Change font size Change site colors contrast
Kultura

Nie możemy wybrać za nasze dzieci, czy umrą, czy będą żyć.

17 stycznia 2019 / Marta Osadkowska

W kinach „Mój piękny syn”, poruszająca historia ojca mierzącego się z ciężkim uzależnieniem od narkotyków u swojego dziecka.

Główne role grają Timothee Chalamet (wyczekiwany na dużym ekranie po wielkiej roli w „Call me by your name”) i Steve Carell. To mroczna podróż opowiedziana z punktu widzenia ojca walczącego o swojego wkraczającego w dorosłość syna. David jest dobrym, troskliwym i zaangażowanym rodzicem. Wspierał Nica...

W kinach „Mój piękny syn”, poruszająca historia ojca mierzącego się z ciężkim uzależnieniem od narkotyków u swojego dziecka. Główne role grają Timothee Chalamet (wyczekiwany na dużym ekranie po wielkiej roli w „Call me by your name”) i Steve Carell.

To mroczna podróż opowiedziana z punktu widzenia ojca walczącego o swojego wkraczającego w dorosłość syna. David jest dobrym, troskliwym i zaangażowanym rodzicem. Wspierał Nica od urodzenia, pomagał mu w rozwijaniu pasji, spędzał z nim czas, dbał i był. A jednak, gdy po raz kolejny szuka syna w rynsztoku, czuje się winny. To on zakończył małżeństwo, którego owocem był Nic, to on zakochał się w innej kobiecie i nie dał żadnych szans swojej rodzinie. Żadne dziecko nie może wyjść obronną ręką z takiego zaciekłego, pełnego goryczy rozwodu jak nasz – pisze w książce, na podstawie której powstał film – Podobnie jak w przypadku eksplozji brudnej bomby, niezamierzone szkody są rozległe i trwałe. Nic mocno obrywa.

Tych szkód nie widać od razu.

Chłopiec jest pod opieką psychologa, dzielnie żyje na dwa domy, rok szkolny spędzając z ojcem, a wakacje i święta u matki, mieszkającej setki kilometrów dalej. Nie dzieli się obawami i strachem, nie narzeka, że nie może wyjeżdżać na wakacje z przyjaciółmi ze szkoły, tylko dzielnie pakuje walizkę i wsiada do samolotu. David założył nową rodzinę, w której nic wydaje się świetnie odnajdować, Vicky, matka chłopca, ma nowego partnera, z którym chłopak ma dobre relacji.

David w młodości, przypadającej na przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, próbuje różnych dostępnych powszechnie narkotyków. Choć fachowcy odradzają mówienie w tej kwestii prawdy swoim dzieciom, żeby nie dawać im obrazu człowieka, który swoje wyćpał i wyszedł z tego bez strat, on decyduje się na szczerość. Czy gdyby go wtedy skłamał, losy jego syna potoczyłyby się inaczej?

Te pytania będą już zawsze gnębić Davida. Co by było, gdyby? Czy gdyby Nic dorastał w pełnej rodzinie, bez doświadczeń wojny rozwodowej, jego życie wyglądałoby lepiej? Czy gdyby poszedł do innej szkoły, uniknąłby dilerów? Gdyby gdzieś kiedyś coś stało się inaczej…?

Ale na te pytania nie ma odpowiedzi.

Są tylko kolejne kręgi desperacji. Troska o osobę uzależnioną od narkotyków, jest czymś równie złożonym i wyniszczającym, jak samo uzależnienie. W swoich najgorszych chwilach nawet zazdrościłem Nicowi, ponieważ uzależniony, kiedy jest na haju, może przynajmniej na chwilę zapomnieć o swoim cierpieniu. Jednak rodzice, mężowie, żony albo inne osoby, które ich kochają, nie mogą liczyć na podobne wytchnienie.

Nic to utalentowany dzieciak, świetnie radzi sobie w szkole, jego opowiadania zdobywają nagrody, uprawia sport, jest lubiany i towarzyski. Ma przyjaciół i sympatie. Wydaje się, że ma wszystko. W jednym ze swoich tekstów krytykuje rodziców, którzy po rozwodzie mieszkają daleko od siebie. Nic w poruszający sposób opisuje następstwa własnych wieloletnich doświadczeń ze wspólną opieką rodzicielską: Zawsze za kimś tęsknię. Kiedy nauczyciel przyłapuje go na kupowaniu trawki, wszyscy zachowują się książkowo. Szkoła interweniuje, rodzice współpracują, pojawia się doradca i psycholog. Wszyscy robią, co mogą. Ale to nie wystarczy.

Nic pali coraz więcej, widać, że sięga też po inne używki.

Odsuwa się od rodziców, mniej angażuje w szkołę. Dostaje się na wszystkie wybrane uczelnie, ale coraz mniej go to interesuje. Tuż przed swoimi osiemnastymi urodzinami kradnie z domu gotówkę, jedzenie, najlepsze wina i znika. Wraca po dwóch dniach, buntuje się przeciw karze, nie współpracuje z psychologiem, przed rodzicami stawia ścianę. Wyjeżdża na studia, ale nie umie się na nich odnaleźć. Twierdzi, że nic nie bierze, tylko potrzebuje czasu, żeby poradzić sobie ze stanami depresyjnymi. Depresja to wyjaśnienie, które wydaje się prawdopodobne i łatwiej ją przyjąć do wiadomości niż problemy z narkotykami…człowiek nie ściąga jej sam na siebie. David znajduje pocieszenie w myśli, że narkotyki są symptomem, a nie przyczyną kłopotów Nica. Chłopak wraca do domu, obiecuje przestrzegać reguł narzuconych przez rodziców, spotykać się z terapeutą i od nowego roku zacząć studia na innej uczelni. Plan jest dobry. Gorzej z realizacją. Nic sięga po metamfetaminę. David zna ten narkotyk, na studiach patrzył, jak niszczy i w końcu zabija, jego współlokatora. Nic wsiada na koszmarną karuzelę odlotów, zejść, odwyków i zatruć. A wraz z nim cała jego rodzina.

Historia Sheffów dotyka moich największych lęków.

Przede wszystkim panicznego, paraliżującego strachu przed bezradnością. Kiedy możesz tylko patrzeć i cierpieć. I jeszcze strachu, który dotyczy pewnie wszystkich rodziców: tego o dzieci. Chcemy, żeby żyły w fajnym świecie, żeby realizowały swoje marzenia, żeby były szczęśliwe i spełnione. Budujemy im drogę do takiego losu, kochamy i wspieramy. Co, jeśli nie umieją nią pójść? Albo nie chcą? Co robić, gdy zmierzają ku destrukcji, gdy podejmują złe decyzje, gdy robią sobie krzywdę? Jak daleko można się posunąć w chęci pomocy człowiekowi, który tej pomocy wcale nie chce?  Jak długo poświęcać siebie i swoich bliskich w skazanych na porażkę próbach ratowania straconych?

Uzależniłem się od uzależnienia mojego dziecka – pisze Sheff – Kiedy pochłaniało wszystkie moje myśli, nawet kosztem obowiązków wobec żony i pozostałych dzieci, czułem się usprawiedliwiony. Myślałem: Czy rodzic mógłby nie być pochłonięty walką na śmierć i życie, jaką toczy jego dziecko? Ale z czasem przekonałem się, że moje skupienie na losach Nica w niczym mu nie pomaga, a czasem może nawet zaszkodzić. Lub też nie miało dla niego znaczenia. Tak czy inaczej, na pewno wyrządzało szkodę reszcie mojej rodziny i mnie samemu. Jednocześnie przyswoiłem sobie jeszcze inną, wstrząsającą prawdę: nie możemy wybrać za nasze dzieci tego czy umrą, czy będą żyć.

Patrzę na moje dzieci i nie chcę, żeby dorastały.

Pragnę mieć je przy sobie, podejmować razem wszystkie decyzje, chronić je i osłaniać przed złem. Co jeśli pójdą złą drogą, jeśli zaprzyjaźnią się z kimś, kto je zniszczy? Co jeśli mają w sobie mrok, którego nie widzę? Co jeśli wejdą na drogę destrukcji i nie będzie możliwości ratunku?

Moje piękne córki…

 

Kultura

Catcalling. Gwizdanie to nie komplement.

15 października 2020 / Magdalena Droń

Nigdy nie byłam klasyczną pięknością, a już na pewno nie w wieku 14 lat, kiedy dopiero odkrywałam swoją kobiecość.

A to właśnie wtedy po raz pierwszy doświadczyłam słownego molestowania w przestrzeni publicznej. Jak zareagowałam? Tak jak zapewne większość nastolatek, które obrzucane są pseudokoplementami na ulicy – zawstydzeniem i wycofaniem. Czułam strach i zaniepokojenie, szczególnie przed tym, co będzie dalej, jak rozwinie się sytuacja. Przecież mógł za mną iść, śledzić mnie czy nawet gorzej…

Nie wynikało to chyba z mojego poziomu samoakceptacji w tamtym czasie, ale tego, że nikt nie przygotował mnie psychicznie na takie zaczepki. Ba! Wychowałam się w tradycyjnej społeczności, która takie teksty i pogwizdywanie nakazywała interpretować jako przejaw adoracji płci przeciwnej. Podziw ich urody. Nic złego, ot rzucone „ładne cycki” z rusztowania na budowie w kierunku dziewczyny przechadzającej się w letniej sukience na przejściu dla pieszych. Ciekawe tylko czy gdybym ja, nawet dziś, jako 30-letnia kobieta, zaczęła na ulicy mlaskać, gwizdać i zaczepiać z grupką przyjaciółek przypadkowych kolesi, zostałabym odebrana jako „adorująca faceta” czy raczej zdrowo stuknięta…  Wiadomo, że bym tego nie zrobiła. A przecież to byłoby dokładnie to samo – sprowadzenie człowieka do poziomu obiektu seksualnego. 

Czym jest catcalling? 

Mówimy o zjawisku, które znane jest od wieków, a jednak dopiero dwa lata temu zostało odnotowane również jako termin w języku polskim. Catcalling to „wulgarne zaczepki lub komentarze o charakterze seksualnym kierowane przez mężczyzn do kobiet w przestrzeni publicznej”. Chociaż osobiście nie spotkałam się z sytuacją odwrotną, od każdej reguły znajdą się wyjątki. Do definicji dodałabym więc – w znacznej mierze do kobiet. 

Jakie są socjologiczne korzenie takiego zachowania? Można się ich dopatrywać w polskim patriarchalnym społeczeństwie, w którym dziewczynki wychowywane są na istoty uległe, wrażliwe, piękne i miłe dla wszystkich. A chłopcom po prostu wolno więcej, bo przecież „to tylko chłopiec (ang. boys will be boys). Brzmi znajomo prawda? Chociaż wychowałam się w latach 90. i nie mam swoim rodzicom absolutnie nic do zarzucenia, bo takie wzorce były im przekazywane z pokolenia na pokolenie, doskonale wiem, o czym mowa. Dziewczynki powinny być ciche, niewyróżniające się z tłumu, dobre i pracowite. Dziewczynka, szczególnie katoliczka, wychowana w zależności od płci nadrzędnej, może nigdy nie uzyskać świadomości, że jej podstawowe prawa są łamane. Co oznacza, że jako dorosła kobieta będzie miała trudności właściwą reakcją na ordynarne zachowanie i dostrzeżeniem potencjalnego niebezpieczeństwa.

Dlaczego ważne jest, byśmy reagowały?

Większość z nas na wulgarne zaczepki w ogóle nie reaguje. Nie chodzi wyłącznie o bierność samych ofiar, ale także świadków catcallingu. Nie każda ma przecież dość siły, by w sytuacji, gdy idzie ulicą, a stojący na chodniku mężczyzna gwizdnie lub powie coś niestosownego, krzyknąć: „Sp*erdalaj, nie życzę sobie takich tekstów!” lub „Naprawdę, stać Cię tylko na gwizdanie?” Chociaż zdaniem ekspertów to właśnie ośmieszenie jest najlepszą ripostą. Nie musisz oczywiście zwracać się wyuczonymi formułkami. Chodzi o pokazanie słownemu molestantowi, gdzie jego miejsce i zdyskredytowanie go w oczach znajomych. Świadkowie zdarzenia również powinni dawać do zrozumienia, że takie zachowanie nie jest w porządku i nie ma zgody na słowne molestowanie kobiet w przestrzeni publicznej. Nie reagując, przyzwyczajamy agresorów do tego, że mają na takie zachowanie przyzwolenie, wolno im więcej, co prowadzi do przekraczania kolejnych granic. Przyzwyczajamy też ofiary (w większości kobiety) do tego „że tak po prostu jest”, „musimy być przyzwyczajone”. A to kompletna bzdura!

Pamiętaj jednak, że najważniejsze jest Twoje bezpieczeństwo. Jeśli więc  jest wieczór, idziesz sama, a wkoło nie ma świadków, lepiej przyśpieszyć kroku i zwyczajnie zlekceważyć zaczepki. Jeśli czujesz się zagrożona – poproś kogokolwiek o pomoc. Uważaj na siebie, Twoje bezpieczeństwo jest najważniejsze.

Sprawiedliwość musi być po naszej stronie!

Co ciekawe, w Europie catcalling jest już karalny. W 2019 roku we Francji wprowadzono przepisy karzące słownych molestantów mandatem w wysokości 750€. Kary pieniężne wprowadziła także Holandia. Była to reakcja na projekt studencki „Dear Catcallers”, w którym użytkowniczka Instagrama zamieszczała na platformie zdjęcia catcallerów i cytowała ich wulgarne zaczepki. W Holandii za pogwizdywanie na kobiety czy niewybredne komentarze trzeba zapłacić karę w wysokości do 4000€. 

Catcalling w Polsce 

Chociaż prawo polskie w tym zakresie milczy, w kwietniu ubiegłego roku w stolicy zorganizowano kampanię społeczną „To nie komplement!” wymierzoną przeciwko catcallingowi. Celem haseł rozwieszonych na ulicach Warszawy było uświadomienie Polakom jak traumatyczny wpływ na ofiarę mają wulgarne zaczepki. Za projekt odpowiedzialne były Marta Wróblewska, Martyna Czabańska i Natasza Pieczara. Na swojej stronie zamieszczały nie tylko przykłady catcallingu („brałbym”, „oh la la”, „lubię takie ostre”), prawdziwe historie ofiar, ale także wyniki ankiety dotyczącej pozornie nowego zjawiska. W badaniu wzięło udział ponad 2000 osób, z czego 90% ankietowanych było w wieku 16 – 21 lat. Na szczęście młode pokolenie wie, że w zaczepkach nie ma nic fajnego, ani tym bardziej niewinnego (jak często mówią agresorzy). Niestety, większość badanych osób minimum raz doświadczyła zaczepek.

Całe szczęście świat idzie do przodu. Wychowujemy nasze córki i synów w zupełnie inny sposób – w świadomości i poszanowaniu dla istoty ludzkiej i jej ciała. Musimy jednak zdawać sobie sprawę zjawisk, które jeszcze przez kilka (bardziej optymistyczna wersja), jeśli nie kilkanaście lat będą z nami na porządku dziennym. I choć nie liczę na to, że któryś z molestantów trafi na ten tekst i zastanowi się dwa razy nad swoim poczynaniem, uwrażliwiajmy swoje dzieci na takie zachowania, bo to one są pokoleniem, które (miejmy nadzieję) odczuje zmianę i realnie nią będzie. 

Spotkałaś się kiedyś z catcallingiem? Jak zareagowałaś?

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo