ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Kultura

„Kochana mamusia nie żyje” – jak to się stało, że córka zabiła własną matkę?

24 września 2018 / Alicja Skibińska

Młoda, ciężko chora dziewczyna sportretowana w filmie dokumentalnym HBO wzięła udział w zamordowaniu własnej matki – kobiety, która opiece nad nią podporządkowała całe swoje życie.

Jak mogło do tego dojść? Przecież były nierozłączną, kochającą się rodziną. A może sielanka panująca w ich domu była jedynie pozorna? Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda - nie. Mark...

Młoda, ciężko chora dziewczyna sportretowana w filmie dokumentalnym HBO wzięła udział w zamordowaniu własnej matki – kobiety, która opiece nad nią podporządkowała całe swoje życie. Jak mogło do tego dojść? Przecież były nierozłączną, kochającą się rodziną. A może sielanka panująca w ich domu była jedynie pozorna?

Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda – nie.

Mark Twain

Gdyby dokument „Kochana mamusia nie żyje” („Mommy dead and dearest”) był filmem fabularnym, prawdopodobnie wiele osób uznałoby go za dowód na zbyt wybujałą wyobraźnią twórców. Wydarzenia przedstawione w produkcji HBO są tak przerażające, że trudno uwierzyć, iż miały miejsce naprawdę. „To było coś surrealistycznego, absolutnie przerażającego. Nie mogłam w to uwierzyć. A dopiero potem zaczęłam zgłębiać tę historię coraz bardziej i odkryłam, co naprawdę działo się w rodzinie Blanchard. Wiedziałam, że znalazłam swój temat na film” – opowiada Erin Lee Carr, reżyserka filmu.

Większość osób, które znały Dee Dee Blancharde, uważała ją niemal za anioła.

Kobieta nie miała łatwego życia: mąż zostawił ją, kiedy była w dziewiątym miesiącu ciąży, jej dom został zniszczony podczas huraganu Katrina, a ukochana córka zmagała się z licznymi chorobami. Miała problemy ze wzrokiem oraz słuchem, jej rozwój umysłowy przebiegał nieadekwatnie do wieku, cierpiała na dystrofię mięśniową (z powodu której poruszała się wyłącznie na wózku), epilepsję oraz białaczkę. Dziecko nie było samodzielne, w związku z czym matka musiała się nim nieustannie opiekować. Myli się jednak ten, kto spodziewa się, że to nagromadzenie tragicznych wydarzeń ją złamało. Dee Dee zachowywała pogodę ducha pomimo przeciwności losu, ciągle powtarzając, że sensem jej życia jest opieka nad Gypsy. Bez słowa skargi jeździła z nią na liczne zabiegi, podawała leki i tułała się od jednego lekarza do drugiego, szukając jak najlepszej pomocy dla córki. Jej postawa budziła podziw lokalnej społeczności, która starała się wesprzeć obie panie na wszelkie możliwe sposoby, m.in. organizując charytatywne zbiórki pieniędzy na kolejne operacje, jedzenie, mieszkanie czy podróże, które miały zapewnić Gypsy możliwie jak najbardziej normalne dzieciństwo.

Kiedy więc 14 czerwca 2015 roku Dee Dee została znaleziona martwa w swoim domu (zadano jej liczne rany kłute), nikt nie mógł uwierzyć w to, co się stało.

Zwłaszcza, że podejrzenia od razu padły na Gypsy, której nie było na miejscu i która wcześniej napisała na swoim Facebooku: „Ta suka nie żyje!”. Dziewczynę znaleziono w domu jej poznanego przez internet chłopaka, Nicholasa Godejohna. Żadne z nich nie wypierało się morderstwa. W domu znaleziono narzędzie zbrodni, a w ich telefonach SMS-y, które potwierdzały, że od jakiegoś czasu planowali zabicie Dee Dee. Cała sytuacja była o tyle bardziej sensacyjna, że Gypsy nie sprawiała wrażenia niepełnosprawnej pod jakimkolwiek względem – miała włosy (które rzekomo straciła pod wpływem chemioterapii), wydawała się inteligentna, a co najważniejsze: chodziła o własnych siłach. Kiedy zdjęcia z zatrzymania Gypsy i Nicholasa obiegły media, opinia publiczna nie miała wątpliwości: dziewczyna od lat oszukiwała wszystkich w sprawie swoich licznych chorób w celu wyłudzania pieniędzy i postanowiła pozbyć się Dee Dee, kiedy ta nie chciała dłużej uczestniczyć w tej mistyfikacji.

Prawda okazała się jeszcze bardziej wstrząsająca: Gypsy od dziecka była psychicznie oraz fizycznie maltretowana przez matkę indukującą u niej objawy licznych chorób.

Domowe materiały wideo z archiwum Blancharde’ów, które możemy zobaczyć w dokumencie HBO, pokazują szczęśliwą, kochającą się rodzinę. W rzeczywistości Dee Dee odgrywała mistrzowski spektakl zarówno przed własną córką, jak i otoczeniem. Szafka z lekami w jej domu wielkością przypominała lodówkę i była po brzegi wypełniona medykamentami, których Gypsy nie potrzebowała. Przyjmowanie ich pogarszało jej stan, wywołując symptomy rozmaitych chorób, m.in. wypadanie zębów oraz ataki epileptyczne. Kiedy Dee Dee postanowiła wmówić wszystkim, że dziewczyna choruje na białaczkę, ogoliła jej głowę (twierdząc, że włosy „przecież i tak wypadną”), a następnie na znak solidarności zrobiła to samo sobie. Dee Dee jeździła z córką do rozmaitych gabinetów lekarskich, kłamiąc na temat występujących objawów, a część z nich wywołując za pomocą środków medycznych. Tylko ona komunikowała się z lekarzami na temat stanu dziecka i podczas tych rozmów często zakrywała uszy Gypsy, argumentując to jej niepełnosprawnością intelektualną oraz stresem, jaki mogłyby u niej wywołać zasłyszane informacje. Brak wczesnej dokumentacji medycznej miał być wynikiem zniszczenia papierów przez huragan Katrina. Jeśli personel w jakiejś placówce okazywał się zbyt dociekliwy, zmieniała przychodnię. Nie pozwoliła również, by córka chodziła do szkoły, kończąc jej edukację na drugiej klasie.


 

Jak to możliwe, że przez tyle czasu nikt nie zauważył dramatu Gypsy?

Erin Lee Carr, reżyserka „Kochana mamusia nie żyje”, ma swoją teorię na ten temat: „Ludzie z reguły nie zwracają uwagi na problemy niepełnosprawnych. Wstydzą się przyjrzeć im bliżej, wydaje im się, że naruszają w ten sposób ich prywatność. Od dziecka powtarza się nam, że „niegrzecznie jest się gapić”. Nie wiemy, jak rozmawiać z niepełnosprawnymi, nie traktując ich protekcjonalnie. Przecież nie wypada kwestionować motywów samotnej matki wychowującej chorą dziewczynkę poruszającą się na wózku inwalidzkim. Dee Dee sprytnie wykorzystywała to skrępowanie i brak uważności”. W dodatku matka Gypsy miała podstawowe wykształcenie medyczne, które pomagało jej wiarygodnie fabrykować dowody na choroby córki. Na przestrzeni lat tylko jeden neurolog zauważył lukę w jej narracji: Dee Dee przekonywała go, że dziewczyna od wczesnego dzieciństwa cierpi na dystrofię mięśniową i w związku z tym od lat nie chodziła. Lekarz słusznie zauważył, że gdyby rzeczywiście tak było, Gypsy nie miałaby mięśni w nogach i odmówił leczenia oraz umieścił w jej dokumentacji medycznej notatkę, w której zdiagnozował u matki przeniesiony zespół Münchhausena. Po jej śmierci zapis ten stanowił główny dowód przemawiający za zmianą zarzutów postawionych jej córce na morderstwo drugiego stopnia.

W „Kochana mamusia nie żyje” Gypsy opowiada, że jej ulubionym filmem są „Zaplątani” Disney’a – opowieść o księżniczce przetrzymywanej w wieży przez „matkę”, która porwała ją, kiedy była niemowlęciem. W końcu bohaterka postanawia zawalczyć o siebie i opuścić wieżę, która do niedawna była jedynym światem, jaki znała, a zła czarownica ginie. W baśniach takie rozwiązania przedstawiane są w charakterze szczęśliwych zakończeń. „Ale życie nie jest bajką. Przekonałam się o tym w bolesny sposób” – podsumowuje Gypsy.

Dlaczego dziewczyna zabiła matkę?

Dlaczego po prostu się od niej nie wyprowadziła? Okazuje się, że miała już na koncie jedną ucieczkę. Matka szybko jej znalazła, po czym za pomocą młotka roztrzaskała jej komputer i telefon oraz zagroziła, że następnym razem to samo zrobi z jej palcami. Ponadto dysponowała zaświadczeniem, według którego Gypsy była niepoczytalna. Nic więc dziwnego, że jej córka nie zgłaszała sprawy na policję w obawie przed tym, że nie zostanie potraktowana poważnie, a w domu spotkają ją przykre konsekwencje. W filmie opowiada, że kiedy znajdowały się w towarzystwie innych ludzi, matka trzymała ją i za rękę i wykręcała ją, kiedy jej zdaniem córka powiedziała coś niewłaściwego.

Zdziwienie może wzbudzać także obojętna postawa reszty rodziny.

Ojciec Gypsy oraz jego obecna żona żałują, że do tej pory nie mieli z nią kontaktu. Mężczyzna tłumaczy, że jego była partnerka utrudniała mu wizyty, często zmieniając miejsce zamieszkania oraz kłamiąc, że dziecko jest upośledzone, w związku z czym i tak nie ma świadomości, z kim się spotyka. Kiedy Dee Dee wyprowadziła się z Luizjany, cała rodzina Blanchard poczuła ulgę i nie interesowała się losem jej córki. Występujący w filmie krewni zamordowanej wprost mówią o tym, że była złym człowiekiem i nie przejęli się jej śmiercią. Okazuje się, że już wcześniej istniały podejrzenia, iż Dee Dee może być osobą niebezpieczną: jej matka zmarła  w niewyjaśnionych okolicznościach, będąc pod jej opieką. Niewykluczone, że córka przyczyniła się do jej śmierci, podobnie jak później naraziła na niebezpieczeństwo własne dziecko.

W filmie HBO widać, że Gypsy targają sprzeczne emocje: z jednej strony cierpi, ponieważ straciła matkę, która do tej pory była jedyną bliską jej osobą, a z drugiej cieszy się, że domowy koszmar dobiegł końca.

Twierdzi, że pobyt w więzieniu jest lepszy niż to, co zafundowała jej Dee Dee. Odnowiła kontakt z ojcem, znajduje się pod opieką psychiatrów, uczy się i pracuje. Ze względu na to, że została uznana za winną morderstwa drugiego stopnia, skazano ją na 10 lat pozbawienia wolności. Już w 2024 roku będzie mogła ubiegać się o przedterminowe zwolnienie, co oznacza, że może wyjść z więzienia po trzydziestce, mając przed sobą wiele lat życia. Dopiero wtedy będzie mogła zaznać tego, co dla jej rówieśników stanowi normalność. Pytanie brzmi: czy będzie umiała się w niej odnaleźć?

Często ulegamy złudzeniu, że miłość do dziecka i troska o jego dobro jest rzeczą naturalną i oczywistą.

Wierzymy, że każda matka posiada instynkt, który podpowiada jej, jak o nie dbać i je pielęgnować. Podobne wyobrażenia spowodowały, że nikt w otoczeniu Dee Dee i Gypsy nie dostrzegł, jaki koszmar rozgrywa się w ich domu. Wspomniany zastępczy zespół Münchhausena (lub przeniesiony zespół Münchhausena), na który cierpiała matka dziewczyny, to zaburzenie psychiczne polegające na zmyślaniu lub wręcz wywoływaniu u bliskiej, zależnej osoby (najczęściej dziecka) objawów zaburzeń somatycznych. Wbrew pozorom, motywy materialne nie grają tutaj najważniejszej roli. Znacznie istotniejszym celem jest zwracanie na siebie uwagi otoczenia i wzbudzanie współczucia, a także uzależnienie od siebie ofiary tych działań. Rodzice (częściej matki) cierpiący na zastępczy zespół Münchhausena nie postrzegają swoich dzieci jako odrębnych osób. W ich oczach są one ich przedłużeniem, częścią ich życia wewnętrznego. W związku z tym potomstwo ma za zadanie spełniać konkretne funkcje, realizować ich potrzeby i uspokajać, kiedy pojawia się napięcie. Opieka nad chorym dzieckiem pomaga zaskarbić sobie przychylność otoczenia, co podwyższa samoocenę rodzica i na chwilę pomaga mu odzyskać wewnętrzny spokój.

Jak zauważyć, że osoba w naszym otoczeniu cierpi na przeniesiony zespół Münchhausena i w efekcie krzywdzi własne dziecko?

Sygnałem ostrzegawczym jest sytuacja, w której choroba dziecka jest przewlekła, a w dalszym ciągu nikt nie jest w stanie ustalić jej podłoża i charakteru. Prezentowane przez nie objawy są zmienne i nie składają się na jeden, spójny obraz. Opiekunowie często zmieniają placówki medyczne i, co najważniejsze, pod ich nieobecność symptomy się cofają, by podczas kontaktu z nimi przybrać na sile.

Oczywiście, nie ma sensu zakładać, że każde przewlekle chore dziecko w rzeczywistości jest ofiarą przemocy. Z drugiej strony, jak często słyszymy o kolejnym rodzinnym dramacie, który nie spotkał się z żadną reakcją otoczenia? Być może to właśnie przeraża w tej historii najbardziej – choć brzmi zupełnie nieprawdopodobnie, mogłaby mieć miejsce tuż pod naszym nosem. A my, podobnie jak sąsiedzi Gypsy i jej mamy, pewnie nawet byśmy tego nie zauważyli.

/ zdjęcia / kadry z filmu

 

Styl życia

Jak sobie ustalisz budżet w związku, tak będziesz żyła.

2 kwietnia 2021 / Agnieszka Jabłońska

„Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.” Te z nas, które pamiętają dobre rady babci, ciotki lub własnej mamy, jeśli jest reprezentantką starszego pokolenia, na pewno dobrze znają to zdanie.

To taka mądrość przekazywana z ust do ust kolejnym pokoleniom kobiet, które wstępowały w związek małżeński. Cytowana co najmniej tak często jak: „Mąż jest głową, a kobieta szyją w rodzinie”.

Dzisiaj jest inaczej! – powiesz mi zaraz. No pewnie, że jest inaczej. Kobiety są wykształcone, świadome i niezależne. Kończą studia, rozwijają sobie pasje. Zakładają firmy, zajmują kierownicze stanowiska, odnoszą sukcesy. Dbają o siebie: fizycznie i psychicznie. W międzyczasie wstępują w związek – partnerski lub małżeński. I część z nich zachowuje tak upragniony work life balance, ma przy sobie świadomego partnera i jest najlepszą wersją siebie. Amen. U części z nas do głosu dochodzą jednak kody kulturowe lub jakieś tajemnicze obszary w mózgu, które sprawiają, że może nie czekamy na męża z pantoflami jak nasze babcie, ale zdecydowanie jesteśmy gotowe do poświęceń. Nasze barki mają wielopokoleniową zdolność do dźwigania ciężarów, a my do odczuwania szczęścia z bycia męczennicami. 

Ciąża – zmiana układu sił 

Kiedy układ sił w domu się zmienia? Tak, tak, dobrze myślisz, gdy kobieta zachodzi w ciążę. Ciąża pociąga za sobą szereg wydarzeń, które nie mieszczą się w biznesowym kalendarzu, szpilki ustępują trampkom, a marynarka bluzie od dresu, biznesowy telefon natomiast zamienia się w telefon do przychodni pediatrycznej. Te zaś, które już wcześniej były męczennica, z uczuciem tryumfu mogą założyć na głowę upragnioną koronę. I teraz znowu się na mnie oburzasz: „Przecież ciąża to coś normalnego! Przecież para podjęła decyzję o dziecku wspólnie!” Zgadzam się z  Tobą, ale popatrz obiektywnie, osobą, której życie wywraca się realnie do góry nogami bez lukru i słodzenia, jest kobieta. 

To może jednak warto zainwestować w dobrą pościel?

Pościelić możesz sobie na różne sposoby. Część kobiet podejmuje się wychowania faceta, jakby dostawały pod swoje czułe skrzydła małego chłopca, który bez nich niczego nie osiągnąłby w życiu i zginąłby marnie pierwszego dnia po ich odejściu. Brawa dla tych pań, wyrazy współczucia dla panów. Żyją później z takim „wychowanym” egzemplarzem i mówią, że są szczęśliwe. Pozostaje w to wierzyć. Niektóre oddają się całkowicie w ręce swojego misia, bo skoro on coś mówi, to przecież wie, a jak coś robi, to przecież musi być dobrze. Uczcijmy minutą ciszy te dziewczynki, które szukają w związku ojca i przewodnika, ale jednocześnie nie dorosły na tyle, by być aż partnerkami.

Większość z nas chce jednak związku partnerskiego. Takiego, w którym mieszkanie jest sprzątane po połowie, gotuje osoba, która lepiej się w tym czuje lub ma więcej czasu. Większość z nas chce dostawać spontanicznie kwiaty i dawać równie spontanicznie czekoladę. Chcemy pracować i zarabiać, dzielić się obowiązkami domowymi i finansowymi, chcemy współtworzyć związek, być 1 do 1, fifty-fifty na równi z naszym partnerem. A później zachodzimy w ciążę… Znowu o tej ciąży! Jak by to była przyczyna wszystkich problemów! O co Ci chodzi? Dziecko to wspaniała zmiana!

Ciąża – wielka zmiana 

Dziecko to ogromna zmiana i jeszcze większa odpowiedzialność. To trudny czas dla związku, dla pary, czas, gdy kobiecie zmieniają się priorytety, gdy w jej psychice zachodzą olbrzymie zmiany. Czas, w którym zmienia się i kształtuje na nowo cała komórka społeczna: rodzina. A o co jest najwięcej kłótni, gdy wszyscy są zmęczeni, zestresowani i próbują dać z siebie 101%? Tak, najczęściej o obowiązki, a później niestety o pieniądze. Po narodzinach dziecka okazuje się, że związki, które funkcjonowały jak szwajcarski zegarek, potrzebują dobrego oliwienia lub po prostu przestawienia priorytetów. 

Chcesz ścielić? Olej to i pracuj nad budżetem! 

To może zamiast pościeli lepiej pracować nad budżetem? I to jest dobra myśl! Bo widzisz, jak sobie ustalisz budżet w związku – a najczęściej usiądziecie z partnerem i przegadacie, jak ma to wszystko wyglądać – tak będziesz żyła. Jeśli od początku kreujesz się na kobietę-herosa, mistrzynię nadgodzin i zwolenniczkę dwóch etatów, która pracy potrzebuje jak powietrza i jest totalnie samowystarczalna, ciężko będzie Ci zmienić pewne rzeczy, gdy przewartościujesz priorytety we własnej głowie. 

Budżet domowy – jak to u Ciebie wygląda? 

Ile par, tyle pomysłów na zarządzanie finansami. Na podstawie obserwacji, uważam, że wyróżnić można cztery główne metody prowadzenia domowego budżetu:

  1. Jedno wspólne konto, do którego wpada wszystko i każdy bierze tyle, ile potrzebuje
  2. Jedno wspólne konto, na które są przelewane środki z dwóch osobnych kont, 
  3. Dwa osobne konta, z których są regulowane wydatki według wcześniejszych ustaleń, 

Każda z tych metod ma swoje plusy i minusy. Co jest wspólne? Jeśli ktoś prowadzi budżet na jeden z przedstawionych sposobów, bardzo ciężko jest mu zmienić styl myślenia. Tak było, jest i będzie, bo to działało, bo tak jest dobrze. Tyle że po zmianie sił w związku – kobieta na urlopie macierzyńskim, opiekuńczym i być może wychowawczym – stare metody dzielenia się kasą zwyczajnie mogą nie działać… 

Zobacz, jakie są najpopularniejsze metody prowadzenia domowego budżetu. Jak jest u Ciebie? 

 

  • Jedno wspólne konto, na które wpływają wypłaty i z którego każdy bierze tyle, ile potrzebuje

 

+ równy dostęp do pieniędzy w związku niezależnie od zarobków
+ pełna kontrola nad finansami sprawowana przez oboje partnerów
+ trudniej wpaść w długi
+ wszystkie wydatki są wspólne
+ łatwiejsze, wspólne gromadzenie oszczędności  

Minusy:
– trudno zrobić drugiej osobie prezent-niespodziankę
– trudno odłożyć własne pieniądze
– trudno ukryć przed partnerem dodatkowe przychody lub wydatki
– partner może kontrolować wydatki i rozliczać drugą osobę 

Co w przypadku narodzi dziecka? 

Pomniejszona pensja kobiety oraz pełna pensja partnera wciąż wpływa na to konto. Oboje partnerzy mogą swobodnie korzystać ze zgromadzonych środków. Wpływają tam również wszystkie świadczenia i benefity na dziecko. W przypadku urlopu wychowawczego kobieta korzysta ze zgromadzonych na koncie środków oraz wynagrodzenia partnera. 

Czy są inne zagrożenia?
Jeśli jedno z partnerów postanowi wypłacić wszystkie pieniądze z konta i odejść, drugie zostanie bez pieniędzy. Jeśli jedno z partnerów będzie miało długi, komornik zajmie wspólne konto i wszystkie znajdujące się na nim środki mimo braku ślubu lub przy rozdzielności majątkowej. 

 

  • Jedno wspólne konto, na które są przelewane środki z dwóch osobnych kont

 

+ wyraźny podział pieniędzy na wspólne i osobiste
+ większa niezależność w wydawaniu osobistych pieniędzy
+ możliwość robienia prezentów-niespodzianek sobie lub partnerowi
+wspólne podejmowanie decyzji o wydatkach domowych
+ wspólne oraz niezależne gromadzenie oszczędności 

Minusy:

– miesięczna opłata za trzy konta
– konieczność pamiętania o przelewie na wspólne konto
– trudności z podzieleniem wydatków osobistych i wspólnych
– nieporozumienia w ustalaniu kwoty, która jest przelewana na konto wspólne 

Co w przypadku narodzi dziecka? 

Pomniejszona pensja kobiety wpływa na jej osobiste konto. Partnerzy muszą podjąć wspólną decyzję, jaką sumę kobieta przekazuje do budżetu domowego. Jeśli podział nie zostanie dokonany sprawiedliwie, mogą ucierpieć wydatki osobiste kobiety. Świadczenia i benefity na dziecko wpływają na konto partnerki lub partnera, dlatego konieczne jest ustalenie, ile kosztuje miesięczne utrzymanie dziecka i kto płaci za rzeczy dla niego. Na urlopie wychowawczym kobieta nie ma źródła dochodów, jest więc zależna od przelewu na wspólne konto, który wykona partner. 

Jakie są inne zagrożenia? 

Jeśli jedno z partnerów zdecyduje się odejść ze wspólnymi pieniędzmi, strata będzie mniejsza niż w przypadku jednego wspólnego konta. Oczywiście przy założeniu, że każdy z partnerów oszczędzał również swoje pieniądze. Jeśli jeden z partnerów ma długi, komornik może zająć wspólne konto, a w przypadku wspólnoty małżeńskiej, współmałżonek będzie solidarnie odpowiadał za długi. 

 

  • Dwa osobne konta, z których są regulowane wydatki według wcześniejszych ustaleń 

 

Plusy:

+ pełna niezależność finansowa od partnerki lub partnera
+ możliwość ukrywania własnych przychodów i wydatków 

Minusy:
– przy braku dyscypliny bałagan w domowym budżecie
– kłótnie o pieniądze i procentowy udział w utrzymaniu domu

Co w przypadku narodzi dziecka? 

Na konto kobiety wpływa pomniejszone wynagrodzenie, z którego musi pokryć określone wcześniej z partnerem opłaty. Jeśli procentowy udział w domowym budżecie nie zostanie na nowo przedyskutowany, może okazać się, że kobiecie brakuje pieniędzy na bieżące wydatki takie jak: jedzenie, czy środki czystości. W przypadku urlopu wychowawczego kobieta nie dysponuje własnymi pieniędzmi i nie ma dostępu do pieniędzy partnera. Jest więc od niego całkowicie zależna finansowo. 

Jakie są inne zagrożenia? 

Każde z partnerów ma swoje pieniądze, więc zachowuje niezależność. Jeśli para jest w związku małżeńskim, jeden z małżonków może zaciągnąć zobowiązania finansowe, wpaść w długi bez wiedzy drugiej osoby. Warto pamiętać, że zgodnie z art. 30 Kodeksu cywilnego oboje małżonkowie są solidarnie odpowiedzialni za zobowiązania, które zaciągnęło jedno z nich. Dlatego przy dwóch całkowicie osobnych kontach warto pomyśleć o rozdzielności majątkowej. 

Budżet domowy,  która metoda najlepsza? 

Myślę, że dla wielu z nas odpowiedź jest jasna: wspólne konto. Chcemy mieć pewność, że tworzymy z partnerem rodzinę i działamy w tym projekcie wspólnie na wszystkich płaszczyznach również finansowej. Chcemy dzielić się pieniędzmi, które zarabiamy solidarnie, tak jak dzielimy się obowiązkami, a gdy okaże się, że w danym okresie w życiu potrzebujemy więcej wsparcia – ciąża, urlop macierzyński, opiekuńczy, czy wychowawczy – chcemy je otrzymać bez proszenia.

Będą wśród nas również takie kobiety, które nigdy nie zrezygnują z niezależności finansowej, które mogą się podzielić z partnerem swoimi pieniędzmi, ale na ściśle określonych warunkach. Kwestia wychowania lub życiowego doświadczenia. Lub po prostu jesteśmy lepiej wykształcone, bardziej przedsiębiorcze i zaradne i zarabiamy więcej niż nasz partner. Może miałyśmy w życiu więcej szczęścia, byłyśmy na pewnym etapie bardziej pracowite i bardziej skłonne do ponoszenia ryzyka, jesteśmy bogate z domu. W takiej sytuacji bardzo dobrą opcją jest pozostawienie konta osobistego i przelewanie ustalonej kwoty na konto wspólne, do którego oboje partnerzy mają dostęp. Dzięki temu zachowujemy niezależność, nie musimy dzielić się informacjami o naszych przychodach, pensji, premiach, dodatkowych źródłach dochodu i możemy dbać o finanse osobiste – budować poduszkę finansową, sprawiać sobie i partnerowi (jeśli mamy na to ochotę) małe lub większe przyjemności. 

Dla wielu z nas jednym słusznym wyjściem będzie osobne i całkowicie niezależne konto oraz podział, kto i za co płaci. Wolimy zrobić zakupy spożywcze i zapłacić w aptece, niż przelewać środki na wspólne konto. Najczęściej tak jest po prostu wygodniej. Moim zdaniem to opcja, która świetnie sprawdza się na początku związku, gdy para rozpoczyna wspólne prowadzenie gospodarstwa. W sytuacji, gdy partnerzy planują wspólnie dziecko, taki podział może okazać się dla kobiety trudny, a nawet niesprawiedliwy. To, jak będzie życie wyglądało w rzeczywistości, zależy od ustaleń i indywidualnego podejścia do kwestii finansowych obojga partnerów. 

Czy w takim razie kobieta-mama powinna mieć swoje pieniądze? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w kolejny artykule! 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: API requests are being delayed for this account. New posts will not be retrieved.

Log in as an administrator and view the Instagram Feed settings page for more details.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo