Nie możemy wybrać za nasze dzieci, czy umrą, czy będą żyć.

W kinach „Mój piękny syn”, poruszająca historia ojca mierzącego się z ciężkim uzależnieniem od narkotyków u swojego dziecka. Główne role grają Timothee Chalamet (wyczekiwany na dużym ekranie po wielkiej roli w „Call me by your name”) i Steve Carell.

To mroczna podróż opowiedziana z punktu widzenia ojca walczącego o swojego wkraczającego w dorosłość syna. David jest dobrym, troskliwym i zaangażowanym rodzicem. Wspierał Nica od urodzenia, pomagał mu w rozwijaniu pasji, spędzał z nim czas, dbał i był. A jednak, gdy po raz kolejny szuka syna w rynsztoku, czuje się winny. To on zakończył małżeństwo, którego owocem był Nic, to on zakochał się w innej kobiecie i nie dał żadnych szans swojej rodzinie. Żadne dziecko nie może wyjść obronną ręką z takiego zaciekłego, pełnego goryczy rozwodu jak nasz – pisze w książce, na podstawie której powstał film – Podobnie jak w przypadku eksplozji brudnej bomby, niezamierzone szkody są rozległe i trwałe. Nic mocno obrywa.

Tych szkód nie widać od razu.

Chłopiec jest pod opieką psychologa, dzielnie żyje na dwa domy, rok szkolny spędzając z ojcem, a wakacje i święta u matki, mieszkającej setki kilometrów dalej. Nie dzieli się obawami i strachem, nie narzeka, że nie może wyjeżdżać na wakacje z przyjaciółmi ze szkoły, tylko dzielnie pakuje walizkę i wsiada do samolotu. David założył nową rodzinę, w której nic wydaje się świetnie odnajdować, Vicky, matka chłopca, ma nowego partnera, z którym chłopak ma dobre relacji.

David w młodości, przypadającej na przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, próbuje różnych dostępnych powszechnie narkotyków. Choć fachowcy odradzają mówienie w tej kwestii prawdy swoim dzieciom, żeby nie dawać im obrazu człowieka, który swoje wyćpał i wyszedł z tego bez strat, on decyduje się na szczerość. Czy gdyby go wtedy skłamał, losy jego syna potoczyłyby się inaczej?

Te pytania będą już zawsze gnębić Davida. Co by było, gdyby? Czy gdyby Nic dorastał w pełnej rodzinie, bez doświadczeń wojny rozwodowej, jego życie wyglądałoby lepiej? Czy gdyby poszedł do innej szkoły, uniknąłby dilerów? Gdyby gdzieś kiedyś coś stało się inaczej…?

Ale na te pytania nie ma odpowiedzi.

Są tylko kolejne kręgi desperacji. Troska o osobę uzależnioną od narkotyków, jest czymś równie złożonym i wyniszczającym, jak samo uzależnienie. W swoich najgorszych chwilach nawet zazdrościłem Nicowi, ponieważ uzależniony, kiedy jest na haju, może przynajmniej na chwilę zapomnieć o swoim cierpieniu. Jednak rodzice, mężowie, żony albo inne osoby, które ich kochają, nie mogą liczyć na podobne wytchnienie.

Nic to utalentowany dzieciak, świetnie radzi sobie w szkole, jego opowiadania zdobywają nagrody, uprawia sport, jest lubiany i towarzyski. Ma przyjaciół i sympatie. Wydaje się, że ma wszystko. W jednym ze swoich tekstów krytykuje rodziców, którzy po rozwodzie mieszkają daleko od siebie. Nic w poruszający sposób opisuje następstwa własnych wieloletnich doświadczeń ze wspólną opieką rodzicielską: Zawsze za kimś tęsknię. Kiedy nauczyciel przyłapuje go na kupowaniu trawki, wszyscy zachowują się książkowo. Szkoła interweniuje, rodzice współpracują, pojawia się doradca i psycholog. Wszyscy robią, co mogą. Ale to nie wystarczy.

Nic pali coraz więcej, widać, że sięga też po inne używki.

Odsuwa się od rodziców, mniej angażuje w szkołę. Dostaje się na wszystkie wybrane uczelnie, ale coraz mniej go to interesuje. Tuż przed swoimi osiemnastymi urodzinami kradnie z domu gotówkę, jedzenie, najlepsze wina i znika. Wraca po dwóch dniach, buntuje się przeciw karze, nie współpracuje z psychologiem, przed rodzicami stawia ścianę. Wyjeżdża na studia, ale nie umie się na nich odnaleźć. Twierdzi, że nic nie bierze, tylko potrzebuje czasu, żeby poradzić sobie ze stanami depresyjnymi. Depresja to wyjaśnienie, które wydaje się prawdopodobne i łatwiej ją przyjąć do wiadomości niż problemy z narkotykami…człowiek nie ściąga jej sam na siebie. David znajduje pocieszenie w myśli, że narkotyki są symptomem, a nie przyczyną kłopotów Nica. Chłopak wraca do domu, obiecuje przestrzegać reguł narzuconych przez rodziców, spotykać się z terapeutą i od nowego roku zacząć studia na innej uczelni. Plan jest dobry. Gorzej z realizacją. Nic sięga po metamfetaminę. David zna ten narkotyk, na studiach patrzył, jak niszczy i w końcu zabija, jego współlokatora. Nic wsiada na koszmarną karuzelę odlotów, zejść, odwyków i zatruć. A wraz z nim cała jego rodzina.

Historia Sheffów dotyka moich największych lęków.

Przede wszystkim panicznego, paraliżującego strachu przed bezradnością. Kiedy możesz tylko patrzeć i cierpieć. I jeszcze strachu, który dotyczy pewnie wszystkich rodziców: tego o dzieci. Chcemy, żeby żyły w fajnym świecie, żeby realizowały swoje marzenia, żeby były szczęśliwe i spełnione. Budujemy im drogę do takiego losu, kochamy i wspieramy. Co, jeśli nie umieją nią pójść? Albo nie chcą? Co robić, gdy zmierzają ku destrukcji, gdy podejmują złe decyzje, gdy robią sobie krzywdę? Jak daleko można się posunąć w chęci pomocy człowiekowi, który tej pomocy wcale nie chce?  Jak długo poświęcać siebie i swoich bliskich w skazanych na porażkę próbach ratowania straconych?

Uzależniłem się od uzależnienia mojego dziecka – pisze Sheff – Kiedy pochłaniało wszystkie moje myśli, nawet kosztem obowiązków wobec żony i pozostałych dzieci, czułem się usprawiedliwiony. Myślałem: Czy rodzic mógłby nie być pochłonięty walką na śmierć i życie, jaką toczy jego dziecko? Ale z czasem przekonałem się, że moje skupienie na losach Nica w niczym mu nie pomaga, a czasem może nawet zaszkodzić. Lub też nie miało dla niego znaczenia. Tak czy inaczej, na pewno wyrządzało szkodę reszcie mojej rodziny i mnie samemu. Jednocześnie przyswoiłem sobie jeszcze inną, wstrząsającą prawdę: nie możemy wybrać za nasze dzieci tego czy umrą, czy będą żyć.

Patrzę na moje dzieci i nie chcę, żeby dorastały.

Pragnę mieć je przy sobie, podejmować razem wszystkie decyzje, chronić je i osłaniać przed złem. Co jeśli pójdą złą drogą, jeśli zaprzyjaźnią się z kimś, kto je zniszczy? Co jeśli mają w sobie mrok, którego nie widzę? Co jeśli wejdą na drogę destrukcji i nie będzie możliwości ratunku?

Moje piękne córki…

 

1 comment

  1. Mogę się podpisać obiema rękami pod ostatnim akapitem. Ten ciągły stres, że zrobię coś, co spowoduje, że moje dzieci nie będą szczęśliwe. Że nie będą umiały powiedzieć :nie. Że się zagubią, a ja nie będę umiała im pomóc. Albo, że nie zauważę, że trzeba. Wiem, że muszą żyć po swojemu, popełniać swoje błędy. Mam nadzieję, że zbudujemy na tyle silna relacje, że będą wiedziały, że ZAWSZE i ZE WSZYSTKIM będą mogły do mnie przyjść. A ja znajdę w sobie siłę i przestrzeń na to, by nie oceniać, nie oskarżać, nie pomagać na siłę. Tylko być przy nich tak, jak tego oczekują. Tylko tyle. I aż tyle…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *