Change font size Change site colors contrast
Felieton

O kulturze chorowania, której w Polsce nie ma

10 grudnia 2019 / Agnieszka Jabłońska

Od jakiegoś czasu ze zdziwieniem obserwuję pewne zjawisko.

W moim mieście (pozdrawiam Łódź), gdy samochód zatrzyma się przed przejściem dla pieszych – pamiętajmy, że ma obowiązek – by osoba mogła przejść na drugą stronę ulicy, pieszy dziękuje. Każdy jeden człowiek: dziecko, kobieta, mężczyzna kłania się kierującemu pojazdem, wyrażając wdzięczność za to, że postanowił przestrzegać przepisów. Jeśli ktoś, kazałby mi napisać referat naukowy o symptomach problemów społecznych, ten punkt zająłby wysokie miejsce na mojej liście. Tak jak kultura chorowania...

Czy wciąż „służba” zdrowia? 

Nie mniej interesujące są działania podejmowane w obszarze zdrowia. Lekarze, którzy jeszcze nie tak dawno wypisywali zwolnienia na mycie okien, na „teściowa do mnie przyjeżdża” i na „mam dość, muszę odpocząć panie doktorze” dzisiaj trzymają klawiatury pod pachą i z politowaniem kręcą głową. Gorączka, kaszel, dreszcze? No cóż, trzeba będzie wziąć jakiś „-ex” i położyć się do łóżka, ale tylko wieczorem, bo „ja pani zwolnienia na przeziębienie nie przepiszę”. Tak więc jeżdżą komunikacją i chodzą po ulicach ludzie zasmarkani, ludzie zakasłani, którzy wyziębieni w poniedziałek marzą tylko o piątku i ciepłym łóżku. 

Inną grupą są „ja nie dam rady?!” O, to jest dla mnie inny gatunek ludzi, serio, ludzie XXI wieku, idealnie przystosowani do pracy w korporacjach. Antybiotyk w kieszeń i można pędzić do biura. Do tego jeszcze ze dwie zielone kapsułki – koniecznie z płynem, bo szybko się wchłania i coś na katar. Tutaj najlepszy będzie bloker, żeby z nosa nie leciało podczas ważnego spotkania. W przypadku pań niezbędna będzie jeszcze dodatkowa warstwa podkładu, ale czego się nie robi dla pracy, prawda? Na pewno wszystko to, czego praca nie robi dla nas. 

Zdowie? A co to? 

Myślę, że mogę to śmiało powiedzieć: w Polsce nie mamy kultury chorowania. Jesteśmy jej absolutnie pozbawieni, a własne zdrowie – w kontekście pracy zawodowej – jest punktem, który najmniej nas interesuje. 

Zawsze mnie zastanawia, jak bardzo trzeba być zafiksowanym na cyferkach (mam na myśli tę wartość między przychodami a kosztami i hasło, na którego dźwięk większość właścicieli firm i zarządzających zaczyna się szeroko uśmiechać – „dochód”), aby nie widzieć ludzi. Mam rewelacyjny pomysł! Niektórzy pracodawcy oraz dyrektorzy zarządzający w firmach powinni przyklejać do biurek numery. W ten sposób musieliby rozmawiać z 10, 15 i 23 bez męczenia swojego zajętego umysłu takimi głupotami jak imiona i nazwiska. Nawet ładnie wyglądałoby to w comiesięcznym zestawieniu – 10 jest rentowna, ale 15 nie, więc trzeba ją wyłączyć z projektu. Zero sentymentów i można śmiało zrezygnować z tego trudnego i krępującego – tylko czasami i tylko dla niektórych – „niestety, ale nie spełnia pani oczekiwań naszego zespołu”. Zamiast żenującej rozmowy można by wysłać po prostu załącznik w mailu z krótką adnotacją „plan kwartalny nie został wykonany, umowa wygaśnie dnia x”. O ileż takie zarządzanie lepiej wpisuje się w koncepcję przedsiębiorstwa otwartego na zmiany i młodego, dynamicznego zespołu, prawda? 

Zdrowie mamy jedno – trywialne? Ale prawdziwe 

Pracę zawsze można zmienić, grono klientów odświeżyć, a priorytety przewartościować. Przedsiębiorstwo można przeorientować z podmiotu, który generuje dużo transakcji przynoszących niewielki zysk, na firmę obsługującą niewielu, ale starannie wyselekcjonowanych klientów. Dobre zarządzanie, opracowanie właściwej strategii może przynieść zadowalające rezultaty i to nie zawsze w długim okresie! I wiesz co? Twój szef pewnie o tym wszystkim wie, ale ma to gdzieś. (Jeśli nie, to się go trzymaj). 

Zdrowia przeorientować się nie da. Latami pracujemy na to, żeby dorobić się poważnych chorób, żeby spieprzyć sobie wymarzoną emeryturę, na którą tak czekamy. Z braku czasu rezygnujemy z regularnych kontroli i wizyt u lekarzy specjalistów. Wiesz, że od zepsutego zęba można nabawić się poważnej choroby serca lub nerek? Brakiem pieniędzy tłumaczymy kolejny rok bez badań kontrolnych. Początki anemii to dla nas przesilenie zimowe/letnie/wiosenne/wyprzedażowe. Nie mierzymy ciśnienia, chociaż naszą normą są cztery kawy dziennie, bo „to dobre dla starych ludzi”. Jemy szybko, byle co, byle jak – na przystanku, w samochodzie, przed szkołą, czekając na dzieci. Rezygnujemy z herbaty i zdrowego śniadania, ale nie pogardzimy urodzinowym ciastem koleżanki. Tyjemy – otłuszczamy się, zapychamy sobie tętnice tłuszczem, nasz cholesterol zaczyna nieśmiało dopominać się o uwagę – w okolicy 40stki – i idziemy pewnym krokiem w stronę miażdżycy. Chcemy mieć chorobę wieńcową, bo to takie modne i lekarstwa można sobie pobrać fajne, bo „na coś trzeba umrzeć”. A jeszcze goni nas cukrzyca i ona jest czasami pierwsza. 

Pierwszy raz, gdy my, kobiety myślimy o zdrowiu 

Wiesz, co jest często najlepszą motywacją dla kobiet, żeby schudły? Celowo nie mówię o zmianie nawyków żywieniowych, bo to po prostu za dużo. Ciąża lub jej brak! Tak, czas prokreacji sprawia, że zaczynamy myśleć o swoim organizmie – niektóre z nas pierwszy raz w swoim dorosłym życiu, jak o złożonym systemie, który potrzebuje naszego wsparcia, by dać nam to, czego pragniemy – zdrowe dziecko. Wtedy następuje odchył w drugą stronę. 

Żebyś mnie dobrze zrozumiała – nie bronię żadnej przyszłej mamie przeżywania ciąży dokładnie tak jak sobie wymarzyła i według optymistycznego scenariusza. Zastanawia mnie jednak, co myślą kobiety, które idą na L4 chwilę po zobaczeniu na teście dwóch kresek i potwierdzeniu ciąży – zdrowej! – przez ginekologa. Może chcą odpocząć od nudnej i męczącej pracy, może mają dość kieratu, w które same dały się wpakować. Może liczą na to, że z pozycji domu i wygodnej kanapy po prostu miło spędzą kilka miesięcy. Kobiety w ciąży są mocno nastawione, by zadbać o swoje zdrowie. Łykają wszystkie witaminy, mocno dbają o to, co znajduje się na ich talerzu. Często dobrowolnie rezygnują z ruchu i zapominają o kontakcie z własnym ciałem. 

Chwila, chwila! Zastanówmy się, dlaczego ciężarna kobieta, która czuje się dobrze, ucieka z pracy na L4? Często koronnym argumentem (oczywiście niejedynym) jest ten, że wszyscy przychodzą do biura chorzy – latem klimatyzacja, w pozostałym okresie wirusy – i ryzyko, że przyszła mama się zarazi, jest bardzo duże. Brak kultury chorowania z firmach może wykluczać świadome ciężarne bardzo wcześnie z życia zawodowego. 

Chorujmy porządnie, no! 

Jak ja bym chciała, żebyśmy znowu nauczyli się chorować! Żeby chory pracownik mógł iść i spokojnie położyć się do łóżka, wypocić, wspomóc swój organizm za pomocą snu i ziół. Spędzić w tym łóżku 2-3 dni i wypocząć, nabrać sił – wyzdrowieć porządnie! Chciałabym, żeby pracodawca sam wysłał do domu chorego pracownika po to, żeby nie zarażał reszty zespołu i – jeśli ma z nimi styczność – klientów! To jest jednak wierzchołek góry lodowej. 

Szybciej się nie da? 

Zobacz, wszyscy chcemy wszystko szybko. Sorry, taki mamy klimat. Nikt nie chce czekać dwa razy dłużej na ofertę, na usługę, na obsługę – ciśniemy siebie wszyscy równo. W nosie mamy zdrowie  samopoczucie drugiego człowieka. Jedna z najsmutniejszych sytuacji, o jakich słyszałam ostatnio? Pracodawca nie uznał dnia wolnego na pogrzeb ojca pracownika – po prostu powiedział, że nie ma takiej możliwości. Jak się pewnie domyślasz, cała sprawa skończyła się ustaniem stosunku pracy i przykrymi słowami. Znów zabrakło empatii. Jak więc mamy mieć empatię w stosunku do osoby, która ma katar i dreszcze, jeśli nikt nie współczuje nam, gdy chorzy przychodzimy do pracy? 

Takie słowo na „e”, o którym nie pamiętamy 

Uważam, że współczesnej kadrze zarządzającej – pozwolę sobie na generalizację – brakuje empatii. To nie jest wymagana cecha w czasie rozmów o pracę, czy spotkań ewaluacyjnych. Po prostu jej nie badamy, a powinniśmy. Z punktu widzenia zarządzania przedsiębiorstwem lub zespołem ludzi nie jest to cecha najważniejsza, ale! powinna być wymagana! Dobry lider, który nie rozumie, że pracownik chory, to pracownik bezproduktywny, nie powinien określać siebie, jak osoby o szerokich kompetencjach. 

Czy możemy działać inaczej? TAK! 

Myślę, że po prostu możemy spróbować. Nie denerwować się na poczcie, gdy z powodu choroby jest czynne tylko jedno okienko, zastąpić w pracy koleżankę, która ma anginę, spokojnie podejść do pracownika, który przynosi L4. Miałam okazję poznać wspaniałą kobietę – pełną empatii i serdecznego ciepła. Dopiero później dowiedziałam się, że zawodowo zajmuje wysokie, kierownicze stanowisko w popularnej w Polsce firmie. Jestem pewna, że całą swoją pozytywną energię wkłada w pracę. Jestem przekonana, że jej pracownicy – kieruje zespołem ludzi – to nie cyferki w tabelce, tylko ludzie z historiami, problemami i czasami chorobami. 

Chciałabym, żebyśmy wszyscy na każdym szczeblu kariery zawodowej i w różnych sytuacjach – również na przejściu dla pieszych – byli po prostu bardziej ludzcy dla siebie. 

 

Felieton

Ale kosmos!

24 kwietnia 2018 / Marta Osadkowska

Niemal wszystkie pierwiastki, z których jesteśmy zbudowani, ty i ja, zostały wyprodukowane wewnątrz gwiazd istniejących na długo przed powstaniem Ziemi.

Mamy zatem prawo twierdzić, że wszyscy jesteśmy dziećmi gwiazd. Stephen Hawking Gdybym była stworzeniem o nieco większym rozumku, zostałabym astrofizykiem. Kosmos fascynował mnie, odkąd pamiętam, a stan ten znacznie pogłębiała książka „Historie niezwykłe o gwiazdach i planetach”, którą w dzieciństwie sprezentował mi tata....

Niemal wszystkie pierwiastki, z których jesteśmy zbudowani, ty i ja, zostały wyprodukowane wewnątrz gwiazd istniejących na długo przed powstaniem Ziemi. Mamy zatem prawo twierdzić, że wszyscy jesteśmy dziećmi gwiazd.

Stephen Hawking

Gdybym była stworzeniem o nieco większym rozumku, zostałabym astrofizykiem. Kosmos fascynował mnie, odkąd pamiętam, a stan ten znacznie pogłębiała książka „Historie niezwykłe o gwiazdach i planetach”, którą w dzieciństwie sprezentował mi tata.

Wyczytałam ją doszczętnie i zasypywałam go tysiącem pytań, na które cierpliwie i kompetentnie (sam będąc dobrze z fizyką zaznajomiony) odpowiadał.  Niestety, już w szkole podstawowej okazało się, że przekazał mi jedynie zamiłowanie do tajemnic Wszechświata, ścisłego umysłu zaś już nie. Matematyka i jej naukowe towarzyszki, pomimo mych usilnych starań, pozostały dla mnie czarną magią. Pogodziłam się z faktem, że nie będzie mi dane całkowite zrozumienie zachodzących nad moją głową reakcji i zjawisk. Ale ten niefart w loterii genów nie powstrzymał mojej ciekawości. Podjęłam swego czasu wyzwanie przeczytania książek Stephena Hawkinga (tych adresowanych do „przeciętnego czytelnika”) i z pomocą encyklopedii nawet co nieco z nich zrozumiałam. Moje szare komórki aż dymiły nad tymi niepozornie wyglądającymi tomikami.

A tymczasem w księgarniach prawdziwa astrofizyczna uczta.

Uczeń wspomnianego genialnego fizyka postanowił ukrócić męki ciekawych, ale pozbawionych odpowiednio wyposażonych mózgów i opisał Wszechświat językiem zrozumiałym dla każdego. Mili Państwo, to jest uczta prawdziwa! „Wszechświat w twojej dłoni. Niezwykła podróż przez czas i przestrzeń” Christopha Galarda wyjaśnia wszystko. Nie jakimiś enigmatycznymi wzorami, ale normalnie, po ludzku! Nawet teoria względności Einsteina nabiera sensu! Ten pan potrafi przystępnie i ciekawie opisać nawet to, czym są orbitale elektronowe. To się czyta z wypiekami!

Skąd wiadomo, że Słońce wybuchnie za pięć tysięcy lat?

Jak powstają komety? Czy Wszechświat ma centrum? Dlaczego życie wieczne nie jest możliwe? Jak narodził się Księżyc? To tylko nieliczne pytania, na które w tej książce znajdziecie bardzo jasne odpowiedzi. A dlaczego mówi się, że wszyscy jesteśmy stworzeni z gwiezdnego pyłu? Bo wszystkie ciężkie atomy, z jakich składa się Ziemia, wszystkie atomy potrzebne do życia, wszystkie, z jakich zbudowane jest nasze ciało, powstały kiedyś we wnętrzu gwiazdy. Wciągamy je w płuca, gdy oddychamy. Czy to nie jest piękne? Dlaczego takich rzeczy nikt mnie nie uczył na fizyce?

Jesteśmy gwiezdnym pyłem, w który tchnięto życie i który został upełnomocniony przez Wszechświat do jego zrozumienia pisze w „Astrofizyce dla zabieganych” Neil DeGrasse Tyson.

Tytuł dobrze oddaje zawartość tomu: to faktycznie skrócone wyjaśnienia dla tych, którym się spieszy. Autor nie objaśnia zjawisk cierpliwie i nie stawia sobie za cel tłumaczenia podstaw. Takie rzeczy tylko u Galarda. Tyson opisuje to, na czym się zna, dla tych, którzy też mają na ten temat jakieś pojęcie. Kto lubi przeszukiwać Netflix, może skojarzyć jego nazwisko z serialem popularno-naukowym „Cosmos”, którego jest gospodarzem. Program jest interesujący, choć, jak dla mnie, ma taki amerykański styl, który bywa drażniący. Kiedy się jednak człowiek do tego przyzwyczai, to na pewno wiele wyniesie z tych naukowych wojaży. A pięknie zobrazowane życie Wszechświata na długo zostaje w pamięci.

Bardzo mnie cieszy, że podróże między gwiazdy i planety mogą odbywać z nami dzieci.

W książce „Marcelinka rusza w kosmos. Bajka trochę naukowa”, tytułowa bohaterka i jej przyjaciel Duszek wyruszają, aby odnaleźć Najważniejsze. Co się kryje za tym określeniem, sami nie wiedzą, wszak najważniejsze nie dla wszystkich jest tym samym w tym samym momencie. Po drodze Marcelinka dowie się od swojego kompana o tym, że światło ma prędkość, gwiazdy umierają, a czas i przestrzeń są ze sobą połączone na wieki. Wszystkie te tajemnice wyjaśnione są na przykładzie niezawodnych motylków, powszechnie znanych z codzienności obiektów i życia rodzinnego. Początki Wszechświata? Czarne dziury? Wielki Wybuch? Wszystko da się wyjaśnić dzieciakom, co udowadnia Janusz Leon Wiśniewski. A ilustracje Ani Jamróz bardzo uprzyjemniają tę kosmiczną wyprawę.

Nieco poważniejszą formę przyjmuje propozycja Pawła Ziemnickiego „Kosmos. Gwiezdna podróż”.

Ten przewodnik po Wszechświecie przepełniony jest zdjęciami i rysunkami obrazującymi jego życie. Najpierw chciałam napisać, że jest to książka dla starszych dzieci, ale to nieprawda. Bardzo przystępna w odbiorze, jasno tłumaczy, co tam się nad naszymi głowami wyprawia. Opisane są planety i gwiazdy, a także wyprawy kosmiczne i ich główni bohaterowie. Autor pisał książkę z myślą o swoich kilkuletnich dzieciach i widać, że doskonale posługuje się językiem dostępnym tej kategorii wiekowej. Łatwo jest całą rodziną odbyć podróż międzyplanetarną z tym przewodnikiem w dłoniach.

A jeśli komuś marzy się bliższy kontakt z kosmosem, to mam dobrą wiadomość.

Już nie trzeba całe życie odkładać złotych monet w nadziei, że Elon Musk weźmie nas na pokład. W wirtualnej rzeczywistości, dzięki programowi Titans of Space, możemy obejrzeć planety z bliska, zobaczyć różnice i odległości między nimi. Grafika jest przepiękna, a objaśniający oglądane zjawiska lektor mówi jasno i na temat. W wielu miastach działają już Strefy VR, w których można doświadczyć międzygwiezdnej podróży. Da się też swój smartfon zamienić w domowe centrum wirtualnej rzeczywistości, dokupując do niego specjalne gogle. Aplikacji nie brakuje, nudy nie ma. Jak to w kosmosie.

A dla tych, którzy lubią po prostu gapić się w gwiazdy proponuję poznać Strefy Ciemnego Nieba.

To specjalne obszary, w których nie ma sztucznego światła. Wszystkim zainteresowanym tematem, osobiście polecam Stację Turystyczną Orle w Górach Izerskich. W tym miejscu, przy współpracy z Instytutem Astronomicznym Uniwersytetu Wrocławskiego, realizowany jest projekt Astro Izery. Na ścianach schroniska znajduje się zegar słoneczny, a sam budynek jest początkiem ścieżki dydaktycznej „Model Układu Słonecznego”. Przedstawia ona Słońce oraz osiem krążących wokół niego planet i pięć planet karłowatych w skali 1:1 miliarda. W tej skali pokazane są zarówno rozmiary tych 14 obiektów, jak i odległości między nimi. Kolejność planet od Słońca w modelu jest taka jak w rzeczywistości. Odbywają się na Stacji Orle także imprezy astronomiczne, podczas których jest okazja pooglądać niebo przez wielki, profesjonalny teleskop, zwykle niedostępny dla przeciętnego miłośnika gwiazd.

Przepiękny, magiczny, tajemniczy kosmos wydaje się być trochę bliżej dzięki książkom, technologii i pełnym pasjonatów miejscom. Ja zachłannie wyciągam po niego rękę i nie mogę się nasycić. Zadzieram głowę, patrzę w gwiazdy i myślę niech to trwa. Dobrze mi być gwiezdnym pyłem, częścią pełnego cudów i nauki Wszechświata.

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo