ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Mam upośledzone dziecko. To ekstremalne macierzyństwo.

9 grudnia 2019 / Marta Osadkowska

W tych gorszych chwilach myślałam sobie: „Może będzie mniej sprawna niż rówieśnicy, może będzie wolniej rozwijać się ruchowo, ale nadrobi intelektem, bo tak mądrze jej z oczu patrzy”.

Kiedy okazało się, że nie ma na to szans, to był straszny cios. Upośledzone dziecko to nie dar.

Jak wygląda codzienność z małym człowiekiem, z którym nie sposób się porozumieć? Gosia ma upośledzone dziecko i codziennie wstaje do walki. Wie, że nie może mieć nadziei na lepszy dzień, spokojniejszy wieczór. A nic nie wskazywało na to, że jej córka będzie ciężko chora. Opowiada nam swoją historię, bez upiększania, bez udawania super bohaterki. Życie z upośledzonym dzieckiem jest bardzo trudne i wyczerpujące. W świecie, gdzie największą wartością jest luz, dobra zabawa i szczęście, nie ma miejsca na dramat i cierpienie. Łatwiej udawać, że go nie ma, wtedy nic nie psuje naszej fajnej przestrzeni. Gosia podkreśla, że nie jest głosem wszystkich matek – ona ma łatwiej, mieszka w stolicy, ma środki na leki i przedszkole integracyjne, ma wsparcie rodziny i możliwość rehabilitowania córki. Powiedziała mi „nie mam prawa narzekać’’. Czy nie ma? Sami przeczytajcie. 

Gdy mam zły dzień, taki, że ledwo stoję, myślę sobie: no dobra, masz zdrowe dzieci, dwie ręce, będzie dobrze. U Ciebie ten największy koszmar każdego rodzica – nieuleczalnie chore dziecko – się ziścił. Jakie to uczucie? Co ma w głowie rodzic chorego dziecka?

 Czasem po prostu smutek, a czasem wściekłość, bezradność, frustrację. Nadzieję w niektórych chwilach. U nas najpierw był wielki szok. Przez prawie całą ciążę wszystko było ok. Pod koniec okazało się, że córka za wolno rośnie. Wydawało się, że to jedyny problem i moment, kiedy się urodzi będzie końcem, a nie początkiem problemów… Miała się urodzić, a potem spokojnie sobie tyć. Po urodzeniu wszystko zaczęło się sypać jak domino… Codziennie okazywało się, że znajdują kolejne nieprawidłowości – najpierw źle wyszło badanie słuchu, a potem echo serca. Miała obniżone napięcie mięśniowe, nie chciała jeść. Ja przez pierwsze dni leżałam na sali z mamami i dziećmi, ale potem przeniosłam się do pojedynczej sali, bo trudno mi było to znieść.

Pamiętam wielki strach i niepewność – nie wiadomo było, kiedy wrócimy do domu i co dalej z nią będzie. Oczywiście miałam też myśli, że to ja „wykrakałam”, bo czasami mówiłam sobie, że do tej pory wszystko mi się w miarę w życiu udaje i w końcu musi wydarzyć się coś złego. Do dzisiaj czuję ścisk żołądka w okolicy szpitala. Przerobiliśmy w sumie pewnie z pół roku szpitali, kilka operacji, 3 tygodniowy pobyt na OIOMie, sepsę … Na początku priorytetem było działanie i walka o życie.

Jednak w tych gorszych chwilach myślałam sobie: „Może będzie mniej sprawna niż rówieśnicy, może będzie wolniej rozwijać się ruchowo, ale nadrobi intelektem, bo tak mądrze jej z oczu patrzy”. Kiedy okazało się, że nie ma na to szans, to był straszny cios.  

W jaki sposób dowiedziałaś się o tym? Jak duża była już wtedy Hela?

Działo się to właściwie stopniowo – najpierw sama diagnoza wady genetycznej, miała wtedy ok. 2 lat. Ale na początku nikt właściwie nie wiedział dokładnie z czym to się wiąże i czego możemy się spodziewać – nie było powiedziane, że na pewno będziemy mieć do czynienia z niepełnosprawnością umysłową. Myślę, że około 5 roku życia stało się to już mniej więcej jasne. Samo wpisanie w papiery niepełnosprawności umysłowej w stopniu umiarkowanym to było pewnie około 6-7 roku życia – kiedy staraliśmy się o orzeczenie na potrzeby edukacji szkolnej. Ale wtedy już w pełni zdawałam sobie z tego sprawę. 

Rozwinięcie historii właściwie jest w kolejnym punkcie 😊

Kiedy dowiedziałaś się o chorobie Heli? I co to za choroba?

Na samym początku problemem były choroby fizyczne – przede wszystkim wada serca, o której dowiedzieliśmy się kilka dni po urodzeniu. Operacja miała teoretycznie załatwić sprawę. Po tygodniu przenieśli nas na kardiologię, gdzie pierwszej nocy dostała sepsy. I mnie przy niej nie było. Lekarze i rodzina odesłali mnie do domu, żebym chociaż jedną noc odpoczęła. Pamiętam tylko jakieś urywki z tego dnia. Na szczęście lekarze byli przytomni i zareagowali szybko.

Po 3 tygodniach miała pierwszą operację. W domu pierwszy raz byliśmy po 6 tygodniach. Pamiętam, jak pierwszy raz położyliśmy ją w łóżeczku i włączyliśmy jej karuzelkę… Przez moment wydawało mi się, że wszystko się jakoś ułoży, skoro już jesteśmy w domu.

Skupiliśmy się na tym, żeby brała leki i jadła, bo nadal był z tym wielki problem. Najbardziej była zainteresowana spaniem. Gdyby jej nie budzić, to mogłaby spać i spać. Nie poznałam przy niej częstych pobudek – to ja musiałam ją budzić. Nie miała w ogóle problemów z zasypianiem – przyzwyczaiła się do szpitalnych warunków.

Właściwie nie płakała. Wyjątkiem było pobieranie krwi, które potrafiło trwać nawet pół godziny. Gdzieś po drodze lekarze odkryli jeszcze jedną wadę serca. Chodziliśmy na kolejne kontrole, sprawdzaliśmy kolejne rzeczy. Zaczęliśmy rehabilitację w związku z obniżonym napięciem mięśniowym – rehabilitantka przychodziła do nas do domu. Próbowaliśmy jednak żyć w miarę normalnie – chodzić na spacery, spotykać się z rodziną i znajomymi.

W lecie, kiedy miała ok. 5 miesięcy, zaczęła nieco gorzej wyglądać i przy kolejnej kontroli okazało się, że nie jest dobrze. Zaczęli podejrzewać nadciśnienie płucne, chociaż jej druga wada teoretycznie nie powinna go powodować. Żeby potwierdzić nadciśnienie, trzeba było zrobić cewnikowanie serca. Bardzo się go bałam, chociaż to niby standardowe badanie, szczególnie, że rano zaczęła mieć katar i trochę kaszleć. Zgłosiłam to lekarzom, ale po zbadaniu stwierdzili, że nic się nie dzieje i można robić zabieg. Kiedy przywieźli ją na górę po udanym badaniu, odetchnęłam na chwilę. Po godzinie jej stan zaczął się pogarszać i zabrali ją na OIOM. Pamiętam tylko, że wzięłam 2 relanium i leżałam otępiała na rozkładanym leżaku.

Pamiętam też, że 2 dni później, jak zadzwoniłam rano dowiedzieć się o jej stan, to pani powiedziała, że kilka minut temu ją reanimowali. Walka o wyjście z OIOMu trwała 3 tygodnie. OIOM opuszczaliśmy z lekami, diagnozą nieuleczalnego nadciśnienia płucnego i kontaktem do hospicjum. Druga operacja serca nie była wskazana – lekarze uznali, że przy takiej diagnozie wręcz jej pomaga.

Zastanawialiśmy się, jak będzie wyglądało nasze życie i kiedy Hela będzie musiała zacząć nosić ze sobą butlę z tlenem. Z OIOMu wróciliśmy jeszcze na kardiologię i spędziliśmy tam kolejny miesiąc, bo znowu przestała jeść. Miesiąc w mikroskopijnej sali z kilkoma matkami i dziećmi, w 30-stopniowym upale, bez klimatyzacji… Na całym oddziale były 2 toalety i jedna wspólna łazienka dla wszystkich. Niektóre mamy z innych miast spędzały tak po kilka tygodni – nie miał kto ich zmienić, a one nawet nie bardzo mogły wyjść, żeby kupić sobie coś do jedzenia czy się wykąpać. Udawało się czasami, jak dzieci spały. Kilka razy udało nam się zostać samym w sali na dzień czy noc, bo wszystkich wypisali – wtedy czułam się prawie jak w 5 gwiazdkowym hotelu…

W końcu wypuścili nas do domu z sondą, której udało się po jakimś czasie pozbyć, dzięki ogarniętemu lekarzowi. Ale niejadkiem była długo.

Nauczyliśmy się nowego rytmu życia z lekami i wizytami ludzi z hospicjum. Ja grzebałam w Internecie w poszukiwaniu jakiejkolwiek nadziei, sprawdzałam, jak radzą sobie inni żyjący z jej chorobą… Kontynuowaliśmy rehabilitację, bo Hela nawet jeszcze dobrze nie podnosiła głowy. Nie działo się nic niepokojącego, więc odrobinę odetchnęliśmy.

Trudno było uwierzyć, że ma nieuleczalną chorobę. Pierwsze badania genetyczne wyszły dobrze, więc uśpiło to naszą czujność w kwestii genetyki.

Kiedy Hela miała 1,5 roku przy okazji pobytu w szpitalu z zapaleniem oskrzeli jedna z lekarek stwierdziła, że według niej obraz RTG Heli się nieco zmienił i wygląda na to, że nadciśnienie może być odwracalne i warto rozważyć operację. Wróciliśmy na nasz oddział i lekarze wstępnie potwierdzili diagnozę, ale konieczne było ponowne cewnikowanie serca… Wiadomo, że umieraliśmy ze strachu. A jednocześnie wiedzieliśmy, że to dla niej szansa.

Tym razem udało się bez komplikacji, a Helę od początku roznosiła energia, chociaż nie umiała jeszcze chodzić. Zaczęła siadać, jak miała 1,5 roku, a potem raczkować.

Operacja była wyznaczona na grudzień, a z powodu przeziębienia przełożono ją na piątek 13.01.  To był szczęśliwy piątek – Hela pozbierała się ekspresowo. I okazało się, że operacja faktycznie rozwiązała wszystkie nasze problemy – Hela jeszcze kilka miesięcy brała leki i sprawa z sercem została właściwie zamknięta. Hela jest zdrowa. Można uznać to za medyczny cud.

Równocześnie z radością z powodu odzyskanego życia, zaczęliśmy coraz bardziej niepokoić się o jej rozwój intelektualny. Była bardzo do tyłu i trudno było to wciąż zrzucać na pobyty w szpitalu. Zrobiliśmy też bardziej szczegółowe badania genetyczne – okazało się, że Hela jednak ma wadę. Nienazwaną. Delecja fragmentu 7 chromosomu. Nasi lekarze nie znali drugiego identycznego przypadku. Uznali tylko, że to przyczyna wszystkich jej problemów i trudno powiedzieć, jak będzie dalej z jej rozwojem.

Ta niewiadoma była z jednej strony straszna, ale z drugiej dawała nadzieję, bo Hela była jeszcze dość mała.

W związku z całą sytuacją nie wróciłam do pracy przez 3,5 roku i poszłam na zasiłek pielęgnacyjny.

Poza rehabilitacją chodziłyśmy na zajęcia w ramach Wczesnego Wspomagania Rozwoju. Hela zaczęła chodzić, jak miała 2,5 roku. Wtedy też pojechaliśmy z nią na pierwsze prawdziwe wakacje – do znajomych na Lazurowe Wybrzeże. Po wakacjach poczułam, że muszę zacząć coś robić i poszłam na studia podyplomowe, a rok później do pracy. Na początku z głupoty, niskiej samooceny i kompleksów z powodu długiej przerwy zgłosiłam się na staż, chociaż przed urodzeniem Heli normalnie pracowałam.

Hela poszła do przedszkola integracyjnego niedaleko domu i dobrze się tam czuła. Tam też poznałyśmy naszą wspaniałą logopedę, do której chodzimy do dzisiaj.

W przedszkolu na początku było w miarę ok, ale potem coraz wyraźniejsza zaczęła robić się przepaść między Helą a innymi dziećmi. Nie umiała się bawić, zaczepiała wszystkich. Zaczęły też pojawiać się problemy z zachowaniem. Przez pierwsze 3 lata Hela była wesołym i bezproblemowym aniołem – aż nie wierzyłam, jak to możliwe, że traumy szpitalne w ogóle się na niej nie odbiły. Od 3-4 roku życia z każdym rokiem jest coraz gorzej. Wszystko jest na nie i na siłę, a Hela jest coraz większa i silniejsza, co jeszcze bardziej utrudnia.

Rzadko się zdarza, że powiem jej np. żeby umyła ręce, a ona pójdzie i to zrobi. Często jest w niej jakiś wewnętrzny niepokój, jest rozdygotana, zaniepokojona. Kiedy idziemy gdzieś na piechotę i trzymam ją za rękę, cały czas czuję w tej ręce opór. Wydaje mi się, że sama nie czuje się dobrze ze sobą. Trochę mówi, ale bardzo niewyraźnie i nie jest w stanie konstruować skomplikowanych zdań, ani opowiedzieć o czymś. Ale jest w stanie powiedzieć, co chce (chociaż zwykle sekundę później zmienia zdanie), więc to trochę ułatwia. Nie do końca wiem, czy ona rozumie wszystko, bo potrafi powtarzać przez pół dnia jedno zdanie albo pytanie, chociaż odpowiadałam na nie tysiąc razy. Czasem mam wrażenie, że ona po prostu mówi to, co umie, niezależnie od tego czy jest to adekwatne do sytuacji, czy nie. Nie potrafi też podejmować decyzji – paraliżuje ją to i zmienia zdanie mnóstwo razy.

Ma dużo różnych obsesji i fiksacji, bardzo trudno ją na dłużej zadowolić. Nawet jak pełna dobrych intencji chcę z nią zrobić coś, co lubi (np. iść na lody), to kończy się to wielką awanturą i wynoszeniem z cukierni prawie 30 –kilogramowego dziecka.

Mam wrażenie, że coraz mniej rzeczy ją interesuje, nie da się z nią w żaden standardowy sposób pobawić ani do czegoś kreatywnego zachęcić. Czasami pobawi się tabletem albo poukłada przez chwilę proste puzzle – które wychodzą jej, jak się postara, ale ma duże problemy z koncentracją i często po prostu próbuje dopasowywać wszystko do wszystkiego jak leci. Dodam, że w szkole jest dużo lepiej niż w domu. Na pewno woli zabawy ruchowe niż intelektualne. Lubi się kąpać, lubi wisieć na czym się tylko da…

Od roku chodzimy na hipoterapię, a niedawno zaczęła chodzić w swojej szkole na capoeirę. Szczerze mówiąc nie wiązałam z tym dużych nadziei – ale zaskoczyła mnie. Wydaje się, że trochę ogarnia – pokazuje fragmenty układów. To pierwszy raz od dawna, kiedy mogę ucieszyć się z jakiejś nowej umiejętności. Poza tym Hela bardzo lubi mocne wrażenia, potrzebuje dużo stymulacji. Lubi przyciskanie, masaż twarzy, masaż szczotką.

Hela preferuje nasze silne reakcje i negatywną uwagę, więc bardzo często próbuje nas testować i za wszelką cenę walczy o tę uwagę. Mam wrażenie, że Hela woli, jak się na nią zezłoszczę, niż ją pochwalę. Chyba negatywne emocje są dla niej po prostu bardziej wyraziste – również, jeśli chodzi o mimikę. 

Mamy też duży problem z onanizmem – tak, niestety takie rzeczy też istnieją i takie dzieci jak Hela nie zawsze rozumieją, że skoro już nie są w stanie się powstrzymać, to powinny przynajmniej zajmować się tym na osobności. 

 

Jak reaguje wtedy otoczenie? 

To raczej u nas sprawa „domowa”, często z nudów. Wszyscy już chyba się przyzwyczaili. Jeśli nie jesteśmy w stanie odwrócić jej uwagi (a często nie jesteśmy, bo jak już mówiłam, trudno ją czymś zainteresować), albo przekierować ją do jej pokoju, to po prostu przestajemy zwracać na to uwagę. 

Mam wrażenie, że bardzo długo mieliście nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że kolejna operacja naprawi sytuację.

W kwestiach czysto fizycznych, czyli tych związanych z sercem – to wiadomo, mieliśmy najpierw nadzieję, że pierwsza operacja załatwi sprawę. Potem po tych najcięższych przejściach mieliśmy okres zawieszenia i braku nadziei – czyli wtedy, kiedy miała perspektywę nieuleczalnej choroby. Potem znowu pojawiła się nadzieja – ale tutaj mieliśmy rację – bo faktycznie wydarzył się ten medyczny cud i fizycznie jest zdrowa. Jeśli chodzi o rozwój umysłowy, to nadzieję mieliśmy pewnie przez pierwsze 2-3 lata – tłumaczyliśmy sobie, że to przez szpital i przez jej przeżycia, że może być do tyłu o te wszystkie miesiące, które spędziła w szpitalu. Czasami słyszało się historie w stylu „Znam kogoś, kto zna kogoś, kogo dziecko zaczęło mówić w wieku 4 lat”. Potem stopniowo nadzieja topniała.  

Jak zareagował Twój mąż, rodzina, przyjaciele?

Szczerze? Mam dziury w pamięci z tamtego okresu i nie pamiętam, jakie były reakcje wszystkich.

Na pewno wszyscy byli przerażeni. Ale nikt się też od nas nie odwrócił i nie zostawił nas z tym samych. 

A z tego najgorszego czasu to nie pamiętam nawet, jak spędzałam wolny czas poza godzinami odwiedzin na OIOMie. Nie pamiętam, czy siedziałam w domu, czy się z kimś spotykałam. Czy czytałam książki albo oglądałam seriale? Pamiętam tylko rogaliki z malinami w pobliskiej kawiarni na śniadanie przed otwarciem OIOMu. Do dzisiaj trudno mi tam przychodzić. I dźwięk laktatora, którym katowałam się z marnymi efektami przez pół roku.

I to, że było gorąco. 

Czy masz wsparcie? Od bliskich, od jakiejś instytucji?

Od początku mamy dużo wsparcia. Cała rodzina była zaangażowana w pomoc. W szpitalu wszyscy wymienialiśmy się przy Heli – rzadko zdarzało się, żebym musiała dyżurować np. dobę z rzędu. Mogłam iść do domu, umyć się, odpocząć chwilę.

Nie wiem, jak te mamy z innych miast koczujące przy łóżeczku po kilka tygodni dawały radę. Ja nie wiem, czy bym to wytrzymała bez wsparcia.

Nadal mamy pomoc ze strony rodziny, ale im Hela jest starsza i silniejsza, tym jest trudniej. Moja mama na przykład już nie ma siły się z nią szarpać i nie wyjdzie z nią z domu sama. Muszą być razem z tatą. Czasem zawożę Helę na nocowanie do rodziców albo do drugiej babci, żeby mieć od czasu do czasu spokojny poranek, albo jeśli chcę się z kimś spotkać. W lecie zwykle spędzamy większość czasu razem na działce. W wakacje Hela spędza też na ogół kilka dni na działce u teściowej. Czasem mąż zabiera Helę na kilka dni na Mazury do znajomych, żebym od niej odpoczęła.  Ale na pewno Hela jest już zbyt wymagająca, żebym np. zostawiła ją dziadkom na tydzień. 

Po zajęciach w ramach Wczesnego Wspomagania Rozwoju w państwowej poradni i prywatnym przedszkolu integracyjnym, Hela poszła do szkoły specjalnej. To już był ten moment, kiedy było wiadomo, że integracja to dla niej za mało i nie ma szans dogadania się ze zdrowymi dzieciakami. Z jednej strony smutek, a z drugiej trochę ulga, że wiadomo, na czym się stoi, i że trzeba się z tym oswoić. Dla mnie to na pewno więcej luzu – nie stresuję się, że Hela kogoś zaczepia, albo że nie potrafi się bawić. Ma zapewnioną opiekę do 17, więc w tygodniu jakoś to wszystko działa. W weekendy jest najtrudniej, bo się nudzi, a jednocześnie nie umie się niczym zająć. 

W ferie i wakacje korzystamy też z „Lata” i „Zimy w mieście” dla dzieci ze szkół specjalnych. 

Poza tym nie korzystamy z żadnej instytucjonalnej pomocy, ani nie jesteśmy pod opieką żadnej fundacji. Myślę, że są dzieci, które bardziej tego potrzebują. Nie ukrywam, że jesteśmy w dość uprzywilejowanej pozycji. Mieszkamy w Warszawie, więc nie mamy problemu z dostępem do terapii, lekarzy czy szkół. Nie potrzebujemy też żadnych specjalistycznych sprzętów poza okularami czy wkładkami do butów od czasu do czasu. W tym momencie poza zajęciami w szkole chodzimy prywatnie raz w tygodniu na terapię funkcjonalną, raz do logopedy i raz na hipoterapię. 

Jak wygląda codzienność z tak chorym dzieckiem? Jak wygląda poranek, budzenie do szkoły i te wszystkie codzienne czynności?

Rano trzeba zwykle wyjmować Helę z łóżka, bo nie chce sama wstać. Jest oczywiście wkurzona, ale jakoś dajemy radę. Stosuję metodę znaną wielu rodzicom – jeśli mogę, to kładę ją spać w ubraniu na następny dzień. 😉

Idziemy do łazienki, myjemy zęby i czeszę ją, co zwykle wzbudza sprzeciw. Kiedy Hela czegoś nie chce, to zwykle zaczyna się wyrywać, kiwać na boki i odliczać używając jakichś losowych numerów. Jeśli Hela jest głodna, to dostaje jakąś szybką kanapkę, ale na ogół nie chce jeść. Po ogarnięciu się dosypia na ogół jeszcze na kanapie, a ja w tym czasie budzę młodszą, co jest jeszcze bardziej skomplikowane. Hela je sama, ale w kwestii estetyki jedzenia ma jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Ubierać się teoretycznie też częściowo umie sama, ale na ogół absolutnie nie ma ochoty tego robić. Tak samo z myciem rąk po przyjściu do domu – muszę prowadzić ją na ogół na siłę. Zakładanie butów trwa czasem kilka minut, bo Hela patrzy wszędzie, tylko nie na buty. 

Tak jak mówiłam, weekendy są najtrudniejsze.

W weekendy Hela zwykle wstaje wcześnie i chętnie. Czasami drzemie jeszcze chwilę z nami, ale często wyrusza od razu w stronę kuchni, żeby pogrzebać w lodówce albo szukać noży do krojenia bułki. Ewentualnie rzuca się grzebać po szafkach, bo przypomina sobie, że w którejś kiedyś był balon albo gumowa rękawiczka, albo wspina się w poszukiwaniu mąki, żebym zrobiła jej ciasto, które za minutę jej się znudzi i będzie się poniewierać po domu aż zacznie śmierdzieć. Ale awantura, żebym je zrobiła być musi. Próbuje też oczywiście budzić siostrę, która woli wstawać później. W związku z tym w weekend, jeśli Hela wstaje, to nie ma zmiłuj – trzeba wstać.

Czas od śniadania do obiadu jest na ogół najgorszy. Wszystko jest nie tak, o wszystko jest afera, i wtedy też Hela częściej dokucza siostrze – czyli po minucie grzecznej zabawy próbuję ją ciągnąć za nogi, albo popychać. Nie można niestety, póki co, zostawiać ich samych. Atmosfera w weekendowe poranki jest więc na ogół dosyć napięta.

Nie wyglądają tak, jak w marzeniach, jakie każdy pewnie kiedyś miał na temat tego, jak będzie wyglądać życie rodzinne … Nie ma przytulania się na kanapie do południa i wspólnego oglądania filmów familijnych albo grania w planszówki. Hela ma gdzieś filmy czy formy dłuższe niż piosenki na YouTube. Trudno jest też o moment ciszy, bo Hela mówi non stop. Nawet jeśli jest to powtarzanie w kółko kilku tych samych zdań (ostatnio „Nie ma jutro szkoły” powtarzane jakieś 500 razy dziennie), to i tak rzadko się zdarza, żeby chociaż 5 minut posiedziała w ciszy. Albo żeby nie mówiła, kiedy np. chcę z kimś porozmawiać. Zawsze musi być w centrum uwagi. 

Trudno mi czasem o tym mówić, bo wiem, że są osoby, które chciałyby, żeby ich dzieci powiedziały cokolwiek. Są osoby, których dzieci w każdej chwili mogą umrzeć. Są mamy, które nie mogą wyjść z domu, bo muszą cały czas być przy swoich dzieciach. Są rodzice, którzy mieszkają z chorymi dziećmi w warunkach absolutnie się do tego nie nadających. I kiedy o tym myślę, to zastanawiam się, czy w ogóle mam prawo narzekać.  Z drugiej strony są też przecież rodzice, którzy mają zupełnie zdrowe dzieci. Ja jestem gdzieś pośrodku…

Ale też nie jest tak, że nie ma w ogóle dobrych chwil. Tylko właśnie są to najczęściej chwile – czyli przytulenie, całus, miłe słowo, wspólne leżenie w łóżku,  minuta fajnej zabawy z siostrą, wyjście gdzieś bez awantury, chwile w basenie albo w kąpieli, chwile, kiedy jest w ruchu i akurat jej się to podoba.  

 

 

Masz drugą córeczkę, ile ma lat? Duże obawy towarzyszyły drugiej ciąży?

2,5. Bardzo trudno było się zdecydować – zajęło nam to kilka ładnych lat. Przez długi czas myślałam, że nie zaryzykujemy, mimo że przypadek Heli to kwestia losowa. Potem powoli zaczęłam czuć, że jednak tego chcę. Oczywiście stresowałam się w ciąży, ale szczerze mówiąc obawiałam się, że będę stresować się dużo bardziej. Pod koniec byłam już właściwie prawie całkiem spokojna. 

Czy Hela w ogóle potrafi zająć sobie czas sama, czy musicie być przy niej cały czas?

Potrafi czasem zająć się przez chwilę iPadem, zabawą w kąpieli, puzzlami czy zabawą w strzelanie, ale nie trwa to specjalnie długo. Zawsze musimy być gdzieś w pobliżu, bo nie wiadomo, co wymyśli, ale nie musimy koniecznie nad nią stać. Mogę iść do drugiego pokoju powiesić pranie i nasłuchiwać, czy nic nie kombinuje. Ale na pewno nie mogę zostawić jej samej z siostrą – w sekundę jest w stanie z zabawy przejść do popychania, szarpania, podnoszenia czy ściskania. 

Jak wygląda Twój dzień?

W tygodniu wstaję chwilę po 6:00. Najpierw zajmuję się sobą – ubieram się, jem jakieś szybkie śniadanie – kanapkę albo resztki wczorajszej owsianki i gotuję wodę na imbir z cytryną i miodem. Robię Heli śniadanie do szkoły. Potem budzona jest Hela, a jak Hela już jest gotowa, to budzę Anielę, co trwa nieco dłużej.  Czasami udaje nam się wyjść w miarę sprawnie, a czasami niespecjalnie. W drzwiach np. Hela żąda jednak banana chociaż nie chciała jeść… Jak Hela chce banana, to oczywiście Aniela też chce banana. I tak dalej … 

Zawożę je samochodem do szkoły i żłobka. Zwykle najpierw żłobek, a potem szkoła, ale ostatnio w związku z remontami ulic musiałam zmienić kolejność i dłużej zajmuje nam poranne rozwożenie. Potem zostawiam samochód gdzieś po drodze albo w garażu i przesiadam się do tramwaju, a czasami na rower. Chociaż wiadomo, jak w zimie chce się jeździć na rowerze. Jeśli nie jest bardzo późno, to idę do pracy na piechotę i to jest opcja, którą lubię najbardziej.

Pracuję niby na 7/8 etatu, ale wiadomo, że niespecjalnie da się oszacować pracę akurat tak, żeby była w sam raz na 7/8 etatu. Jeśli czegoś nie zdążę skończyć, to niestety nie mogę zostać dłużej w biurze, bo muszę odebrać dzieci. Więc zabieram pracę do domu i mam do wyboru posadzić młodsze dziecko przed bajką i pracować, żeby ocalić choć trochę swojego snu, ale mieć wyrzuty sumienia, albo pracować dopiero po położeniu małej spać, będąc przez cały wieczór w stresie i nie mogąc się wyluzować, bo strasznie źle na mnie działa, jak coś nade mną wisi… I perspektywa tego, że nie będę mogła iść spać o sensownej porze też mnie stresuje.

Po pracy docieram do samochodu i jadę najpierw do żłobka, a potem do szkoły. Chyba, że jest wtorek albo czwartek i jadę z Helą na zajęcia – wtedy Anielę odbiera raz jedna, a raz druga babcia. 

Po szkole Hela jest zwykle dosyć zmęczona, więc wieczory nie są aż takie trudne. Hela potrafi pół wieczoru siedzieć pod drzwiami i udawać, że strzela z drewnianych torów jak z pistoletu. W pewnym momencie zaczyna się pokładać i wiem, że jest czas na zabranie jej do wanny. Ona się wzbrania, chociaż prawie zasypia. Twierdzi, że się bawi. W końcu muszę jakoś wprowadzić ją na górę do łazienki, mimo sprzeciwu, bo inaczej zaśnie pod drzwiami i nie będę w stanie jej zanieść. W wannie Hela albo odżywa, albo jeszcze bardziej się przymula. Po kąpieli prowadzę ją do łóżka, owijam na chwilę w kołdrę obciążeniową (od niedawna), czasem masuję ją przez chwilę szczotką. Czytam jej przez chwilę – na ogół codziennie to samo i wychodzę. Jeśli jest zmęczona, to zasypia od razu, a jeśli nie, to jeszcze kilka razy wychodzi z pokoju i muszę odsyłać ją z powrotem.

Aniela w tym czasie zwykle je albo bawi się sama. Czasami czytamy wszystkie razem. Hela na szczęście stosunkowo wcześnie chodzi spać (raczej nie później niż 19:30-20:00), więc Aniela ma jeszcze szansę na chwilę zabawy, w której nikt jej nie przeszkadza i jej niczego nie wyrywa. Jeśli mąż jest w domu, to wtedy on kąpie Helę, a ja w tym czasie biorę razem z Anielą prysznic, żeby oszczędzić trochę czasu i wody. 

Aniela w związku z drzemką w żłobku bardzo długo ostatnio zasypia. Zwykle po 22:00. Za to po prawie 2,5 roku przesypia w końcu noce. Do tej pory budziła się po 5-10 razy i w takim stanie przepracowałam pierwszy rok po powrocie z macierzyńskiego. Teraz na ogół mam w nocy ze 2 pobudki, czasem 3 – raz jedna się budzi, raz druga, więc jest duży progres.

Niestety w związku z późnym zasypianiem mój czas dla siebie skurczył się prawie do zera.

Czasami kosztem snu idę po 22:00 jeszcze do wanny i siedzę tam godzinę albo 1,5, bo tak bardzo brakuje mi czasu dla samej siebie. Chwilę poczytam, przescrolluję bezmyślnie Instagrama i idę spać. Czasem pracuję. Ćwiczyć już mi się nie chce o takiej godzinie. Jeśli uda się wcześniej uśpić Anielę (np. w weekend bez drzemki), to zdarza się, że poćwiczę przez chwilę jogę z YouTubem. Jak mam szczęście, to udaje mi się załapać na webinar ulubionej Oli Budzyńskiej.   A czasami trzeba jeszcze posprzątać bałagan w kuchni i wyjąć pranie, które zaraz zgnije w pralce. Albo przypominam sobie o 22:00, że Hela, która śpi od 2 godzin, miała narysować laurkę do szkoły, albo odrobić pracę domową. Oczywiście w przypadku chorób dzieci czy wizyt lekarskich trzeba kombinować. Tutaj zwykle pomagają moi rodzice i siedzą z dziećmi jak są chore. Czasem siedzę z nimi i pracuję wtedy zdalnie. Jedno co dobre, to że dziewczyny nie są chore non stop. Młodsza mimo roku w żłobku nie brała jeszcze nigdy antybiotyku ani nie była na ostrym dyżurze – kolosalna różnica w porównaniu z dzieciństwem starszej.

Powiem szczerze, że godzenie pracy na etacie (nawet u fajnego pracodawcy) z wychowaniem dwójki jest cholernie trudne. Tym bardziej, że mój mąż pracuje więcej i często wyjeżdża. 

Czy to ekstremalne rodzicielstwo przekreśliło jakieś Twoje plany?

Trudno powiedzieć. Może wcześniej wróciłabym do pracy i nie zaczynałabym prawie od początku… Ale nigdy nie miałam marzeń o jakiejś wielkiej karierze. Raczej wolę sobie spokojnie pracować gdzieś w kącie. Więc od strony zawodowej nie czuję się jakoś specjalnie poszkodowana. 

Raczej takie bardziej „codzienne” plany, jak na przykład dalekie wakacje. Z Helą to nie ma sensu – nie jest zainteresowana zwiedzaniem, nie lubi chodzić, mało co jej się podoba. Wyjazdy zorganizowane do hoteli, gdzie jest dużo ludzi, raczej odpadają – Hela wszystkich zaczepia i dotyka, i nie ukrywam, że jest to dla mnie krępujące. Nie rozumie odmowy. Nie rozumie, że ktoś nie chce się z nią bawić i naciska – a jednocześnie nie umie się bawić. Więc wygląda to tak, że po prostu osacza jakieś dziecko mówiąc „Pobawimy się?” i nic z tego nie wynika. Tylko powtarza w kółko „Pobawimy się?”. Niektóre dzieci się irytują, a jeśli nie, to i tak muszę cały czas nadzorować „zabawę” i pilnować, czy Hela nie przekracza czyichś granic. 

Jechać przez pół świata, żeby się męczyć jest bez sensu. Z kolei zostawienie jej pod czyjąś opieką na dłużej niż przez kilka dni już nie wchodzi w grę. Więc póki co przekreśliło to plany dalszych podróży – ale ja z dalekimi podróżami mam taki trochę love-hate relationship. I chciałabym, i boję się. Więc póki co aż tak bardzo nie cierpię z tego powodu. Wybieramy działkę albo Europę. Warunek taki, że musi to być albo oddzielny dom albo bardzo kameralny ośrodek i koniecznie basen, żeby Hela miała coś, co lubi. Za to chciałabym zacząć młodszą najpóźniej w przyszłym roku zacząć uczyć jeździć na nartach. I tez nie wiem, jak to logistycznie zorganizować, bo Hela pewnie nie będzie zainteresowana. A jechać całą rodziną po to, żeby się zmieniać, i żeby zawsze jedna osoba musiała siedzieć w domu z Helą zamiast jeździć na nartach – też trochę bez sensu. Na razie nie wiem jeszcze, jak to rozwiązać. Ale nie wyobrażam sobie, że młodsza nie będzie nigdy wyjeżdżać na ferie tylko dlatego, że starszej to nie interesuje.  

Myślisz o przyszłości? O tym, że Hela nigdy się nie usamodzielni?

Myślę, często. I jestem przerażona. Już w tym momencie wiem, że Hela nigdy się nie usamodzielni, więc przynajmniej mam jasność sytuacji. Najbardziej boję się tego, że będzie coraz większa i silniejsza. Jeśli nic nie zmieni się w kwestii zachowania, to nie wyobrażam sobie, jak będziemy funkcjonować na co dzień. Jeśli będzie mojego wzrostu, albo mnie przerośnie, to jak niby ją ubiorę, jeśli ona nie będzie akurat miała chęci, żeby ubrać się sama?   Albo wyjść. Albo wrócić do domu. Będziemy się bić? Naprawdę nie wiem. 

Jedyne, co wiem, to że na pewno nie zamierzam wychowywać młodszej na jej przyszłą opiekunkę. Chcę, żeby miała swoje życie. To jest odpowiedzialność nasza – rodziców. I nie chcę, żeby kiedykolwiek poczuła, że urodziłam ją po to, żeby mieć opiekunkę. Jeśli rodzeństwo samo chce – to ok, w porządku. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że ona MUSI albo powinna chcieć. 

Jaka jest teraz relacja dziewczynek? Czy z Helą w ogóle da się mówić o budowaniu relacji?

Moim zdaniem na swój sposób się kochają. Pytają o siebie, jak którejś nie ma, potrafią się przytulić, pogłaskać. Czasami są w stanie przez chwilę ładnie się bawić. Czasami młodsza tłumaczy coś starszej. Czasami sama mówi do niej „ale nie będziesz mnie teraz szarpać, dobrze?”. Chyba na razie jeszcze nie rozumie, o co tak do końca chodzi z jej siostrą. Oczywiście młodsza też często się irytuje, bo potrzebuje przestrzeni do zabawy w spokoju, a Hela cały czas próbuje ją „osaczać”. Jak proszę ją, żeby dała chwilę Anieli pobawić się w spokoju i prowadzę ją gdzieś indziej, to po 2 sekundach wraca i robi to samo. 

Hela lubi właściwie wszystkich ludzi (aż za bardzo) i z każdym bardzo chce nawiązywać relację – fakt, że na swój dziwaczny często sposób – ale nawiązywanie relacji i pozostawanie w relacji jest moim zdaniem głównym motorem w jej życiu.

Nie rozumie co prawda, że mówienie poznanej sekundę temu osobie, że ją kocha albo lubi nie ma specjalnego sensu, ale taki ma sposób na życie. I chociaż często jest to dla mnie krępujące, bo wiem, że ktoś może sobie nie życzyć budowania relacji z Helą, to jest to też jej wielka zaleta i siła. Zdaje sobie też sprawę, kto jest kim i potrafi tęsknić.  Muszę też powiedzieć, że nie spotkała mnie nigdy żadna przykra sytuacja ze strony nieznajomych osób – nikt nigdy nie potraktował jej niemiło ani nie zabierał swoich dzieci, żeby się z nią nie bawiły. 

Skąd czerpiesz siłę? Czytam na Twoim Instagramie te historie o celowym wymazaniu przez Helę auta jogurtem, o tym, że podczas spaceru kładzie się na drodze i odmawia pójścia dalej i przyznam, że aż coś we mnie kipi. Skąd masz na to siłę?  

Nie mam. Ani siły, ani cierpliwości. Wściekam się, krzyczę, cedzę przez zęby. Ciągnę na siłę. Potem mam wyrzuty sumienia, bo tyle przeszła w życiu i przecież to nie jej wina. Nawet jeśli czasami jestem prawie pewna, że robi coś absolutnie złośliwie, to raczej tak nie jest. A jednak gotuje się we mnie. Nikt nie potrafi w sekundę tak bardzo wyprowadzić mnie z równowagi. Całe życie byłam raczej oazą spokoju. Nie złościłam się na ludzi, nie kłóciłam się, nie krzyczałam. Nie sądziłam, że mam aż tak mało cierpliwości. I nie mogę się tutaj pocieszać, że to tylko etap, że minie … Bo wiem, że być może nie minie. Co więcej – raczej będzie gorzej i trudniej. 

Mam wrażenie, że im jest starsza, tym bardziej tracę z nią jakąś nić porozumienia. Mam dni, kiedy czuję się, jakbym hodowała roślinkę – robię co trzeba, żeby zaspokoić jej podstawowe potrzeby, ale brakuje w tym jakiegoś głębszego kontaktu. Kiedyś było dużo lepiej. 

Ale nie chcę lukrować. Uważam, że trzeba szczerze o tym mówić. Trochę się oczywiście boję, bo mam wrażenie, że duża część mam dzieci niepełnosprawnych myśli raczej odwrotnie   – odczuwają takie rodzicielstwo jako dar i uważają, że ich dzieci są wyjątkowe, a one dzięki nim stają się lepszymi ludźmi. Bardzo zazdroszczę im tego podejścia, ale ja tak nie czuję. Mimo miłości do dziecka uważam, że takie życie jest cholernie trudne – i gdyby ktoś miał moc uzdrowienia Heli, to zgodziłabym się bez wahania. Owszem – mówi się czasem o trudnościach logistycznych, fizycznych czy finansowych. Ale o trudnych uczuciach w stosunku do dziecka – niespecjalnie. A niby dlaczego mamy o tym nie mówić? Na zdrowe dzieci często narzekamy, to dlaczego nie mielibyśmy narzekać w przypadku tak ekstremalnego rodzicielstwa? 

Pewnie byłoby łatwiej, gdybym czuła, że ona jest szczęśliwa w tym swoim świecie. Ale moim zdaniem nie jest – ciągle jest niespokojna, miota się… Uważam, że jej też byłoby lepiej bez choroby.  Czasami myślę, jaka by była… Czym by się interesowała… O czym byśmy gadały… Ale szybko odrzucam te myśli. 

Mam poczucie, że od czasu jak zrobiła się trudna, rzadko jestem dla niej dobrą matką. A czasami wręcz okropną. Bardzo chciałabym to zmienić, ale to jest cholernie trudne. Szczególnie bez zasobów… Codziennie obiecuję sobie, że nie będę się na nią złościć, że nie pozwolę się wyprowadzić z równowagi… i zwykle ponoszę porażkę. Ostatnio rekordem były 2 tygodnie bez złoszczenia się. Ale było to możliwe tylko dlatego, że wyjechałam na weekend bez dzieci i trochę się zregenerowałam. W codziennym stresie i gonitwie między domem a pracą to jest naprawdę bardzo trudne. 

Czeka mnie jeszcze bardzo dużo pracy nad sobą, żeby w pełni zaakceptować sytuację, w której się znalazłam i żeby akceptować ją dokładnie taką, jaka jest. Być może ten proces będzie trwał całe życie. Nie wiem. 

Jak to piszę, to jest weekendowy poranek, męża dzisiaj nie ma, a Hela miała właśnie atak szału, podczas którego próbowała szarpać siostrę i przebijać nożyczkami piłkę do ćwiczeń, którą jeszcze 5 minut wcześnie się z radością bawiła. Musiałam iść z nią do innego pokoju i trzymać ją do momentu, aż się uspokoiła. Potem poszłyśmy na konie – czyli coś co lubi. A mimo to przy wychodzeniu nadal była w szale, szarpała się, chciała wracać, próbowała uciekać z windy, wieszać się na klamce itp. Po dojściu do samochodu z dwójką w zimowych ubraniach byłam mokra. I wściekła. 

Korzystasz z pomocy psychologa? 

Tak, oczywiście. Wydaje mi się, że w takiej sytuacji to niezbędne. 

W naszym kraju udaje się, że nie ma chorych dzieci. Ten temat już nawet nie jest na marginesie, on jest daleko poza dyskusją. Wszystkie dzieci mają się urodzić, a potem najlepiej, żeby były zamknięte w domach i nie rzucały się w oczy. Czy znasz jakiś sposób, żeby to zmienić? Masz jakiś pomysł, jak można pomóc, wesprzeć rodziny z chorymi dziećmi? 

Moim zdaniem poza pomocą dzieciom trzeba koniecznie zająć się rodzicami i ich zasobami. Moim marzeniem jest kiedyś założenie fundacji, która zajmie się właśnie rodzicami i zapewni im np. darmową terapię psychologiczną, darmowe zajęcia (joga, szydełkowanie, mindfullness, jakieś sport… cokolwiek, żeby zrobili coś dla siebie!), grupy wsparcia i warsztaty czy nawet bardziej przyziemne rzeczy jak fryzjer. Idealnie by było, gdyby poza finansowaniem fundacja mogła na czas tych zajęć zapewnić opiekę dzieciom – również tym najbardziej chorym, które wymagają opieki 24/7. To właśnie o tych rodziców trzeba przede wszystkim zadbać, bo często są po prostu zamknięci w domu, bez możliwości wyjścia.

Póki co nie mam czasu, odwagi ani wiedzy, żeby to zrobić. Sama też na pewno bym się odważyła porywać na takie przedsięwzięcie. Ale może kiedyś… Może z kimś. 

Na pewno dobrze by było, gdyby każda dorosła niepełnosprawna osoba miała zapewnione miejsce w przyjaznym, nowoczesnym ośrodku albo w nadzorowanym mieszkaniu w sytuacji, gdy rodzina przestanie dawać sobie radę, albo kiedy rodzice umrą. I ważne, żeby to nie była przechowalnia, tylko po prostu przyjazny dom. Oczywiście zajęcia w ciągu dnia po zakończeniu oficjalnej edukacji też powinny być zapewnione dla wszystkich, którzy tego potrzebują. Dużej części z tych osób pozostaje siedzenie z rodzicami na kanapie i patrzenie w TV do końca życia. 

O służbie zdrowia, konieczności zapewnienia lepszej infrastruktury dla dzieci z mniejszych miast i wsi, wysokości świadczeń czy braku możliwości dorabiania przez rodziców na zasiłku chyba nie ma już co wspominać, bo to oczywiste i często się o tym mówi w mediach. Nie chcę się też „mądrzyć” na temat sytuacji innych z perspektywy mojej „warszawskiej bańki”, bo nie ukrywam, że z dużą częścią problemów doświadczanych przez rodziców dzieci niepełnosprawnych nie musiałam się mierzyć. 

Czy udaje Ci się znaleźć trochę czasu dla siebie? Na jakąś pasję lub chwilę relaksu po prostu?

Przy Heli, kiedy była mała, miałam mimo trudnej sytuacji całkiem dużo czasu dla siebie. Dużo spała, miała długie drzemki. Od początku była przyzwyczajona do zostawania ze wszystkimi. Nie potrzebowała mnie w nocy. Udawało mi się wychodzić, wyjeżdżać, czasami pobiegać albo iść na fitness. Wieczory mogłam przeznaczać na swoje sprawy. Poza tym była mniejsza i nie sprawiała wtedy jeszcze takich kłopotów.

Czas wolny najbardziej ucierpiał po urodzeniu młodszej. Ale mimo to uważam, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. Nawet nie chcę myśleć, co by ze mną było bez niej. Chłonę wszystko, czego za pierwszym razem nie miałam i wiem już, jakie to super uczucie gadać ze swoim własnym dzieckiem. Ale w kwestii czasu wolnego mnie załatwiła. 😉

Bardzo długo nie akceptowała w nocy nikogo poza mną. Nie zaakceptowała też nigdy butelki. W nocy budziła się miliard razy, a drzemki miała krótkie. Spać normalnie zaczęła dopiero niedawno. Ale jest też na tyle bezproblemowa, że czas spędzany tylko z nią traktuję momentami jak czas dla mnie.

Najgorsze są wieczory, odkąd zasypia o 22:00. Tutaj faktycznie trochę drga mi powieka, bo chciałabym chociaż przez chwilę zająć się sobą. W lecie byłyśmy we dwie na retreacie „Breathe Mama” dla mam z dziećmi na Mazurach. I to było super rozwiązanie. Ona miała opiekę, a ja w tym czasie chodziłam na jogę i na warsztaty. Pierwszy raz od dawno odpoczęłam. W październiku z kolei pojechałam na weekend dla mam, w to samo miejsce, ale tym razem bez dzieci. Pierwszy raz od urodzenia Anieli spędziłam 2,5 dnia bez żadnego dziecka. To było bardzo ożywcze. Dało mi siłę do przetrwania kilku tygodni we względnej równowadze. Ale niestety paliwo z wyjazdu już się skończyło. 

Staram się też ułatwiać sobie życie przynajmniej w takim zakresie, w jakim mogę. Bardzo rzadko gotuję. Gotuje mąż, kiedy ma czas i zamrażamy sobie zapasy, albo po prostu kupuję coś w pracy. Dzieci jedzą obiady w szkole i żłobku. Żłobek w tygodniu w ogóle załatwia za mnie większa część posiłków i chwała mu za to. I to są naprawdę bardzo dobre posiłki. Nie mogę czasem wyjść z podziwu, jak czytam menu. Raz na 2 tygodnie przychodzi też do mnie pani na większe sprzątanie i prasowanie. Staram się też jak najwięcej rzeczy robić, kiedy dzieci jeszcze nie śpią – np. wieszać pranie. Chociaż to akurat nie zawsze wychodzi.

 

Na co dzień niestety nie mam przestrzeni, żeby jakoś bardziej o siebie zadbać. Moje wieczory wyglądają tak, jak już wcześniej mówiłam. Poza tym chodzę na terapię, pilnuję badań profilaktycznych, staram się wykorzystywać krótkie chwile w tramwaju czy wycieczki do pracy piechotą np.  na słuchanie podcastów… Ale to chyba taka podstawa.

Ostatnio byłam tak wszystkim przeciążona i zestresowana, że wróciły mi objawy nerwicowe, które miałam kilka lat temu. Waliło mi serce, codziennie budziłam się z gulą w gardle. Uznałam, że to czas, żeby znowu poratować się lekami – nie uważam tego za nic wstydliwego, szczególnie w takiej wymagającej sytuacji życiowej.

Chciałabym częściej gotować, mieć czas, żeby na spokojnie iść na zakupy i zastanowić się, co ugotować… Chciałabym czasem obejrzeć film, a nie 20-minutowy odcinek serialu. Chciałabym się więcej ruszać. Chciałabym, żeby godzinne posiedzenie w wannie nie musiało odbywać się kosztem snu. Ale też wiem, że mogłoby być gorzej.

Mam nadzieję, że kiedy młodszej za rok czy dwa skasują leżakowanie w przedszkolu, to odzyskam kawałek wieczoru. Im jest starsza staram się też coraz częściej coś zaplanować tylko dla siebie. W grudniu i styczniu zapisałam się na 2 warsztaty: jeden o lęku, a drugi to warsztat tkacki.

Z marzeń na przyszłość, to chciałabym kiedyś nauczyć się rysować i malować. W dzieciństwie cały czas rysowałam – nie jakoś ładnie, ale lubiłam to. Ale potem przestałam i nigdy nie zrobiłam nic, żeby poznać jakieś bardziej profesjonalne podstawy. Teraz żałuję. Czasem też żałuję, że nie poszłam na lingwistykę, bo języki to było coś, w czym byłam kiedyś naprawdę dobra. A czasami żałuję, że nie zostałam na uczelni – może teraz prowadziłabym badania psychologiczne mam takich jak ja? 

Mam też poczucie, że powinnam przygotować sobie jakiś zawodowy plan awaryjny na czas, kiedy moi rodzice już nie będą mogli mi pomagać, a za to ja będę pomagać im. I na czas, kiedy Hela wypadnie z systemu szkolnego.  Tych sytuacji chyba już nie da się pogodzić z etatem. Ale nie mam kompletnie pomysłu – wydaje mi się, że nie mam żadnych umiejętności, które dałoby się jakoś sensownie spieniężyć poza etatem. Póki co nie narzucam sobie żadnego deadline’u, chociaż wątpię, że jakiś super pomysł sam na mnie spłynie. Co ma być, to będzie. 

Reportaż

Czy kobieta powinna mieć swoje pieniądze?

7 czerwca 2021 / Agnieszka Jabłońska

Czy kobieta powinna mieć swoje pieniądze?

Zazwyczaj gdy zadaję to pytanie, spotykam się ze szczerym oburzeniem – no jak to?!

Oczywiście, że kobieta powinna mieć swoje pieniądze,  i pracę, i przyjemności, i płacić na randce, jeśli ma na to ochotę. Nie poprzestaję na tym i drążę dalej, a czy mama powinna mieć swoje pieniądze? Tutaj odpowiedzi nie są już tak jednoznaczne, a zdania mocno podzielone. Dlatego zebrałam kilka historii wspaniałych kobiet, które poradziły sobie mimo braku środków i wyszły z opresji obronną ręką. 

Jednocześnie po wysłuchaniu moich rozmówczyń zbiera mi się na płacz na samą myśl o tym, ile jest kobiet, które nie mają do kogo zwrócić się o pomoc i muszą trwać, nieustannie pijąc bardzo gorzkie piwo, którego same naważyły bez szans na zmianę swojego położenia. 

Kasia (Kicia): od miłości do wielkich długów 

– Nie słonko, mój mąż ode mnie nie odszedł. – Kasia, którą wszyscy znajomi nazywają „Kicią”, ma długie czarne włosy, ciemne oczy i brwi. Sama siebie nazywa kobietą po przejściach, która wciąż wierzy w szczęśliwy los. To może trochę patetyczne, ale w jej ustach to zdanie brzmi… prawdziwe. Spotkałyśmy się, żeby porozmawiać o tym, czy kobieta powinna mieć swoje pieniądze.  – Mój mąż nie odszedł, to ja wykopałam go z domu, ale to zupełnie nic nie zmieniło – Kicia zaciąga się papierosem – i tak musiałam spłacać jego długi, a komornik zajął moją pensję. Byłam sama z dwójką dzieci, już nie takich małych – Jasiek miał 6, a Tomek 8 lat i jedną pensją, na której łapy położył komornik. 55 tysięcy długu dokładnie to pamiętam, to zabrzmiało jak wyrok. Jak przeczytałam pismo, to poczułam takie kłucie tutaj – Kicia kładzie wypielęgnowaną dłoń z krótkimi bordowymi paznokciami na biuście – że myślałam, że osierocę moje dzieciaki. Ale przetrwałam i każda z nas przetrwa. – Przez chwilę pali w milczeniu. 

O matczynym poświęceniu i miłości silniejszej niż rozsądek 

– Pomogła moja matka świętej pamięci. Poszła i sprzedała mieszkanie, rozumiesz? Sprzedała swoje małe dwa pokoiki i przyniosła te pieniądze i dwie walizki. Zamieszkała z nami i tak już zostało do końca. Ostatnia ofiara mojej matki można powiedzieć. – Kicia znowu się zamyśla. Gdyby była kimś innym, pewnie teraz zaczęłaby płakać, ale Kicia nie płacze, już nie – Największa głupota? Powinnam powiedzieć teraz jak w telenoweli, że wyjście za mąż za tego gnoja, ale nie uważam tak. Mam z nim dwóch synów, którzy – Bogu niech będą dzięki – wyszli na ludzi. Jeden pracuje jako kierowca autobusu, drugi jest księgowym, ma swoją firmę, dobrze zarabia. Jestem zadowolona i spokojna. Najbardziej żałuję, że byłam młoda i zakochana, nie myślałam o pieniądzach, wcale. Pieniądze? Na co to komu, jak ma się miłość – Kicia śmieje się i kaszle, to taki typowy suchy kaszel palacza. Upija łyk mocnej kawy ze szklanki, wiem, bo w mojej jest dokładnie ta sama fusiara,  i po chwili kontynuuje – Dzisiaj mówię dziewczynom jedno: rozdzielność majątkowa i własne pieniądze. Taka się zrobiłam wykształcona, ale co się nalatałam po prawnikach, jak gnoja wykopałam z domu, to moje. Hazard. – uprzedza moje pytanie – zorientowałam się trochę wcześniej, bo Tomusia pobili, szli za nim ze szkoły, wciągnęli w bramę i obili, wrócił zapłakany, krew na koszulce, myślałam, że wdał się w bójkę. Na początku krył ojca, oh oni obaj byli w starego wpatrzeni jak w święty obrazek, moja kochana, tylko „tatuś” i „tatuś”, a jak go wykopywałam, jaki był lament. Jeden stał i krzyczał na mnie, drugi trzymał się ojca, jakby ich coś opętało. Więc krew mnie zalała, złapałam starszego i wrzeszczę „idź z nim! No idź, zobaczymy, za ile wrócisz do matki”, ale wtedy – nie uwierzysz – stary się odezwał „wrócę po was chłopaki” tak im powiedział, dobre, nie? – Kicia śmieje się i klepie po udach – dwa tygodnie na niego czekali z nosami przyklejonymi do szyby, na każdy dźwięk dochodzący z klatki lecieli do drzwi, a jak słyszeli domofon, to zlatywali nawet na dół z trzeciego piętra w kamienicy. Nie wrócił. 

O nowej rzeczywistości, w której rządzi praca 

Kicia patrzy przez okno. Bawi się złotym pierścionkiem. – W końcu wzięłam rozwód. Po co mi więcej jego długów? Na co miałam czekać? Udało się. A, ty kochana, chciałaś więcej o tych pieniądzach. To tak jak mówiłam, mamusia sprzedała mieszkanie, wprowadziła się do nas. Miała niską emeryturę, ale byłe prządki nie mogły jakoś specjalnie liczyć na łaskę państwa, a ja zaczęłam dorabiać. Pracowałam po 12 godzin w sklepie, a po pracy szyłam dla prywaciarza. Przywoził rzeczy w worku, czasami były karteczki, co do zrobienia, czasami nie i trzeba było szukać. Przy dobrym świetle latem mamusia siadła i pomogła, przy gorszym musiałam szyć sama. Czasami było pracy na dwie godziny, a czasami na sześć. Im więcej brałam i szybciej szyłam, tym lepiej płacił, ale nigdy nie było wiadomo, ile przywiezie. Raz przywiózł trzy worki, ja chora z gorączką, ale nie ma rady, szyć trzeba. Usnęłam nad maszyną, cudem nie przyszyłam sobie palców do spodni. Innym razem nie było go trzy tygodnie, nie miałam za co dzieciakom butów kupić, chodzili w dziurawych. Na co szły pieniądze? Na jedzenie – wykarm dwóch dorastających chłopaków, na ogrzewanie, to była kamienica, tutaj się ogrzewa prądem. Zimą siedziałam w trzech swetrach i rękawiczkach bez placów. Mamusia spała pod pierzyną, pod koniec to była taka chudziutka i malutka, że jej wcale nie było z łóżka widać. Gorące butelki z wodą jej wkładałam do łóżka, żeby cieplej było. Dzisiaj to ja mam luksusy. Sama mieszkam i dwa pokoje od miasta dostałam, bo moja kamienica na rewitalizację poszła. Wodę mam w kranie, ogrzewanie z miasta, sypialkę własną – luksus! 

Co by było gdyby? Być może lepiej 

– Co bym zrobiła, jakbym wtedy miała pieniądze? Kupiła nam wspólnie z mamusią trzy pokoje w blokach. Żyła spokojniej, może mniej bym pracowała, a tak moich chłopaków to wychowały sąsiadki i babcia. Na szczęście żyliśmy wtedy wśród swoich. Każdy każdego znał i musieli się zachowywać, bo wszystko wiedziałam jeszcze zanim weszłam na trzecie piętro. W kamienicy obok mieszkała ich nauczycielka, surowa była i dobrze. Udało się, ale mogło się nie udać. Dlatego mówię zawsze dziewczynom: chcesz ślubu, to bierz, ale zrób rozdzielność u prawnika i miej swoje pieniądze, okładaj, oszczędzaj, to się zawsze przyda. 

Marysia: wielka miłość, która czasami za szybko się kończy  

Z Marysią rozmawiamy online. Ma szczupłą twarz i bardzo duże oczy. Mówi cicho i powoli, jakby się czegoś bała. Za jej plecami na dywanie bawi się jej 4-letnia córeczka Iza. Marysia pracuje w szkolnej bibliotece, bardzo lubi swoją pracę. Nie zarabia kokosów, ale nie ma również pełnego etatu, tylko tak może zajmować się Izusią. 

Mgła, która zmieniła wszystko 

– To był październik. Zwyczajny dzień, wtorek. Maciek jak zwykle pożegnał się ze mną i z Izusią, wsiadł na rower i pojechał do pracy. Pogoda była ładna,  tylko mgła nie dawała mi spokoju. Maciek śmiał się, że jak zwykle panikuję, że ma się przejaśnić na popołudnie. – Marysia mówi wolno, jakby czytała z karki – Z mgły wyjechał rozpędzony Ford Mondeo, kierowca zapatrzył się w ekran smartfona, domykał jakiś ważny „deal”, jak zeznawał później w sądzie. Za późno zauważył Maćka. – Marysia milknie i zaciska usta w wąską kreskę. Dłonie, którymi podnosi kubek, drżą lekko. Trzyma kubek w dłoniach, zagląda do jego wnętrza. Nie pije. 

Czas na chłodne kalkulacje 

– Telefon z policji. Ja na zakupach, z wózkiem, marudzącą Izą, nie bardzo rozumiałam, co się dzieje. Jak dotarło wreszcie do mnie, co mówi policjant, wypadły mi z rąk siatki. Pomidory potoczyły się po chodniku, miałam zrobić spaghetti na kolację. Zadzwoniłam do brata Maćka, on i bratowa przyjechali do mnie i bardzo mi pomogli. Z rodzicami nie utrzymuję kontaktu, a Maćka rodzice nie żyją. Do pogrzebu było ciężko, próbowałam się trzymać. Iza nie rozumiała, co się dzieje, ciągle chciała na ręce, była taka nieznośna. Miała zaledwie 16 miesięcy, gdy Maciek zginął. Po pogrzebie zaczęło powoli do mnie docierać, że nie mam środków do życia… Mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu, a wiosną zaczęła się budowa naszego domu. Oczywiście na kredyt. Banki jeszcze wtedy nie robiły problemów z hipoteką. Maciek poprzedniej zimy kupił auto, też na kredyt. Był informatykiem, mogliśmy sobie na to pozwolić. – mówi, jakby chciała usprawiedliwić nieżyjącego męża –  Ja byłam na wychowawczym, ale to było wszystko załatwione ze znajomym Maćka. Pamiętam, że zostało mi na koncie 280 złotych z jego ostatniej pensji. Dostałam jeszcze zasiłek i pieniądze z ubezpieczenia, ale czynsz za nasze mieszkanie wynosił 1200 do tego opłaty, wyżywienie i raty kredytów, na które potrzebowałam kolejne 2000 złotych. Myślałam, że oszaleję. Przez chwilę myślałam nawet, czy się nie poddać, ale – pewnie uznasz, że to śmieszne – przyśnił mi się Maciek. W tym śnie byliśmy na Korfu – tam spędziliśmy naszą podróż poślubną – Maciek obejmował mnie, śmialiśmy się, świeciło słońce i nagle on powiedział „żyj” i sen się skończył. Wtedy zrozumiałam, że jeśli kiedykolwiek chcę go zobaczyć, teraz muszę wziąć się w garść. – Marysia patrzy gdzieś w bok i delikatnie się uśmiecha. 

Bezcenne wsparcie i bezinteresowna pomoc 

– Brat Maćka pożyczył mi 5 tysięcy, a bratowa pomogła z prawnikami. Sprzedałam samochód i spłaciłam cały kredyt. Sprzedałam dom dzięki ich pomocy. Zapłaciłam karę za wcześniejszą spłatę kredytu hipotecznego, zostało tyle, żeby na kilka miesięcy wynająć kawalerkę. Byłam dumna. Wymówiłam dwa pokoje. Właścicielka nie robiła problemów i nawet oddała mi kaucję i dała różaniec na drogę. To był jednej z najmilszych gestów, jakich doświadczyłam w życiu, ale nie ostatni po śmierci Maćka. Mam wrażenie, że odkąd nauczyłam się prosić o pomoc i przestałam udawać, że sobie radzę, wszechświat naprawdę ruszył mi na pomoc. Zadzwoniła przyjaciółka, której mama jest dyrektorem szkoły. Dostałam pracę w bibliotece, poszłam na studia zaoczne. Moja inna koleżanka wzięła Izę do swojego przedszkola, płacę tylko za wyżywienie. Dwa tygodnie temu dostałam kredyt w banku, kupiłam nam malutkie mieszkanie dwupokojowe blisko parku, za miesiąc się przeprowadzamy. Teraz mój kolega – Marysia lekko czerwieni się przy słowie „kolega” – pomaga w remoncie. 

Warto mieć swoje pieniądze 

Co chciałabym powiedzieć innym dziewczynom? Szczęście nie trwa wiecznie, jest czymś ulotnym i chociaż mówi się, że pieniądze tego szczęścia wcale nie dają, to warto je mieć, bo wtedy nieszczęście boli mniej. Dużo nad tym myślałam w bezsenne noce po śmierci Maćka. Gdybym miała odłożone swoje pieniądze, nie musiałabym pożyczać od rodziny. Może skończyłabym budowę domu i zarobiła na sprzedaży nieruchomości, a tak musiałam sprzedawać szybko rozgrzebaną inwestycję… Czułabym się pewnej i bezpieczniej. Dzisiaj nie zdecydowałabym się na urlop wychowawczy, szukałabym jednak żłobka i wróciła do pracy. Chociaż Maciek nigdy nie dał mi odczuć, że nie mam pieniędzy. On… – Marysia musi głęboko odetchnąć – ciągle mi proponował „kup to, kup sobie tamto”, a ja nie chciałam. Często sam robił mi prezenty. A ja?  Jedna bluza, dwie pary spodni i buty, nie potrzebowałam wiele. Teraz wiem, że chcę zadbać o siebie i o Izę pod każdym względem, ale za swoje pieniądze. 

Iwona: nowa miłość, nowe życie i wielka pomyłka 

Kolejna rozmówczyni nie chce, żebym poznała jej twarz. Jest najbardziej tajemnicza, ale gdy opowiada mi swoją historię, przestaję się dziwić. Jej życie przypomina film sensacyjny i pewnie niejeden scenarzysta znalazłby w jej słowach gotową historię. 

Apetyt na miłość 

– Iwona, mam na imię Iwona. Słyszysz mnie? – pyta, gdy łączymy się na What’s upie. – Dobrze, będę opowiadać. Możesz notować, nie ma problemu. Mam na imię Iwona i mam 47 lat. Tego człowieka – przez całą rozmowę będzie go właśnie tak nazywać „tym człowiekiem” – poznałam, gdy miałam lat 35 i 12-letnią córkę. Zwolnili mnie z pracy w szwalni, siedziałam na zasiłku i myślałam, co dalej. Odpowiedziałam na ogłoszenie matrymonialne w radiu. Koleżanki pukały się w głowę i śmiały ze mnie. Urządzałyśmy takie babskie spotkania, no wiesz – moja rozmówczyni trochę się rozluźnia i przestaje brzmieć, jakby czytała z karki – śledzie, wódka i tort, takie to były babskie nasiadówy, moja córka bawiła się z dziećmi, a my mogłyśmy nakręcić sobie wałki, zrobić paznokcie i trochę ponarzekać. Ojciec mojej córki poszedł do więzienia, a późnej zniknął. To było takie głupie… Ja, dziewczyna z dobrego domu – ojciec lekarz, matka nauczycielka, najlepiej w szkole zdałam maturę, poszłam na studia. Tam poznałam brata mojej koleżanki. Dziewczyna była fajna, ale brat to taki typ spod ciemnej gwiazdy, a ja – głupia gęś zakochana w Skrzetuskim – śmiej się, jeśli chcesz, taka właśnie byłam. Miałam warkocz i okulary w grubych oprawkach. Ja postanowiłam, że go zbawię, a on, że mnie uwolni. Jak wpadłam, to się skończyło love story… – Iwona milknie na chwilę – co to ja miałam… aha, ogłoszenie matrymonialne, bo ja chciałam pana przyzwoitego, żeby odnosił się do mnie i do mojej córki z szacunkiem, żeby rodzinę mieć, chciałam kochać na poważnie. 

Szansa na nowe, piękne życie 

I taki pan, wyobraź sobie, do mnie napisał. Mieszkał w Anglii, ciężko pracował na produkcji. Zaczęliśmy wymieniać listy, później dzwonił do mnie czasem, wysłał paczkę ze słodyczami dla córki. Później jakieś kosmetyki dla mnie, chyba perfumy. Spotkaliśmy się, jak przyleciał tutaj odwiedzić matkę. Pan starszy ode mnie o 10 lat. Na poziomie, niepijący i niepalący. Miło się odzywał, córka go polubiła. Kwiaty mi kupował, zapraszał do kawiarni. Urlop szybko minął i musiał wracać. Już wtedy zaproponował, żebym z nim poleciała. Najpierw myślałam, że upadł na głowę, ale zaczęłam myśleć. Jeden dzień, drugi, trzeci, czwartego dnia zaprosiłam koleżanki, gadamy, opowiadam, a one mówią, że to może dobry pomysł. W Anglii więcej płacą, pracę bym znalazła, córka się przyzwyczai. Właśnie córkę to chciałam zostawić tutaj i pojechać najpierw sama na próbę. Ten człowiek zaoferował, że mała może zostać u jego matki. Poznałam tę kobietę i była bardzo miła i życzliwa. Gdy byliśmy u niej, zapytała jaką kawę lubię i zaprosiła mnie do kuchni. Ten człowiek coś oglądał w telewizji. Jego matka konspiracyjnym szeptem powiedziała do mnie znad filiżanki pełnej proszku, który miał się zamienić w cappuccino orzechowe: „uciekaj dziecko!”, ale nie zapaliła mi się żadna lampka. Myślałam, że starsza pani ma swoje dziwactwa, wiesz, tekściki i takie inne. Gdy pojechałam do niej z córką, bardzo serdecznie przyjęła małą, mnie znowu wzięła do kuchni i dała mi 500 złotych. Nie chciałam przyjąć tych pieniędzy „Schowaj to – powiedziała – i wydaj, gdy będą Ci najbardziej potrzebne, gdy nie będzie wyjścia. Jak nie wydasz, to mi oddasz” i tym mnie przekonała. Wezmę, zawiozę i wrócę. Na koniec dodała „Niech to będzie nasza matczyna tajemnica”. Schowałam pieniądze do torby i szybko wyszłam. Ten człowiek kupił mi bilet. Miałam około 20 funtów i pieniądze od jego matki. W moim mieszkaniu miał zatrzymać się brat przyjaciółki. Dostał lokum w zamian za czynsz i dbanie o kwiatki. – Iwona przerywa rozmowę, musi odebrać paczkę od listonosza. 

Sielanka, która trwała tylko chwilę 

– Zamówiłam nowy magazyn ogrodniczy, wybacz słonko. Już jestem. Na miejsce doleciałam wieczorem. Pierwszy raz leciałam samolotem, byłam taka przejęta i zmęczona. A w Anglii jak to w Anglii – ciemno, zimno i deszcz. Ciągle ten deszcz. Ten człowiek przysłał po mnie kolegę, bo musiał zostać w pracy. Pojechaliśmy autobusem na przedmieścia do małego domku. Myślałam, że to będzie nasz domek, okazało się, że mamy jedynie pokój w piwnicy. Zdumiałam się, ale szybko wytłumaczyłam sobie, że przecież mężczyźni nie potrzebują wielkich luksusów i na pewno wkrótce coś znajdziemy. Ten człowiek ucieszył się na mój widok. Przyniósł kwiaty i kolację – burgera z frytkami. Następnego dnia miał wolne, więc mieliśmy przejść się po miasteczku i poszukać dla mnie pracy. Z pracą nie było żadnego problemu – szukali pracowników magazynu. Praca ciężka, ale czas mijał szybko, pracowałam z innymi Polkami, brygadzista był dla mnie bardzo miły, wpadłam mu w oko. 

Bolesne zderzenie z rzeczywistością 

Po trzech dniach dostałam jednak wymówienie, a ten człowiek załatwił mi pracę w swojej fabryce. Tutaj nie było już tak miło, tempo szybsze, przerwy krótsze i ciągle śmierdziało. Mnie jednak ludzie lubią i szybko zaczęłam się ze wszystkimi dogadywać, dbał o mnie szczególnie jeden kolega. Nic złego nie robił, pomógł coś przenieść, raz podał mi coś z półki i przytrzymał drzwi na zaplecze. Temu człowiekowi to jednak wystarczyło, po pracy nie odzywał się do mnie, a później zrobił mi awanturę. Szybko się pogodziliśmy i był spokój. Aż do czasu, gdy były moje imieniny i dostałam od kolegi kwiatka. Ten człowiek nic nie powiedział, ale zrobił się cały czerwony. A to był zwykły kwiatek za 10 p. Wtedy przez moment poczułam się dobrze, trochę zazdrości, jak to mawiają w związku, jest potrzebne. W domu najpierw się nie odzywał, a później mi przywalił. Bez uprzedzenia, mocno. Ogłuszył mnie. Później bił mnie jeszcze głowie. Powiedział, że już więcej tam nie wrócę. Myślałam, że żartuje, ale musiał dosypać mi czegoś do herbaty, którą mi podał po wszystkim, bo obudziłam się prawie w południe, a drzwi były zamknięte na klucz. Od tego dnia zaczął się mój horror. Nie mogłam pracować, nie mogłam sama wychodzić, nie mogłam dzwonić do córki. Dni zlały się w jedno. Miałam wiadro, bo w piwnicy nie było toalety. Miałam gotować, sprzątać, prać, kiedy mi kazał. Najpierw byłam cicho, później krzyczałam, ale nikt z domu mi nie pomógł. Dowiedziałam się o wiele, wiele później że powiedział tym ludziom, z którymi mieszkaliśmy, że jestem chora psychicznie, okłamałam go i nie wzięłam leków z Polski. Oni mu uwierzyli. Nie przestawał mnie bić. Bił mnie, gdy byłam niemiła, gdy nie chciałam uprawiać z nim seksu, gdy płakałam za domem lub ugotowałam coś inaczej, niż on chciał. Bił mnie, gdy nie poszło mu w pracy albo gdy koledzy się z niego śmiali. Modliłam się do Najświętszej Panienki, żeby wrócić do domu, do córki. 

Ratunek, który mógł nie nadejść 

Pomoc przyszła zupełnie niespodziewanie. Znajoma, z którą pracowałam na magazynie w tej pierwszej pracy, postanowiła mnie odwiedzić. Przyszła do nas i gdy on nie patrzył, wyszedł na chwilę na korytarz, podsunęła mi serwetkę z napisem „jeśli dzieje Ci się krzywda mów o Klaudii” szybko wsunęła serwetkę do kieszeni sukienki. Ten człowiek na szczęście tego nie zauważył. Nie wiem, co by było, gdyby się zorientował… Wizyta koleżanki go zmęczyła tak bardzo, że próbował wyrzucić tę kobietę. Kiedy ja – nie wiem, skąd wzięło się we mnie tyle sił, ale powiedziałam: „Nie, ona musi jeszcze zostać, bo nie powiedziała mi o Klaudii”. I zaczęłam ją pytać, jak czuje się Klaudia, bo gdy z nimi pracowałam, to było z nią kiepsko i tęskniła za domem. Gdy znajoma wyszła, dostałam kilka razy w twarz, ale modliłam się jedynie, by ktoś mi pomógł. Nie wierzyłam, że ratunek nadejdzie, to było dla mnie niemożliwe. Dwa dni później usłyszałam walenie w drzwi naszej piwnicy. Ten człowiek otworzył, został wepchnięty do środka pokoju. Jakiś mężczyzna trzymał go za gardło i przyciskał do lodówki, drugi stał za nim. Trzecią osobą, która weszła do pokoju, była tamta kobieta. „Pakuj się, wracasz do domu” . Na lotnisku oddałam jej 500 złotych. Tyle kosztował bilet. Gdy samolot oderwał się od ziemi, po moich policzkach płynęły łzy i nie przestały aż do samego lądowania. 

Doświadczenie matki, wnioski dla córki 

Na lotnisku cały czas oglądałam się za siebie, czy nikt mnie nie śledzi. Dopiero następnego dnia dotarłam do mieszkania jego matki. Gdy mnie zobaczyła, przeżegnała się i powiedziała tylko „przepraszam”. Zgłosiłam sprawę na policję. Dużo pomogła mi wychowawczyni mojej córki i moja koleżanka. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym nie miała przy sobie tamtych pieniędzy. Możliwe, że Ci ludzie i tak by mi pomogli, a może nie, nie wiem. Dzisiaj moja córka ma 24 lata, pracuje, ma swoje pieniądze. Nie opowiedziałam jej, co zdarzyło się w Anglii, ale zaczęłam uczyć, że ma zarabiać, być niezależna. Chcę, żeby miała dobrą pracę i związała się z facetem, który też umie ciężko pracować i zarobić pieniądze. Co mogę powiedzieć młodym dziewczynom? Jeśli szukacie pracy, to szukajcie dobrej pracy, a jeśli mężczyzny, to dobrego mężczyzny i te dwie rzeczy wcale nie muszą iść w parze. 

Kinga: mąż dobry do czasu

Mojego męża poznałam na konferencji – opowiada drobniutka blondynka w dużych okularach w złotych oprawkach.  Ja – świeżo upieczony pracownik, kilka miesięcy wcześniej skończyłam studia, dostałam dyplom i wyruszyłam na podbój wielkiego świata. On – dyrektor handlowy starszy ode mnie o ponad 10 lat. Doskonale ubrany, przystojny, elokwentny. Rozmawialiśmy kilka minut i byłam przekonana, że nigdy więcej się nie spotkamy. Nie doceniłam go – Kinga uśmiecha się smutno na to wspomnienie – zdobył mój służbowy numer telefonu i umówił się na spotkanie, jako klient. Trochę mnie zdziwiło, że specjalnie do mnie przyjechał z innego województwa ponad 300 kilometrów. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że musi być naprawdę zachwycony naszymi pozytywnymi opiniami w sieci… 

Owinięta wokół palca 

Oczywiście tak poprowadził pierwsze spotkanie, że niczego nie udało się ustalić i kilka dni później musiał przyjechać znowu. Tym razem zaprosił mnie na lunch. Widziałam już, że starsze stażem koleżanki wychodzą na lunche z klientami, więc czułam się wyróżniona – w duchu skakałam z radości! Później zaczęliśmy do siebie dzwonić, najpierw w sprawach służbowych, później on poprosił mnie o prywatny numer telefonu. Pół roku, tyle minęło od pierwszego spotkania, gdy mi się oświadczył. To były nasze wakacje w Rzymie, mój pierwszy wyjazd za granicę, pierwszy lot samolotem – byłam dosłownie i w przenośni wniebowzięta! I on, opiekujący się mną w tak piękny sposób, trzeba przyznać, że miał maniery dżentelmena: odsuwał mi krzesło w restauracji, podawał ramię podczas spaceru, mówił do mnie „kochanie” w taki serdeczny sposób. Zmiękłam, roztopiłam się jak rzymskie lody w upał. Dzisiaj myślę, że owinął mnie wokół palca… 

Wielka miłość i wielkie zmiany – czy na pewno na lepsze? 

Rzuciłam pracę i zamieszkałam w jego mieście. Szybko znalazłam zatrudnienie, a później wszystko nabrało tempa: ślub i ciąża. To była wielka miłość, ale pociągała za sobą wielkie zmiany, byłam przerażona. Jemu zależało na dziecku, w końcu był już grubo po 30-stce. Ja uważałam, że mam czas, ale pozostał w tej kwestii stanowczy. Gdybym wtedy zauważyła, że jest to człowiek, który zawsze potrafi postawić na swoim, jeśli nie od razu, to po jakimś czasie. Nieważne, jakimi środkami, on zawsze osiąga to, czego chce – Kinga uśmiecha się, ale nie w tym uśmiechu radości, w jej głosie pobrzmiewa gorycz – dziecko i od razu bliźniaki. Byłam przerażona, ale powiedział, że ze wszystkim sobie poradzimy. Zaczął szukać większego mieszkania, urządzać je dla nas. Pokój dla dzieci, salon, piękna kuchnia. Ja puchłam, a on zdawał się pękać z dumy. Pierwsze dziwne zachowania, które pamiętam, bo musiało ich być więcej, tylko nie zwracałam na nie uwagi, dotyczyły właśnie ciąży. Musiałam iść do ginekologa, którego on wybrał, chociaż wolałam innego lekarza. Miałam rodzić w konkretnej klinice i tutaj również nie miałam nic do powiedzenia. Spisał ze mną plan porodu, ale byłam tak zmęczona, że niewiele z tego pamiętałam. Później dowiedziałam się, że to on chciał, abym za wszelką cenę rodziła bliźniaki naturalnie – wyobrażasz sobie? Uważał, że tylko poród SN to prawdziwy poród. Wybrał również położną – bardzo nieprzyjemną kobietę, która wcale nie chciała mnie słuchać i w czasie porodu na mnie krzyczała. Zabronił mi karmić piersią, ponieważ uznał, że zepsuje mi się biust – wcześniej uwielbiał moje piersi – i poinformował o tym cały personel kliniki, tylko nie mnie. 

Groźba, która zmieniła wszystko 

Najgorsze jednak było to – Kinga nie może poradzić sobie ze łzami, które napływają jej do oczu – że zmienił imiona naszych dzieci. Urodziłam dwie śliczne dziewczynki, jedna miała mieć na imię Amelka, a druga Weronika, a on nazwał je: Monika i Patrycja. Kompletnie tego nie rozumiałam, a gdy zwróciłam mu uwagę – tak naprawdę to zrobiłam scenę – najpierw z dobrodusznym uśmiechem powiedział, że coś mi się pomyliło, a później podszedł bardzo blisko mnie i wyszeptał: „Jeśli się nie uspokoisz, powiem wszystkim, że masz depresję poporodową, zamkną Cię w klinice psychiatrycznej i dopilnuję, żebyś już nigdy nie zobaczyła dzieci.” Poddałam się, miałam zdrowe dzieci i to było dla mnie najważniejsze. 

Wspomnienia, które ciągle bolą  

Dalej było tylko gorzej. Całe macierzyństwo polegało na zadowalaniu jego potrzeb i spełnianiu jego wizji idealnej matki. To on określał jaka mam być, co mam nosić, jak mam mówić. Do dzisiaj na widok skromnej sukienki zapinanej od góry do dołu na guziczki dostaję mdłości. Dość szybko musiałam również spełniać małżeński obowiązek. Nie przejmował się, że dzięki niemu miałam za sobą bardzo długi i bolesny poród. Jego potrzeby były najważniejsze. I pieniądze! Każdego dnia żałowałam, że nie miałam swojego kapitału, swojego konta. Tyle, żeby opłacić wizytę u dobrego prawnika i poszukać mieszkania w innym mieście. Nie miałam niczego, tylko kartę do jego konta, na które wpływały wszystkie świadczenia na dzieci. Kartę dawał mi i zabierał wedle uznania. Raz wyjechał w delegację i zapomniał jej zostawić. Zapasy skończyły się po dwóch dniach – nie pozwalał robić większych zakupów, bo uważał, że za dużo wydaję i marnuję za dużo jedzenia – i nie miałam co jeść. Na szczęście ukryłam przed nim jedną puszkę mleka dla dziewczynek, więc chociaż one nie były głodne. Gdy wrócił, wyśmiał mnie, wskazując jako potencjalne źródło zarobku ulicę i komentując moją fizjologię, która wyglądała tak, jak wyglądała przez niego… – Kinga płacze, jest to jednak płacz spokojny, dwa lata terapii i pomoc bliskich zrobiły swoje – Działo się wiele okropnych rzeczy, w naszym domu  i w naszym małżeństwie. Po jakimś czasie człowiek jednak przestaje zwracać na to uwagę, rośnie mu pancerz. Znosi uwagi i inne upokorzenia, wiedząc, że nie ma wyjścia i dzieciom nie dzieje się krzywda.

Chwila, która zmusza do walki 

Kiedy poczułam, że mam dość?  Pewnego dnia weszłam do pokoju, gdy przebierał jedną z naszych córeczek. Nie widział mnie, a ja zauważyłam jego dziwne zachowanie. Na początku nie mogłam uwierzyć, byłam pewna, że mi się przywidziało. Całą noc nie spałam, tylko analizowałam zachowanie córeczek. Moje niemal 3-latki stały się wtedy apatyczne i bardziej płaczliwe, a po czasie, jaki spędziły z ojcem, garnęły się do mnie bardziej niż zwykle. Często czepiały się mojej spódnicy i chowały za mną, gdy on wracał z pracy. Gdy dodałam dwa do dwóch, musiałam włożyć sobie pięść w usta, żeby nie krzyczeć. Miałam różne myśli tamtej nocy, chciałam to zakończyć, ale nie miałam żadnej siły, nie chciałam stracić moich córek i zostawić ich z tym potworem. 

Siła, która bierze się z miłości 

Zaczęłam działać. Musiałam zgromadzić środki, trwało to w moim odczuciu wieczność. Wmówiłam mu, że córki są chore, że może się zarazić, więc przestał spędzać z nimi tak dużo czasu. Jednocześnie pracowałam nad uśpieniem jego czujności. Ucieczkę zaczęłam planować w maju, w październiku miał dużą konferencję, wiedziałam, że kilka dni go nie będzie w domu – to była moja szansa. Pomogła mi pani z kiosku, która skontaktowała się z moją rodziną. Znalazłam również prawnika. Skąd miałam pieniądze? Powiedzmy, że sprytnie robiłam zakupy – Kinga uśmiecha się lekko – niech reszta zostanie moją tajemnicą. Uciekłam. Żyję i mam się dobrze, moje dziewczynki również. Udało się uzyskać opiekę i odwiedziny tylko pod moim nadzorem, nagrywam każde spotkanie. Walka była długa i sprawiła, że mając 26 lat, całkowicie osiwiałam – Kinga śmieje się z goryczą  – próbował zabrać z mojego życia kolor, ale tylko w części mu się udało. Nie był w stanie odebrać mi siły, którą dawała mi miłość do moich córek. 

Nowe życie i piękna miłość 

Dzisiaj mam śliczne 12-letnie córeczki, nowego męża, który nas kocha i szanuje moją potrzebę niezależności. Zna moją przeszłość, więc mnie nie kontroluje, ufa mi, a wszystkie decyzje podejmujemy wspólnie. Mam swoją firmę – jestem psychologiem dziecięcym. Za 3 miesiące znowu zostanę mamą, pracuję tyle, na ile pozwala mi samopoczucie i lekarz. Mąż jest dla mnie wielkim wsparciem. Mój eks? Dzwoni do dziewczynek kilka razy do roku, raz na dwa lata przyjeżdża z prezentami (spotkania tylko w mojej obecności). Córki na szczęście niczego nie pamiętają z tamtego okresu, ale ja mam tę krótką scenę wyrytą w pamięci na zawsze. 

Pieniądze: bufor bezpieczeństwa 

Czy chciałabym coś powiedzieć dziewczynom? Wyjście za mąż za odpowiedniego człowieka, to piękne wydarzenie. Jednak nigdy nie możemy do końca poznać drugiej osoby. Dlatego własne pieniądze są buforem bezpieczeństwa, z których możemy w każdej chwili skorzystać. Ich posiadanie nie jest objawem braku zaufania, a właśnie dojrzałości i świadomości tego, że życie to nie jest lista od A do Z, której punkty odhaczamy od narodzin do śmierci. To wszystko jest płynne i niestałe, a już najbardziej porywy serca. Plus można zawsze trafić na jakiegoś chorego człowieka i wtedy pieniądze są gwarancją bezpieczeństwa naszego i naszych dzieci. Tak uważam. 

***

Jak przekonały się moje rozmówczynie, życie pisze własne scenariusze. Czasami takie, których nie wyśniłybyśmy nawet w najgorszym koszmarze, a także te, które sprawiają, że czujemy się jak księżniczki Disney’a. Dlaczego w takim razie tak duże oburzenie wywołuje obecnie pytanie, czy matka powinna mieć swoje pieniądze? Kobiety, które mają mocne przeświadczenie o swojej niezależności, nie odróżniają okresu macierzyństwa od reszty życia i wciąż chcą pozostać samodzielnie, również finansowo. Te, które traktują związek, jako możliwość poprawienia stopy życiowej, są przekonane, że zawsze będą miały dostęp do pieniędzy partnera, co – jak się okazuje – może być jedynie ich wyobrażeniem. Istnieją też kobiety, dla których macierzyństwo oznacza całkowitą rezygnację z kariery i pracy zawodowej, które z konieczności lub z wygody przechodzą na utrzymanie partnera lub męża. Dla nich wszystkie pieniądze są wspólne i będą wspólne przez cały okres trwania pożycia. Brakuje jednak refleksji, kiedy to pożycie może się zakończyć. 

Chociaż mamy wpływ na dobór partnera, czasami podejmujemy głupie decyzje. Zmieniają się również okoliczności, nasze potrzeby. Okazuje się, że nie do końca znamy osobę, z którą dzielimy życie, pojawia się ktoś nowy i jedno z nas chce ruszyć dalej, by żyć swoim życiem. Nie umiemy zaplanować własnego odejścia, nie znamy chwili śmierci, więc jak możemy mieć pewność, że partner będzie z nami na zawsze? 

Niezależnie od tego, w jakiej obecnie jesteś sytuacji, czy już jesteś matką, czy dopiero planujesz nią być, porządek we własnych finansach, pozwoli Ci zachować niezbędną niezależność. Nie tworzycie z Twoim partnerem jednego organizmu i różne sytuacje w życiu mogą sprawić, że będziesz potrzebowała szybko stanąć na własnych nogach. Tak jak powiedziała Marysia: „Szczęście nie trwa wiecznie, jest czymś ulotnym i chociaż mówi się, że pieniądze tego szczęścia wcale nie dają, to warto je mieć, bo wtedy nieszczęście boli mniej.”

This error message is only visible to WordPress admins

Error: API requests are being delayed for this account. New posts will not be retrieved.

Log in as an administrator and view the Instagram Feed settings page for more details.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo