Change font size Change site colors contrast
Styl życia

W poszukiwaniu straconego Mikołaja

5 grudnia 2017 / Marta Osadkowska

Pamiętacie ten brutalny moment, gdy ktoś wam uświadomił, że Święty Mikołaj nie istnieje?

Mnie to zrobił starszy brat. Miałam siedem lat, pisałam list, z wielkim zaangażowaniem ozdabiając go rysunkami gwiazdek i prezentów, śląc pozdrowienia dla Pani Mikołajowej i uściski dla elfów. Jako, że były to dawne czasy, gdy niczego w sklepach nie było, lista życzeń jawiła się krótka i treściwa. Wiadomo, że zabawki...

Pamiętacie ten brutalny moment, gdy ktoś wam uświadomił, że Święty Mikołaj nie istnieje?

Mnie to zrobił starszy brat. Miałam siedem lat, pisałam list, z wielkim zaangażowaniem ozdabiając go rysunkami gwiazdek i prezentów, śląc pozdrowienia dla Pani Mikołajowej i uściski dla elfów. Jako, że były to dawne czasy, gdy niczego w sklepach nie było, lista życzeń jawiła się krótka i treściwa. Wiadomo, że zabawki to można było oglądać przez szybę w Peweksie, a nie pod własną choinką.

Wtedy przyszedł mój brat i bezlitośnie wyśmiał moje wysiłki drwiąc, że powinnam rozpocząć: „Drogie Nic”, bo Mikołaja nie ma. Do dzisiaj te okrutne słowa pamiętam. Wyryły w moim małym serduszku dziurę, która przypominała o swoim istnieniu co roku, gdy z głośników w sklepach zaczynały płynąć kolędy. Czyli z każdym rokiem coraz wcześniej.

Aż przyszedł taki moment, gdy uznałam, że trzeba ten temat raz na zawsze wyjaśnić. Czy ON jest, czy GO nie ma.

Bo są tacy, co twierdzą, że to bujda z tym uważaniem GO za wymysł. Bo ON jest, a jakby tego było mało, bardzo jest fajny i wesoły. Spakowaliśmy zatem ciepłe kalesony i wyruszyliśmy na Biegun Północny, żeby przekonać się na własne oczy. Bo to jest jednak kwestia zasadnicza.

Już lotnisko w Rovaniemi nie pozostawia wątpliwości, że jesteśmy we właściwym miejscu. Santa’s Official Home Airport pełne jest reniferów, choinek, prezentów i wesołych elfów. A dla tych, którzy jeszcze nie mają pewności, wisi wielki banner: WE LOVE CHRISTMAS, z dopiskiem kiss here i jemiołą. To jest najfajniejsze lotnisko na świecie! Ogrzewamy się w tej świątecznej atmosferze czekając na bagaże i gromadząc ciepło, bo zaraz czeka nas zderzenie z zimą w Laponii. Dwie pary kalesonów po spodniami, wielkie ciepłe buty, trzy bluzy pod kurtką – ruszamy do hotelu. Czeka w nim na nas informacja, że ponieważ w nocy temperatura spada do minus 40 stopni, obsługa prosi, żeby nie zakręcać kranów, bo inaczej woda w rurach zamarza. Jako zdeklarowany zmarzluch poddałabym się w tym miejscu, gdyby nie fakt, że przyświecał nam ważny cel. Muszę Go zobaczyć na własne oczy, dotknąć i pociągnąć za brodę, albo raz na zawsze upewnić się, że jest tylko grubą ściemą i odpuścić temat.

Rano zakładamy na siebie kilka warstw odzieży pod specjalne kombinezony, smarujemy się kremami na zimę i wskakujemy na skutery.

Jest to przeżycie prawdziwie magiczne: jechać po śnieżnej krainie, gdzie po horyzont pusto, biało i mroźnie. Finlandia jest krajem pełnym dzikich przestrzeni i lasów, na których Pani Zima ma okazję się popisać. I wykorzystuje to z pełną mocą. Skutery mają podgrzewane rączki przy kierownicy, co zdecydowanie uprzyjemnia jazdę.

Zanim odwiedzimy główny cel naszej podróży, po którym możemy już nigdy nie być tacy sami, chcemy zobaczyć kilka miejsc. Najpierw odwiedzamy hodowlę psów Husky i próbujemy swoich sił w powożeniu zaprzęgiem. Nie jest to łatwe, bo o ile psy świetnie wiedzą, co robić, to my niekoniecznie. Na szczęście mądre zwierzaki czują, gdy woźnica spada, zatrzymują się i cierpliwie czekają, aż wygramoli się ze śniegu i wróci na swoje miejsce. Jeśli przewracają przy tym oczami, to dyskretnie. Upadki nie są bolesne, amortyzuje je kilka warstw grubej odzieży. Pieski są śliczne, a ich siła godna podziwu. Poznajemy właścicieli hodowli, którzy pokazują nam, w jakich warunkach mieszkają Husky i opowiadają o ich codziennych rytuałach. Mam duże wymagania w kwestiach związanych z hodowlą zwierząt i ich traktowaniem, ale tutaj nie mam zastrzeżeń. Wszystkie zwierzaki są zadbane i zaopiekowane, a choć jest ich kilkadziesiąt, nikomu nie mylą się ich imiona.

Po małych czworonogach, czas na nieco większe: święte renifery.

Nazywam je tak, bo są w Finlandii prawdziwym przyjacielem i zbawieniem dla człowieka. Służą jako siła pociągowa, najlepsza przy tych warunkach atmosferycznych. Co podoba mi się mniej, są też „dostawcami” mięsa i ciepłych skór. Mogę uważać to za barbarzyństwo, ale prawda jest taka, że bez tych zwierząt ciężko byłoby przetrwać Lapończykom. Doceniają to, traktując zwierzęta z szacunkiem i sympatią. Renifery są przesympatyczne i ciekawe nowych ludzi, wciskają nosy w nasze kurtki szukając smakołyku albo zaczepiają nas swoimi rogami. Wybieramy się na krótką przejażdżkę saniami ciągniętymi przez te zwierzęta, ale nie wspominam jej najlepiej. Jest bardzo, bardzo zimno i siedzenie w tej temperaturze bez ruchu, nawet pod najcieplejszym kocem, odmraża aż do kręgosłupa. Jeśli jednak komuś tęskno do królewskiej podróży w zimowej krainie, to tutaj na pewno poczuje się spełniony.

Kolejne kroki w wielkich śniegowcach kierujemy do Kemi.

To port morski nad Zatoką Botnicką, z którego wyruszają lodołamacze. Dojeżdżamy do jednego z nich na skuterach śnieżnych. Kiedy sobie człowiek tak jedzie i nagle pomyśli, że pod tą twardą nawierzchnią jest nie ziemia, ale głęboka, lodowata woda, to trochę się w głowie może zakręcić. Pędzimy po Bałtyku, aż na horyzoncie pojawia się wielki lodołamacz.

 

I choćby przyszło tysiąc atletów

I każdy zjadłby tysiąc kotletów,

I każdy nie wiem jak się wytężał,

To nie udźwigną, taki to ciężar – kołacze w mojej głowie na jego widok.

 

Wsiadamy na pokład i ruszamy w głąb zatoki, patrząc jak gruby lód ustępuje przed dziobem statku. Widok ten robi duże wrażenie, tym przyjemniejsze dla oka, że można je oglądać popijając gorącą herbatę. Nabieramy mocy przed kolejnym wyzwaniem – pływaniem w Morzu Bałtyckim. W lutym. Daleko od brzegu. Ciekawość we mnie silniejsza niż strach, więc zgłosiłam chęć podjęcia takiej próby. Na swoje ubrania dostałam do założenia wielkie, czerwone wdzianko: grube i sztywne, trzymające ciepło. Wygląda się w nim śmiesznie, poruszać też się ciężko. Wejść do przerębla i położyć się na wodzie pomaga pracownik lodołamacza. Tutaj spotkało mnie miłe zaskoczenie: spodziewałam się lodowatej wody, a tymczasem… robi ona wrażenie ciepłej! Choć obiektywnie zimna, jest jednak cieplejsza od powietrza, więc leżenie na niej jest całkiem przyjemne. Nigdy nie sądziłam, że wykąpię się kiedykolwiek w przeręblu, a tu proszę.

W Kemi odwiedzamy jeszcze Snow Hotel.

Zbudowany jest on w całości ze śniegu i lodu, to największa tego typu budowla na świecie. Co rok jest przebudowywany od nowa i za każdym razem ma inny temat przewodni. W roku naszych odwiedzin były to sporty zimowe. W hotelu są restauracje, kaplica, w której można wziąć ślub, jeśli tylko zaplanuje się go z dużym wyprzedzeniem i pokoje hotelowe, w tym apartamenty dla nowożeńców. Spanie w wielkim igloo przerasta moje możliwości, poza tym pokój, podobnie jak kaplicę, trzeba rezerwować długie miesiące wcześniej. W środku jest oczywiście zimno, bo żadne ogrzewanie nie wchodzi w grę. To zdecydowanie przygoda dla lubiących mróz.

Po obejrzeniu i doświadczeniu interesujących nas atrakcji w Finlandii, wyruszamy do Rovaniemi, szukać Świętego Mikołaja.

I nie będę ukrywać: cieszymy się jak małe dzieci. Wioska jest urocza, rozświetlona kolorowymi lampkami, zapraszająca kolędami i dźwiękiem dzwoneczków. Wszystko tu jest! Przed wejściem stoi ogromny bałwan, w zagrodzie brykają renifery, a między gośćmi uwijają się zapracowane elfy. Pachnie cynamonem i piernikami, jest ciepło i przytulnie. I od wejścia czuć, że tutaj coś, KTOŚ, jest. Oglądamy ogromne ilości listów, które Mikołaj dostaje co roku, posegregowane na kraje nadawców (Polska w czołówce w kategorii „ilość”), podziwiamy fabrykę zabawek i pamiątki w sklepiku, ale myślami jesteśmy gdzie indziej. Niecierpliwie czekamy na naszą kolej, żeby wejść do JEGO pokoju. Elfy pilnują, żeby wchodzić po kolei, żeby każdy miał okazję ze Świętym spokojnie pogadać. Przyznam od razu: nasz sceptycyzm już dawno przestał istnieć, z pierwszymi nutami kolęd, które dopadły nasze uszy.

Stojąc pod drzwiami JEGO pokoju czuję już tylko ekscytację i czystą, ogromną radość.

Kiedy przychodzi nasza kolej, prawie podskakuję ze szczęścia. Wchodzimy i JEST! Pulchniutki, czerwony, brodaty i uśmiechnięty. I nie ma żadnych wątpliwości: prawdziwy. Kiedy nieśmiało się zbliżamy, słyszymy: „HO!HO!HO! Podejdźcie moje dzieci!” Sama nie wiem, co bardziej nas dziwi: fakt, że nazywa nas dziećmi, czy fakt, że mówi po polsku. I to nie jakimś łamanym językiem z silnym obcym akcentem. Mówi pięknie, czysto…NASZ!!! Po takim zaproszeniu już się nie waham, tylko od razu pakuję na kolana i przytulam mocno. Jest! Prawdziwy! Wiedziałam! Ze zdziwionej miny elfa robiącego zdjęcie wnioskuję, że popełniłam jakieś faux pas i dopiero wtedy widzę, że obok JEGO fotela są ustawione dwa siedziska, na których powinniśmy usiąść do pamiątkowej fotografii. Ale Mikołaj się śmieje, zapewnia, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i pyta, co chcemy pod choinkę. Nic już nie chcemy, dostaliśmy najlepszy prezent mogąc GO spotkać. Wychodzimy absolutnie szczęśliwi. I jeszcze słyszymy, że z parą Francuzów wchodzących po nas, ON rozmawia w ich języku i również nie słychać obcego akcentu. No, ale to w końcu Święty Mikołaj, on zna wszystkie języki!

Pomyśleć, że człowiek stracił tyle lat dając sobie odbierać magię JEGO istnienia. No, ale lepiej późno niż wcale skorygować ten błąd w postrzeganiu świata. Zdecydowanie warto było odmrażać tyłek! A do tego, kiedy pokazałam moim dzieciom zdjęcie z Mikołajem, nabrały do nas zupełnie nowego szacunku.

Styl życia

Jak sobie ustalisz budżet w związku, tak będziesz żyła.

1 lutego 2022 / Agnieszka Jabłońska

„Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.” Te z nas, które pamiętają dobre rady babci, ciotki lub własnej mamy, jeśli jest reprezentantką starszego pokolenia, na pewno dobrze znają to zdanie.

To taka mądrość przekazywana z ust do ust kolejnym pokoleniom kobiet, które wstępowały w związek małżeński. Cytowana co najmniej tak często jak: „Mąż jest głową, a kobieta szyją w rodzinie”.

Dzisiaj jest inaczej! – powiesz mi zaraz. No pewnie, że jest inaczej. Kobiety są wykształcone, świadome i niezależne. Kończą studia, rozwijają sobie pasje. Zakładają firmy, zajmują kierownicze stanowiska, odnoszą sukcesy. Dbają o siebie: fizycznie i psychicznie. W międzyczasie wstępują w związek – partnerski lub małżeński. I część z nich zachowuje tak upragniony work life balance, ma przy sobie świadomego partnera i jest najlepszą wersją siebie. Amen. U części z nas do głosu dochodzą jednak kody kulturowe lub jakieś tajemnicze obszary w mózgu, które sprawiają, że może nie czekamy na męża z pantoflami jak nasze babcie, ale zdecydowanie jesteśmy gotowe do poświęceń. Nasze barki mają wielopokoleniową zdolność do dźwigania ciężarów, a my do odczuwania szczęścia z bycia męczennicami. 

Ciąża – zmiana układu sił 

Kiedy układ sił w domu się zmienia? Tak, tak, dobrze myślisz, gdy kobieta zachodzi w ciążę. Ciąża pociąga za sobą szereg wydarzeń, które nie mieszczą się w biznesowym kalendarzu, szpilki ustępują trampkom, a marynarka bluzie od dresu, biznesowy telefon natomiast zamienia się w telefon do przychodni pediatrycznej. Te zaś, które już wcześniej były męczennica, z uczuciem tryumfu mogą założyć na głowę upragnioną koronę. I teraz znowu się na mnie oburzasz: „Przecież ciąża to coś normalnego! Przecież para podjęła decyzję o dziecku wspólnie!” Zgadzam się z  Tobą, ale popatrz obiektywnie, osobą, której życie wywraca się realnie do góry nogami bez lukru i słodzenia, jest kobieta. 

To może jednak warto zainwestować w dobrą pościel?

Pościelić możesz sobie na różne sposoby. Część kobiet podejmuje się wychowania faceta, jakby dostawały pod swoje czułe skrzydła małego chłopca, który bez nich niczego nie osiągnąłby w życiu i zginąłby marnie pierwszego dnia po ich odejściu. Brawa dla tych pań, wyrazy współczucia dla panów. Żyją później z takim „wychowanym” egzemplarzem i mówią, że są szczęśliwe. Pozostaje w to wierzyć. Niektóre oddają się całkowicie w ręce swojego misia, bo skoro on coś mówi, to przecież wie, a jak coś robi, to przecież musi być dobrze. Uczcijmy minutą ciszy te dziewczynki, które szukają w związku ojca i przewodnika, ale jednocześnie nie dorosły na tyle, by być aż partnerkami.

Większość z nas chce jednak związku partnerskiego. Takiego, w którym mieszkanie jest sprzątane po połowie, gotuje osoba, która lepiej się w tym czuje lub ma więcej czasu. Większość z nas chce dostawać spontanicznie kwiaty i dawać równie spontanicznie czekoladę. Chcemy pracować i zarabiać, dzielić się obowiązkami domowymi i finansowymi, chcemy współtworzyć związek, być 1 do 1, fifty-fifty na równi z naszym partnerem. A później zachodzimy w ciążę… Znowu o tej ciąży! Jak by to była przyczyna wszystkich problemów! O co Ci chodzi? Dziecko to wspaniała zmiana!

Ciąża – wielka zmiana 

Dziecko to ogromna zmiana i jeszcze większa odpowiedzialność. To trudny czas dla związku, dla pary, czas, gdy kobiecie zmieniają się priorytety, gdy w jej psychice zachodzą olbrzymie zmiany. Czas, w którym zmienia się i kształtuje na nowo cała komórka społeczna: rodzina. A o co jest najwięcej kłótni, gdy wszyscy są zmęczeni, zestresowani i próbują dać z siebie 101%? Tak, najczęściej o obowiązki, a później niestety o pieniądze. Po narodzinach dziecka okazuje się, że związki, które funkcjonowały jak szwajcarski zegarek, potrzebują dobrego oliwienia lub po prostu przestawienia priorytetów. 

Chcesz ścielić? Olej to i pracuj nad budżetem! 

To może zamiast pościeli lepiej pracować nad budżetem? I to jest dobra myśl! Bo widzisz, jak sobie ustalisz budżet w związku – a najczęściej usiądziecie z partnerem i przegadacie, jak ma to wszystko wyglądać – tak będziesz żyła. Jeśli od początku kreujesz się na kobietę-herosa, mistrzynię nadgodzin i zwolenniczkę dwóch etatów, która pracy potrzebuje jak powietrza i jest totalnie samowystarczalna, ciężko będzie Ci zmienić pewne rzeczy, gdy przewartościujesz priorytety we własnej głowie. 

Budżet domowy – jak to u Ciebie wygląda? 

Ile par, tyle pomysłów na zarządzanie finansami. Na podstawie obserwacji, uważam, że wyróżnić można cztery główne metody prowadzenia domowego budżetu:

  1. Jedno wspólne konto, do którego wpada wszystko i każdy bierze tyle, ile potrzebuje
  2. Jedno wspólne konto, na które są przelewane środki z dwóch osobnych kont, 
  3. Dwa osobne konta, z których są regulowane wydatki według wcześniejszych ustaleń, 

Każda z tych metod ma swoje plusy i minusy. Co jest wspólne? Jeśli ktoś prowadzi budżet na jeden z przedstawionych sposobów, bardzo ciężko jest mu zmienić styl myślenia. Tak było, jest i będzie, bo to działało, bo tak jest dobrze. Tyle że po zmianie sił w związku – kobieta na urlopie macierzyńskim, opiekuńczym i być może wychowawczym – stare metody dzielenia się kasą zwyczajnie mogą nie działać… 

Zobacz, jakie są najpopularniejsze metody prowadzenia domowego budżetu. Jak jest u Ciebie? 

 

  • Jedno wspólne konto, na które wpływają wypłaty i z którego każdy bierze tyle, ile potrzebuje

 

+ równy dostęp do pieniędzy w związku niezależnie od zarobków
+ pełna kontrola nad finansami sprawowana przez oboje partnerów
+ trudniej wpaść w długi
+ wszystkie wydatki są wspólne
+ łatwiejsze, wspólne gromadzenie oszczędności  

Minusy:
– trudno zrobić drugiej osobie prezent-niespodziankę
– trudno odłożyć własne pieniądze
– trudno ukryć przed partnerem dodatkowe przychody lub wydatki
– partner może kontrolować wydatki i rozliczać drugą osobę 

Co w przypadku narodzi dziecka? 

Pomniejszona pensja kobiety oraz pełna pensja partnera wciąż wpływa na to konto. Oboje partnerzy mogą swobodnie korzystać ze zgromadzonych środków. Wpływają tam również wszystkie świadczenia i benefity na dziecko. W przypadku urlopu wychowawczego kobieta korzysta ze zgromadzonych na koncie środków oraz wynagrodzenia partnera. 

Czy są inne zagrożenia?
Jeśli jedno z partnerów postanowi wypłacić wszystkie pieniądze z konta i odejść, drugie zostanie bez pieniędzy. Jeśli jedno z partnerów będzie miało długi, komornik zajmie wspólne konto i wszystkie znajdujące się na nim środki mimo braku ślubu lub przy rozdzielności majątkowej. 

 

  • Jedno wspólne konto, na które są przelewane środki z dwóch osobnych kont

 

+ wyraźny podział pieniędzy na wspólne i osobiste
+ większa niezależność w wydawaniu osobistych pieniędzy
+ możliwość robienia prezentów-niespodzianek sobie lub partnerowi
+wspólne podejmowanie decyzji o wydatkach domowych
+ wspólne oraz niezależne gromadzenie oszczędności 

Minusy:

– miesięczna opłata za trzy konta
– konieczność pamiętania o przelewie na wspólne konto
– trudności z podzieleniem wydatków osobistych i wspólnych
– nieporozumienia w ustalaniu kwoty, która jest przelewana na konto wspólne 

Co w przypadku narodzi dziecka? 

Pomniejszona pensja kobiety wpływa na jej osobiste konto. Partnerzy muszą podjąć wspólną decyzję, jaką sumę kobieta przekazuje do budżetu domowego. Jeśli podział nie zostanie dokonany sprawiedliwie, mogą ucierpieć wydatki osobiste kobiety. Świadczenia i benefity na dziecko wpływają na konto partnerki lub partnera, dlatego konieczne jest ustalenie, ile kosztuje miesięczne utrzymanie dziecka i kto płaci za rzeczy dla niego. Na urlopie wychowawczym kobieta nie ma źródła dochodów, jest więc zależna od przelewu na wspólne konto, który wykona partner. 

Jakie są inne zagrożenia? 

Jeśli jedno z partnerów zdecyduje się odejść ze wspólnymi pieniędzmi, strata będzie mniejsza niż w przypadku jednego wspólnego konta. Oczywiście przy założeniu, że każdy z partnerów oszczędzał również swoje pieniądze. Jeśli jeden z partnerów ma długi, komornik może zająć wspólne konto, a w przypadku wspólnoty małżeńskiej, współmałżonek będzie solidarnie odpowiadał za długi. 

 

  • Dwa osobne konta, z których są regulowane wydatki według wcześniejszych ustaleń 

 

Plusy:

+ pełna niezależność finansowa od partnerki lub partnera
+ możliwość ukrywania własnych przychodów i wydatków 

Minusy:
– przy braku dyscypliny bałagan w domowym budżecie
– kłótnie o pieniądze i procentowy udział w utrzymaniu domu

Co w przypadku narodzi dziecka? 

Na konto kobiety wpływa pomniejszone wynagrodzenie, z którego musi pokryć określone wcześniej z partnerem opłaty. Jeśli procentowy udział w domowym budżecie nie zostanie na nowo przedyskutowany, może okazać się, że kobiecie brakuje pieniędzy na bieżące wydatki takie jak: jedzenie, czy środki czystości. W przypadku urlopu wychowawczego kobieta nie dysponuje własnymi pieniędzmi i nie ma dostępu do pieniędzy partnera. Jest więc od niego całkowicie zależna finansowo. 

Jakie są inne zagrożenia? 

Każde z partnerów ma swoje pieniądze, więc zachowuje niezależność. Jeśli para jest w związku małżeńskim, jeden z małżonków może zaciągnąć zobowiązania finansowe, wpaść w długi bez wiedzy drugiej osoby. Warto pamiętać, że zgodnie z art. 30 Kodeksu cywilnego oboje małżonkowie są solidarnie odpowiedzialni za zobowiązania, które zaciągnęło jedno z nich. Dlatego przy dwóch całkowicie osobnych kontach warto pomyśleć o rozdzielności majątkowej. 

Budżet domowy,  która metoda najlepsza? 

Myślę, że dla wielu z nas odpowiedź jest jasna: wspólne konto. Chcemy mieć pewność, że tworzymy z partnerem rodzinę i działamy w tym projekcie wspólnie na wszystkich płaszczyznach również finansowej. Chcemy dzielić się pieniędzmi, które zarabiamy solidarnie, tak jak dzielimy się obowiązkami, a gdy okaże się, że w danym okresie w życiu potrzebujemy więcej wsparcia – ciąża, urlop macierzyński, opiekuńczy, czy wychowawczy – chcemy je otrzymać bez proszenia.

Będą wśród nas również takie kobiety, które nigdy nie zrezygnują z niezależności finansowej, które mogą się podzielić z partnerem swoimi pieniędzmi, ale na ściśle określonych warunkach. Kwestia wychowania lub życiowego doświadczenia. Lub po prostu jesteśmy lepiej wykształcone, bardziej przedsiębiorcze i zaradne i zarabiamy więcej niż nasz partner. Może miałyśmy w życiu więcej szczęścia, byłyśmy na pewnym etapie bardziej pracowite i bardziej skłonne do ponoszenia ryzyka, jesteśmy bogate z domu. W takiej sytuacji bardzo dobrą opcją jest pozostawienie konta osobistego i przelewanie ustalonej kwoty na konto wspólne, do którego oboje partnerzy mają dostęp. Dzięki temu zachowujemy niezależność, nie musimy dzielić się informacjami o naszych przychodach, pensji, premiach, dodatkowych źródłach dochodu i możemy dbać o finanse osobiste – budować poduszkę finansową, sprawiać sobie i partnerowi (jeśli mamy na to ochotę) małe lub większe przyjemności. 

Dla wielu z nas jednym słusznym wyjściem będzie osobne i całkowicie niezależne konto oraz podział, kto i za co płaci. Wolimy zrobić zakupy spożywcze i zapłacić w aptece, niż przelewać środki na wspólne konto. Najczęściej tak jest po prostu wygodniej. Moim zdaniem to opcja, która świetnie sprawdza się na początku związku, gdy para rozpoczyna wspólne prowadzenie gospodarstwa. W sytuacji, gdy partnerzy planują wspólnie dziecko, taki podział może okazać się dla kobiety trudny, a nawet niesprawiedliwy. To, jak będzie życie wyglądało w rzeczywistości, zależy od ustaleń i indywidualnego podejścia do kwestii finansowych obojga partnerów. 

Czy w takim razie kobieta-mama powinna mieć swoje pieniądze? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w kolejny artykule! 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo