ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Felieton

Mam dwie córki – jedną z wyzwaniami, drugą zdrową.

19 października 2020 / Małgorzata Rzewuska

Moje macierzyństwa są zupełnie różnymi doświadczeniami, a ja czuję się czasem, jakbym przy każdej z moich córek była inną osobą.

Podobieństwa zakończyły się na okresie ciąży.

Pierwsze miesiące życia starszej córki były koszmarem, którego nie chcę pamiętać – i mój organizm mi to poniekąd ułatwia, bo pamiętam tylko fragmenty.  Od jej urodzenia każdy kolejny dzień przynosił złe i jeszcze gorsze wiadomości.  

Najwyraźniejsze wspomnienie to chyba smutne i szkliste oczy 6-miesięcznej córki, kiedy patrzyła na mnie na OIOM-ie, ale otumaniona lekami i podłączona do respiratora nie miała jak się rozpłakać. I telefon od męża, kiedy miała tydzień, że właśnie zdiagnozowali u niej sepsę. I kiedy u dziewczynki leżącej na tej samej sali wystąpiły jakieś komplikacje i nikt nie mógł wejść na OIOM w godzinie odwiedzin i na początku nie było wiadomo, o czyje dziecko chodzi. I kiedy przy porannym telefonie na oddział dowiedziałam się, że właśnie przed chwilą miała zatrzymanie akcji serca, ale ją uratowali. I jak przed rozmową z ordynatorem OIOM-u wypisywałam sobie pytania na temat tego, jak będzie wyglądało jej życie z nieuleczalną chorobą serca, którą wtedy zdiagnozowano (na szczęście później okazała się jednak uleczalna) i wizyty personelu hospicjum u nas w domu.  I to jak z cichej szpitalnej kuchni w nocy patrzyłam na śnieg na Marszałkowskiej. Pamiętam też wyjątkowo upalne lato spędzone w malutkiej dusznej sali, czasami z kilkoma innymi mamami i dziećmi. I samotne spacery po okolicy podczas jej zabiegów, bo w stresie nie byłam w stanie znieść niczyjego towarzystwa i potrzebowałam chodzić sama. I kilkuminutową radość, że już jest po zabiegu, po to, żeby kilka minut później przeżyć pogorszenie stanu i szybki transport na OIOM. I długie oczekiwanie na windę w szpitalu. Półgodzinne pobierania krwi, bo nie mogli się wkłuć. Pikanie monitorów i kończących się strzykawek z lekami.

Do dzisiaj mam ścisk żołądka w okolicy placu Zbawiciela i Coffee Karma. To tam często jadłam rogalika na śniadanie przed otwarciem OIOM-u dla odwiedzających o 11:00.  Tych siedem pierwszych miesięcy życia córki to był najtrudniejszy czas w moim życiu. Patrząc na to z perspektywy, to naprawdę nie wiem, jak to możliwe, że to przeżyłam i nie zwariowałam, a nawet jakoś dawałam sobie radę. 

Jednocześnie nie jestem w stanie sobie przypomnieć, co ja właściwie robiłam, kiedy ona leżała na OIOM-ie. Wracałam ze szpitala do domu i co robiłam? Nie mam pojęcia. Nie pamiętam, czy gotowałam. Nie pamiętam, co jadłam. Poza jednym spotkaniem ze znajomymi, z którego mam zdjęcie, to w ogóle nie pamiętam, czy z kimś się spotykałam. Nic. Czarna dziura.  Pamiętam tylko, że zaklinałam telefon, żeby nie zadzwonili. I pamiętam melodię z karuzelki nad łóżeczkiem i to wielkie wzruszenie, kiedy po raz pierwszy położyliśmy córkę w jej łóżku, po pierwszym powrocie ze szpitala.

Później problemy z jedzeniem, opóźnienie psychoruchowe, rehabilitacja, kolejna operacja (w piątek 13-tego) i zdrowe serce, co można chyba uznać za medyczny cud, bo nikt się tego nie spodziewał.  

Pół roku po operacji starsza zaczęła sama chodzić i pojechaliśmy na pierwsze „prawdziwe” wakacje. Skierowano nas też na kolejne badania genetyczne, gdzie okazało się, że jednak jest wada genetyczna. 

 

Delecja fragmentu chromosomu. 

 

Wada bez nazwy, żaden zespół. Nie znają drugiego identycznego przypadku.  Prawdopodobnie to wada jest źródłem wszystkich jej problemów, więc tego nie przeskoczymy. 

Po naprawieniu serca dalej ją rehabilitowaliśmy, a po jakimś czasie doszły oczywiście terapie logopedyczne, Wczesne Wspomaganie Rozwoju i inne.  Wokół tego kręciło się nasze życie przez kolejne lata. Co ciekawe, córka mimo trudnego startu była niesłychanie wesoła, kontaktowa i nie bała się lekarzy. Wyglądało na to, że jej traumatyczne przeżycia w ogóle nie zostawiły śladu na jej psychice, co wydawało mi się niemożliwe. 

Dalsza historia jest taka, że córka z radosnej i uśmiechniętej dziewczynki zaczęła zmieniać się w dziewczynkę rozedrganą i trudną do zadowolenia, zaczęło pojawiać się coraz więcej trudnych zachowań, a rozwój przestał iść do przodu tak szybko, jak byśmy sobie tego życzyli. I taki stan trwa do dziś. Z jednej strony wielkie szczęście z powodu cudem odzyskanego zdrowia, a z drugiej kop od życia w postaci niespodziewanej niepełnosprawności intelektualnej, w przypadku której na cud liczyć już nie możemy. I coraz trudniejsze zachowania coraz większej i silniejszej córki. 

Jakie było moje podejście do macierzyństwa, kiedy starsza była mała? Najpierw najważniejsze było, żeby moje dziecko przeżyło i jadło cokolwiek. Nie miałam czasu i głowy na zajmowanie się „duperelami” w stylu ograniczanie cukru czy szukanie wyłącznie eko jedzenia. Moim problemem było obudzenie dziecka na jedzenie, a nie położenie go spać. Hela spała od początku bez problemów, najchętniej wcale się nie budząc. Była przyzwyczajona do zasypiania w nieprzyjaznych warunkach (szpital, inkubator), więc nie domagała się ciągłej bliskości i była jednym z tych dzieci, które zostawia się w łóżku, mówi dobranoc, a one zasypiają i budzą się rano w wyśmienitym humorze. Nie płakała właściwie nigdy. I pasowało mi to, bo taki był mój plan przed urodzeniem dziecka: na pewno nie ma opcji, żebym spała z dzieckiem (bo będzie mi się po prostu źle spało) i żeby budyń nie zalał mi mózgu. 

I faktycznie nie zalał, bo najpierw zalała go trauma i walka o przetrwanie, więc nie było na niego przestrzeni, a potem chyba bardziej skupiliśmy się na działaniu.

Karmienie piersią niespecjalnie mi wyszło, ale i tak przez pół roku dręczyłam się bezsensownie laktatorem. Tak czy siak, każdy mógł w związku z tym nakarmić Helę. Każdy mógł z nią bez problemu zostać, bo od początku w szpitalu zajmowali się nią wszyscy. Mogłam wychodzić, spotykać się z ludźmi, chodzić na fitness, a z czasem wyjeżdżać bez dziecka, jeśli akurat miałam na to ochotę. A czasem miałam. Jak słyszałam od koleżanek, że nie mogą wyjść do kina, bo karmią piersią, to myślałam, że to jakaś fanaberia. Że co to za problem dać dziecku butelkę? Co za problem uśpić? Mówi się dobranoc i tyle. Krytykowałam w myślach matki przyspawane do swoich dzieci i uważałam, że to nie jest dobre ani dla matki, ani dla dziecka. Rodzicielstwo bliskości wydawało mi się dziwaczne, a Tracy Hogg wydawała mi się sensowną babką. Miałam też w ciągu dnia całkiem sporo czasu dla siebie, bo córka miała zwykle 2-3 godzinną drzemkę. Wydawało mi się, że to normalne, i że sporo dzieci tak ma.  

Little did I know…

Karmienie dzieci, które są starsze niż rok i potrafią same przyjść i grzebać mamie w staniku, albo werbalnie domagać się „cycka” również wydawało mi się lekką przesadą. Bo jak to tak? Samo dziecko przychodzi i mówi „Daj cycka!”? Ja sobie tego nie wyobrażam! Pół roku, maksymalnie rok i koniec! Karmienie przy ludziach i w miejscach publicznych też nie do końca do mnie przemawiało.  Nie przeszkadzało mi, że inni tak robią, ale nie wyobrażałam sobie, że ja bym mogła to robić. Teraz sobie myślę, że to wszystko była strategia obronna. To, co mi się nie udało (w dużej mierze przez okoliczności, ale też i wcześniejsze teoretyczne założenia na temat tego, jak ma wyglądać moje rodzicielstwo), wydawało mi się bez sensu. Dzisiaj odwołuję wszystko, co wtedy myślałam i mówiłam!

Jaką matką byłam na początku macierzyństwa ze starszą? Kochającą, ale przede wszystkim przerażoną, bojącą się o życie, zdrowie i przyszłość dziecka. Bez przestrzeni na spokojne i bezstresowe poznawanie się i bez luzu związanego z kwestiami jedzenia. Przez pierwsze lata również cierpliwą i cieszącą się z małych sukcesów i radosnego usposobienia córki. Martwiącą się coraz bardziej, że rozwój nie idzie tak, jak powinien. Matką zdruzgotaną każdą kolejną złą diagnozą. Matką zrezygnowaną. Matką pogodzoną. Matką niepogodzoną. Matką walczącą. Matką zdeterminowaną. Matką szukającą rozwiązań. Matką akceptującą i matką nieakceptującą. Matką pełną nadziei. Matką porzucającą wszelką nadzieję. 

Jaką matką jestem dla niej od jakiegoś czasu? Kochającą, ale przez większość czasu przemęczoną, sfrustrowaną, wściekłą, awanturującą się i niecierpliwą. Bez radości z macierzyństwa. Matką zniechęconą i smutną, że czego bym nie robiła, to starsza i tak za moment będzie niezadowolona, jęcząca i wyskoczy z jakąś awanturą. Matką zastanawiającą się, jaka starsza by była, gdyby była zdrowa – co by ją interesowało? O czym byśmy mogły pogadać? Co sprawiałoby jej radość? Matką przerażoną wizją przyszłości. Matką potrzebującą odpoczywać od dziecka. Matką na skraju szaleństwa. Matką przygotowaną do bycia obok „na zawsze”. Matką gotową do obrony, kiedy ktoś źle potraktuje jej dziecko. Matką odpuszczającą i pogodzoną z faktem, że nie jest i nie będzie nigdy terapeutką swojego dziecka, bo dziecko nie współpracuje z najbliższymi. Matką z ciągłymi wyrzutami sumienia, że jest złą matką, bo to przecież nie wina starszej, że jest, jaka jest. Matką złą na siebie, że znowu straciła cierpliwość. A czasem matką dumną z siebie, jeśli udało jej się zachować zimną krew. 

7 lat później dostałam od losu szansę na „normalne” macierzyństwo. Zostałam mamą zdrowej córki. Mogłyśmy normalnie się poznawać i nikt mi jej nie zabrał na pierwsze dni życia.  Zakochałam się w dziecku od razu, a karmienie po prostu samo nam wyszło, chociaż się na tym specjalnie nie znałam. Byłam w szoku. Byłam też w szoku, ile czasu taki niemowlak może spędzać wisząc na mnie, i w szoku, jak bardzo mi to nie przeszkadza. I jak bardzo to polubiłam. Byłam zachwycona każdym aspektem macierzyństwa i dziecko zabierałam ze sobą wszędzie. 

Stałam się jedną z „nich”.

Mimo swojej idealności młodsza od początku była na bakier ze snem. Nigdy nie zaszczyciła mnie długimi i przewidywalnymi drzemkami, nigdy nie dała się po prostu położyć spać i zostawić, nigdy nie przespała w nocy dłużej niż trzech godzin, a krótko po zaśnięciu potrafiła budzić się co pół godziny, co skutecznie utrudniało mi wieczorny odpoczynek i spędzanie czasu ze sobą samą albo z mężem. Skończyło się to oczywiście wspólnym spaniem – moim z młodszą, bo nie miałam ochoty biegać w nocy z innego pokoju. Czy jej (nie)spanie wydawało mi się wielkim problemem? Niespecjalnie. Po tym, co przeżyłam ze starszą, wydawało mi się to mało znaczącą pierdołą. I tak uważałam, że wszystko jest super. Czy gdyby była moim pierwszym dzieckiem załamałabym się jej spaniem i uważała to za koniec świata? Prawdopodobnie tak.  

Młodsza ma już prawie 3 lata. Niedawno skasowałam jej ostatnie wieczorne karmienie.  Czy karmiłam ją, kiedy potrafiła sama powiedzieć, że chce cycka? Oczywiście. Potrafi powiedzieć już prawie wszystko. Czy miałam z tym problem? Oczywiście, że nie, chociaż przyznaję, że inni mieli. Czy karmiłam ją przy ludziach, w IKEA, w kawiarni, w parku, w markecie, w tramwaju, WSZĘDZIE? Oczywiście.

Jaką matką jestem dla niej? Cierpliwą. Wspierającą. Nie złoszczę się. Nie krzyczę. Próbuję się dogadać. Akceptuję jej emocje. Nie uważam, że coś wymusza. Uwielbiam spędzać z nią czas. Tęsknię za nią, kiedy jej nie widzę. Zachwycam się wszystkim, co robi i tym, jaka jest bystra i spokojna. Zachwycam się tym, z jaką łatwością uczy się mówić i jakie skomplikowane i urocze konstrukcje wyrazowe potrafi tworzyć. Zachwycam się tym, jak potrafi bawić się ludzikami Lego w cukiernię i łyżkami w rodzinę łyżek. I tym, jak opowiada mi o bajkach i o tym, co działo się w żłobku. Tym, ile piosenek zna na pamięć. 

Mam wrażenie, że zachłysnęłam się całkowicie i odbieram sobie wszystko, czego za pierwszym razem nie mogłam dostać. Wiem też, że to moja jedyna szansa na rozkoszowanie się tym stanem, bo więcej dzieci nie planuję.

Jaką jeszcze jestem matką? Matką przerażoną wizją przyszłości. Matką zdeterminowaną, żeby nie obarczać młodszej siostry problemami starszej. Matką zastanawiającą się, jak za jakiś czas wytłumaczyć młodszej, o co chodzi z jej siostrą i jak sprawić, żeby dobrze im się razem żyło, a młodsza mogła mieć chociaż chwilę spokoju, bez ciągłego bycia nagabywaną przez starszą, która nie rozumie słowa „nie”. Matką martwiącą się, że nerwowa atmosfera w domu i tak wpłynie na przyszłe życie młodszej. Matką martwiącą się, co będzie ze starszą po naszej śmierci. Matką smutną, że starszej tak trudno znaleźć radość. 

Matką niesprawiedliwą – zachwycającą się młodszą i wściekającą się na starszą. Nie chcę taka być, ale tak to niestety teraz wygląda. 

Dwa zupełnie różne macierzyństwa. 

Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła być jedną, dobrą matką.  Póki co jest jak jest. A ja wierzę głęboko w to, że trzeba mówić jak jest, bo może gdzieś znajdzie się ktoś, kto czuje się podobnie. 

 

Felieton

Silne kobiety to bogate społeczeństwa i lepszy świat.

2 września 2021 / The Mother Mag

Celem walki o prawa kobiet nie jest wywyższenie kobiet i upokorzenie mężczyzn.

Jest nim wyrwanie obu płci z walki o dominację i doprowadzenie ich do stanu równowagi i partnerstwa.

Zmiana następuje wtedy, gdy mężczyźni dostrzegają korzyści płynące z równouprawnienia kobiet – i nie chodzi tu tylko o rzeczy, których może dokonać jedynie kobieta, lecz o jakość relacji pojawiających się w równorzędnym partnerstwie: poczucia więzi, przynależności, wspólnoty, solidarności jedności zrodzonej z obietnicy wzajemnej pomocy.

Partnerzy zaczynają zmagać się z rzeczywistością razem, a nie każde na własną rękę. W tych, których wykluczamy, drzemie ogromna siła. Gdy kultura dominacji zostanie przełamana, uruchamia się potencjał ukryty we wszystkich. Właśnie to jest siła, która może zmienić relację hierarchiczną w równorzędną, a jej źródłem są kobiety, które dochodzą swoich praw. 

Zrozumienie zależności między wzmocnieniem roli kobiety oraz bogactwem i zdrowiem społeczności jest kluczowe dla rozwoju ludzkości. Jeśli chcesz poprawić sytuację ludzkości, musisz wzmocnić pozycję kobiet. To najpełniejsza, największa i najskuteczniejsza inwestycja w ludzką społeczność, jakiej można dokonać. Kiedy my, kobiety, możemy wykorzystać nasze talenty i energię, zaczynamy mówić własnym głosem, walczyć o swoje wartości, a to czyni lepszym życie wszystkich naszych bliskich.

W miarę jak kobiety zdobywają należne im prawa, rodziny prosperują coraz lepiej, a wraz z nimi całe społeczeństwa. To powiązanie opiera się na prostej prawdzie: przywrócenie praw należnych grupie, która dotąd była wykluczona, sprawia, że wszyscy na tym korzystają. A działanie w skali globalnej, mające na celu przywrócenie praw należnych kobietom i dziewczynom – stanowiącym połowę ludzkości – sprzyja wszystkim członkom wszystkich społeczności. Równość płci przynosi korzyść wszystkim. Wyższy poziom edukacji, zatrudnienia i wzrostu gospodarczego przekłada się na mniejszą liczbę nastoletnich matek, ograniczenie przemocy domowej i przestępczości. Przywrócenie praw należnych kobietom i podniesienie ich statusu społecznego zapewnia więcej oznak zdrowego społeczeństwa. Prawa kobiet oraz zdrowie i zamożność społeczeństwa są ze sobą sprzężone. Kraje zdominowane przez mężczyzn ponoszą szkody nie tylko dlatego, że nie wykorzystują talentów swoich kobiet, ale i dlatego, że rządzący nimi mężczyźni czują potrzebę wykluczania. Dopóki tacy przywódcy nie ustąpią miejsca innym lub nie zmienią poglądów, państwa te nie będą należycie się rozwijać.

Jest wiele obszarów, w których istnieją bariery blokujące rozwój kobiet: zdrowie matek i noworodków, planowanie rodziny, edukacja kobiet i dziewcząt, praca bez wynagrodzenia, małżeństwa dzieci, kobiety w rolnictwie, kobiety w miejscu pracy. Po ich zniesieniu pojawiają się nowe szanse i możliwości, dzięki którym kobiety nie tylko mogą wydobyć się z biedy, ale i zrównać z mężczyznami w każdej kulturze i na dowolnym szczeblu hierarchii społecznej. Żadna inna pojedyncza zmiana nie może w większym stopniu poprawić sytuacji na świecie.

Gdy kobiety będą mogły decydować czy i kiedy chcą mieć dzieci; gdy będą mogły decydować czy i kiedy chcą mieć dzieci; gdy będą mogły decydować, czy kiedy i kogo poślubić; gdy będą miały dostęp do opieki zdrowotnej; gdy będą pracowały za darmo tylko wtedy, kiedy to konieczne; gdy będą mogły zdobywać takie wykształcenie, jakiego pragną; gdy będą samodzielnie podejmowały decyzje finansowe; gdy będą traktowane z szacunkiem w miejscu pracy; gdy będą miały takie same prawa jak mężczyźni; gdy będą rozwijać się z pomocą innych kobiet oraz mężczyzn, którzy uczą nas, jak przewodzić innym i pomagają nam zdobyć wysokie stanowiska – wtedy kobiety zaczną rozkwitać… a wraz z nimi nasze rodziny i społeczności.

W bardzo ubogich społeczeństwach kobiety są spychane na margines. Są outsiderami. To nie przypadek. Gdy jakakolwiek społeczność spycha pewną grupę na margines, szczególnie kobiety, dochodzi do kryzysu, który można odwrócić tylko przez przywrócenie im właściwego miejsca. To najważniejsze lekarstwo na biedę i niemal wszystkie choroby społeczne – włączenie wykluczonych, wyjście na marginesy społeczeństwa i sprowadzenie wszystkich z powrotem.

Każdy z nas może stać się outsiderem. Zależy to od ludzi, którzy mają możliwość wykluczania. Często podstawą wykluczania jest przynależność rasowa. Zależnie od lęków i uprzedzeń obecnych w danej kulturze outsiderami mogą być Żydzi, muzułmanie lub chrześcijanie. Biedni zawsze należą do wykluczonych. Często są nimi również chorzy. Mogą tak być traktowane również osoby z niepełnosprawnościami, podobnie jak członkowie społeczności LGBTQ+. Prawie zawsze outsiderami się imigranci. I niemal w każdym społeczeństwie to kobiety mogą czuć się jak outsiderzy, nawet we własnym domu.

Przezwyciężenie potrzeby tworzenia outsiderów to jedno z największych wyzwań, które stoją przed nami jako ludźmi. To klucz do położenia kresu głębokim podziałom i nierównościom. Stygmatyzujemy i zsyłamy na margines ludzi budzących w nas uczucia, którym chcemy uniknąć. Dlatego właśnie na marginesach społeczeństw jest tylu ludzi starych, słabych, chorych i biednych. Zwykle odsuwamy od siebie ludzi mających takie cechy, które boimy się znaleźć u samych siebie – i czasami bezpodstawnie przypisujemy określonym grupom cechy, do których się nie przyznajemy, później zaś odrzucamy te grupy, chcąc w ten sposób zaprzeczyć obecności niechcianych cech u nas samych.

Ratowanie życia zaczyna się od równego traktowania wszystkich.

Nasze społeczeństwa będą zdrowsze, jeśli nie będziemy wypychać nikogo na margines. Powinniśmy do tego dążyć. Musimy nadal pracować nad ograniczaniem biedy i chorób. Musimy pomóc outsiderom opierać się sile ludzi, którzy chcą ich wypchnąć poza społeczeństwo. Ale musimy też pracować nad sobą: zobaczyć, w jaki sposób wykluczamy. Musimy otworzyć szeroko ramiona i serca dla ludzi, których zepchnęliśmy na margines. Nie wystarczy pomóc outsiderom wrócić na należne im miejsce – prawdziwe zwycięstwo przyjdzie wtedy, gdy nikogo już nie będziemy odpychać. 

Problemem, z którym mierzą się kobiety na całym świecie, jest wykonywanie nieodpłatnej pracy, która nie jest uznawana za pracę rzeczywistą. Ekonomiści nie długo nie widzieli nic złego w „kobiecej robocie” i oceniając wydajność rodzinnych gospodarstw rolnych, brali pod uwagę tylko godziny poświęcone uprawie roli, nie dostrzegali natomiast pracy kobiet, które gotowały, sprzątały, dbały o dzieci i wykonywały inne prace domowe, aby mężczyźni mogli spokojnie pracować. To niedopatrzenie ze strony ekonomistów nabrało jeszcze bardziej absurdalnego wymiaru, gdy coraz więcej kobiet podejmowało płatną pracę. Kobieta pracowała na cały etat, potem zaś wracała do domu, by pomagać dzieciom przy odrabianiu lekcji, odkurzać mieszkanie, prać, gotować – tym samym wykonywała kilka godzin pracy, której nikt nie zauważał i nie sumował. W 1985 roku ONZ uchwaliła rezolucję, która nakazywała krajom członkowskim zacząć liczyć nieodpłatną pracę do roku 1995. W 1991 roku członkini Kongresu Stanów Zjednoczonych przedstawiła projekt ustawy, zgodnie z którą Biuro Statystyki Pracy musiałoby uwzględniać prace domowe, opiekę nad dziećmi i inne rodzaje nieodpłatnej pracy w badaniach dotyczących czasu pracy. Projekt wielokrotnie odrzucano. Mężczyźni nie zrezygnują łatwo z systemu, w którym połowa populacji świata pracuje praktycznie za darmo.

Niestety, statystyki pokazują, że mężczyźni wykorzystują bez skrupułów swoją nadaną przez wiele kultur przewagę nad kobietami. Gdy dodamy brutalne akty męskiej agresji wobec kobiet, wyniki mogą zwalić z nóg: według danych Światowej Organizacji Zdrowia co trzecia kobieta na świecie była bita, nakłaniana do seksu lub wykorzystywana. Jedno z najczęściej naruszanych na świecie praw człowieka wiąże się z przemocą ze względu na płeć. I nie jest to specyfika krajów rozwijających się, gdzie kobiety często są zupełnie pozbawione praw, a dziewczynki wydawane za mąż przez rodziców. Rozwinięty i rzekomo cywilizowany Zachód wypada w badaniach nad przemocą wobec kobiet gorzej niż źle. Przemoc domowa, napastowanie w miejscu pracy, zastraszanie, gwałty – to wszystko dzieje się tuż obok nas. 

Pierwszym i najważniejszym krokiem do zmiany jest dialog. Zawsze.

Zmiana nie przychodzi z zewnątrz, lecz od wewnątrz –  właśnie przez rozmowy. Dyskusje przyspieszają zmiany, gdy ludzie, którzy ze sobą rozmawiają, stają się lepsi. Przyznawanie praw kobietom, ludziom o innym kolorze skóry, członkom społeczności LGBTQ+ oraz innym grupom, które przez lata dyskryminowano, jest świadectwem ludzkiego postępu. A punktem wyjścia na drodze do postępu i rozwoju człowieczeństwa jest empatia. Kiedy ludzie uczą się widzieć samych siebie w życiu innych, czuć ich cierpienie i łagodzić ich ból, życie w społeczności staje się łatwiejsze i lepsze. Zaskakująco łatwo znaleźć uprzedzenie, jeśli tylko chcemy go poszukać. Kto został pominięty, skrzywdzony czy pozbawiony możliwości decydowania o sobie, gdy wprowadzano daną praktykę kulturową? Kto nie miał nic do powiedzenia? Kogo nie pytano o zdanie? Komu oddano najmniej władzy, a zadano najwięcej bólu? Tradycja bez dyskusji zabija postęp moralny. Jeśli przejmujesz tradycję i postanawiasz o niej nie rozmawiać – a tylko się jej trzymać – pozwalasz, by ludzie z przeszłości mówili ci, co masz robić.

Tekst powstał na podstawie książki „Moment zwrotny” Melindy Gates.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo