Change font size Change site colors contrast
Styl życia

Patrzysz na metki?

18 kwietnia 2019 / Marta Osadkowska

Gdybym Cię zapytała, czy popierasz niewolnictwo, byłabyś oburzona i z całego serca protestowała.

Nigdy w życiu! Wolność, równość, braterstwo! Ale czy go na pewno przypadkiem nie wspierasz? Bo kiedy odchodzisz od kasy z metką „made in China, Bangladesh, Kambodia…itp.” to stajesz się częścią maszyny, na końcu której są pracujący za głodowe stawki mieszkańcy krajów rozwijających się. Ludzie, którzy wykonują niewolniczą pracę w skandalicznych...

Gdybym Cię zapytała, czy popierasz niewolnictwo, byłabyś oburzona i z całego serca protestowała. Nigdy w życiu! Wolność, równość, braterstwo! Ale czy go na pewno przypadkiem nie wspierasz?

Bo kiedy odchodzisz od kasy z metką „made in China, Bangladesh, Kambodia…itp.” to stajesz się częścią maszyny, na końcu której są pracujący za głodowe stawki mieszkańcy krajów rozwijających się. Ludzie, którzy wykonują niewolniczą pracę w skandalicznych warunkach, żeby zarobić pieniądze, które wcale niekoniecznie wystarczają na podstawowe potrzeby. Podstawowe, czyli jedzenie i czysta woda. Oni nie pracują w szwalniach z wyboru, po prostu nie mają innego wyjścia: małe pieniądze są lepsze niż żadne. To jest niewolniczy wyzysk słabszych. I za każdym razem, gdy kupujemy w wielkich sieciówkach, stajemy się oprawcami.

Szefowie koncernów modowych znaleźli sprytny sposób na poprawianie naszego samopoczucia.

Ceny ubrań są bardzo niskie, możemy kupić ich więcej, czujemy się bogatsi. Ale to ułuda, nie jesteśmy wcale bogatsi. Mamy tylko dużo rzeczy. Często wcale nam niepotrzebnych i nawet nie bardzo nam się podobających. Kupiliśmy je, bo były tanie. Kolejnego pytania już nie zadajemy. A brzmi ono: jak to możliwe, że kosztowały tak niewiele? Przecież to nie dobroć szefostwa danej marki, które nagle postanowiło nam dać, a sobie odebrać. Zasady biznesu są jasne: pieniądz ma się zgadzać. I im się zgadza. Nam jest miło, że stać nas na fajne rzeczy. Cenę płacą najsłabsi, bezbronni. I właśnie dlatego, że sami nie są w stanie się uratować, my powinniśmy to zrobić.

Wzięłam ostatnio do ręki superciuch. Patrzę na matkę, a na niej nazwisko światowej sławy projektanta.

Co mi się z nim kojarzy? Flesze, pokazy, szampany, splendor. A co jest napisane dalej? Made in Bangladesh. Tę mega drogą kieckę, która jawi się jako przepustka do świata luksusu, uszył ktoś w brudnej, ciasnej, rozpadającej się hali. Największe katastrofy w świecie mody wydarzyły się w ciągu ostatnich lat. To właśnie walą się te popękane, zniszczone hale, grzebiąc setki, tysiące pracowników. Płoną zniszczone budynki, które w oknach mają kraty, przez co nie da się uciec. Trzy z czterech największych katastrof w świecie mody miały miejsce w ciągu ostatnich trzech lat. O tym się nie mówi w eleganckim butiku, gdzie pani częstuje lampką szampana i komplementuje każdy kawałek Twojego ciała.

Wcale nie chcę tutaj udawać, że jestem bez winy.

Sama wiele rzeczy kupiłam ignorując miejsce ich pochodzenia i smutny proces ich powstawania. Ale dzisiaj mówię: dość. Jeśli nie stać mnie na rzecz wyprodukowaną zgodnie z zasadami sprawiedliwego handlu, to znaczy, że mnie na nią nie stać. Po prostu. To nie jest dramat. Wkręciliśmy się w ten wir szybkiej mody: kupujemy tanią rzecz, zakładamy często raz lub wcale i bez żalu wyrzucamy. Już dawno odeszliśmy od kupowania tego, co jest nam faktycznie potrzebne. Teraz wymyślamy potrzeby, żeby mieć pretekst do zakupów. Otwieram szafę i widzę, że mam tyle ubrań, że przez najbliżej pięć lat nie muszę już nic kupować. Mam dużo za dużo.

Kiedy wieść o nazistowskich obozach zagłady obiegła świat, ludzie tłumaczyli się, że nie wiedzieli o ich istnieniu i dlatego nie reagowali.

Dzisiaj ta wymówka nie ma racji bytu. Dzisiaj trzeba się naprawdę postarać, żeby o czymś nie wiedzieć. Trzeba bardzo mocno odwracać oczy i szczelnie zasłaniać uszy, żeby nie słyszeć o śmiertelnych wypadkach w szwalniach i niewolniczej pracy dzieci. Bycie ignorantem jest na pewno wygodniejsze, ale czy takimi chcemy być ludźmi?

Rynek reaguje na potrzeby konsumentów.

Dobrze pokazuje to przykład wegetariańskiego jedzenia. Jeszcze kilka lat temu było go bardzo mało. Dziś, pod naciskiem oczekiwań klientów, wegańską wersję słynnych klopsików serwuje Ikea i wegetariańskie hot dogi oferuje Orlen, w KFC dostaniemy taką tortillę. Te zmiany dzieją się w wyniku działania wielu jednostek. Lubię hasło: myśl globalnie, działaj lokalnie. To od nas zależy, czy nadal będziemy pędzić w przepaść, czy jednak zatrzymamy to szaleństwo. Jest tak wiele polskich marek, artystów, krawców, szyjących w Polsce i sprzedających swoje produkty w przystępnych cenach. Każdy z nas ma wybór, to luksus. Ci, którzy szyją ubrania dla wielkich sieciówek, go nie mają. Korzystajmy dobrze z tego przywileju, pamiętając o tym, że aby zło miało się dobrze, wystarczy tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili.

 

Wszystkim, których temat ciekawi polecam dokument „True cost”, dostępny na Netflixie.

/ fot. Justyna Zdonek /

Styl życia

Seriale o jedzeniu na Netflixie

10 lutego 2020 / Paulina Kondratowicz

Seriale o jedzeniu na Netflixie jako życiowa inspiracja!

Wspominałam Wam ostatnio, że jestem na diecie. No jestem. I nie, nie będę opowiadać Wam o tym, jak to super świetnie czy wręcz przeciwnie jest na niej być. Ale całe to dietowanie niejako wymusza na mnie przyrządzanie sobie jedzenia w domu. I pomagają mi w tym seriale o jedzeniu na Netflixie. 

 

Skończyły się błogie czasy szybkiego „cziza” z McDonald’s, czy też zapychanie się ulubionym białym chlebem z pasztetem z Biedronki. Stałam się, można powiedzieć, świadomym konsumentem, jeszcze bardziej świadomą fit larwą, a nade wszystko niemalże obozowym capo wśród znajomych, którzy proponują czipsika do piweczka. 

 

Ogarnęłam, że jeśli dalej pójdzie tak jak szło, to za rok łatwiej będzie mnie przeskoczyć niż obejść. No i sobie od grudnia działam z dietą, zaprzyjaźniłam się z warzywniakiem, odkopałam kilka książek kucharskich, zapisałam do grupy wsparcia na Facebooku. 

 

Na całe szczęście nie jestem zwierzęciem, które nie lubi wody, czy stroni od warzyw. Tutaj jestem z siebie absolutnie dumna, ponieważ wszystko jakoś przychodzi mi łatwiej, fajniej i czuję się zdecydowanie lepiej, niż wówczas, gdy waga pokazała mi jakieś łgarstwa. 🙂

 

Będąc na diecie szukam inspiracji jedzeniowych i trudno ominąć szerszym łukiem wszystkie te wspaniałe programy kulinarne, którymi raczy mnie telewizja, ale i Netflix. W szale zmian, postanowiłam zajrzeć, co serwis proponuje w temacie gastronomiczno-kucharsko-dokumentalnym. Oto najlepsze seriale o jedzeniu na Netflixie. 

 

Cztery Składniki na Netflixie

 

A dzieje się sporo. Zaczynając od dokumentu „Cztery Składniki”, zabrałam się jako pasażer na gapę w podróż po smakach. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam, poza oczywiście gotowaniem, wiedzieć więcej na temat poszczególnych kuchni świata. Taka moja historyczna zajawka. 

W dokumencie traktującym o podróżach i gotowaniu, poznałam Samin Nosrat, która jest znaną szefową kuchni i autorką książek o gotowaniu. I wszystko to brzmi dość banalnie, ale materiał filmowy z jej udziałem to prawdziwa uczta dla zmysłów. 

Samin odwiedza przepiękne miejsca, w których kuchnia jest niemalże nierozerwalnym elementem kultury, sztuki, a nawet miejscem nawiązywania relacji międzyludzkich. W ciekawy sposób opowiada o czterech głównych składnikach potraw i w brawurowy sposób udziela porad kulinarnych. Dla mnie sama rozkosz, chociaż nie mam pojęcia jak smakują dania, które przyrządza, dopóki sama nie spróbuję ich odkryć na własną rękę. 

Uwielbiam w niej wszystko – naturalność, prostotę, szczerość, a nade wszystko kolory, którymi otacza się podczas odprawiania swoich czarów na patelni. 

Cztery składniki to nie tylko podstawa każdego odcinka, ale też filozofia. Samin zabiera nas w nostalgiczne podróże po historii miejsc, które odwiedza, wskazuje na ważne elementy kultury, które kształtowały smak i wybory gastronomiczne mieszkańców danych regionów. Dzięki jej wiedzy i humorowi, możecie odnieść wrażenie, że w zasadzie znacie te miejsca, znacie te smaki, poznajcie te wszystkie niuanse, które kryją sięga przygotowaniem każdej z potraw. 

Dla mnie „Cztery smaki” to coś więcej niż Małkowicz, dużo więcej kolorów niż Gessler, a już na pewno bardziej przyswajalna forma niż Nigella. Co ciekawe, dokument Netflixa oparty jest na szerokiej wiedzy kulinarnej nie tylko samej prowadzącej, ale też bazuje na doświadczeniu gości programów. Za to lubię seriale o jedzeniu na Netflixie. 

Uwielbiam jej mamę, która w zupełnie niegwiazdroski sposób, po mistrzowsku radzi sobie z… ryżem. Zresztą, każdy kto lubi gotować wie, że nie ma nic bardziej przyjemnego od ciekawego omówienia potraw. W serialu Netflixa po prostu wszystko pachnie. Jest miejsce na piękne ujęcia jedzenia podczas jego przyrządzania, ciekawy komentarz, rzut oka na otoczenie. Jest też pasja. Bez niej nawet najlepiej zapowiadający się przepis nie ma prawa nas uwieść. U Samin znajdziecie wszystko – siostrzane porady, profesjonalizm godny kucharzy z najlepszych knajp, na rozbrajającym poczuciu humor skończywszy. 

 

Chef’s Table na Netflixie

Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam wręcz obserwować wirtuozów gotowania w akcji. Tak przepyszna i niezwykła propozycja jaką jest „Chef’s Table” nie może więc umknąć Waszej uwadze. 

Wyobraźcie sobie, że macie niepowtarzalną okazję przyjrzeć się pracy i kreacji najlepszych, najbardziej utalentowanych i najbardziej znanych szefów kuchni z całego świata. Nagrodzony nagrodami Emmy, serial o jedzeniu na Netflixie „Chef’s Table” to po prostu niebo w gębie dla koneserów znakomitej kuchni. Każdy odcinek to inna historia. 

Niemalże godzinne spotkania obfitują w pełen smaków, kolorów, doznań spływ po inspirujących daniach spod rąk najlepszych kucharzy. Zaglądamy do kuchni eksperymentalnej, by za chwilę przenieść się do zupełnie, można by powiedzieć, zwyczajnych dań kuchni śródziemnomorskiej podlanej niebanalnym, czerwonym winem. I może nie byłoby w tym wszystkim nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że realizacja dokumentu jest po prostu należycie przyprawiona. Dla mnie największym zaskoczeniem była jednak prostota – dania prezentowane w odcinkach netflixowego dokumentu nie wydają się szczytem nie do osiągnięcia. I zainspirowały mnie do jeszcze większej fantazji i swobody w kuchni. Gdy jeszcze dorzucimy do tego komentarz, że owe pomysły i inspiracje wyznaczają nowe trendy… czujemy się jak na pokazie Gucci w pierwszym rzędzie. 

 

Cooked na Netflixie

Zdaję sobie też sprawę, że nie każdy musi poczuć pociąg do garnków i przypraw. Nie każdy też powinien. Jednak na przykładzie Michael’a Pollan’a i jego poczynań w kuchni w dokumencie „Cooked” możemy wysnuć kilka ważnych wniosków. 

Otóż kuchnia to nie tylko mieszanie w garnkach, to także psychologiczna rozgrywka pomiędzy smakami a kształtowaniem naszych sympatii, antypatii, a nawet społecznych norm. Sama zdziwiłam się ile w pieczeniu, warzeniu i duszeniu znajduje się filozofii, która ma ogromny wpływ na to kim w zasadzie jesteśmy. 

Zupełnie inaczej do gotowania podchodzą społeczeństwa bogate, a inaczej biedne. Inaczej ugotuje nam zupę Rosjanin, a jeszcze inaczej do kwestii zwykłego steka podejdzie Amerykanin. Michael Pollan pokazuje niezwykłą drogę, którą przebywa jedzenie od żołądka do mózgu. I co najciekawsze – wszystkie kwestie psychologii jedzenia wspaniale odzwierciedlają się w kwestii przygotowywania potraw. 

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że ewolucja smaków i kuchni świata mogła mieć tak ogromny wpływ na skok cywilizacyjny wielu kultur. Oglądając Michael’a w akcji, mogę śmiało stwierdzić, że to „swój chłop”, który nie udaje, nie dmucha na zimne, jest szczery do bólu, a przy tym obłędnie inteligentnie łączy fakt gotowania z wpływem tego gotowania na nas wszystkich. 

Zastanawialiście się kiedyś, czy kuchnia, gotowanie i smaki mogą Wam pomóc w codziennym życiu? Wystarczy spojrzeć na kuchnie świata – dalekowschodnie, które słyną ze zdrowych i dietetycznych składników, europejskie kuchnie regionalne, które aż kipią historycznym sznytem, afrykańskie, które prześcigają się w prostocie i wyrazistości, czy południowoamerykańskie, które potrafią zaczarować mnogością smaków i egzotyką. Każdą z kuchni świata łączą cztery żywioły. 

Mamy więc niezwykłą możliwość poznać historię, antropologię i chemię, która łączy wszystkie te żywioły w jedno, kształtując gusta kulinarne ludzi na całym świecie. Seriale o jedzeniu na Netflixie pomagają zrozumieć, dlaczego gotowanie w garnku zmieniło sposób przyrządzania tak naprawdę każdej, znanej na świecie potrawy, jak ogień kształtował rozwój kuchni, dlaczego chleb jest podstawa tak wielu dań i wreszcie czy jedzenie sfermentowanego pożywienia może pomóc w wielu schorzeniach. Mnie aż zaburczało w brzuchu.

Czy gotowaniem można się po prostu zarazić jak ospą? Jestem zdania, że tak. Ciekawość smaków, odwaga w kuchni, tworzenie tak naprawdę prostych potraw mogą sprawić, że każdy z nas może stać się prawdziwym wirtuozem patelni. A nic tak nie zaostrza apetytu jak przepięknie przedstawione potrawy, ciekawe historie i bezpretensjonalny gawędziarz, który pokaże co i jak. 

Ja zgłodniałam, a Wy?

 

PS A jakie seriale o gotowaniu na Netflixie Ty polecasz?

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo