Change font size Change site colors contrast
Felieton

Niezidentyfikowana jednostka chorobowa

19 maja 2020 / Emilia Musiatowicz

Zdiagnozowałam u siebie chorobę, tylko nijak nie potrafię jej nazwać.

Trochę jakby pracoholizm, ale jednak taka wersja light.

Czytam bowiem w wiarygodnym źródle medycznym:

pracoholizm to stan psychiczny charakteryzujący się przede wszystkim stałym, wewnętrznym przymusem (silną potrzebą) wykonywania pracy lub innych czynności z nią związanych, z towarzyszącym poczuciem dyskomfortu (złego samopoczucia) w sytuacjach, kiedy możliwość zajmowania się sprawami, które jej dotyczą, jest utrudniona. Jest to stan uzależnienia od wykonywanej pracy, powodujący zaburzenie równowagi między istotnymi elementami życia codziennego. O pracoholizmie można także mówić wówczas, kiedy związek jednostki z jej pracą stanowi poważną konkurencję dla innych ważnych związków, kiedy praca stała się źródłem większej satysfakcji niż życie rodzinne i inne dotychczasowe relacje i zamiłowania. Pracoholizm jest więc formą patologicznego zachowania, a praca jest w tym przypadku formą narkotyku.”

No i się załamałam. Bo okazało się, że jednak jest coś ze mną nie tak, choć może nie aż tak skrajnie jak w powyższej definicji. Ale od początku. Oto historia choroby.

Do pracy wróciłam dokładnie 26 dni po porodzie.

Tak wyszło – miałam w kalendarzu rozpisaną rozprawę rozwodową, a klientka za nic w świecie nie chciała iść do sądu z nikim innym (jak teraz o tym myślę, była to chyba forma pochwały mojej pracy). Poszłam, świat się nie zawalił, dziecię przeżyło pod pieczą taty, laktacja nie została zachwiana, a mój dzień był jakby pełniejszy. Niedługo później dostałam propozycję bardzo luźnej współpracy z pewną kancelarią i zaczęłam „chadzać” do sądu raz w tygodniu. Córka zostawała z tatą, babcią lub ciociami. Wówczas praca dawała mi możliwość wyjścia poza świat karmienia i lulania, dzięki czemu udawało mi się zachować równowagę psychiczną. Zostałam wtedy skrytykowana przez swoją rodzicielkę, że co ze mnie za matka, która podrzuca ludziom (przy czym ona sama była jednym z tych „ludzi”) swoje dwumiesięczne dziecko. Odpowiedziałam sobie wtedy na to pytanie „co ze mnie za matka?” – szczęśliwa. Byłam po prostu szczęśliwa, że dzięki tym trzem godzinom tygodniowo nabieram sił na bycie cierpliwą i tulącą ,,skolkowane’’ dziecko mamą przez pozostałe 165 godzin tygodnia. 

W kolejnych miesiącach praca stopniowo się rozkręcała i tak doszłam do etapu pracy na pół etatu.

Jednak miesiąc temu zrezygnowałam z pracy, by poszukać nowej i przez cztery tygodnie byłam w domu z Gosią. To był ciężki dla mnie czas. Z dnia na dzień czułam się coraz gorzej. Nie miałam ochoty na nic, nie miałam sił, by ogarnąć dom czy ugotować porządny obiad, nie wspominając o zakupach. Jesienna depresja, myślałam. Jednocześnie powtarzałam sobie i mojemu mężowi, że jestem darmozjadem, bo tylko siedzę w domu i nic nie robię poza dbaniem o córkę. Czułam się naprawdę beznadziejnie. Aż pewnego dnia zadzwonił kolega i zaproponował mi pracę. I wtedy nagle okazało się, że w ciągu trzech dni ogarnęłam sprawy, do których nie mogłam się zabrać przez ostatnie miesiące – umeblowaliśmy dziecięcy, uporządkowałam swoje stosy książek w nowym regale, wszystko nabrało kolorów, a ja nabrałam życia. Wówczas uświadomiłam sobie, że to nie jesień, tylko brak pracy mnie przygnębił. Czyli że co? Że bez pracy nie jestem sobą? Przecież nie jest też tak, że praca jest moją pasją (jeśli ktoś kiedyś wam powie, że prawo rynków kapitałowych to jego pasja – uciekajcie!). Nie nie nie! Ja chyba po prostu lubię pracować. A przez pracowanie rozumiem wykorzystywanie swojej wiedzy (której zdobycie kosztowało mnie dużo wysiłku i dużo pieniędzy) i swojego doświadczenia, a także obserwowanie efektów – że naprawdę mogę pomóc i zwykłym ludziom w małych sprawach, i dużym firmom w ogromnych tarapatach. I to daje mi satysfakcję, ale nie chorobliwą. Nie zamieniłabym żadnej innej relacji na pracę – pracując i nie mając rodziny też nie byłabym szczęśliwa. 

Czuję, że praca zawodowa jest bardzo ważnym elementem mnie.

Ale nie determinuje tego, kim jestem, tylko jaka jestem – spełniona. Jestem zatem ,,pracofilem’’ w czystej postaci, bo chyba tak można nazwać moją chorobę. Dom wysprzątany, obiad gotowy, kwiaty podlane, zakupy zrobione (w tym buty, a zakupy ubraniowe z 15 miesięcznym dzieckiem to wyczyn na skalę światową), długi spacer zaliczony, 10 stron książki (w samym środku dnia) przeczytane, torba na jutrzejszy poranny przedpracowy trening spakowana, dziecko śpi, zmęczone po całym dniu hasania z matką, a mąż na dyżurze pracuje. No i tak mogę żyć. Jeśli to choroba, nie będę się leczyć. Dobranoc.   

 

Felieton

Wrażliwość mój najlepszy przyjaciel

20 października 2020 / Magdalena Juchniewicz

Odkąd pamiętam, słyszałam, że jestem przewrażliwiona.

Że za bardzo się przejmuję. Że nie ma sensu tak długo rozpaczać. Po takich sytuacjach spychałam do odwiecznego ,,nigdy'' moje emocje, nadzieje i smutki. I przybierałam kolejny idealny uśmiech pt. „wszystko jest ok”. Dam sobie radę. A wcale tak nie było. Czułam to wtedy, dzisiaj to już wiem jeszcze bardziej.

Mówienie o swojej wysokiej wrażliwości nie jest łatwe. Szczególnie w świecie, który nie znosi upadków. Słabości. Wrażliwość nie jest w cenie. A co gdybym Ci powiedziała, że mimo wszystko warto zawalczyć o siebie.

I w końcu czuć po swojemu, myśleć tak jak chcesz i żyć tak jak lubisz.

Wrażliwce to piękni, wartościowi ludzie, którzy według mnie mają jeden jedyny obowiązek wobec siebie. Nauczyć się siebie. Wyedukować w temacie wysokiej wrażliwości. Zadbać o swoje potrzeby emocjonalne i fizyczne. Samemu. Wzmocnić swoją asertywność i poczucie własnej wartości. Bo wrażliwość to Twój najlepszy przyjaciel, tylko jeszcze o tym może nie wiesz.

O wysoką wrażliwość należy zadbać małymi krokami poprzez odpowiednią dietę. Zbilansowana dieta, właściwe odżywianie bogate w witaminy, mikro i makroelementy jest niezwykle ważne w codziennym funkcjonowaniu naszego organizmu.

Bardzo ważnym czynnikiem są również relacje międzyludzkie. Dbaj o nie. Na co dzień po pełnym wrażeń i bodźców dniu Wrażliwiec lubi i ceni sobie odpoczynek w samotności. Ale dobre, wzmacniające relacje powodują, że wzmacniamy siebie i nie czujemy się samotni.

Kolejnym bardzo ważnym nawykiem jest prowadzenie dziennika. Ja to nazywam codziennym „wypisywaniem siebie”. Możesz to robić rano albo wieczorem. Ty decydujesz. Chodzi o to, że prowadzenie takich zapisków ma na celu wyrzucenie z siebie wszystkiego co nas trapi, męczy, cieszy. Tego co nam się danego dnia przytrafiło. Spróbuj na początek przez minimum dwadzieścia jeden dni. A potem zobacz, jakie są tego efekty i jak Ci się lżej żyje.

Warto również ograniczyć kontakt w ciągu dnia lub wieczorami z różnymi urządzeniami, np. telefon, laptop, telewizor zdecydowanie warto zamienić na książkę lub ulubiony magazyn.

Moim codziennym rytuałem, który praktykuję już od jakiegoś czasu, jest uważność na moje emocje. Tobie również to gorąco polecam. Znajdź codziennie nawet dziesięć minut w spokoju dla siebie, aby usiąść z kubkiem ulubionej kawy lub herbaty, albo pomedytuj. A być może wybierzesz spacer ze sobą. Cokolwiek to będzie, ma sprawić Tobie przyjemność i wyciszyć Twoje emocje. Ma spowodować, że wracasz w tych momentach do siebie.

Ważnym elementem w codziennym życiu każdego Wrażliwca jest również rozsądne planowanie. Planowanie swoich krótkofalowych i długofalowych celów. Pamiętaj tylko proszę, aby to były cele realne, planowane z pokorą, w zgodzie ze sobą i swoimi możliwościami. Wówczas nie narazisz się na szybkie wypalenie, przebodźcowanie i spadek energii.

I na koniec rzeczą niezwykle ważną w podróży do siebie, odkrywaniu swojej wrażliwości jest korzystanie z pomocy specjalistów, terapii, książek, kursów. Warto dbać również o tą sferę, ponieważ im więcej wiemy na temat wysokiej wrażliwości, tym łatwiej nam się żyje i tworzy nasz piękny świat.

Odwagi w byciu sobą🙏💗
Ściskam,
Magdalena Juchniewcz, Lifecoach Wrażliwców😌

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo