Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Mother-life balance według Oli Michalskiej

29 stycznia 2019 / Agnieszka Jabłońska

Aleksandra – rocznik ’89, kobieta, córka i wnuczka, żona inżyniera, a od lipca również mama Małgosi.

Z zamiłowania muzyk – obecnie turbo alt w kameralnym chórze żeńskim Rebelové. Dziewczyna, która bez śpiewu wariuje i nie lubi siedzieć w jednym miejscu, a w wolnym czasie przelewa myśli na klawiaturę. Ola, jesteś moją prywatną bohaterką i prawdziwą kobietą – tytanem. W ciąży pracowałaś na pełen...

Aleksandra – rocznik ’89, kobieta, córka i wnuczka, żona inżyniera, a od lipca również mama Małgosi. Z zamiłowania muzyk – obecnie turbo alt w kameralnym chórze żeńskim Rebelové. Dziewczyna, która bez śpiewu wariuje i nie lubi siedzieć w jednym miejscu, a w wolnym czasie przelewa myśli na klawiaturę.

Ola, jesteś moją prywatną bohaterką i prawdziwą kobietą – tytanem. W ciąży pracowałaś na pełen etat, śpiewałaś w zespole wokalnym, remontowałaś mieszkanie, organizowałaś przeprowadzkę, a później urządzałaś wasze rodzinne gniazdko. Pamiętam, że na dwa dni przed porodem, załatwiałaś ostatnie sprawy na mieście i trudno było złapać Cię nawet przez telefon. Jak wspominasz tamten czas?

Właśnie tak – w biegu. Wpadłam w szał „jak nie teraz to nigdy”. Szczerze powiem, że w końcu miałam czas na zrobienie rzeczy, które odkładałam czasami przez lata. Zawsze byłam osobą, która dużo załatwia i nie wyobrażałam sobie, aby to zmieniać, jeżeli mi tylko zdrowie pozwoli. Poza tym starałam się nie zwalniać gwałtownie tempa, bo bym zwariowała. Skupiłam się na tym, by jak najbardziej wykorzystać czas ciąży, ale oczywiście zwracając uwagę na swoje zdrowie. Nowym dla mnie odkryciem w ciąży było stwierdzenie „Nie chce mi się, nie mam siły” i nie robić na siłę, tylko rzeczywiście usiąść.

Co sprawiło Ci największą trudność po urodzeniu Małgosi? Czy zwolnienie nieco tempa było dla Ciebie wyzwaniem?

Trochę żartem, ale w ciąży też wychodziłam z założenia, że po urodzeniu dziecka będzie tak samo. W sensie, że jeżeli teraz usiądę, to się za bardzo przyzwyczaję do odpoczynku i gdy urodzi się dziecko, doznam szoku. Czy zwolniłam tempo? Nie. Po prostu zmieniłam priorytety i obiekt zainteresowań. Z zewnątrz może to wyglądać, że zwolniłam, w praktyce dalej biegam i robię, ale w czterech ścianach i z szefową na ramieniu.

Co poczułaś po powrocie do domu z Gochą? Czy łatwo Ci było odnaleźć się w roli Mamy? Jakie obszary Twojego życia wymagały największej zmiany?

Po powrocie do domu poczułam ulgę. Własne cztery ściany, mąż obok, własne łóżko. To już prawie namiastka normalności, ale tym razem we trójkę. Czy łatwo było się odnaleźć? Oczywiście, że nie. Mimo, że przygotowujemy się na przyjęcie dziecka, to nie ma prób. Nie da się dopiąć wszystkiego na ostatni guzik, zrobić na 100%. To jest nowy, osobny człowiek, ba, w pełni zależny od Ciebie. To chyba była największa zmiana i musiałam trochę oswoić się z tą świadomością.

Na ile Twoi bliscy byli i są dla Ciebie oparciem w tych– nie ukrywajmy – trudnych początkach macierzyństwa?

Miałam ogromne wsparcie ze strony dwóch najbliższych osób: mojego męża – Łukasza i mojej mamy. Mąż stał się moim bohaterem i jest nim do dziś. Mama służyła pomocą o każdej porze dnia i nocy, ale nie była w tym nachalna i szanowała to, że to my jesteśmy rodzicami tego maleństwa i możemy podejmować swoje decyzje i należy się z nimi liczyć. Dodatkowo wsparciem dla mnie byli przyjaciele, którzy są już rodzicami, ale też ci bezdzietni, którzy po prostu przeżywali ten czas razem z nami. Ogromnym wsparciem byli również dziadkowie Małgosi, którzy wykazywali ogromną troskę o całą naszą rodzinę.

Jak poradziłaś sobie z delegowaniem zadań? Czy przyszło Ci to łatwo, czy – tak jak rozmawiałyśmy – powierzenie opieki nad Małgochą było dla Ciebie łatwiejsze niż się spodziewałaś?

Na początku było ciężko, szczególnie jeżeli chodzi o opiekę nad Małgosią. Jednak przez to, że miałam operację (cesarskie cięcie) na początku zajmował się nią głównie Łukasz, przy drobnej asyście mojej mamy. Owszem przytulałam ją, karmiłam, ale niektóre rzeczy, takie jak zmiana pieluchy, należały do niego (oczywiście w miarę możliwości). Dzisiaj sądzę, że dzięki temu, nie ma w naszym rodzicielstwie „Zostaw, ja zrobię to lepiej”. Jesteśmy w tej równi na tyle, na ile to możliwe. Przez to odpowiedzialność i troska o Gochę dzieli się na pół i nie leży na barkach jednej osoby.

Jeśli chodzi o inne obowiązki, miałam problem z ich delegowaniem tylko na początku. Naprawdę nie ma w tym nic złego, że mąż przyniesie obiad od swojej mamy. Trzeba pamiętać, że w zdrowej relacji to nie jest przytyk „Bo nie umiesz gotować”, tylko to jest: „Ola, nie stój przy garach, tylko zjedz jak człowiek”. Co do powierzenia opieki – na początku było trudno, ale zdrowy rozsądek wygrał. Przykład: babcia (Twoja Mama) idzie na spacer do parku z Twoim dzieckiem. Jak to sobie tłumaczyłam? Po pierwsze, mam telefon przy sobie, po drugie to nie jest koniec świata, przecież park jest po drugiej stronie bloku, a po trzecie mama też wychowała dziecko. Pół godziny w zmianie opiekuna naprawdę córce nie zrobi różnicy, nawet dobrze wpłynie na nią, gdy popatrzy na inna osobę niż Ty. A Tobie? Te kilkadziesiąt minut zrobi ogromną różnicę. Zamkniesz oczy, w spokoju weźmiesz prysznic, albo ugotujesz obiad. A zapewniam, że wizja robienia tego w świętym spokoju i z możliwością walenia garnkami (bez stresu, że dziecko się obudzi) daje ogromną wolność.

Przez całą ciążę, aż do teraz masz wsparcie koleżanek, które same są mamami. Czy jest jakaś wspólna cecha – może nawet nie jedna – która Twoim zdaniem łączy współczesne Matki?

Nie zauważyłam jednej wspólnej cechy u wszystkich matek. Bardzo chciałabym jednak, aby taką wspólną rzeczą, która łączy matki była myśl, że szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko oraz świadomość, że dziecko oprócz nas ma dookoła (najczęściej) dużo innych osób. Często matki po urodzeniu maleństwa zapominają o tym, że jest to osobny byt. Dziecko uczy się tego że jest osobnym człowiekiem przez pierwsze trzy miesiące, a matki? Niektórym zostaje to nawet do 40 roku życia i nie zauważają, że ich dziecko może mieć własne życie, znajomych, innych ludzi dookoła.

Przed urodzeniem Małgosi w Twoim życiu było bardzo dużo miejsca na pasję – śpiewanie, spotkania z rodziną i ze znajomymi. Jak wygląda ta część Twojej rzeczywistości teraz? Wiem, że wróciłaś na próby zespołu, a niedawno brałaś wspólnie z koleżankami udział w konkursie, w którym zajęłyście rewelacyjne I Miejsce!

Tak, powrót do prób był dla mnie bardzo istotny. Muzyka jest istotnym elementem mojego życia, ale nie wiedziałam jak będę mogła to zorganizować. Planowałam wrócić na próby od stycznia, czyli gdy Małgosia będzie miała pół roku. Okazało się jednak, że mogłam znowu uczęszczać na próby już z początkiem sezonu. Zorganizowaliśmy to z Łukaszem tak, że Młoda nie odczuwa mojej nieobecności, a jeżeli coś by się działo, to ma zapas jedzenia i silne tatusiowe ramiona oraz mamę pod telefonem. Ogromnie cieszę się, że się udało, bo jest to dla mnie zarówno odpoczynek, jak i oderwanie głowy od codziennych obowiązków. Poza tym Rebelové to grupa naprawdę świetnych dziewczyn i bardzo by mi ich brakowało. Jesteśmy bardzo rodzinnym zespołem, a po godzinach naszych spotkań nie wyobrażamy sobie nie zapraszać i nie spędzać czasu w szerokim gronie, czyli wspólnie z naszymi chłopakami, narzeczonymi, mężami i dziećmi. I jak to w żeńskim chórze – jeszcze chwila i założymy przedszkole 😀

Małgosia ma teraz 4,5 miesiąca, wiem, że planujesz zostać z nią w domu co najmniej rok. Czy masz jakieś oczekiwania albo wyobrażenia względem pozostałych 8 miesięcy? Czy planujesz dalej rozwijać swoją pasję, a może będziesz chciała skoncentrować się nieco na swoim życiu zawodowym?

Na ten moment Małgosia jest dla mnie najważniejsza i zajmuje pierwsze miejsce w kwestii planów. Jeżeli będę miała taką możliwość, to będę chciała rozwijać się zarówno w kierunku swojej pasji, jak i w stronę życia zawodowego. Może będzie mi dane, aby to była jedna i ta sama droga. Oczekiwania? Dbanie o prawidłowy rozwój i czerpanie z każdej wspólnej chwili, bo one się nie powtórzą. I dalej pozostawanie sobą w miarę możliwości. Jednak to wszystko tylko w momencie, gdy nie będzie to kolidowało z planami naszej małej Królowej 😉

Co sądzisz o idei Mother-Life Balance, o której już trochę rozmawiałyśmy? Wspomniałaś wtedy, że gdy istnieją pewne uwarunkowania zdecydowanie łatwiej jest pozostać Mamą w Równowadze.

Mother-Life Balance jest bardzo ważny, a niestety podobnie do work-life balace, trudno go momentami zachować. Oczywiście, dziecko jest ważne i należy mu ustąpić pierwszeństwa w niektórych sprawach. Jednak warto o ten MLB walczyć, a przede wszystkim pozwolić sobie na niego. Widzę wiele matek, które w codziennym kołowrotku opieki zapominają o sobie, ale też pozwalają sobie o sobie zapomnieć. Nie mówią o tym, że potrzebują pomocy, bo same tę pomoc odrzucają. Najpierw nie pamiętają o sobie, a później wychodzą z założenia „Ja to zrobię najlepiej”. Naprawdę, nic się nie stanie, gdy ojciec dziecka zmieni pieluchę. Jeśli przy tym włoży ją na lewą stronę, to szybciej nauczy się na własnych błędach. Może i matka zrobi najlepiej, ale co z tego, jeżeli będzie sfrustrowana i znerwicowana? Trzeba też pamiętać, że jeśli nie otrzymujesz pomocy od partnera, to może należy o nią… poprosić? Niestety, ludzkość jeszcze nie opanowała w drodze ewolucji umiejętności czytania w myślach. 15 minut zabawy ojca z dzieckiem, to Twój spokojny prysznic, albo wypita ciepła kawa. To również relacja, którą dziecko nawiązuje z inną osobą niż Ty.

Jaka Twoim zdaniem powinna być współczesna Mama? Z jakimi zachowaniami i sytuacjami sama musiałaś się zmierzyć, żeby wszystko faktycznie pozostało w równowadze?

Słuchać swojej intuicji w wychowaniu i mówić o swoich potrzebach oraz odczuciach. A co zrobić, aby postępować i żyć w duchu Mother Life Balance? Podejść do wszystkiego z większym luzem i z nastawieniem: „Jeżeli się uda, to super”. Teraz obserwuję, że to jest najzdrowsze podejście. Jeżeli uda Ci się ugotować obiad przy maluchu, to super, jak nie, pizzeria obok jest czynna do godziny 22. Jeżeli uda Ci się wyjść na zakupy to również super, jeżeli nie, możesz zrobić zakupy przez Internet, i tak dalej i tak dalej. Kobiety stawiają sobie cele, układają plany w głowie, ale muszą pamiętać, że posiadając kilkumiesięczne dziecko, nie tylko one decydują o ich realizacji. Dlatego luz będzie powodował mniejszą frustrację. Należy również uczyć tego otoczenie. Pierwsza bariera jest w naszej głowie i same zarzucamy sobie chomąto, które jest najczęściej wyrażane słowem „powinnam”. Często od tego należy zacząć zmianę nastawienia – od odpuszczenia samej sobie, od wyluzowania. A jeżeli inni czegoś od nas wymagają i mają jakieś oczekiwania, to droga do udzielenia nam pomocy jest przecież wolna.

Czy jest coś, co chciałabyś przekazać dziewczynom, które właśnie trzymają w dłoniach wydruk pierwszego USG i tym, które czytają o Mother-Life Balance w szpitalu czekając na poród?

Tym które trzymają USG powiem „Gratulacje :)”. Tym które czekają na poród, po pierwsze: pamiętaj, że to jest Twoje dziecko i to Ty jesteś jego matką. Początki mogą być niezdarne, ale idziecie przez to razem. Po drugie: mów o swoich potrzebach i odczuciach. Mów, mów, mów. Nikt się nie domyśli, jeżeli mu nie powiesz. Po trzecie, nie wahaj się prosić o pomoc matki, teściowej, sąsiadki, koleżanki, a nawet.. uważaj bo Cię zdziwię… PARTNERA. Po czwarte, pamiętaj, ze matka to tylko jedna z Twoich ról. Jesteś również córką, partnerką, koleżanką i pamiętaj, aby dbać też o SIEBIE w tych wszystkich relacjach.

 

Rozmowy

Rodzice się rozwodzą i co dalej?

14 października 2019 / Monika Pryśko

Rozwód, dziecko, nieświadome, jak naprawdę wyglądają ,,sprawy dorosłych’’, próbuje odnaleźć się w sytuacji, która je przerasta na każdej płaszczyźnie.

Często jest świadkiem i uczestnikiem wydarzeń, które rujnują jego poczucie bezpieczeństwa.

Jesienią 2017 roku ruszyła kampania społeczna ,,Dziecko w Rozwodzie’’, która zwraca uwagę na sytuację dziecka, gdy rozpada się jego rodzina oraz uwrażliwiająca rodziców na dziecięce emocje.    

Z mediatorem rodzinnym Agnieszką Tulin-Kardaś i psychologiem Agnieszką Dżaman, inicjatorkami akcji ,,Dziecko w Rozwodzie’’ ze Stowarzyszenia Rodzin Pelikan w Gdańsku rozmawiała redaktor naczelna TMM Monika Pryśko. 

 

Monika Pryśko: Czy rodzice, z którymi macie kontakt, lubią swoje dzieci?

Agnieszka Dżaman: Nie widzą swoich dzieci. Widzą swój problem, swoje emocje związane z osobą, z którą się rozstały. 

Agnieszka Tulin: Gdy rodzice mówią, że kochają swoje dzieci i robią wszystko dla ich dobra, to ja im wierzę. Ostatnio przywiązałam się do hasła ,,obraz wroga’’, które określa, jak postrzegamy drugą osobę, poprzez filtry, które nakładamy. Jeżeli dzieje się coś złego w relacji, to nasz mózg robi wszystko, byśmy siebie samych postrzegali jako dobrą osobę. A skoro dzieje się coś niedobrego, ktoś musi być za to odpowiedzialny. To jest przerzucanie odpowiedzialności na drugą osobę. Jeśli wychodzi się z założenia, że jestem ,,ta dobra’’, a druga strona jest przyczyną konfliktu, wybiórczo przyjmujesz słowa czy zachowania drugiej osoby. Odbierasz tylko to, co pasuje do negatywnego obrazu osoby. 

MP: Czyli wszystko, co potwierdza naszą rację.

AT: Żeby mieć poczucie, że jest się w porządku. Ten ,,obraz wroga’’ powoduje, że skupiamy się, by sobie i innym udowodnić, że druga strona ma złe intencje, że kłamie. Zacierają się dobre wspomnienia, bo przestają pasować do tego obrazu, a wtedy dobro dziecka staje się tylko pojęciem. Człowiek nie ma świadomości, że to, co robi, dziecku nie służy. 

MP: Jaka sytuacja była impulsem do zainicjowania akcji ,,Dziecko w Rozwodzie’’? 

AD: Agnieszka, pamiętasz tego mejla?

AT: ,,Nic, nikt, nigdy i w żaden sposób nie przekona mnie do żadnych mediacji, negocjacji, ugód…

AD: ,,…  nie zawracaj mi głowy, bo jestem zajęta patrzeniem na błękitne niebo.’’ 

AT: To była odpowiedź matki na propozycję ojca, żeby spotkać się na mediacjach. Ten sam ojciec chciał zapisać ich wspólne dzieci na warsztaty, na co owa kobieta też się nie zgodziła. 

AD: ,,Dziecko w Rozwodzie’’ powstało z bezradności wobec sytuacji dziecka w obliczu rozpadu rodziny, które nie dość, że często pozostaje niewidzialne, to jeszcze jego dobro rodzice utożsamiają z własnym dobrem. A to nie są te same dobra.   

MP: Z czym kobiety na warsztatach czy mediacjach mają największy problem? 

AD: Z odłączeniem emocji. Żeby zauważyć więcej, trzeba chociaż spróbować te emocje puścić. 

AT: Dlatego na naszych warsztatach najpierw mówimy o potrzebach dzieci. Potem mówimy o konsekwencjach zaniedbania tych potrzeb, a na końcu tłumaczymy rodzicom, że do mediacji trzeba być gotowym. Nawet jeśli nie mogą czegoś zaakceptować, to powinni umieć wysłuchać argumentów drugiej strony, dopuścić możliwość, że ta druga strona też ma prawo mieć i okazać jakieś swoje potrzeby czy oczekiwania. 

AD: Ogromną siłą naszych warsztatów jest to, że rodzice nie widzą siebie nawzajem, bo rodziców, jeżeli zgłaszają się oboje, rozdzielamy do odrębnych grup, natomiast poznają osoby innej płci o podobnej historii. Okazuje się, że ten mężczyzna i ta kobieta mają ludzką twarz. Nie zobaczyliby tego, gdyby na tych warsztatach mieli wysłuchać np. swojego partnera. 

MP: Wyobrażam sobie, że tej motywacji do porozumienia może z czasem zabraknąć. 

AD: Trudno przyjąć, że druga strona też chce dobrze dla dziecka. I to jest blokada, która uniemożliwia myślenie o tym, że konsekwencje wynikające z rozstania często nie są winą i intencją drugiej strony. Większość energii ucieka kobietom na notowaniu potknięć i szukania błędów. 

MP: Trudno jest rozmawiać?

AD: Myśląc o dziecku, najważniejsze jest porozumienie między rodzicami, w każdej sytuacji. Przejścia tych ludzi są różne. Jedna strona wyszła ze związku, druga została z ogromnym bagażem emocji, bo np. została zdradzona albo porzucona. W dodatku nie zdawała sobie sprawy, że coś złego się dzieje. Ludzie do tego stopnia nie rozmawiają, że jedna strona nie wie, że druga myśli o rozstaniu. 

MP: Mnie osobiście uderza schemat, że rozstanie równa się wojna. 

AT: Niektórzy nie mogą uwierzyć, że można układać się ze skonfliktowaną osobą. 

AD: Tu powinno się zadać pytanie – gdzie w tym wszystkim jest dziecko? Dziecko jest niewidoczne, natomiast widoczny jest nasz konflikt, nasze emocje, związane z tym, co druga strona nam zrobiła.

AT: Subiektywne poczucie sprawiedliwości domaga się, żeby ktoś został ukarany. Ta złośliwość, ten odwet to tak naprawdę oczekiwanie, że będzie sprawiedliwie, że ta druga strona też poczuje ból. Sami chcemy wymierzać tę sprawiedliwość, a ta potrzeba jest bardzo ludzka. 

AD: Człowiek potrzebuje zadośćuczynienia, tylko pytanie za jaką cenę. Czy tą ceną jest dalsze spokojne życie dziecka? Pytam skonfliktowanych rodziców, czy rozumieją, co czuje dziecko. Czy oni widzą i rozumieją, że to dziecko ma dwoje rodziców, którzy się nienawidzą, nie rozmawiają ze sobą. A dziecko ma ciężar tej sytuacji na sobie. Pytam też, jak chcą, żeby dziecko ich oceniło, gdy już będzie dorosłe. Dopiero wtedy zmieniają perspektywę widzenia.

MP: Czy trafia do rodziców argument, że dziecko kopiuje zachowania rodziców i że w przyszłości może powielić ich schemat?  

AD: Jeśli widzą te schematy, to tak.

MP: A jeśli tylko jedna osoba zaczyna zdawać sobie z tego sprawę?

AT:  Nawet jeśli tylko jedna osoba jest aktywna, uczęszcza na warsztaty i zdobywa wiedzę, jej zmiana nastawienia inicjuje jakiś proces. Drugi rodzic zaczyna być po prostu ciekawy, o co chodzi. A nawet jeśli motywacją jest sam fakt, żeby ta druga strona nie była w czymś lepsza przed sądem, to to też jest dobre. Bo jak już ci rodzice przyjdą na warsztaty, życie ich i ich dziecka się zmienia. 

AD: Miłe są chwile gdy dzwoni telefon, a w słuchawce słyszymy, że była żona czy były mąż był na warsztatach i ja też chcę przyjść. Widać, że pomimo konfliktu, gdzieś w tych ludziach zaczynają się zmiany. 

MP: Od czego zwykle zaczyna się zmiana, gdzie jest punkt A?

AT: Zwykle zaczyna się od problemów w szkole. Dziecko nie radzi sobie emocjonalnie z tym, czym jest obciążane. Więc zanim rodzice trafią na warsztaty, zwykle obeszli już dwóch, trzech terapeutów, i za każdym razem słyszą, że dziecku potrzebne jest działanie rodziców. Terapia dziecka nie pomoże, jeśli nie będzie zmiany w nastawieniu dorosłych.  A większość naszych kursantów to osoby przysłane przez MOPR, z niebieskimi kartami, z akcjami wzywania policji na siebie nawzajem, z kłopotami z dziećmi.

MP: I wtedy zaczynają się problemy?  

AT: Rodzice bardzo chcą wspierać swoje dzieci, tylko na początku oczekują, że to się odbędzie poza nimi. Myślą, że zaprowadzą je do specjalisty, który gładko przeprowadzi dziecko przez kryzys. Przerzucają odpowiedzialność za problem na dziecko. 

AD: A problem jest wynikiem ich zachowania. Sama sytuacja rozwodu dla dziecka jest trudna, ale ona nie jest na tyle zaburzająca, żeby nie można było wyprowadzić z niej dziecka. Zaburzające jest to, co się dzieje później. 

MP: Chodzi też o przerzucanie się odpowiedzialnością? 

AD: Kto z nas chce myśleć o sobie jako o przyczynie złych zdarzeń? Chcemy widzieć, że ta druga strona jest odpowiedzialna. I tu jest pytanie o gotowość i dojrzałość tych ludzi. Matka, która przeżywa rozstanie, nie zdaje sobie sprawy, że jej emocje trafiają bezpośrednio w dziecko, co później powoduje objawy. Dziecko czuje się niepewnie, chce wspierać matkę, na co nie jest gotowe ani psychicznie, ani emocjonalnie. Często nie jest też gotowe na wiedzę, którą dostaje. Bardzo ciężko jest się powstrzymać od komentarzy na temat np. ojca dziecka. 

MP: Rodzinne rozmowy to skarbnica wiedzy, która często trafia do osób, które nie powinny ich słuchać. 

AD: Matki mówią, że to wręcz dobrze, że dziecko wie, jaki jest ojciec. 

AT: Albo że szanują to, że dziecko nie chce z nim utrzymywać kontaktu. Że one nie mogą w to ingerować.  

AD: Mówią, że to jest forma ochrony dziecka. 

AT: Dziecko, nawet jak odrzuca ojca stając za matką, przeżywa potem wielkie wyrzuty sumienia, bo ono czuje sie nie w porządku. 

AD: Ono chce zabezpieczyć matkę i jej uczucia, chce ją wesprzeć. 

AT:  Czytałam o tym, że czasem to taka nieświadoma strategia, że dziecko walczy w ten sposób o przetrwanie, czyli wybiera tego opiekuna, który jest bardziej dostępny, co do którego ma nadzieję, że będzie zawsze. Żeby nie stracić obojga rodziców, opowiada się po stronie jednego. 

AD: Nie zapominajmy, że dziecko przeżywa też własne emocje i problemy. Ma problem ze stałością obiektu, nie wie, że jeśli jedno z rodziców się wyprowadziło i porzuciło – bo to jest porzucenie – to drugie tego zaraz nie zrobi. Gdy rodzic wyprowadza się w domu, u dziecka automatycznie włącza się uczucie porzucenia. Gdy jest już nastolatkiem, rozumie sytuację, a mimo to często czuje się zranione, odrzucone. Bezpośrednią konsekwencją są problemy z zaufaniem wobec płci przeciwnej oraz lęk przed tworzeniem związków.

MP: Co jest jeszcze bardzo typowe dla takich sytuacji? 

AD: Niechęć wobec rodzica, który odchodzi. 

AT: Nie zawsze jest tak, że matki manipulują dziećmi. Czasem jest to strategia wybrana przez dziecko, ale i tak rodzic, który jest przez dziecko odrzucany, oskarża swojego byłego partnera. Czasami psychika dziecka kieruje się swoimi prawami. 

AD: Rodzice dopatrują się złych intencji drugiej strony. Bardzo łatwo jest zacząć myśleć, że skoro dziecko nie chce iść do taty, to znaczy, że ten ojciec jest zły. Z drugiej strony ojciec myśli, że matka nastawia dziecko przeciwko niemu i koło się zamyka. To jest właśnie strefa komfortu niektórych rodziców, z której ciężko im wyjść. 

MP: Kiedy rodzice wychodzą z tej strefy komfortu. Kiedy nastolatek ma za sobą próbę samobójczą, a trzecioklasista notorycznie wagaruje?

AT: Wcześniej. Rodzice kochają swoje dzieci i widzą, co się z nimi dzieje, ale zanim spojrzą na siebie, robią pielgrzymki po poradniach, psychologach, wychowawczyniach. Ze wszystkimi rozmawiają, angażują wiele osób, by pokazać, jak im zależy na dobru dziecka, ciągle nie przyjmując swojej odpowiedzialności za to, co się dzieje. Szukają wsparcia z zewnątrz. Natomiast takie zachowania skrajne mogą zmobilizować rodziców do spojrzenia na siebie. Skoro wszystko zawiodło, a problemy się pogłębiają, to czas wziąć się za siebie. 

AD: Niekoniecznie od razu dziecko ma objawy traumy, którą rodzice mu zgotowali przez eskalację swojego konfliktu. 

AT: Byłyśmy na konferencji, gdzie głos zabrała pani ordynator ze szpitala psychiatrycznego. Mówiła, że w tej chwili na oddziale ma tam dwa przypadki anoreksji, trzy próby samobójcze, przypadek bulimii i samookaleczania. To są dzieci 12-15 lat, które nie radzą sobie z emocjami, skrajne przypadki.

MP:  Jestem przekonana, że gdyby rodzice byli świadomi tych konsekwencji, nieszczęśliwych dzieci byłoby o wiele mniej. Mamy jeszcze wiele lekcji do odrobienia.

AT: W prawie rodzinnym mają się pojawić zmiany, to znaczy, że mediacja pierwsza, pojednawcza ma być obowiązkowa. Bo do tej pory była dobrowolna. Strony szły na nie bez entuzjazm, na zasadzie – idę bo muszę, bez intencji, żeby faktycznie szukać porozumienia. I wydaje mi się, że ta zmiana w prawie niewiele zmieni. Ja bym bardziej zaproponowała taką opcję, że w momencie, gdy jakiś pozew wpływa do sądu, rodzice odbywają warsztaty edukacyjne. Dostają porcję wiedzy na temat potrzeb dzieci, możliwych skutków i zagrożeń, i tego, co mogą z tym zrobić. To jest to, co robimy teraz.

MP: Czyli mediacje to kolejny krok? 

AD: Najpierw buduje się gotowość do podjęcia działań, edukacja. 

MP: Czy można skutki zaniedbania rodzicielskiego naprawić? 

AD: Nigdy nie jest za późno. Być może to, czego nie da się do końca naprawić, można jakoś zniwelować, zawsze jest na to dobry czas. Na szczęście coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że dziecku należy pomóc. Gorzej ze świadomością, że pomóc należy się również nam, dorosłym. Żeby pomóc dziecku, trzeba najpierw pomóc sobie.

 

____________________________________________________________

Weź udział w warsztatach dla rozwodzących się bądź rozwiedzionych rodziców.

Więcej informacji: www.dzieckowrozwodzie.pl 

____________________________________________________________

zdjęcia: Robert Sęk  / Melonure Collective

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo