Change font size Change site colors contrast
Kultura

„Kochana mamusia nie żyje” – jak to się stało, że córka zabiła własną matkę?

24 września 2018 / Alicja Skibińska

Młoda, ciężko chora dziewczyna sportretowana w filmie dokumentalnym HBO wzięła udział w zamordowaniu własnej matki – kobiety, która opiece nad nią podporządkowała całe swoje życie.

Jak mogło do tego dojść? Przecież były nierozłączną, kochającą się rodziną. A może sielanka panująca w ich domu była jedynie pozorna? Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda - nie. Mark...

Młoda, ciężko chora dziewczyna sportretowana w filmie dokumentalnym HBO wzięła udział w zamordowaniu własnej matki – kobiety, która opiece nad nią podporządkowała całe swoje życie. Jak mogło do tego dojść? Przecież były nierozłączną, kochającą się rodziną. A może sielanka panująca w ich domu była jedynie pozorna?

Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda – nie.

Mark Twain

Gdyby dokument „Kochana mamusia nie żyje” („Mommy dead and dearest”) był filmem fabularnym, prawdopodobnie wiele osób uznałoby go za dowód na zbyt wybujałą wyobraźnią twórców. Wydarzenia przedstawione w produkcji HBO są tak przerażające, że trudno uwierzyć, iż miały miejsce naprawdę. „To było coś surrealistycznego, absolutnie przerażającego. Nie mogłam w to uwierzyć. A dopiero potem zaczęłam zgłębiać tę historię coraz bardziej i odkryłam, co naprawdę działo się w rodzinie Blanchard. Wiedziałam, że znalazłam swój temat na film” – opowiada Erin Lee Carr, reżyserka filmu.

Większość osób, które znały Dee Dee Blancharde, uważała ją niemal za anioła.

Kobieta nie miała łatwego życia: mąż zostawił ją, kiedy była w dziewiątym miesiącu ciąży, jej dom został zniszczony podczas huraganu Katrina, a ukochana córka zmagała się z licznymi chorobami. Miała problemy ze wzrokiem oraz słuchem, jej rozwój umysłowy przebiegał nieadekwatnie do wieku, cierpiała na dystrofię mięśniową (z powodu której poruszała się wyłącznie na wózku), epilepsję oraz białaczkę. Dziecko nie było samodzielne, w związku z czym matka musiała się nim nieustannie opiekować. Myli się jednak ten, kto spodziewa się, że to nagromadzenie tragicznych wydarzeń ją złamało. Dee Dee zachowywała pogodę ducha pomimo przeciwności losu, ciągle powtarzając, że sensem jej życia jest opieka nad Gypsy. Bez słowa skargi jeździła z nią na liczne zabiegi, podawała leki i tułała się od jednego lekarza do drugiego, szukając jak najlepszej pomocy dla córki. Jej postawa budziła podziw lokalnej społeczności, która starała się wesprzeć obie panie na wszelkie możliwe sposoby, m.in. organizując charytatywne zbiórki pieniędzy na kolejne operacje, jedzenie, mieszkanie czy podróże, które miały zapewnić Gypsy możliwie jak najbardziej normalne dzieciństwo.

Kiedy więc 14 czerwca 2015 roku Dee Dee została znaleziona martwa w swoim domu (zadano jej liczne rany kłute), nikt nie mógł uwierzyć w to, co się stało.

Zwłaszcza, że podejrzenia od razu padły na Gypsy, której nie było na miejscu i która wcześniej napisała na swoim Facebooku: „Ta suka nie żyje!”. Dziewczynę znaleziono w domu jej poznanego przez internet chłopaka, Nicholasa Godejohna. Żadne z nich nie wypierało się morderstwa. W domu znaleziono narzędzie zbrodni, a w ich telefonach SMS-y, które potwierdzały, że od jakiegoś czasu planowali zabicie Dee Dee. Cała sytuacja była o tyle bardziej sensacyjna, że Gypsy nie sprawiała wrażenia niepełnosprawnej pod jakimkolwiek względem – miała włosy (które rzekomo straciła pod wpływem chemioterapii), wydawała się inteligentna, a co najważniejsze: chodziła o własnych siłach. Kiedy zdjęcia z zatrzymania Gypsy i Nicholasa obiegły media, opinia publiczna nie miała wątpliwości: dziewczyna od lat oszukiwała wszystkich w sprawie swoich licznych chorób w celu wyłudzania pieniędzy i postanowiła pozbyć się Dee Dee, kiedy ta nie chciała dłużej uczestniczyć w tej mistyfikacji.

Prawda okazała się jeszcze bardziej wstrząsająca: Gypsy od dziecka była psychicznie oraz fizycznie maltretowana przez matkę indukującą u niej objawy licznych chorób.

Domowe materiały wideo z archiwum Blancharde’ów, które możemy zobaczyć w dokumencie HBO, pokazują szczęśliwą, kochającą się rodzinę. W rzeczywistości Dee Dee odgrywała mistrzowski spektakl zarówno przed własną córką, jak i otoczeniem. Szafka z lekami w jej domu wielkością przypominała lodówkę i była po brzegi wypełniona medykamentami, których Gypsy nie potrzebowała. Przyjmowanie ich pogarszało jej stan, wywołując symptomy rozmaitych chorób, m.in. wypadanie zębów oraz ataki epileptyczne. Kiedy Dee Dee postanowiła wmówić wszystkim, że dziewczyna choruje na białaczkę, ogoliła jej głowę (twierdząc, że włosy „przecież i tak wypadną”), a następnie na znak solidarności zrobiła to samo sobie. Dee Dee jeździła z córką do rozmaitych gabinetów lekarskich, kłamiąc na temat występujących objawów, a część z nich wywołując za pomocą środków medycznych. Tylko ona komunikowała się z lekarzami na temat stanu dziecka i podczas tych rozmów często zakrywała uszy Gypsy, argumentując to jej niepełnosprawnością intelektualną oraz stresem, jaki mogłyby u niej wywołać zasłyszane informacje. Brak wczesnej dokumentacji medycznej miał być wynikiem zniszczenia papierów przez huragan Katrina. Jeśli personel w jakiejś placówce okazywał się zbyt dociekliwy, zmieniała przychodnię. Nie pozwoliła również, by córka chodziła do szkoły, kończąc jej edukację na drugiej klasie.


 

Jak to możliwe, że przez tyle czasu nikt nie zauważył dramatu Gypsy?

Erin Lee Carr, reżyserka „Kochana mamusia nie żyje”, ma swoją teorię na ten temat: „Ludzie z reguły nie zwracają uwagi na problemy niepełnosprawnych. Wstydzą się przyjrzeć im bliżej, wydaje im się, że naruszają w ten sposób ich prywatność. Od dziecka powtarza się nam, że „niegrzecznie jest się gapić”. Nie wiemy, jak rozmawiać z niepełnosprawnymi, nie traktując ich protekcjonalnie. Przecież nie wypada kwestionować motywów samotnej matki wychowującej chorą dziewczynkę poruszającą się na wózku inwalidzkim. Dee Dee sprytnie wykorzystywała to skrępowanie i brak uważności”. W dodatku matka Gypsy miała podstawowe wykształcenie medyczne, które pomagało jej wiarygodnie fabrykować dowody na choroby córki. Na przestrzeni lat tylko jeden neurolog zauważył lukę w jej narracji: Dee Dee przekonywała go, że dziewczyna od wczesnego dzieciństwa cierpi na dystrofię mięśniową i w związku z tym od lat nie chodziła. Lekarz słusznie zauważył, że gdyby rzeczywiście tak było, Gypsy nie miałaby mięśni w nogach i odmówił leczenia oraz umieścił w jej dokumentacji medycznej notatkę, w której zdiagnozował u matki przeniesiony zespół Münchhausena. Po jej śmierci zapis ten stanowił główny dowód przemawiający za zmianą zarzutów postawionych jej córce na morderstwo drugiego stopnia.

W „Kochana mamusia nie żyje” Gypsy opowiada, że jej ulubionym filmem są „Zaplątani” Disney’a – opowieść o księżniczce przetrzymywanej w wieży przez „matkę”, która porwała ją, kiedy była niemowlęciem. W końcu bohaterka postanawia zawalczyć o siebie i opuścić wieżę, która do niedawna była jedynym światem, jaki znała, a zła czarownica ginie. W baśniach takie rozwiązania przedstawiane są w charakterze szczęśliwych zakończeń. „Ale życie nie jest bajką. Przekonałam się o tym w bolesny sposób” – podsumowuje Gypsy.

Dlaczego dziewczyna zabiła matkę?

Dlaczego po prostu się od niej nie wyprowadziła? Okazuje się, że miała już na koncie jedną ucieczkę. Matka szybko jej znalazła, po czym za pomocą młotka roztrzaskała jej komputer i telefon oraz zagroziła, że następnym razem to samo zrobi z jej palcami. Ponadto dysponowała zaświadczeniem, według którego Gypsy była niepoczytalna. Nic więc dziwnego, że jej córka nie zgłaszała sprawy na policję w obawie przed tym, że nie zostanie potraktowana poważnie, a w domu spotkają ją przykre konsekwencje. W filmie opowiada, że kiedy znajdowały się w towarzystwie innych ludzi, matka trzymała ją i za rękę i wykręcała ją, kiedy jej zdaniem córka powiedziała coś niewłaściwego.

Zdziwienie może wzbudzać także obojętna postawa reszty rodziny.

Ojciec Gypsy oraz jego obecna żona żałują, że do tej pory nie mieli z nią kontaktu. Mężczyzna tłumaczy, że jego była partnerka utrudniała mu wizyty, często zmieniając miejsce zamieszkania oraz kłamiąc, że dziecko jest upośledzone, w związku z czym i tak nie ma świadomości, z kim się spotyka. Kiedy Dee Dee wyprowadziła się z Luizjany, cała rodzina Blanchard poczuła ulgę i nie interesowała się losem jej córki. Występujący w filmie krewni zamordowanej wprost mówią o tym, że była złym człowiekiem i nie przejęli się jej śmiercią. Okazuje się, że już wcześniej istniały podejrzenia, iż Dee Dee może być osobą niebezpieczną: jej matka zmarła  w niewyjaśnionych okolicznościach, będąc pod jej opieką. Niewykluczone, że córka przyczyniła się do jej śmierci, podobnie jak później naraziła na niebezpieczeństwo własne dziecko.

W filmie HBO widać, że Gypsy targają sprzeczne emocje: z jednej strony cierpi, ponieważ straciła matkę, która do tej pory była jedyną bliską jej osobą, a z drugiej cieszy się, że domowy koszmar dobiegł końca.

Twierdzi, że pobyt w więzieniu jest lepszy niż to, co zafundowała jej Dee Dee. Odnowiła kontakt z ojcem, znajduje się pod opieką psychiatrów, uczy się i pracuje. Ze względu na to, że została uznana za winną morderstwa drugiego stopnia, skazano ją na 10 lat pozbawienia wolności. Już w 2024 roku będzie mogła ubiegać się o przedterminowe zwolnienie, co oznacza, że może wyjść z więzienia po trzydziestce, mając przed sobą wiele lat życia. Dopiero wtedy będzie mogła zaznać tego, co dla jej rówieśników stanowi normalność. Pytanie brzmi: czy będzie umiała się w niej odnaleźć?

Często ulegamy złudzeniu, że miłość do dziecka i troska o jego dobro jest rzeczą naturalną i oczywistą.

Wierzymy, że każda matka posiada instynkt, który podpowiada jej, jak o nie dbać i je pielęgnować. Podobne wyobrażenia spowodowały, że nikt w otoczeniu Dee Dee i Gypsy nie dostrzegł, jaki koszmar rozgrywa się w ich domu. Wspomniany zastępczy zespół Münchhausena (lub przeniesiony zespół Münchhausena), na który cierpiała matka dziewczyny, to zaburzenie psychiczne polegające na zmyślaniu lub wręcz wywoływaniu u bliskiej, zależnej osoby (najczęściej dziecka) objawów zaburzeń somatycznych. Wbrew pozorom, motywy materialne nie grają tutaj najważniejszej roli. Znacznie istotniejszym celem jest zwracanie na siebie uwagi otoczenia i wzbudzanie współczucia, a także uzależnienie od siebie ofiary tych działań. Rodzice (częściej matki) cierpiący na zastępczy zespół Münchhausena nie postrzegają swoich dzieci jako odrębnych osób. W ich oczach są one ich przedłużeniem, częścią ich życia wewnętrznego. W związku z tym potomstwo ma za zadanie spełniać konkretne funkcje, realizować ich potrzeby i uspokajać, kiedy pojawia się napięcie. Opieka nad chorym dzieckiem pomaga zaskarbić sobie przychylność otoczenia, co podwyższa samoocenę rodzica i na chwilę pomaga mu odzyskać wewnętrzny spokój.

Jak zauważyć, że osoba w naszym otoczeniu cierpi na przeniesiony zespół Münchhausena i w efekcie krzywdzi własne dziecko?

Sygnałem ostrzegawczym jest sytuacja, w której choroba dziecka jest przewlekła, a w dalszym ciągu nikt nie jest w stanie ustalić jej podłoża i charakteru. Prezentowane przez nie objawy są zmienne i nie składają się na jeden, spójny obraz. Opiekunowie często zmieniają placówki medyczne i, co najważniejsze, pod ich nieobecność symptomy się cofają, by podczas kontaktu z nimi przybrać na sile.

Oczywiście, nie ma sensu zakładać, że każde przewlekle chore dziecko w rzeczywistości jest ofiarą przemocy. Z drugiej strony, jak często słyszymy o kolejnym rodzinnym dramacie, który nie spotkał się z żadną reakcją otoczenia? Być może to właśnie przeraża w tej historii najbardziej – choć brzmi zupełnie nieprawdopodobnie, mogłaby mieć miejsce tuż pod naszym nosem. A my, podobnie jak sąsiedzi Gypsy i jej mamy, pewnie nawet byśmy tego nie zauważyli.

/ zdjęcia / kadry z filmu

 

Styl życia

Wrześniowy detoks od marudzenia

25 września 2018 / Agnieszka Jabłońska

Uwielbiam ten nasz narodowy sport, naszą największą dumę.

Dyscyplinę, w której jesteśmy na tyle biegli, że gdyby była oficjalnie wpisana do listy na MŚ, co roku mielibyśmy pierwsze miejsce na podium i złoty medal i to wszystko bez najmniejszego wysiłku. Co mam na myśli? Marudzenie. Czynność, za pomocą której statystyczny Polak wyraża swoją polskość, łączy się ze swoją ziemią. U nas nie usłyszysz...

Uwielbiam ten nasz narodowy sport, naszą największą dumę. Dyscyplinę, w której jesteśmy na tyle biegli, że gdyby była oficjalnie wpisana do listy na MŚ, co roku mielibyśmy pierwsze miejsce na podium i złoty medal i to wszystko bez najmniejszego wysiłku. Co mam na myśli? Marudzenie.

Czynność, za pomocą której statystyczny Polak wyraża swoją polskość, łączy się ze swoją ziemią. U nas nie usłyszysz amerykańskiego „dzień dobry sąsiedzie” albo brytyjskiego „oh, witam, jak się masz?”. Za nic mamy uśmiechy Balijczyków, czy ukłony Japończyków, niepotrzebny nam australijski luz, czy szwedzki brak konwersacji w windzie. Polacy lubią zaczynać rozmowy w sklepach, na jarmarkach, u lekarza, czy w bibliotece. Szukamy okazji, by wspólnie pomarudzić, ponarzekać na wszystko.

Jak być prawdziwym moderatorem marudzenia?

Kluczem do sukcesu, w tym wypadku efektywnego, wspólnego marudzenia jest znalezienie grupy ludzi w podobnym wieku. Chociaż młoda dziewczyna, która zaczyna narzekać w przychodni pełnej starszych ludzi, wywoła naprawdę piorunujący efekt. Przedmiot narzekania musi być dostosowany do okoliczności, jeśli więc autobus nie przyjeżdża od 10 minut, konwersację można rozpocząć od skomentowania nawierzchni dróg lub, jeśli jesteś w odpowiednim do tego wieku, jak 20 lat temu były zaspy do kolan, a autobusy jakoś dawały radę. Jest spora szansa, że jakaś starsza osoba wtrąci się, że jak była bardzo mała, to śnieg sięgał okien autobusu i może nawet uśmiechnie się na to wspomnienie, dlatego szybciutko, jako moderator dyskusji, musisz wrócić do „no właśnie, a teraz śniegu nie ma, ledwo -2C na termometrze, a wszystko siada”. Masz sporą szansę, że w odpowiedzi usłyszysz: „wszystko przez tę Unię” i marudzenie między oczekującymi na autobus potoczy się wartko niczym nurt rzeki Colorado w Ameryce Północnej. Oczywiście to tylko przykład, możesz próbować wzburzyć zupełnie autorską falę marudzenia w dowolnym miejscu. Ważne, żeby wokół było dużo Polaków.

A ja nie potrafię tego zrozumieć

Jak to jest, że osoby, które mają naprawdę niewiele, które dużo straciły i powinny już nigdy się nie podnieść, które muszą zmierzyć się z bardzo złą diagnozą, odnajdują w sobie radość życia? Jak to możliwe, że pacjent po amputacji nogi ma w sobie więcej szczęścia niż młoda kobieta, która po pracy wraca do ładnego mieszkania i ukochanego partnera? Dlaczego tak jest, że osoba poszkodowana w powodzi, która śpi w szkole przykryta kocem z datków, jest bardziej radosna niż babcia, którą przyszły odwiedzić wnuki? Dlaczego dobrowolnie decydujemy się żyć na próbę, jakby to, co się dzieje w naszym życiu, było jedynie prototypem, gorszą wersją naszych marzeń?

Ufam Dalajlamie, wierzę w mądrość człowieka, który otrzymał pokojową Nagrodę Nobla, jest przywódcą narodu, który naprawdę ma ostro pod górkę, a do tego potrafi powiedzieć coś, co mi zapada w serducho.

„Istnieją tylko dwa dni w roku, w których nic nie może być zrobione. Jeden nazywamy wczoraj, a drugi jutro. Dzisiaj jest właściwy dzień, aby kochać, wierzyć i żyć w pełni”.  

To od ciebie zależy moja droga, jak będzie wyglądał każdy, jeden dzień twojego życia.

Wiem, że czytałaś to już setki razy, bo na tym przesłaniu swoją tajemną moc opiera bardzo dużo poradników. Tyle, że to wcale nie jest tak, że jeśli wstaniesz z uśmiechem, to twój kot nie zrzuci wszystkiego z blatu w kuchni, a szef nie będzie mniejszym dupkiem niż kilkanaście godzin wcześniej. Jest jednak szansa, że twoje pozytywne nastawienie da ci siłę i dobrą energię, która rozpocznie ciąg fortunnych zmian w twoim życiu. Może uda ci się znaleźć taką pracę, w której poznasz pozytywnie zakręconych ludzi, bo kota to już pewno nie wychowasz, nie oszukuj się.

Może mogłabyś dojść do wniosku, że spóźniający się autobus to dobry pretekst do spaceru, że ulewny deszcz pada, bo była susza, że motorniczy nie był chamem, tylko jego dziecko całą noc gorączkowało, że twoje strzykanie z prawej strony lewej kostki, to uczucie, za które osoba na wózku inwalidzkim dałaby się pokroić.

Może mogłabyś docenić, że masz dwie sprawne ręce i dwie silne nogi, które jeśli są za słabe, możesz zacząć wzmacniać na siłowni, basenie, czy zajęciach fitness. Masz Internet i świat naprawdę stoi przed Tobą otworem niczym sezam z księdze „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Możesz, w przeciwieństwie do swoich rodziców, swobodnie podróżować, poznawać świat. Możesz wynająć mieszkanie i zmieniać pracę tak często, jak zechcesz. Możesz skończyć studia dzienne, zaoczne lub podyplomowe, możesz wyjechać na Erasmusa i uczyć się na zagranicznym uniwersytecie. Możesz odpowiedzieć w kilka minut na każde, nawet najbardziej skomplikowane pytanie swojego dziecka. Czekają na ciebie kursy i tutoriale, możesz więc codziennie zdobywać nową umiejętność.

Żeby nie było, ja też marudzę, narzekam i widzę świat w ciemnych barwach.

Mnie też się nie podoba, że dzieci krzyczą pod balkonem, że są korki, że jest ciepło, a ja włożyłam zbyt ciepłe buty, że pada, chociaż w pogodzie nic nie powiedzieli i nie wzięłam parasolki, że autobus się spóźnia, a kelnerka w restauracji jest niemiła, że przepłaciłam za szampon do włosów i nie zdążyłam przed zamknięciem poczty. ALE próbuję coś z tym zrobić i w każdej sytuacji znaleźć dobrą stronę lub chociaż okruch pozytywnej myśli.

Marudząc, tracę energię.

Siłę, którą tak ciężko odzyskać podczas treningu, zajęć jogi, gotowania, czy domowego relaksu z książką. Moc, która ładuje się bardzo powoli i trzeba się sporo natrudzić, by poczuć jej pełną. No mówię ci, szkoda marnować swoją wewnętrzną energię na marudzenie.  A mówię to całkiem poważne.

Spróbujmy zrobić mały, na początek 2-3 –dniowy detoks, podczas którego będziemy odpychały złe myśli i zastępowały je dobrymi. To taki wstęp do tego, żeby przestać marudzić. Dam ci przykład: „O matko, jaka dziwna ta końcówka lata, znowu rano zimno, a później gorąco, aż pot się po tyłku leje, ALE dzięki temu czuję, że lato trwa dłużej i jest wciąż bardzo dużo świeżych i smacznych warzyw i owoców”. „Kurde, nowe buty, a ja już mam pęcherze na całych stopach, ALE będę mogła kupić wreszcie tę pięknie pachnącą sól do stóp i mam już doświadczenie, jakie modele butów omijać z daleka”.

To co, próbujemy?

 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo