Change font size Change site colors contrast
Styl życia

Nie marnuj jedzenia, czyli kilka słów o kreatywności w kuchni

24 stycznia 2018 / Magdalena Droń

Wyobraź sobie, że wygrywasz 2 tysiące polskich złotych.

To dopiero zastrzyk gotówki, szczególnie na początku roku, czyż nie? Zanim jednak w swojej wyobraźni wydasz je na najpotrzebniejsze na świecie trzecie kozaki do kolekcji (przecież zima taka sroga), chcę żebyś uzmysłowiła sobie, że to tak naprawdę Twoje pieniądze, które w poprzednim roku, podobnie jak każda statystyczna rodzina Kowalskich, wyrzuciłaś do kosza… Jak to możliwe?...

Wyobraź sobie, że wygrywasz 2 tysiące polskich złotych. To dopiero zastrzyk gotówki, szczególnie na początku roku, czyż nie? Zanim jednak w swojej wyobraźni wydasz je na najpotrzebniejsze na świecie trzecie kozaki do kolekcji (przecież zima taka sroga), chcę żebyś uzmysłowiła sobie, że to tak naprawdę Twoje pieniądze, które w poprzednim roku, podobnie jak każda statystyczna rodzina Kowalskich, wyrzuciłaś do kosza… Jak to możliwe?

Mowa o jedzeniu, które marnuje się w tak wielu polskich domach – Twoim również. Jak podaje Federacja Polskich Banków Żywności co roku czteroosobowa rodzina w naszym kraju właśnie kwotę 2 tysięcy złotych wyrzuca do śmieci. W kontekście dzieci głodujących nie tylko w Afryce, lecz również w Polsce, te dane są zatrważające…

Społeczeństwo konsumpcyjne

W dzisiejszych czasach tak wiele mówi się o jakości jedzenia, o tym skąd pochodzi, jak jest przetwarzane i jakie substancje odżywcze dostarcza naszemu organizmowi. Restauracje prześcigają się w kreowaniu coraz bardziej wymyślnych dań, a sklepy wprowadzają na nasz rodziny rynek coraz bardziej egzotyczne produkty z najdalszych zakątków świata. Zewsząd bombardują nas kolorowe reklamy, blogi o tematyce kulinarnej i portale, które mówią – kupuj, gotuj, jedz. Konsumujemy więc na potęgę, bez zastanowienia wrzucając niezliczone ilości pięknie opakowanych produktów do coraz to większych koszyków sklepowych. Co szkodzi nam wziąć więcej? Przecież i tak jest w promocji! Szafki kuchenne i półki w naszych lodówkach uginają się pod ciężarem jedzenia, a my wciąż chcemy więcej i więcej…

Kraj kontrastów

Polska jest krajem paradoksów, w którym z jednej strony postawić można rodziny żyjące na skraju ubóstwa, w których głodne dzieci nie dostają ciepłego posiłku w ciągu dnia, natomiast z drugiej osoby, które dzień w dzień bezrefleksyjnie utylizują to, czego nie udało im się przejeść. I chociaż wydaje Ci się, że problem ten nie jest aż tak wielki, usiądź na chwilę i pomyśl – ile jedzenia wyrzuciłaś po świętach? Czy aby na pewno przygotowałaś tylko tyle, ile byliście w stanie zjeść? Obawiam się, że podobnie jak większość Polaków przygotowałaś „trochę” więcej, bo przecież nie wypada, żeby w święta czegokolwiek zabrakło na wigilijnym stole! Co zrobiłaś z resztkami? Kreatywnie wykorzystałaś, podzieliłaś się z potrzebującymi czy może wyrzuciłaś, bo przecież i tak już „za długo” stało? Chociaż na pierwszy rzut oka może Ci się wydawać, że problem marnowania jedzenia nie dotyczy Ciebie i Twojej rodziny, przykro mi to stwierdzić, ale Ty również przyczyniłaś się do tych niechlubnych statystyk. W Polsce rocznie blisko 9 milionów ton żywności trafia na śmietnik, a mimo to w skrajnym ubóstwie żyje ponad 2,5 mln obywateli, którzy korzystają z pomocy Banków Żywności. I chociaż całego ciężaru odpowiedzialności nie można zrzucać na gospodarstwa domowe, lecz również na restauracje, przedsiębiorców czy sklepy spożywcze, szczególnie wielkopowierzchniowe, to właśnie nasze rodziny są pierwszą instancją, która może przyczynić się do realnej zmiany w nowym roku. Dziś chcę podzielić się z Tobą kilkoma radami, które sprawdzają się w moim domu. Być może i Ciebie natchną do zmiany?

Planuję

Chociaż na tym etapie wydaje Ci się to zapewne nieco absurdalne, bo jak możesz wiedzieć, na co przyjdzie Ci ochota za dwa lub trzy dni, planowanie posiłków na przód jest świetną techniką, która zaoszczędzi zarówno Twój czas, jak i pieniądze. Ustalając ze swoimi domownikami jadłospis na najbliższe dni (uwzględniaj każde potrzeby, weryfikuj wspólne ulubione dania i te, na które w danym czasie na pewno nie macie ochoty), będziesz wiedziała, jak rozplanować sobie czas. Łatwiej będzie też ułożyć listę zakupów na poszczególne dni. Nie każę Ci od razu rozpisywać wszystkiego na tydzień czy dwa do przodu (uwierz mi, są osoby, które planują zakupy na cały miesiąc!), na początek nawet 3-4 dni będą świetnym postępem. Spisz potrzebne Ci produkty i nie kupuj nic spoza kartki. Pamiętaj, że dzięki promocjom zyskują handlowcy i producenci, a nie Twój domowy budżet. Sama niewiele na tym zyskujesz, a niejednokrotnie tracisz. Szczególnie, gdy zbyt duża ilość produktu o krótkiej dacie przydatności do spożycia znajdzie się w Twojej torbie, a Ty nie będąc w stanie jej zjeść, zrobisz to co zwykle – wyrzucisz. Przecież i tak nie kosztowało wiele. I błędne koło się zamyka…

Jestem elastyczna

Trzymając się wyznaczonego menu, pamiętaj również o tym, by nie być jego niewolnikiem. Jeśli poprzedniego dnia, ugotowałaś tak dużo zupy, że nie udało Wam się zjeść wszystkiego, odgrzej ją na kolację lub odłóż do zamrażalki na tak zwaną „czarną godzinę” (nigdy nie wiesz, kiedy domowa zupa uratuje Ci życie po mroźnym spacerze lub całonocnej imprezie ^^). Podobnie np. z makaronem z poprzedniego dnia. W Twojej rozpisce jest leczo z ryżem? Nic nie stoi na przeszkodzie, by warzywną potrawkę zjeść z makaronem. Dzięki temu nie będziesz musiała wyrzucać tego, co ugotowałaś w nadmiarze. Makaron z powodzeniem sprawdzi się także jako dodatek do zupy czy (np. podgrzany z mlekiem) jako śniadanie przed pracą. Dróg do tego, by nie marnować jedzenia jest wiele – wystarczy być elastycznym i kreatywnym.

Zawsze mam w kuchni

W czarowaniu w kuchni zawsze pomagają mi podstawowe produkty, których nie może zabraknąć w żadnym gospodarstwie domowym. Dzięki nim jestem przygotowana na każdą ewentualność – niezależnie od tego, czy wieczorem wpadną do nas znajomi, czy w weekend nie będzie chciało nam się wychodzić na zakupy. W mojej spiżarni znajdują się:

MĄKA: idealna do wszelkich wypieków (i tych słodkich i pieczywa), naleśników, racuchów czy pierogów. Z powodzeniem sprawdzi się zarówno na słodko (naleśniki z białym twarogiem wieczorową porą brzmią wybornie), jak i na wytrawnie. Z kuchennego blatu od kilku dni smutnie zerkają na Ciebie sczerniałe banany? Nie daj się dłużej prosić! Czas na pyszny chlebek bananowy lub owsiane penkejki!

PŁATKI ZBOŻONE: owsiane, jęczmienne, gryczane, ryżowe, itp. Możliwości masz wiele. Są świetną bazą zdrowych wypieków, a także doskonałym dodatkiem do mleka czy jogurtu w ramach przekąski czy lekkiego śniadania.

RYŻ, KASZE, MAKARONY: absolutna podstawa wszelkich obiadowych dań z resztek. Kilka warzyw podsmażonych na patelni lub uduszonych w garnku + makaron. Czego chcieć więcej? A jeśli marnują Ci się owoce, np. jabłka, gruszki czy banany, obierz je, pokrój, podduś i podaj razem z ugotowanym na mleku ryżem. Smak i zapach dzieciństwa…

DOMOWE PRZETWORY i PUSZKI: kolejne produkty z długim terminem ważności, które mogą uratować niejedną niezapowiedzianą kolację w większym gronie. Zostały Ci gotowane warzywa z bulionu? Dodaj kukurydzę, groszek, fasolę, przyprawy i majonez – sałatka gotowa! Konserwy możesz dodawać też do zapiekanek czy warzywnych gulaszów – z całą pewnością wzbogacą niejedno danie. A w okresie zimowym, nieodłącznym składnikiem wielu dań będą własnoręcznie przygotowane kilka miesięcy wcześniej przetwory (świetne rozwiązanie dla działkowców, którzy w sezonie nie są w stanie przejeść wszystkich świeżych plonów) – dżemy idealne na śniadanie, ogórki kiszone, kapusta czy pomidory w zalewie do obiadu. Smak lata zamknięty w słoiku bez żadnych konserwantów – polecam!

MROŻONKI: mogą być takie ze sklepu, jednak ja sama mrożę warzywa i owoce wtedy, gdy są najlepsze. Zawsze mam w zamrażalniku np. truskawki idealne na smoothie czy słodkie pierogi ze śmietaną. Świetnym rozwiązaniem są też gotowe mieszanki warzyw na patelnię, które świetnie sprawdzą się do niezjedzonego mięsa z wczorajszego obiadu czy kaszy. Wystarczy podsmażyć i jedzenie gotowe!

Nie udziwniam

Jestem fanką prostych i smacznych potraw. Oczywiście lubię czasem poeksperymentować i wypróbować coś nowego, jednak zdecydowanie bliżej mi do idei kuchni regionalnej, opartej o sezonowe produkty, które rodzi nasza ziemia. Wykorzystuję to, co mam pod ręką. Nie ograniczam się wyłącznie do znanych mi przepisów. Zmieniam, tworzę i jestem kreatywna. A wszystko po to, by nie marnować. W ten sposób nie tylko minimalizuję ilość wyrzucanego jedzenia, ale także odkrywam wiele smacznych potraw na nowo. Może więc warto, byś i Ty wyszła poza strefę swojego komfortu w kuchni?

Jedzeniowy recycling

Byłabym idealistką, gdybym powiedziała, że w moim domu nigdy nic nie zostaje. Oczywiście, że zostaje! Jednak zamiast wyrzucać, wolę wykorzystać ponownie. Chociażby czerstwy chleb – jest idealny na grzanki z serem czy ziołowe grzaneczki do zupy krem. A jeśli jest już tak suchy, że nożem nie pokroisz – zmiel na bułkę tartą! To takie proste, a wciąż tak wiele pieczywa ląduje na śmietnikach. Czemu, skoro możliwości jest tak wiele? Poniżej przedstawiam kilka pomysłów na wykorzystanie resztek z poprzedniego dnia:

UGOTOWANY MAKARON, RYŻ, KASZA: warzywne zapiekanki, sałatki, dodatki do zup.

UGOTOWANE ZIEMNIAKI: kluski, kopytka, gniocchi.

UGOTOWANE MIĘSO (np. z rosołu): pasztet, farsz do pierogów, pasta na kanapki.

UGOTOWANE WARZYWA (np. z rosołu): pasztet, pasta na kanapki, sałatka jarzynowa, kotleciki warzywne.

UGOTOWANE JAJKA: pasta jajeczna, kotlety jajeczne, sałatka z jajkami.

To tylko moje propozycje – najważniejsz a jest Twoja wyobraźnia i otwarty umysł. A jeśli naprawdę dość już masz zupy, którą jecie trzeci dzień albo przeliczyłaś się i ugotowałaś za dużo bigosu, a Twoja lodówka więcej nie pomieści – zaproś znajomych lub sąsiadów. Dzielenie się domowym jedzeniem jest najprostszą i najlepszą rzeczą, jaką możesz zrobić.

Nie wyrzucaj – podziel się!

 

 


Designed by Freepik

Ciąża

Praca w młodym dynamicznym zespole. Tak, ale tylko do momentu zajścia w ciążę?

2 stycznia 2022 / The Mother Mag

Ciąża zarówno ta planowana, jak i spontaniczna, wymusza na kobiecie zmianę priorytetów.

Do przewartościowania może dochodzić stopniowo lub całkiem szybko – najczęściej po porodzie. Nowa rola mamy jest wymagająca, ale jednocześnie dodaje niesamowitej energii i często brutalnie obnaża to, co jest w życiu najważniejsze. 

 

Szczęśliwe te kobiety, które z racji zawartych umów, mogą pozwolić sobie na wykorzystanie urlopu macierzyńskiego i rodzicielskiego w pełnym wymiarze 52. tygodni. Pozytywną zmianą jest również to, że coraz chętniej rodzice dzielą się urlopem rodzicielskim. Sytuacje, w których to tata zostaje z dzieckiem na pół roku, wciąż wzbudzają sensację, ale powoli stają się codziennością. Rodzice analizują dochody, możliwości powrotu, perspektywy awansu, czy w przypadku kobiety konsekwencje zbyt długiej przerwy na rynku w pracy. W podjęciu racjonalnej decyzji na pewno nie pomagają problemy, które najczęściej występują w pracy, gdy tylko przyszła mama podzieli się wiadomością o ciąży. 

Kiedy najchętniej informujemy pracodawcę o ciąży?

Zapytałam kilkanaście bliższych i dalszych koleżanek, kiedy zdecydowały się poinformować w pracy o ciąży. Po pierwsze, podzielenie się tą wiadomością to dla wielu pracownic bardzo duży stres. Teoretycznie żyjemy w społeczeństwie, które wspiera dzietność. W praktyce nawet jeśli szef sam na trójkę dzieci i jak zapewnia jest prorodzinny, informacja o ciąży podwładnej, może nie zostać przez niego dobrze przyjęta. Dlatego kobiety zwlekają z ujawnieniem swojego stanu najczęściej do końca 1 trymestru. Jest to również optymalny termin zdaniem lekarzy ginekologów, ponieważ mija największe zagrożenie poronienia. Historia zna jednak przypadki, w których pracownica poinformowała o ciąży, poroniła, a gdy kilka dni później otrzymała od pracodawcy wypowiedzenie. 

Pamiętajmy, że ciężarną chroni Kodeks Pracy – pracownicy w ciąży nie można zwolnić. Co więcej, pracodawca jest zobowiązany zapewnić jej odpowiednie warunki pracy. Co to oznacza? Pracodawca powinien między innymi tak dostosować rodzaj i zakres obowiązków, by mogła pracować w warunkach bezpiecznych, na przykład nie będąc narażoną na szkodliwe substancje. W praktyce wygląda to tak, że pracodawca sugeruje ciężarnej szybkie pójście na zwolnienie, ponieważ nie ma dla niej alternatywy. 

Nieco inaczej wygląda sytuacja w środowisku biurowym, czyli tam gdzie teoretycznie praca jest lżejsza. Lżejsza, ale nie mniej stresująca i obciążająca, nadgodziny, nadmiar obowiązków, mobbing – to dla wielu pracownic codzienność. Praca w korporacji oznacza codzienne przebywanie w budynku wypełnionym ludźmi – wciąż jest wprawdzie praktykowany model pracy zdalnej, ale powoli firmy od tego odchodzą. I co najważniejsze, pracę w młodym, dynamicznym zespole. 

Przyjaciele? Tak, dopóki jesteś częścią zespołu 

Zuza jest przesympatyczną brunetką, która dużo się uśmiecha. 

– Zanim urodziłam córkę, pracowałam przez 7 lat w jednej korporacji – szmat czasu. Dobre zarobki, delegacje z dietami, możliwość poznawania nowych ludzi i co najważniejsze świetnie zgrany zespół. Byłam pewna, że po tylu latach mamy silną nić – a nawet linę – porozumienia. Tyle razy mogłam liczyć na pomoc i wsparcie ludzi z mojego zespołu, zwierzaliśmy się z kłopotów. Gdy rozstałam się z partnerem, mogłam liczyć na wielkie wsparcie. Nazywałam ich swoimi „przyjaciółmi”. Wszystko trwało, aż do chwili, gdy zaszłam w nieplanowaną ciążę. Mój chłopak, który nie jest Polakiem i ma większe doświadczenie zawodowe ode mnie, od początku dziwił się, że przyjaźnię się z ludźmi z pracy. Tłumaczył mi wiele razy: Zuza, to tylko ludzie z pracy i jak przyjdzie co do czego, to się na Ciebie wypną, a ja oczywiście ich broniłam, że polska mentalność jest inna, że znam tych ludzi 7 lat, że będzie super.

 

Najpierw o ciąży powiedziałam kierownikowi. Nie czekałam do końca pierwszego trymestru, bo chciałam być w porządku. Zareagował dobrze, z ciążą było ok., więc kilka dni później poinformowałam mój zespół. Gratulacje przekazały tylko dwie osoby i temat wpadł pomiędzy aktualne szkolenia i wyjścia integracyjne. Poczułam się dziwnie, ale myślałam, że jednak praca to niekoniecznie najlepsze miejsce na rozmowę o ciąży, więc czekałam na ten zalew prywatnych wiadomości z życzeniami i pytaniami o samopoczucie. Tylko wiesz co? On nigdy nie nastąpił. Termin miałam na wrzesień, planowałam iść na zwolnienie w czerwcu lub w lipcu. Niestety na początku maja zaczęła się moja alergia, więc pani doktor kazała mi dużo leżeć i odpoczywać – czułam się fatalnie.

 

Szybko poinformowałam kierownika, że jednak kończę pracę w maju. Był zaskoczony i wręcz próbował – mimo moich zapuchniętych oczu, kataru, zatkanego nosa i zawrotów głowy – wymusić na mnie zostanie kilka tygodni dłużej. Gdy odmówiłam, usłyszałam, że nie tego się po mnie spodziewał, że go rozczarowuję moim brakiem zaangażowania. Poczułam się strasznie. Nie planowałam ciąży, więc to nie był jeszcze moment, w którym była ona bezwzględnie na pierwszym miejscu. Priorytetem wciąż była dla mnie praca i moi „przyjaciele”, dlatego słowa kierownika dotknęły mnie do żywego. Wróciłam do domu i się rozpłakałam. Jak on mógł powiedzieć tak do mnie obecnej na wszystkich zebraniach, pierwszej do wdrażania innowacji, wspierającej kolegów? Dopiero później zrozumiałam, że tak właśnie działa korporacja – dopóki działasz na pełnych obrotach i jesteś potrzeba, to się liczysz, ale nie jako człowiek, tylko trybik w maszynie. Jeśli coś się dzieje, a ciąża naprawdę oznacza, że się dzieje, przestajesz pasować do wzorca pracownika korpo, po prostu Cię odsuwają. I chociaż się pożegnałam, od tamtej pory nikt z zespołu do mnie nie napisał. Nie wiem, czy po macierzyńskim wrócę tam do pracy. 

W młodym dynamicznym zespole nie ma miejsca na ciążową zadyszkę. Rozpychając się nogami i łokciami na korporacyjnej drabinie, ciężko jednocześnie chronić rosnące w macicy kruche życie. Wyścig po awans nie uda się, gdy chcemy jedynie przejść przez kolejne progi, ostrożnie i z rozwagą, mając na uwadze własne zdrowie. Rosnący brzuch źle wygląda pod żakietem, a podkrążone oczy i zawroty głowy nie pasują do meetingów i deadline’ów. Oczywiście nie w każdej korporacji tak to wygląda i są miejsca, gdzie można poczuć się dobrze nawet po urodzeniu dziecka. 

Razem na zawodowe (i prywatne) dobre i złe 

Monika ma kilka lat doświadczenia zawodowego w sektorze ubezpieczeń. Pracuje w dużej korporacji, a gdy zaszła w planowaną ciążę bardzo się ucieszyła. 

Od dawna staraliśmy się z mężem o dziecko. Mieszkanie, stabilna praca, przyszli dziadkowie czekający w blokach startowych – czego chcieć więcej? Nadmiar szczęścia trochę nas przytłoczył – Monika śmieje się, gdy pokazuje mi na ekranie smartfona zdjęcia swoich bliźniaków. Wiesz, ciąża mnoga, to zawsze ciąża wysokiego ryzyka. Byłam za połową drogi do awansu, otwierały się przede mną fajne perspektywy, ale jednocześnie metryka dawała o sobie znać. Skończyłam 32 lata i powiedziałam sobie „Monia, jak nie teraz to kiedy?” I tak musiałam jeszcze 2 lata poczekać. 

Zespół, w którym pracowałam był na maxa zgrany. Zaczynaliśmy pracę w tym dziale firmy od początku, wspieraliśmy się. Jestem trochę starsza od moich kolegów, ale nigdy nikomu to nie przeszkadzało. Wspólnie ogarnialiśmy tematy, zajmowaliśmy się nowymi projektami. Spotykaliśmy się też poza pracą również z naszymi partnerami na naprawdę fajnych imprezach. Wiedziałam, że gdy zajdę w ciążę będę mogła na nich liczyć. Tak właśnie było. Nikt nie robił mi wyrzutów. Nasz ówczesny kierownik próbował coś powiedzieć, chyba w żartach, ale temat szybko ucichł – koledzy się za mną wstawili. Musiałam wcześnie iść na L4, kilka razy byłam w szpitalu, jednak z moim teamem zawsze byliśmy w kontakcie. Były momenty, że to mój mąż dzwonił do chłopaków pogadać! Po urodzeniu dzieciaków planowałam dość szybki powrót. Jednak plany planami, a bliźniaki okazały się mega wymagające!

Wróciłam do biura, ale dopiero po niemal dwóch latach. Przez ten cały czas byliśmy w kontakcie z zespołem, pisaliśmy na Messie, odwiedzaliśmy się. Podczas mojej nieobecności w zespole były dwa śluby – na jednym weselu był tylko mój mąż, a na drugim bawiliśmy się razem. Miałam taki nawał pokarmu, że zalałam swoją wieczorową sukienkę, ale i tak było super. W między czasie koledze urodziło się dziecko, więc mogliśmy podzielić się ubrankami i innymi rzeczami po naszych maluszkach. Wracając do pracy po 21 miesiącach, czułam się dziwnie, ale jednocześnie stabilnie i bezpiecznie. Kierownik odszedł, zastąpiła go dziewczyna w moim wieku. Wprawdzie szukała kogoś na moje miejsce, ale „moi chłopcy” zadeklarowali, że są gotowi na mnie poczekać. Czułam się super. Wierzę, że jeśli trafi się na odpowiednich ludzi, można zbudować w pracy trwałe więzi i wrócić po urodzeniu dziecka lub dzieci na swoje stanowisko nawet w korporacji. 

Przykład Moniki pokazuje, że dużo zależy od szczęścia oraz charakteru poszczególnych osób. Czy zespół będzie w stanie zrozumieć nową sytuację? Czy jego członkowie zaakceptują zmianę, jaka nadchodzi w życiu jednego z członków? Sylwia przekonała się, że można otrzymać pozytywny feedback, a mimo to w wyniku celowych działań innych ludzi, zostać bez pracy. 

Koleżanki, które chcą dobrze tylko dla siebie 

Mój partner jest człowiekiem twardo stąpającym po ziemi i jednocześnie dobrze zarabiającym. Ma własną firmę i wie, jak są w biznesie traktowane ciężarne pracownice. Ciążę planowaliśmy od razu po ślubie zgodnie z zasadami naszej wiary. Jedyny problem był taki, że kończyła mi się umowa. Miałam jednak doskonałą ocenę roczną, pozytywny feedback od przełożonego i reszty zespołu. Otrzymałam ustne zapewnienie, że jestem filarem działu i na pewno umowa będzie przedłużona. Pracowałam z samymi dziewczynami, świetnie się dogadywałyśmy. Wiadomo, były lekkie spięcia – najczęściej o ilość obowiązków, ale rozwiązywałyśmy wszystko na bieżąco. Aż pewnego dnia, byłam już w ciąży, ale dosłownie z 4. tygodniu, więc nawet nie myślałam, żeby komuś o tym powiedzieć – dowiedziałam się od osoby trzeciej, że jedna z moich koleżanek regularnie informowała kierownika o tym, co robię: jak często i na ile minut wychodzę na przerwę, co robię podczas przerwy – zdarzało się, że dzwoniłam do męża, czy i ile korzystam z mediów społecznościowych. Możesz poczuć się oburzona, jak to w pracy używać FB, ale po 3-4 godzinach wpatrywania się w tabelki w Excelu kilka minut na FB działało na mnie jak spacer po parku. I nagle dowiaduję się, że jednak moje cudowne koleżanki, z którymi plotkuję przy porannej kawie, dzielę się anegdotami z życia małżeńskiego, radzę się w niektórych kwestiach podczas przerwy na lunch, patrzą mi na ręce! Mało tego, zamiast zwrócić mi uwagę i szczerze porozmawiać, idą z tym do przełożonego! Poczułam się bardzo dziwnie i mocno się zdenerwowałam, co szybko objawiło się delikatnymi skurczami macicy. Wystraszyłam się i zwolniłam tego dnia do domu. To był piątek, więc jeszcze tego samego wieczoru pojechaliśmy do ginekologa, dostałam zwolnienie na dwa tygodnie i leki podtrzymujące ciążę. Odetchnęłam, ale tylko do poniedziałku. 

W poniedziałek rano zadzwonił pierwszy telefon, chociaż poinformowałam kierownika o L4. Dziewczyny dosłownie co chwilę do mnie dzwoniły na mój prywatny telefon  i pytały o rzeczy, które mogły sprawdzić same, nie mogłam spać, zaczynałam się coraz bardziej denerwować. Tego dnia mój mąż wrócił wcześniej z pracy i po prostu wyłączył mój telefon. Następnego dnia przywiózł mi telefon od siebie z firmy i zabronił podawać numer komukolwiek z pracy. Mogłam odpocząć. Kolejna wizyta u ginekologa pokazała, że wszystko w porządku – ciąża rozwijała się prawidłowo. Pani doktor zmartwiona moim stanem – szybko zaczęły się całodzienne wymioty, mdłości i zawroty głowy, zaproponowała zwolnienie. Jak pewnie się domyślasz, nie zgodziłam się, bo zależało mi na pracy. Tak oto dwa tygodnie później wróciłam do biura. Nikt w moim dziale się do mnie nie odzywał. Dziewczyny ostentacyjnie zamilkły, gdy weszłam do kuchni. Nie padło żadne pytanie o moje zdrowie, a na lunch  bez słowa wyszły do pobliskiej restauracji. Poczułam się strasznie. Najgorsze jednak było to, że przez dwa tygodnie nikt nie ruszył nawet moich zdań, które były elementami ważnych procesów. Przez moje zwolnienie stanęło kilka najważniejszych procesów w całym naszym dziale. Co więcej, w mailach koleżanki pisały do kierownika, że wszystko stoi przeze mnie, bo z dnia na dzień porzuciłam swoje obowiązki. Poczułam, że świat wokół mnie zaczyna wirować, zrobiło mi się ciemno przed oczami. Ocknęłam się na podłodze, kolega zdążył już wezwać pogotowie. 

Po tym incydencie spędziłam 2 dni w szpitalu, miałam zrobiony komplet badań. Z ciążą było wszystko dobrze, ale moje wyniki nie były najlepsze. Skończyło się na podawaniu kroplówek i zaleceniu leżenia plackiem przez następne 2 tygodnie. Mąż starał się być więcej w domu, opiekował się mną – spisał się na medal! Do pracy już nie wróciłam. Umowa skończyła się, gdy byłam na L4, zarejestrowałam się w urzędzie i kontynuowałam zwolnienie. Płynnie przeszłam na macierzyński. Teraz czeka mnie szukanie pracy, ale myślę, że już nie wrócę do korporacji to nie dla mnie. Te wszystkie podchody, kopanie pod kimś dołków. Myślę, że chciałabym pracować jako opiekunka. Może zajmę się osobami starszymi.  Dopiero niedawno dowiedziałam się od znajomej z pracy – spotkałyśmy się w kawiarni dla mam – że to wszystko było tak zrobione, aby jedna z moich „koleżanek” dostała ten awans. Pracowała dłużej ode mnie, to ona poleciła mnie do tej pracy, ale nie sądziła, że będę lepiej sobie radzić, a na kierowniku wrażenie zrobią moje kompetencje. Dlatego zaczęła robić wszystko, by umniejszyć moją rolę, a nawet obciążyć mnie za błędy w dziale! Do dzisiaj nie mieści mi się to w głowie. Jestem niesamowicie wdzięczna mężowi, który zabronił mi wtedy przejmować się pracą i kazał skupić na własnym zdrowiu. 

Sylwia przekonała się, że korporacja może być miłym miejscem. Jeśli jednak trafi się do nieodpowiedniego działu można na własnej skórze doświadczyć, co to znaczy zawiść. Pracownicy i pracownice zorientowani na sukces są gotowi wiele poświęcić, by otrzymać awans i zyskać uznanie przełożonych. Gdy u części osób priorytety powoli się zmieniają i pojawia się nieśmiałe dążenie do osiągnięcia work-life balance, ich ambitni koledzy są gotowi używać wszystkich dostępnych metod, by osiągnąć założone cele na ścieżce kariery zawodowej.  

Praca w młodym dynamicznym zespole to nie tylko praca w dużej korporacji. Jest coraz więcej małych i średnich firm, które zachęcają kandydatów dobrą atmosferą w pracy, przyjaznymi relacjami, a do zespołu szukają wyłącznie osób młodych. 

Weronika od zawsze marzyła o pracy w ciekawej firmie. 

Ciekawa praca – to było moje marzenie. Dlatego jak tylko zobaczyłam, że mogę pracować w agencji i tworzyć social media, wiedziałam, że to idealne zajęcie dla mnie. Sesje zdjęciowe, wyjścia w plener, burze mózgów, ciekawe spotkania z klientami, szalone pomysły, nieszablonowe zadania. W mojej pracy naprawdę nie nudziłam się ani przez chwilę! Fakt, że często zaczynaliśmy o 7 rano, a kończyliśmy grubo po 22, ale uwielbiałam to, co robiłam. Upajałam się hasłami reklamowymi, świetnie zrobionymi postami, a kampanie, które kończyły się sukcesem, były okazją do świętowania w restauracji. Marek pracował jako starszy programista. Duży facet z brodą, który potrafił robić niesamowite rzeczy – strony, animacje. Do tego miał poczucie humoru, szybko zaiskrzyło i zostaliśmy parą. Nikomu to nie przeszkadzało, koledzy i koleżanki kibicowali nam. W prezencie ślubnym dostaliśmy voucher do luksusowego SPA w górach, a szef pożyczył nam swój sportowy samochód, żebyśmy mogli z wielką pompą odjechać spod urzędu (i nagrać relację na social media). 

Po około pół roku zorientowałam się, że coś jest nie tak. Projektów w pracy wciąż przybywało, nasze pensje nie rosły jednak tak szybko jak wcześniej. Poza tym niemal wcale nie widywaliśmy się z Markiem! On programował w nocy, ja wstawałam nad ranem, aby ogarniać projekty. Gdy ja wychodziłam z biura około 19-20, on robił właśnie drugą kawę i siadał do kolejnych zadań. Szef pozwalał nam pracować z domu, ale to w ogóle nie poprawiło naszej sytuacji. Po kolejnym miesiącu zorientowałam się, że z własnym mężem rozmawiam jedynie o pracy, a nasze życie intymne nie istnieje! A my byliśmy zaledwie 7 miesięcy po ślubie. Podjęłam męską decyzję i poinformowałam Marka, że bierzemy wolne – voucher od firmy niemal stracił ważność. Szef najpierw zgodził się na nasz wyjazd, ale później zaczął robić wymówki, że nie może brakować dwóch kluczowych osób i zasugerował – o zgrozo! – żebyśmy wzięli urlop oddzielnie! Wtedy myślałam, że żartuje. 

Pojechaliśmy na tydzień w góry i to wtedy zaszłam w ciążę. Marek był zachwycony, ja cieszyłam się umiarkowanie. Już wtedy wiedziałam, że będą problemy w pracy. Planowałam pracować do końca 8.miesiąca – kochałam swoją pracę. Na początku wszystko było w porządku, ale szybko zaczęły się schody. Szefowi nie pasowało, że rano mam badania, że muszę jechać na wizytę do ginekologa. Gdy wzięłam dzień wolny na usg prenatalne, był niemal oburzony. Zarzucił mi, że nie angażuję się w życie firmy. Robił również aluzje do mojego rosnącego brzucha – nie podobało mu się, że klienci widzą, że jestem w ciąży. Kazał mi znaleźć i przygotować osobę na moje miejsce. Umawiał spotkania z kandydatami, na których miałam być obecna, w godzinach późno popołudniowych. W ten sposób pracowałam od 7. rano do niemal 20. Zaczęły się telefony w soboty i dziwne maile pisane w nocy, na które oczekiwał natychmiastowej odpowiedzi. Kilka razy zwrócił mojemu mężowi uwagę (niby żartem), żeby mnie ogarnął, bo ciąża to nie choroba, a ja robię się leniwa. 

W 6. miesiącu po bardzo kiepskich wynikach badań lekarz zmusił mnie, żebym wzięła zwolnienie. Co z tego, skoro dalej pracowałam? Może z domu i w ulubionym fotelu, ale telefon niemal się urywał, a spotkania z klientami ciągnęły się w nieskończoność. Czasami bolał mnie cały pęcherz, tak długo wstrzymywałam się przed skorzystaniem z toalety. Informacja o skracającej się szyjce i zagrożeniu przedwczesnym porodem była jak obuchem w łeb. Poprosiłam o skierowanie do szpitala, bo wiedziałam, że tylko w ten sposób będę mogła się uwolnić. Wyłączyłam telefon służbowy, zablokowałam szefa i kilka innych osób z firmy na prywatnym smartfonie. W szpitalu mimo kiepskiej diety i średnio miłego personelu naprawdę odpoczęłam. Mogłam iść siku o dowolnej porze, a nawet wziąć w ciągu dnia 15-minutowy prysznic! Dla mnie to był luksusu. Nie wspomnę nawet o możliwości czytania książki, czy oglądania social mediów. Tęskniłam za pracą, brakowało mi ludzi, miłej atmosfery. Marek dostał wypowiedzenie, gdy leżałam w szpitalu. Szef powiedział, że robi redukcję etatów i zamyka jego stanowisko. Myślał, że mąż tego nie wykorzysta, ale nagrał rozmowę i  sprawą zajął się jego kumpel-prawnik. Udało się wywalczyć stosowną odprawę. Marek szybko znalazł lepiej płatną i mniej obciążającą pracę. Ma nadgodziny, ale może je odebrać lub otrzymać ekwiwalent. Ja natomiast urodziłam najśliczniejszą dziewczynkę na świecie i zajęłam się freelancerką. Dostałam również pieniądze za kilkaset przepracowanych udokumentowanych nadgodzin (maile i bilingi telefoniczne). Miły prezent na nową drogę życia – Weronika uśmiecha się ironicznie. 

Obecnie sama prowadzę social media dla moich klientów i idzie mi to świetnie. Ostatnio zgłosiła się do mnie koleżanka z agencji, która również odeszła z pracy i możliwe, że będziemy działać razem. Czas pokaże. Odczuwam satysfakcję, bo mój szef przez swoje podejście stracił dwóch świetnych pracowników. Mam jedynie nadzieję, że kolejne osoby nie nabiorą się na jego piękne słówka, a będą z większą determinacją oczekiwały przestrzegania przez firmę warunków umowy. 

Ciąża – planowana i wymarzona lub niespodziewana zawsze bywa źródłem wielkich emocji. Przyszli rodzice nie tylko martwią się o zdrowie dziecka, ale również o bieżące sprawy. Wśród nich na pierwszym miejscu jest praca. Jak widać, kobiety, które podjęły decyzję o pracy w młodym, dynamicznym zespole, często nie mają możliwości, by połączyć rolę mamy i pracownika. Ta szansa jest im odbierana już na początku, gdy na wieść o ciąży stają się czarnymi owcami w zespole, z którymi nie warto nawet rozmawiać. Na szczęście nie w każdej pracy tak to musi wyglądać (przykład Moniki). 

Stres wywołany złą atmosferą w pracy staje się czynnikiem, który ma negatywny wpływ na ciążę. By chronić nienarodzone dziecko, większość przyszłych mam decyduje się pójść na zwolnienie. Po urlopie macierzyńskim i rodzicielskim wzmocnione psychicznie i okrzepnięte w nowej roli młode mamy często nie chcą wrócić do firmy, w której zostały źle potraktowane. Bogate w bagaż doświadczeń z odwagą patrzą w przyszłość i szukają dla siebie nowych możliwości na rynku pracy z nieufnością podchodząc do starania się o posadę w młodym, dynamicznym zespole. 

 

 

This error message is only visible to WordPress admins
Error: No posts found.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo