dla tych, którzy jeszcze nie mają pewności, wisi wielki banner: WE LOVE CHRISTMAS, z dopiskiem kiss here i jemiołą. To jest najfajniejsze lotnisko na świecie! Ogrzewamy się w tej świątecznej atmosferze czekając na bagaże i gromadząc ciepło, bo zaraz czeka nas zderzenie z zimą w Laponii. Dwie pary kalesonów po spodniami, wielkie ciepłe buty, trzy bluzy pod kurtką – ruszamy do hotelu. Czeka w nim na nas informacja, że ponieważ w nocy temperatura spada do minus 40 stopni, obsługa prosi, żeby nie zakręcać kranów, bo inaczej woda w rurach zamarza. Jako zdeklarowany zmarzluch poddałabym się w tym miejscu, gdyby nie fakt, że przyświecał nam ważny cel. Muszę Go zobaczyć na własne oczy, dotknąć i pociągnąć za brodę, albo raz na zawsze upewnić się, że jest tylko grubą ściemą i odpuścić temat.

Rano zakładamy na siebie kilka warstw odzieży pod specjalne kombinezony, smarujemy się kremami na zimę i wskakujemy na skutery.

Jest to przeżycie prawdziwie magiczne: jechać po śnieżnej krainie, gdzie po horyzont pusto, biało i mroźnie. Finlandia jest krajem pełnym dzikich przestrzeni i lasów, na których Pani Zima ma okazję się popisać. I wykorzystuje to z pełną mocą. Skutery mają podgrzewane rączki przy kierownicy, co zdecydowanie uprzyjemnia jazdę.

Zanim odwiedzimy główny cel naszej podróży, po którym możemy już nigdy nie być tacy sami, chcemy zobaczyć kilka miejsc. Najpierw odwiedzamy hodowlę psów Husky i próbujemy swoich sił w powożeniu zaprzęgiem. Nie jest to łatwe, bo o ile psy świetnie wiedzą, co robić, to my niekoniecznie. Na szczęście mądre zwierzaki czują, gdy woźnica spada, zatrzymują się i cierpliwie czekają, aż wygramoli się ze śniegu i wróci na swoje miejsce. Jeśli przewracają przy tym oczami, to dyskretnie. Upadki nie są bolesne, amortyzuje je kilka warstw grubej odzieży. Pieski są śliczne, a ich siła godna podziwu. Poznajemy właścicieli hodowli, którzy pokazują nam, w jakich warunkach mieszkają Husky i opowiadają o ich codziennych rytuałach. Mam duże wymagania w kwestiach związanych z hodowlą zwierząt i ich traktowaniem, ale tutaj nie mam zastrzeżeń. Wszystkie zwierzaki są zadbane i zaopiekowane, a choć jest ich kilkadziesiąt, nikomu nie mylą się ich imiona.

Po małych czworonogach, czas na nieco większe: święte renifery.

Nazywam je tak, bo są w Finlandii prawdziwym przyjacielem i zbawieniem dla człowieka. Służą jako siła pociągowa, najlepsza przy tych warunkach atmosferycznych. Co podoba mi się mniej, są też „dostawcami” mięsa i ciepłych skór. Mogę uważać to za barbarzyństwo, ale prawda jest taka, że bez tych zwierząt ciężko byłoby przetrwać Lapończykom. Doceniają to, traktując zwierzęta z szacunkiem i sympatią. Renifery są przesympatyczne i ciekawe nowych ludzi, wciskają nosy w nasze kurtki szukając smakołyku albo zaczepiają nas swoimi rogami. Wybieramy się na krótką przejażdżkę saniami ciągniętymi przez te zwierzęta, ale nie wspominam jej najlepiej. Jest bardzo, bardzo zimno i siedzenie w tej temperaturze bez ruchu, nawet pod najcieplejszym kocem, odmraża aż do kręgosłupa. Jeśli jednak komuś tęskno do królewskiej podróży w zimowej krainie, to tutaj na pewno poczuje się spełniony.

Kolejne kroki w wielkich śniegowcach kierujemy do Kemi.

To port morski nad Zatoką Botnicką, z którego wyruszają lodołamacze. Dojeżdżamy do jednego z nich na skuterach śnieżnych. Kiedy sobie człowiek tak jedzie i nagle pomyśli, że pod tą twardą nawierzchnią jest nie ziemia, ale głęboka, lodowata woda, to trochę się w głowie może zakręcić. Pędzimy po Bałtyku, aż na horyzoncie pojawia się wielki lodołamacz.

 

I choćby przyszło tysiąc atletów

I każdy zjadłby tysiąc kotletów,

I każdy nie wiem jak się wytężał,

To nie udźwigną, taki to ciężar – kołacze w mojej głowie na jego widok.

 

Wsiadamy na pokład i ruszamy w głąb zatoki, patrząc jak gruby lód ustępuje przed dziobem statku. Widok ten robi duże wrażenie, tym przyjemniejsze dla oka, że można je oglądać popijając gorącą herbatę. Nabieramy mocy przed kolejnym wyzwaniem – pływaniem w Morzu Bałtyckim. W lutym. Daleko od brzegu. Ciekawość we mnie silniejsza niż strach, więc zgłosiłam chęć podjęcia takiej próby. Na swoje ubrania dostałam do założenia wielkie, czerwone wdzianko: grube i sztywne, trzymające ciepło. Wygląda się w nim śmiesznie, poruszać też się ciężko. Wejść do przerębla i położyć się na wodzie pomaga pracownik lodołamacza. Tutaj spotkało mnie miłe zaskoczenie: spodziewałam się lodowatej wody, a tymczasem… robi ona wrażenie ciepłej! Choć obiektywnie zimna, jest jednak cieplejsza od powietrza, więc leżenie na niej jest całkiem przyjemne. Nigdy nie sądziłam, że wykąpię się kiedykolwiek w przeręblu, a tu proszę.

W Kemi odwiedzamy jeszcze Snow Hotel.

Zbudowany jest on w całości ze śniegu i lodu, to największa tego typu budowla na świecie. Co rok jest przebudowywany od nowa i za każdym razem ma inny temat przewodni. W roku naszych odwiedzin były to sporty zimowe. W hotelu są restauracje, kaplica, w której można wziąć ślub, jeśli tylko zaplanuje się go z dużym wyprzedzeniem i pokoje hotelowe, w tym apartamenty dla nowożeńców. Spanie w wielkim igloo przerasta moje możliwości, poza tym pokój, podobnie jak kaplicę, trzeba rezerwować długie miesiące wcześniej. W środku jest oczywiście zimno, bo żadne ogrzewanie nie wchodzi w grę. To zdecydowanie przygoda dla lubiących mróz.

Po obejrzeniu i doświadczeniu interesujących nas atrakcji w Finlandii, wyruszamy do Rovaniemi, szukać Świętego Mikołaja.

I nie będę ukrywać: cieszymy się jak małe dzieci. Wioska jest urocza, rozświetlona kolorowymi lampkami, zapraszająca kolędami i dźwiękiem dzwoneczków. Wszystko tu jest! Przed wejściem stoi ogromny bałwan, w zagrodzie brykają renifery, a między gośćmi uwijają się zapracowane elfy. Pachnie cynamonem i piernikami, jest ciepło i przytulnie. I od wejścia czuć, że tutaj coś, KTOŚ, jest. Oglądamy ogromne ilości listów, które Mikołaj dostaje co roku, posegregowane na kraje nadawców (Polska w czołówce w kategorii „ilość”), podziwiamy fabrykę zabawek i pamiątki w sklepiku, ale myślami jesteśmy gdzie indziej. Niecierpliwie czekamy na naszą kolej, żeby wejść do JEGO pokoju. Elfy pilnują, żeby wchodzić po kolei, żeby każdy miał okazję ze Świętym spokojnie pogadać. Przyznam od razu: nasz sceptycyzm już dawno przestał istnieć, z pierwszymi nutami kolęd, które dopadły nasze uszy.

Stojąc pod drzwiami JEGO pokoju czuję już tylko ekscytację i czystą, ogromną radość.

Kiedy przychodzi nasza kolej, prawie podskakuję ze szczęścia. Wchodzimy i JEST! Pulchniutki, czerwony, brodaty i uśmiechnięty. I nie ma żadnych wątpliwości: prawdziwy. Kiedy nieśmiało się zbliżamy, słyszymy: „HO!HO!HO! Podejdźcie moje dzieci!” Sama nie wiem, co bardziej nas dziwi: fakt, że nazywa nas dziećmi, czy fakt, że mówi po polsku. I to nie jakimś łamanym językiem z silnym obcym akcentem. Mówi pięknie, czysto…NASZ!!! Po takim zaproszeniu już się nie waham, tylko od razu pakuję na kolana i przytulam mocno. Jest! Prawdziwy! Wiedziałam! Ze zdziwionej miny elfa robiącego zdjęcie wnioskuję, że popełniłam jakieś faux pas i dopiero wtedy widzę, że obok JEGO fotela są ustawione dwa siedziska, na których powinniśmy usiąść do pamiątkowej fotografii. Ale Mikołaj się śmieje, zapewnia, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i pyta, co chcemy pod choinkę. Nic już nie chcemy, dostaliśmy najlepszy prezent mogąc GO spotkać. Wychodzimy absolutnie szczęśliwi. I jeszcze słyszymy, że z parą Francuzów wchodzących po nas, ON rozmawia w ich języku i również nie słychać obcego akcentu. No, ale to w końcu Święty Mikołaj, on zna wszystkie języki!

Pomyśleć, że człowiek stracił tyle lat dając sobie odbierać magię JEGO istnienia. No, ale lepiej późno niż wcale skorygować ten błąd w postrzeganiu świata. Zdecydowanie warto było odmrażać tyłek! A do tego, kiedy pokazałam moim dzieciom zdjęcie z Mikołajem, nabrały do nas zupełnie nowego szacunku.

Smaki

Wszystko co musisz wiedzieć o kawie.

6 lipca 2020 / The Mother Mag

Jest taki fragment w książce Camilli Lackberg ,,Księżniczka Lodu’’: „Kawa w maszynce zapachniała apetycznie.

Życie od razu wydało się nieco przyjemniejsze. To niesamowite, ile może zdziałać kilka łyków gorącej czarnej kawy’’. I choć to jest najprawdziwsza prawda, to jednak nie wszystko co musisz wiedzieć o kawie. Dlaczego? Bo kawa to doświadczenie, to rytuał.

Niektórzy mówią, że najlepiej, gdy kawa podawana jest dożylnie. Bo tak szybciej. Najlepiej, by była ciepła, ale to też nie jest wyznacznik dobrego dnia, w końcu ta stereotypowa kawa każdej młodej mamy jest zimna. Zrobiona rano, pita po południu.  

Ale to nadal nie jest wszystko, co musisz wiedzieć o kawie. 

 

Wiesz, co to są mikroloty?

Mikroloty to kawy w ograniczonej ilości na całym świecie, takie ,,the best of the best’’. Jest to niewielki, wyselekcjonowany zbiór, który podczas uprawy plantator otoczył wyjątkową opieką zauważając jego potencjał. Wpływ na unikatowość konkretnych krzaków i owoców mają zarówno gleba jak i sąsiedztwo innych roślin. Nie da się odtworzyć warunków dla mikrolotu, ani specjalnie go „wyhodować” od zera – dlatego jest tak bardzo wyjątkowy. 

 

,,Każdego ranka na całym świecie, ludzie sięgają po kubek lub filiżankę gorącej kawy. Wielu z nas traktuje kawę jako codzienny rytuał lub po prostu jako uzupełnienie 1:1 wyboru między nią a herbatą. Kawa jednak to nie tylko ta “w ziarnach”, “mielona” lub “rozpuszczalna” – za tym co się znajduje w twoim kubku, stoi gatunek kawowca z którego zbieramy ziarna, nasłonecznienie, ziemia, wysokość plantacji czy metoda obróbki. Wybór kawy to rzecz gustu, ale i budżetu. Wybieramy ją pod kątem sposobu parzenia (dripper, kawiarka, ekspres automatyczny czy też przelewowy), ale i smaku, mocniej palone klasyczne bardziej gorzkie o aromacie czekolady i orzechów lub te jaśniej palone słodko-kwaśne o aromacie owoców i kwiatów.  ’’ Opowiedzieli nam o tym właściciele palarni KawePale. 

 

Kawa Guatemala EL Socorro to właśnie jest ten wcześniej wspomniany mikrolot – wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju kawa. O aromacie migdałów, herbatników i brzoskwini. ,,Ziarna tej kawy poddane są obróbce naturalnej, dlatego będzie ona słodsza, niż inne popularne kawy, najczęściej poddane obróbce mytej. Nasza Guatemala wypalona jest jasno, dedykujemy ją do alternatywnych metod zaparzania takich jak drip, chemex, aeropress czy ekspres przelewowy. Ma naturalne aromaty kwiatowo- owocowe.’’

 

Zrób sobie kawę w domu! 

Wstajesz rano i z jeszcze zamkniętymi oczami wleczesz się do kuchni, by tam dokonać ostatecznej pobudki? To tak jak my! 

Tak, kawa to doświadczenie i rytuał, ale rano to przede wszystkim sygnał dla organizmu, że czas się obudzić, że czeka nas aktywny dzień. Te parę minut z parującym napojem to chwila, by zebrać myśli, by nastawić się dobrze na cały dzień. 

Na szczęście satysfakcja jest dostępna od ręki. I możesz ją zdobyć jednym przyciskiem. 

Automatyczny ekspres do kawy Philips LatteGo 3200 to maszyna, którą każda mama chciałaby mieć w domu. Kojarzysz ten dźwięk mielenia kawy? My go uwielbiamy! Ekspres Philips LatteGo jest niewielki, ale skuteczny. Zrobi Ci taką piankę z mleka, jakiej do tej pory we własnym domu nie mogłaś mieć. To jest właśnie komfort, mili Państwo. Kawa o której chcesz, gdzie chcesz i jak chcesz. Espresso? Latte? Cappuccino czy czarna? Pij, jaką chcesz. Ale trzymaj tempo, bo zaraz dzieci się obudzą! 🙂 

Czy to wszystko, co musisz wiedzieć o kawie? Nie. Jest kolejna rzecz – wyczyścisz ekspres tylko w 15 sekund. Magia! 🙂

A co, gdy chcę czegoś więcej od kawy?

To nie grzech chcieć czegoś więcej od życia. I od kawy również! 

W pełni automatyczny ekspres do kawy Saeco Xelsis oferuje 15 światowej klasy napojów – od mocnego ristretto po doskonałe cappuccino, flat white czy café au lait. Pomyślałabyś kiedyś, że będziesz miała takie dylematy i to we własnej kuchni! 🙂 

Nie możemy tego przemilczeć. Okazuje się, że ta mała domowa maszyna jest jak prywatny kawowy concierge. Kolorowy, dotykowy ekran z Coffee Equalizer™ umożliwia dostosowanie parametrów napoju takich jak: ilość, temperatura, moc oraz smak kawy, objętość mlecznej pianki, a nawet kolejność dozowania kawy i mleka. Ekspres zapamięta też do 8 profili użytkowników, na których każdy z domowników będzie mógł przechowywać spersonalizowane przepisy kawowe. 

I teraz ważna wiadomość dla estetek, które dbają o stylizacje swoich wnętrz, które lubią nowoczesny design. Ekspres Saeco Xelsis uzyskał nagrodę iF Design 2018.

 

 

Proszę, oto Twoja kawa

Na pewno nie raz widziałaś piękne szklane szklanki do kawy. Takie z podwójnym denkiem, eleganckie, delikatne i bardzo stylowe. Podobno kawa w nich smakuje wyjątkowo. No cóż… warto sprawdzić. 🙂

Artesano to jasny, klarowny design. Koncentrująca się na podstawach linia Hot Beverages pasuje do każdej sytuacji, a dzięki sprytnie opracowanej funkcjonalności można jej używać do herbaty, kawy czy kakao (znając pęd do rytuałów, będziesz ich używać tylko do kawy… żeby podkreślić wyjątkowość chwili. Zgodzisz się?). 

Niektórzy traktują kawę jak środek do celu. Obojętnie jak smakuje, ważne, że działa. Obojętnie w czym jest pita, ważne, że jest ciepła i pobudza. 

Niektóre z nas jednak nie mogą powstrzymać się przed nadaniem porannej kawie większego znaczenia.  Ta kawa to taki nasz dorosły rytuał, to coś, co łączy każdy dzień. Coś, co rozpoczyna każde spotkanie. Nie umiemy z tego zrezygnować, dobrze, że nie musimy! 

To co? Kawy w szklance?

Ale nie, nie takiej zwykłej, w koszyczku. Dziś wybieramy takie dwuścienne. 

 

 

Chodź, naleję Ci kawy!

To, co przeczytałeś, to nie wszystko, co musisz wiedzieć o kawie. Jest jeszcze coś.

Kawa to styl życia. Kawa to nie tylko dodatek, dla wielu to ważny element dnia. Tak ważny, że powstają książki o kawie. Artyści tworzą specjalne kolekcje naczyń, tylko po to, by pić kawę ładnie i stylowo. Po co? Bo można…

Też tak chcesz?

Ten cudny dzbanek do kawy pochodzi z serii produktów w kolorze morskim, z poznańskiej pracowni Hadaki. Ręcznie wytwarzane naczynia Magdaleny Kucharskiej charakteryzują się surowym stylem i dużą praktycznością. Kubek o pojemności 500 ml szkliwiony jest wewnątrz. Można myć w zmywarce (dzięki Bogu!). 

Spójrz na niego – jest idealny do kaw przelewowych. Na pewno dobrze się sprawdzi jako serwer do kawy.

Wspaniały!

Lani znaczy niebiańska

Last, but not least – nasza zaprzyjaźniona palarnia kawy Lani Coffee, która w 2017 roku dołączyła do grona odznaczonych certyfikatem Produkt Warmia i Mazury.

 

Palarnia Kawy Lani Coffee została założona prawie 10 lat temu z pasji zaszczepionej podczas przeszło rocznego pobytu na plantacji kawy na Hawajach. Tam poznaliśmy krok po kroku etapy uprawy i produkcji kawy. Jako absolwenci stażu stanowego uniwersytetu OHIO, zdobyte na plantacji doświadczenie przenieśliśmy do Morąga, w którym produkujemy kawę. W Hawajskim duchu również nazwaliśmy naszą palarnię – Lani po Hawajsku znaczy NIEBIAŃSKA. 🙂

 

Gdzie kupujesz swoją kawę? Jeśli do tej pory nabywałaś kawę tylko w supermarketach, mamy nadzieję, że dziś spróbujesz zamówić kawę w jednej z małych, polskich palarni. I jeszcze #protip od Lani Coffee:

 

,,zawsze kupuj kawę w ziarnach, próbuj różnych stopni palenia i sposobów zaparzania kawy, nie zamykaj się na trendy i łam zasady – tylko to spowoduje, że poszerzysz spektrum doświadczeń i świadomości wpływu różnych składowych w poszukiwaniu ulubionych smaków.’’

 

Zerknij co jakiś czas na profile Lani Coffee w mediach społecznościowych – ,,w najbliższym czasie planujemy ponowną podróż na Hawajskie plantacje i mamy nadzieję przywieźć nowe perełki kawowe.’’

 

 

„To bardzo dobra kawa. Sam parzyłem. A z doświadczenia wiem, że nawet najlepsza kawa w samotności nie smakuje tak dobrze jak przeciętna w dobrym towarzystwie – powiedział poetycko.” Ewa Stec, ,,Klub Matek Swatek’’

Kawy? 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo