Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Weź sprawy w swoje ręce, czyli kobiecy biznes według Danki Piaseckiej

21 listopada 2019 / Monika Pryśko

Zapraszam Was na długą rozmowę z Danką Piasecką, kobietą, która wie, jak robić kobiecy biznes i jak zmotywować Cię do tego, byś spróbowała taki stworzyć.

To nie jest łatwe, ale warto!

Czy kobiety są za głupie, by prowadzić własny kobiecy biznes?

(Pytanie jest zaczepne, ale odnoszę wrażenie, że kobiety uczą się, jak robić biznes, a faceci po prostu go robią.)

 

Moim zdaniem w ogóle kobiety nie są głupie, więc na pewno nie mogą być w czymś „za głupie”. Faktem jest jednak, że mamy większe ograniczenia niż mężczyźni, jeśli chodzi o własny biznes. Zawsze jest jakaś wymówka: jeszcze nie teraz, to nie jest odpowiedni moment, nie mam odpowiedniej wiedzy, doświadczenia, nie poradzę sobie, itp. Skupiamy się na tym, czego nie mamy, zamiast na tym, co mamy. Facet wpada na pomysł i działa, a babka – dopracowuje pomysł do perfekcji. A podkreślić należy, że jest to proces ciągły, nieskończony, bo przecież zawsze wszystko da się zrobić lepiej. Ostatecznie więc… nie robi nic. A przynajmniej nic, co przybliżyłoby ją do otwarcia własnego biznesu.

Nawet najlepszy produkt czy usługa są bezwartościowe, jeśli nie podzielisz się nimi ze światem. Często jest też taki oto scenariusz: kobieta dopracowuje ten swój produkt do perfekcji (powiedzmy już od roku), a w tak zwanym „międzyczasie” ktoś wypuszcza na rynek coś podobnego, i wtedy ona odpuszcza. Tylko dlaczego? O ile to nie był produkt na skalę wielkiej innowacji, to czy naprawdę wierzyła, że na rynku jeszcze tego nie ma?

Pewnie było, tylko, że ona tego nie wiedziała, bo nie zrobiła analizy rynku. Ale jeśli wycofuje się z działania tylko dlatego, że na rynku już coś jest, to obawiam się, że taki biznes faktycznie nigdy nie powstanie. Bo w dzisiejszych czasach na rynku mamy już prawie wszystko! A przecież klient nie kupuje wyłącznie produktu. Kupuje również sposób podania tego produktu, obsługi, podejście sprzedawcy, itp.

 

Jak bardzo kobiecy biznes różni się od tego tworzonego przez mężczyzn?

Podobnie jak Ty, również odnoszę wrażenie, że kobiety uczą się biznesu, a faceci robią biznesu. Doszukuję się tutaj winy w stereotypowym myśleniu i przekonaniach. Niestety często, nie naszych. 

Weźmy na przykład moje stare przekonanie, że biznes wiąże się z ryzykiem, i stereotyp temu przypisany, że gdzie ryzyko, tam zagrożenie, a gdzie zagrożenie, tam potrzebny jest obrońca. A obrońca kojarzył mi się z facetem, dlatego przez trzy czwarte swojego życia byłam przekonana, że biznes dedykowany jest wyłącznie mężczyznom.

A przecież ryzyko, to również szansa! Szansa na lepsze pieniądze, na wolność, ale przede wszystkim, szansa na szczęście, bo możemy robić w życiu to co kochamy. Jak powiedział Konfucjusz „wybierz pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia więcej w Twoim życiu”. Zgadzam się z tym w 100%!

Często słyszę opinie wśród kobiet, że własny biznes, to ciągła praca, brak czasu dla rodziny, stres i niepewność o przyszłość, w przeciwieństwie do etatu, na którym jest bezpiecznie. Zastanawia mnie wtedy, kto zaszczepił w nich te przekonania.

Zupełnie się z nimi nie zgadzam. Ciągła praca i brak czasu dla rodziny, to nasz wybór. Widzę tutaj raczej problem z asertywnością i balansem w życiu, a nie posiadaniem własnego biznesu. Co do niepewności o przyszłość, większe zagrożenie dostrzegam jednak w pracy na etacie. O ile nie masz szefa, który jest z Tobą szczery w zakresie finansów firmy, to możesz stracić pracę z miesiąca na miesiąc. Dzisiaj umowa o pracę na czas nieokreślony nie jest już tak wielkim zabezpieczeniem dla pracownika, jak to było kilka lat temu.

Przepraszam, ale mogłabym o tym opowiadać godzinami, a przecież pytanie było zamknięte. Wystarczyło odpowiedzieć: nie 🙂

Strasznie ubolewam, że tyle wspaniałego potencjału się marnuje przez brak wiary w siebie, ograniczające przekonania i zbytni perfekcjonizm. 

 

 

Co nas, kobiety, blokuje przed tym by założyć firmę, by wyjść ze schematu etat-dom?

Na pewno ograniczające nas przekonania i brak wiary w siebie, ale również lęk przed krytyką i brak wsparcia bliskich. 

„Po co Ci własny biznes? Powinnaś się cieszyć z tego, co masz”, taki tekst często słyszałam na początku swojej przygody z biznesem. 

Ale przecież ja się cieszę z tego, co mam! A z własnego biznesu najbardziej. 🙂

I gdybym wtedy posłuchała tych złotych rad, to pewnie dalej byłabym w tym samym miejscu, co 5 lat temu, i pewnie nawet w tej samej pracy i na tym samym stanowisku, narzekając na wysokość zarobków i brak możliwości rozwoju, „ciesząc się z tego, co mam”.

Dlatego, żeby wyjść ze schematu etat-dom, trzeba, po pierwsze, uświadomić sobie, że jesteśmy w tym schemacie, a po drugie, zatrzymać się na chwilę i odpowiedzieć na pytanie, czy życie, którym żyję jest naprawdę moje, tzn. czy jest oparte na moich przekonaniach?

Czy schemat, w którym jestem mi odpowiada? Czy to w jaki sposób żyję daje mi szczęście? I ostatnie, chyba najważniejsze pytanie (przynajmniej dla mnie), czy chcę przeżyć życie spełniając marzenia innych?

Oczywiście, nie generalizujmy. Nie każdej z nas szczęściem będzie posiadanie, prowadzenie i rozwój własnej firmy. 

Tu trzeba pogrzebać głębiej i dotrzeć do wartości. Dla przykładu, jeśli dla danej kobiety kluczową wartością jest bliskość, którą przypisuje do swojej rodziny, to mając negatywne przekonania dotyczące biznesu, niekoniecznie będzie się do niego rwała.

I to jest ok. Uważam, że nic na siłę. Najważniejsze, abyśmy nie bały się marzyć, spełniały te marzenia i były szczęśliwe. Niestety rzadko kiedy spotykam kobiety, które są w stanie odpowiedzieć na pytanie, czym dla nich jest szczęście, nie odwołując się przy tym do abstrakcji. 

Często słyszę, że szczęście jest wtedy, gdy „nie dzieje się nic złego, dzieci są zdrowe, jest za co jeść i żyć”. Aaaa, no i jeszcze, że „jest dach nad głową”.

I to jest z jednej strony super – faktycznie takie docenianie tego co mamy, ale z drugiej strony, to jest złe, bo przesuwamy własne szczęście na koniec kolejki. 

Mamy więc pewien paradoks: przed tym by założyć firmę i wyjść ze schematu dom-praca, blokuje nas właśnie bycie w tym schemacie, bo bardzo łatwo wpada się wtedy w pułapkę „ostatniego w kolejce” po szczęście.

Bierzemy, co mamy będąc za to wdzięczne, i nie dochodzi do nas, że możemy żyć inaczej.

I powiem Ci, że ja uważam, że nie wystarczy, że będziemy się cieszyć z tego, co mamy. Uważam, że należy wziąć życie we własne ręce, zdefiniować słowo szczęście i podążać za nim. Może po drodze okaże się, że jest tam miejsce na własny biznes 🙂

 

 

Kiedyś pytałam Czytelniczki, z czym im się kojarzy hasło ,,kobiecy biznes’’. Odpowiedzi były różne, ale wśród nich – mały biznes, błahy, nieopłacalny, niepoważny, na chwilę. Czy tylko mi się wydaje, czy same sabotujemy nasze działania, nadając im mniejszą rangę?  

Pamiętam ten post. Również się wtedy wypowiedziałam. 🙂

Pamiętam również odpowiedzi. Przyznam, że przykro mi było czytając niektóre z nich. 

Jednak takie definicje „kobiecego biznesu” nie wzięły się z powietrza. Zbudowane zostały na bazie przekonań – nabytych, i tych własnych. 

Być może w rodzinie była kobieta, której biznes nie wypalił. Albo przyjaciółka ma firmę sprzątającą, która nie zatrudnia pracowników, a wszystkie obowiązki wykonuje osobiście. A może partner w codziennej rozmowie rzuca mimochodem, że „Janek to robi prawdziwy biznes!”.

Ale Ty również masz rację. Sabotujemy nasze działania i strasznie sobie umniejszamy. Dla przykładu, jeśli coś poszło nie tak jak planowałyśmy, to mówimy „zawaliłam”, a jeśli osiągnęłyśmy świetny wynik, to mówimy, że nam „się udało”. No jasne, z pewnością SAMO SIĘ udało.

Przedziwne jest to, z jaką chęcią zbieramy baty, ale żeby się docenić, powiedzieć sobie coś miłego, to nieeee…

Moim zdaniem, problemem jest niska samoocena, która wpływa przecież na pewność siebie. Gdybyśmy nie miały z nią problemu, to nie miałybyśmy również problemu z oddzieleniem, co jest naszym przekonaniem, a co narzuconym. 

 

Jak myślisz, skąd w nas kobietach taka mała pewność siebie? A to właśnie brak tej pewności jest głównym czynnikiem, który zatrzymuje nas w miejscu i uniemożliwia rozwój. 

Zdecydowanie się zgadzam, że właśnie mała pewność siebie, lub nawet jej zupełny brak, jest głównym czynnikiem naszego „zastoju”. 

Pytasz skąd? Myślę, że z domu. Zwróć uwagę na to, że będąc dziećmi, nie miałyśmy takich problemów. To był świat zabaw, testów i wiecznej kreacji. Ale w pewnym momencie zaczął być światem ograniczeń. „Nie rób tak, bądź grzeczna, to nieładnie, a to nie wypada”. 

Skutek jest taki, że w dorosłym życiu boimy się wykonać jakikolwiek krok, bo boimy się oceny. Już nie ze strony dorosłych, a otoczenia. 

Wyjścia są dwa. 

Pierwsze, to terapia i przepracowanie dzieciństwa. Pójście do terapeuty nie oznacza bycie szaloną, choć mam wrażenie, że wiele kobiet tak uważa. Moim zdaniem, szaleństwem jest tego nie zrobić, gdy sama sobie nie radzę z przeszłością. 

Drugie, to zmienić otoczenie. Zdaję sobie sprawę z tego, że potrzeba przynależności jest jedną z naszych głównych potrzeb. Chodzą nawet słuchy, że powinna być zrównana z potrzebami fizjologicznymi w Piramidzie Maslowa. 

Ale do jasnej ciasnej, niech nie liczy się ilość, a jakość, zawiązywanych przez nas relacji.

Warto więc otoczyć się ludźmi, którzy pociągną nas w górę, a tych którzy ciągną w dół, przepraszam za brutalne nazewnictwo, należy się pozbyć.

Z prostego zresztą powodu – to oni sprawiają, że nasza pewność siebie jest taka mała. Jeśli więc nic z tym nie zrobimy, będzie jeszcze gorzej.

Często słyszę od kobiet „ale ja sobie nie poradzę sama” i wtedy wiem, że jej to wmówiono. 

Nie zrozum mnie źle. Nie namawiam do bycia niezależną super kobietą, co to jest taka samowystarczalna. Nic z tych rzeczy. Cenię sobie niezależność, ale we współzależności. Uważam jednak, że tylko ktoś o małej pewności siebie uzna, że sobie nie poradzi, bo po prostu w siebie nie wierzy. 

Dlatego tak ważne jest to, kogo mamy przy siebie. 

Warto również od czasu do czasu skoczyć na jakieś szkolenie, gdzie na pewno spotkamy ludzi podobnych do siebie. W końcu coś sprawiło, że spotkaliśmy się właśnie w tym miejscu.

To nie tylko wiedza, ale i energia, której rzadko kiedy można doświadczyć siedząc w domu.

Z doświadczenia Ci powiem, że power jaki dostaje na szkoleniach, pozwala mi po powrocie z nich, na wykonanie tygodniowej pracy w ciągu 2 dni 🙂

Głowa pełna pomysłów, dużo inspiracji, chęć do działania i ta pewność, że mogę góry przenosić. 

Przyznaję, że można się uzależnić 🙂 

 

 

A jak Ty wzięłaś sprawy w swoje ręce? Jaki ciąg zdarzeń sprawił, że to Ty dziś inspirujesz inne kobiety i uczysz je, jak wykorzystać potencjał i działać, jak prowadzić kobiecy biznes? 

Zaczęło się niewinnie od przypadkowego szkolenia. Przypadkowego, bo zdecydowałam się na nie z dnia na dzień, a jedyny cel jaki miałam, to zdobyć papierek trenerski. Już od kilku lat byłam czynnym trenerem, ludzie mnie lubili i chętnie przychodzili na moje szkolenia. Jednak w branży, w której działałam papier często był wymogiem i kilka zleceń musiałam przez to odpuścić.

To był czas, gdy działałam jak maszyna. Od zlecenia do zlecenia, od faktury do faktury. Nie miało to niestety przełożenia na wysokie dochody. 

Moje relacje z partnerem, rodziną, znajomymi były, delikatnie to ujmując, słabe. Można nawet powiedzieć, że ich nie było. 

Uważałam, że nikt mnie nie rozumie, nie kocha, i te sprawy.

I na tym szkoleniu mieliśmy moduł poświęcony pracy nad sobą. Byłam w szoku. Pamiętam, że chciałam zrezygnować. Przyszłam po papierek trenerski, a tu zupełnie nie o tym mowa!

Zostałam jednak. I tak się zaczęło. Pracowaliśmy wtedy nad odkryciem własnych życiowych wartości, nad komunikacją, zrozumieniem drugiego człowieka, ale przede wszystkim nad zrozumieniem siebie i swoich potrzeb. Doszło do mnie, że nie jestem w życiu szczęśliwa. Z partnerem jest poprawnie, ale bez szału, pracuję dużo, ale efektów finansowych brak, a w dodatku już dawno nie mieszczę się w moją ukochaną „eskę” i wyglądam jakbym była co najmniej 10 lat starsza!

Zrozumiałam wtedy, że nic się nie zmieni, jeśli ja czegoś nie zmienię. Zaczęłam więc od zmiany nastawienia do siebie. Przyznałam głośno, że „istnieje takie prawdopodobieństwo”, że to właśnie we mnie tkwi problem, a nie w otoczeniu.

Wróciłam po szkoleniu do domu i zaczęłam testować zdobytą wiedzę (jestem zadeklarowanym praktykiem!). 

Efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania! Okazało się, że powiedzenie drugiej osobie bez powodu „jestem z Tobą szczęśliwa” sprawia, że dzień jest dużo przyjemniejszy. I to dla każdej ze stron.

Na szkoleniu poznałam style komunikowania się i typy osobowości. I nie była to wiedza jedynie teoretyczna. Nagle rozmowy z partnerem stały się jakby.. lżejsze. 

Tak zaczęła się moja przygoda z samorozwojem. Każde kolejne szkolenie, to wiedza, którą od razu wprowadzam w życie. Testuję. Jeśli mi odpowiada i się sprawdza, zostawiam. Jeśli to jednak nie dla mnie rozwiązanie, parkuję na przyszłość, bo może się przydać np. moim kursantom.

Można więc powiedzieć, że wzięłam sprawy w swoje ręce, dopiero gdy zrozumiałam, że żyję w świecie nie swoich przekonań.

Na przykład w przeszłości nauczyłam się, że obrażeniem się na kogoś załatwię wszystko, więc gdy tylko coś szło nie po mojej myśli, był foch przez duże „F”.

Miałam też takie przekonanie, że „prywaciarz” na pewno dorobił się kantując, a uczciwi ludzie muszą ciężko (w znaczeniu dużo) pracować, aby do czegoś dojść. 

Były również lęki, typu „jeśli dzwoni klient, to znaczy, że coś na pewno (!) zrobiłam niezgodnie z umową” oraz zalatujące o fanatyzm, bronienie swojego zdania (niekoniecznie zawsze miałam rację, ale wtedy wkraczał do akcji foch).

Nigdy nie mówiłam o swoich potrzebach i oczekiwaniach, i miałam pretensje, że druga strona się tego nie domyśla.

A już zupełnym hitem było przyklejenie łatki „nie kochasz mnie” do każdego zachowania partnera, w którym odbiegał od tych wszystkich filmowych romansideł. No wiesz, kwiaty, czekoladki, spacery o zachodzie słońca, serenady pod oknem, itp.

Dzisiaj mam swoje przekonania, które są przede wszystkim oparte o fakty. Ale nie powiem, że było to łatwe, bo nie było. 

Trzeba przyznać się do popełnionych błędów i wziąć odpowiedzialność za swoje życie. 

Przestać zwalać winę za niepowodzenia na innych lub na otoczenie. Zrozumieć, że mamy w życiu to na co się godzimy. A jeśli się jednak na to nie godzimy, to musimy coś z tym zrobić, bo „samo się” nie zrobi. 

Zrozumiałam bardzo ważną rzecz wtedy: chcesz zmieniać innych, zmień najpierw siebie.

Później trochę to poszerzyłam o: chcesz kochać innych, pokochaj siebie. I właśnie z tym miałam chyba największą trudność. Ale to już opowieść na inny wywiad 🙂

A co sprawiło, że dziś to ja inspiruję i uczę inne kobiety?

Wydaje mi się, że to jest naturalna kolej rzeczy. Okazało się, że jak poukładałam siebie, to poukładały się również sprawy wokół mnie. Oczywiście nie same. To ja je poukładałam, ale wiem, że nie byłoby to możliwe bez pracy nad sobą.

W między czasie zrozumiałam, że bieganie od celu do celu i osiąganie ich dla samego osiągania, nie ma większego sensu. Poszukiwania wizji i misji w życiu doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Moją wizją było stworzenie najlepszej wersji siebie. Wiem, że brzmi to dość abstrakcyjnie, ale nadałam temu swoją interpretację. 

W moim odczuciu, każdego dnia tworzę najlepszą wersję siebie. Nie perfekcyjną, ale najlepszą – na dany moment. Poprzez ciągłą pracę nad sobą, cały czas się zmieniam. Podoba mi się, że to taki nieskończony proces, który wymusza, abym nie spoczęła na laurach.

Moją misją z kolei jest edukowanie. Nie chcę trzymać wiedzy, którą zdobywam wyłącznie dla siebie, bo szkoda marnować taki potencjał. Sama jestem przykładem, że warto pracować nad sobą, dlatego chcę zarażać swoją wizją. Każdego dnia zróbmy mały krok ku lepszej JA, a gwarantuję, że zyska na tym więcej niż jedna osoba. 

Cieszę się, gdy widzę, że moja wiedza zmienia czyjeś życie. Lubię pomagać. Tym bardziej, że mam taką możliwość.

 

Boisz się zmian?

Nie. Choć przyznam, że kiedyś panicznie się ich bałam. Kojarzyły mi się z zagrożeniem. Dzisiaj dostrzegam w nich szanse. 

Nie zawsze zmiany, które zachodzą w moim życiu mi się podobają. Czasem zdarza się coś, co zupełnie nie jest po mojej myśli. Ale zamiast rozpaczać, myślę sobie „jakie otwiera mi to możliwości?”.

Patrzę na to co przede mną, a nie na to co za mną. 

Wiele kobiet, które spotykam na swojej drodze boi się zmian. 

Nie dziwię się, bo z reguły zmiana kojarzy się ze stratą czegoś. Powtarzam wtedy, że życie nie lubi próżni i gdy coś stracą, to coś innego zyskają. Zresztą tak samo jest w drugą stronę. Każdy zysk niesie za sobą stratę. No chyba, że mowa o bilansie np. spółki 🙂

 

 

Uwielbiam pracować w grupie. Uważam, że jako element zespołu jestem dużo bardziej efektywna. Czy dlatego pracujesz z kobietami na szkoleniach, a nie spotkaniach indywidualnych? 

 

Od kilku lat pracuję z kobietami indywidualnie oraz w grupie. Różnica jest kolosalna. Pracuję w formule jeden na jeden, wyłącznie wtedy, gdy drugiej stronie zależy na szybkich rozwiązaniach (jestem doradcą biznesowym), ale przyznaję, że wolę prowadzić szkolenia. Nie chodzi jednak o mój komfort, a o to co dzieje się na sali szkoleniowej. Podczas indywidualnych sesji, pracuję na zasobach i potencjale tej konkretnej kobiety. Na sali szkoleniowej, każda kobieta pracuje w oparciu o swoje zasoby i potencjał, jak i o zasoby i potencjał innych kobiet. Nie raz powstaje z tego prawdziwa petarda!

Dodatkowo, nagle okazuje się, że „oooo, to nie tylko ja mam taki problem?” i pewność siebie wzrasta. Uwielbiam na to patrzeć.

Plus to o czym Ty wspomniałaś. Każda z tych kobiet jest jednostką, ale razem tworzą całość, i to co wychodzi z tego połączenia, często jest zdziwieniem nawet dla nich samych.

 

Osobiście uważam, że kobietom często brakuje odwagi. Niby w teorii wszystko jest jasne, ale w praktyce – brakuje tej odwagi, która pomoże zrobić pierwszy krok. Wciąż, generalizując, czekamy na pozwolenie, że możemy, że jesteśmy gotowe. Czekamy, aż ktoś zrobi ten pierwszy krok za nas. Bo brakuje nam odwagi. Też to zauważyłaś?

Niestety tak. Co dziwne, gdy los spłata nam figla, jakoś zadzieramy kiecę i działamy. I często na koniec mamy takie podsumowanie: „eee no, nie było nawet tak strasznie”.

Tylko po co czekać, aż los za nas zdecyduje? 

Brak odwagi wiąże się z brakiem pewności siebie. Po prostu boimy się, że nie wyjdzie. W sumie logiczne, bo jeśli byłybyśmy pewne, że wyjdzie, to pewnie byśmy działały.

W przypadku małej pewności siebie wspominałam już wyżej, że warto rozważyć terapię i zmianę otoczenia.

Ale ważne jest również, aby codziennie wzmacniać swoją pewność siebie. 

Pomóc mogą afirmację, choć znam Twoje zdanie na ten temat 🙂 Wzmocnienie samooceny również pomaga uwierzyć w siebie, a w konsekwencji, odważyć się na więcej.

 

Do kogo kierujesz Szkolenie „Nowy Start… Czas Start!”?

Szkolenie nie bez powodu nazwa się „Nowy Start.. Czas Start!”. Zastanawiając się nad nazwą przyświecał mi dawno temu zasłyszany tekst „to będzie pierwszy dzień reszty Twojego życia”. Takie symboliczne przebudzenie. Nowy Start.

Dlatego szkolenie kieruję do kobiet, które są na takim etapie swojego życia, że czują, że coś je uwiera, że coś jest nie tak jak powinno być, mają poczucie stania w miejscu, i zdecydowanie nie mają poczucia, że są szczęśliwe, a jednocześnie chciałyby to zmienić i odkryć własną definicję szczęścia.

To szkolenie dla kobiet, które straciły wiarę w to, że ich marzenia są możliwe do zrealizowania, mają wyrzuty sumienia, że zbyt wiele czasu poświęcają na życie prywatne lub zawodowe, czują, że brakuje im odwagi do działania, a ich relacje z bliskimi pozostawiają wiele do życzenia, bo dokładnie nad tym będziemy pracować podczas szkolenia. 

Wreszcie, to szkolenie skierowane do kobiet, które poszukują motywacji i przysłowiowego „kopa” do działania. 

 

Czujesz, że to jest to wsparcie, którego kobiety potrzebują na start?

Czuję, że to jest wsparcie, którego kobiety potrzebują cały czas. 

Choć przyznaję, że to odpowiedź przez pryzmat mojej osoby. Mam nadzieję, że nie będzie w moim życiu takiego momentu, w którym powiem „już nie potrzebuję wsparcia”. A jeśli tak będzie, to liczę, że ktoś mną mocno potrząśnie.

Tematy, które wybrałam na szkolenie nie są przypadkowe. Przeprowadziłam setki rozmów z kobietami na temat ich zadowolenia z życia prywatnego i zawodowego. Tylko co trzecia kobieta odpowiedziała, że jest w pełni zadowolona ze swojego życia. Ale nawet te kobiety przyznały, że niskie poczucie własnej wartości zabija nasz potencjał, a zbytni perfekcjonizm powoduje, że czasem „nie wyrabiamy”, co stanowi dla nas potwierdzenie, że się „nie nadajemy”.Przyznajemy się również do problemu łączenia obowiązków rodzinnych z pracą i do tego, że czasami brak nam umiejętności skutecznego zarządzania sobą w czasie. 

Celowo piszę „nam”, ponieważ również miewam gorsze dni.

Wchodzę w coraz śmielsze projekty i często stoję przed dylematem „czy jestem wystarczająco dobra, żeby spróbować?”, a potem dostaję wsparcie, które motywuje mnie do działania, i działam. Po kilku miesiącach pukam się w głowę i zastanawiam, skąd wzięły się tamte obawy 🙂

Mam poczucie, że każdego dnia robimy jakiś mały czy może nawet mikro start w nieznane, dlatego właśnie uważam, że wsparcie, które chcę dać kobietom poprzez to szkolenie, to wsparcie, którego my kobiety potrzebujemy cały czas.

 

 

____________________________________________________

Zapraszam Was serdecznie na szkolenie stworzone i prowadzone przez Dankę Piasecką.

 

Wyobraź sobie, że trafiasz do miejsca, gdzie inne kobiety, podobnie ja Ty, mierzą się ze swoimi słabościami. Szukają sposobu na wzmocnienie samooceny. Chcą odnaleźć balans między życiem prywatnym a zawodowym. Mają plany, cele i marzenia, ale brak im pomysłu lub wiedzy, jak zacząć działać. A dodatkowo zależy im, aby ich relacje były trwalsze i bardziej wartościowe.

To właśnie szkolenie „Nowy Start.. Czas Start!”.

 

LINK do BILETÓW 

Ciało

Fotografia porodowa to zachwyt, podziw oraz wzruszenie

11 lutego 2020 / Monika Pryśko

Fotografia porodowa to, mam wrażenie, nowość w Polsce.

W USA - owszem, tam takie zdjęcia są codziennością. W naszym kraju jednak oswajamy się powoli. Intymność to nadal dla nas granica, której nie przekraczamy.

Myślę sobie, że to wielki zaszczyt, móc uczestniczyć w takim wydarzeniu. W chwili, która jest przełomem. W najbardziej intymnym momencie w życiu. Fotografia porodowa to piękna pamiątka, choć bardzo emocjonująca. Już samo oglądanie tych zdjęć dostarcza sporych wzruszeń… Agnieszka Mocarska robi zdjęcia w czasie porodów. A raczej – pomaga rodzicom przypomnieć sobie szczegóły, których nigdy nie chcieliby zapomnieć.

Jakie emocje towarzyszą Ci podczas podpatrywania rodziców, gdy rodzi się ich dziecko?

Wszystkie odcienie zachwytu, podziwu oraz wzruszenia. Mimo że sama mam czwórkę dzieci urodzonych naturalnie, za każdym razem w obliczu mocy rodzicielskiej staję się malutka i pytam samą siebie: jak to w ogóle jest możliwe?  

Lecz przede wszystkim towarzyszy mi adrenalina. Dzięki temu działam, nie rozpadam się na emocje, jestem tam w konkretnym celu i koncentruję się na swoich zadaniach. Szukam różnych miejsc, na które mogę się wspiąć, szczelin, w które mogę się wcisnąć, węszę za najdrobniejszą smugą światła i czekam, aż pojawi się tam jakiś bohater.

Emocje się uwalniają później, gdy dzidziuś jest na brzuchu mamy i gdy wszyscy już wiemy, że kolejny świat został stworzony bezpiecznie i szczęśliwie. Rodzice pozostają ze swoimi emocjami, ja ze swoimi i są one zupełnie odmienne. To, jak wielkie jest to napięcie, odczuwam, intensywnie odsypiając każdy “swój” poród.

Czy to napięcie, chaos, zdenerwowanie nie odbijają się na Tobie?

Szczerze mówiąc, nie są to słowa, które jako pierwsze przychodzą mi na myśl, gdy myślę o porodzie. Raczej: spokój, wsparcie, relaks. Oczywiście napięcie cały czas rośnie, im bliżej narodzin główki, tym jest gęściej, lecz czuję w tym odświętność, wielką uroczystość – chaos i zdenerwowanie mniej. Z jednej strony wchodzę w te emocje, w tę sytuację porodową całkowicie. Ile razy łapałam się na tym, że oddycham tak samo jak mama tylko dlatego, że położna zaproponowała taki rytm oddechów! Z drugiej jestem taką osobą, która zachowuje zimną krew w granicznych warunkach, także rzadko daję się wybić z rytmu w sprawach naprawdę ważnych.

 

Podczas jednego porodu tata kompletnie stracił głowę, odłożyłam wtedy w ogóle aparat i pomogłam mu przejść przez kawałek dla niego bardzo trudny. W młodości byłam związana z PCK i pracowałam jako młodszy ratownik medyczny. Wtedy dowiedziałam się, że mam stabilne mechanizmy świetnego funkcjonowania w czasie wielkiego stresu. Myślę, że tu działa ta sama siła, która pozwalała mi myśleć błyskotliwie podczas dyżuru w karetce Pogotowia Ratunkowego. Pozostaję opoką. Zresztą zauważyłam, że mam nadrzędny odruch bardzo empatyczny: wesprzeć człowieka, a nie sfotografować to, jak się pogubił. Nie mam takich zdjęć, chociaż może z dokumentalnego punktu widzenia byłyby ważne. Gdy osoba zyskuje spokój, wracam do swojej pracy, jednocześnie nadal kontrolując sytuację. 

Czy nikt nie ma nic przeciwko, byś była na sali porodowej? Mam na myśli personel szpitala? 

Zanim pojawię się w szpitalu z aparatem, rodzice jeszcze w ciąży starają się o oficjalne pozwolenie na dodatkową osobę towarzyszącą. Każdy szpital ma swoje procedury, często jest to po prostu formalność. Taki mejl zawiera listę zastrzeżeń, np. że personel może nie wyrazić zgody na bycie fotografowanym. Ja i tak zawsze, gdy przyjeżdżam na oddział, idę do dyżurki położnych przedstawić się, wyjaśnić, co tu robię, zapoznać się i dopytać o to, jaki mają stosunek do bycia na zdjęciach. To jest całe spektrum reakcji: od prośby o niepokazywanie niczego poza dłońmi po entuzjastyczną radość i prośbę o podesłanie odbitek. 

 

Dla mnie relacja z położnymi jest szalenie ważna, więc szanuję ich oczekiwania, zawsze. Jeśli mam wątpliwości, pokazuję później fotę i pytam, czy takie ujęcie może zostać. Nie spotkałam się jeszcze z negatywnymi reakcjami. Zwłaszcza podczas porodów domowych każda dodatkowa osoba jest mile widziana, każda para rąk jest parą rąk do ewentualnej pomocy. To w moim odczuciu jest to trochę powrót do takiej gromady porodowej, do czasów, gdy była to sprawa kobiet, i to nie dwóch, a części wioski.

Fotografia porodowa to temat kontrowersyjny. Bo poród to jednak intymność… Co jeszcze budzi kontrowersje? 

Rodzenie jest starsze niż wszystkie rzeczy, które nas otaczają, rodzenie jest podstawą istnienia świata. Dla mnie trochę kontrowersyjne jest to, że poród budzi kontrowersje. O wiele bardziej kontrowersyjne i zdumiewające jest według mnie pokazywanie porodów w filmach. W moim domu rodzinnym bezustannie był włączony telewizor i kilka porodów filmowych zapadło mi w pamięć – oglądałam je jako dziecko i budziły moje przerażenie. Wyjąca kobieta w sali szpitalnej, leżąca na wznak, przykryta po szyję białą kołdrą w końcu zalewa się krwią, koniec sceny. Można rozważać, kto jest odpowiedzialny za takie oderwane od rzeczywistości prezentowanie porodu, osobiście uważam takie wizje za wysoce szkodliwe. Osoby nakarmione takimi horrorami zachodzą potem w ciążę i przypominają sobie to, co oglądały… 

Poród został przejęty w XX w. przez opiekę zdrowotną i stał się sprawą mężczyzn w sterylnych fartuchach. Obecnie często rodząca kobieta nie miała możliwości uczestniczyć w porodzie swej siostry, ciotki, przyjaciółki, jak dawniej, trafia do szpitala kompletnie zdumiona i nieprzygotowana. Nie wie, że poród to może być czyste szczęście oraz radość, że ból tylko towarzyszy naprawdę karmiącemu procesowi, że to jest przede wszystkim współpraca z ciałem, kontakt ze sobą, że można rodzić w kompletnej ciszy, że można rodzić bez krwi, poród to spektrum. 

Trudno pominąć rolę patriarchatu w takiej polaryzacji, poród, miesiączka, zostały uznane za sprawy ciemne, mroczne i odrażające, w związku z czym zepchnięte na margines. Dlatego teraz próbuję w nurcie odzyskiwania porodu i kobiecości dla kobiet dołożyć swoją cegiełkę. Każda kontrowersja to pokłosie tego, co zostało przekłamane setki lat temu. 

Czy planujesz pracę, czy podczas porodu działasz spontanicznie?

Trudno o bardziej dynamiczną i rozwojową sytuację niż poród, w zasadzie wiadomo o nim tyle, że się odbędzie. Zaczynając od terminu, który jest określany jako miesiąc dookoła przybliżonego dnia porodu, dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po są przyjmowane za normę. A potem sama wiesz… jest tylko wielka niewiadoma przygoda. 

Planuję pracę o tyle, że dwa, trzy tygodnie przed orientacyjnym terminem mam spakowaną torbę ze sprzętem i moja rodzina uwzględnia w swoich planach, że w każdej chwili może nastąpić nagły zwrot akcji. Normalnie się umawiam na zlecenia, z zastrzeżeniem jednak, że gdzieś w tle jest cały czas coś o wyższym priorytecie i mogę nie dotrzymać umów. Ludzie zazwyczaj cudownie na to reagują, jakby naprawdę poród dla był świętością, której należy się bezwzględne posłuszeństwo. 

Także poród to moc taka kapryśna, której należy się pokora oraz elastyczność. Podstawą jest bycie w kontakcie, w ciągłej relacji. Zawsze umawiam się z parami, że dają mi znać o wszystkim, podobnie jak położnej. Że każdy fałszywy alarm jest lepszy niż niezdążenie na poród, co też się zdarzało. Naprawdę wolę przyjechać za wcześnie. 

Dlaczego w większości Twoje zdjęcia porodowe są czarno-białe?

Na co dzień otacza nas świat w kolorze, jest już trochę opatrzony, czasem tak bardzo, że trudno go zauważyć. Czarno-biel to sposób na lekkie odrealnienie życia, na przetworzenie go w sposób taki, by spojrzeć na niego inaczej. Jakkolwiek fotografuję także w kolorze, to w duszy jestem stanowczo fotografką czarno-bieli, najbardziej lubię tę formę konwersji rzeczywistości ze wszystkich.

Druga przyczyna to taka, że fotografia porodowa to fotografia emocji, one nie potrzebują wizualnych rozpraszaczy z rzeczywistości bieżącej, wiesz, tam stoi czerwony wazonik, dookoła są kolorowe ściany – tu najważniejsi są rodzice i to, co ich dotyczy, dotyka, co ich porusza. Moim zdaniem fotografia czarno-biała jest stworzona do uwypuklania emocji bohaterów. No i powód trzeci – światło. Moje porody odbywają się w głównej mierze nocą, przy oświetleniu często bardzo niekorzystnym fotograficznie, OK, ujmę to inaczej: światła przy porodzie wręcz nie ma, co sprawia, że robię moje reportaże na naprawdę ekstremalnych ustawieniach aparatu. Te zdjęcia chcą być czarno-białe, ziarniste, lekko zmęczone. 

 

Co jest pięknego w porodach?

Wszystko. Niektórzy pięknem nazywają kąty proste, niektórzy pastelowy wystrój, inni szukają go w standardach epoki, ja piękno definiuję jako prawdę. Posłużę się słowami, którymi na co dzień nie operuję. W zbiorowej świadomości oznaczają one jakąś normę, trochę modną, trochę reklamowaną, nieodstającą, bezpieczną. To słowa ładny oraz jego przeciwieństwo – brzydki. Są rzeczy “ładne”, one mogą nie być być piękne, bo są banalne. Są też rzeczy “brzydkie” i one są piękne o wiele częściej. Fotografia porodowa to prawda. 

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że piękny poród to być może nawet dla większość ludzi oksymoron. A dla mnie to jest coś z ciągu oksymoronów rzeczywistych: Bóg się rodzi, moc truchleje, piękny poród – niby pogranicze niemożliwego, a przecież się stało i ktoś to dostrzegł. Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie i to są siła i moc, piękno i prawda. To, co prawdziwe, zawsze jest piękne. 

 

Nie chodzi też o celowe uskuteczniane naturalistycznych wizji, fotografia reportażowa to zadanie wymagające, fotografia reportażowa w ciemności, którą preferują rodzące mamy, to zadanie karkołomne. Dlatego staram się pokazywać prawdę tak, by portretowane osoby mogły się zachwycić. By mama ujrzała swą dzielność oraz w samej sobie prawdziwą mistrzynię kreacji. Którą jest. 

 

Niewykluczone, że spotkanie z czymś tak prawdziwym w obrazie fotograficznym jest nadal efektem świeżości, w końcu porodów się nie tak dawno jeszcze w ogóle nie fotografowało. Fotografia porodowa, podobnie jak dokumentalna fotografia rodzinna, jako usługi to nowości tak wielkie, że nadal nie każdy o nich słyszał. Dzięki temu każde zdjęcie narodzin jest mocnym strzałem, jest przyczyną olbrzymich emocji. Do tego jest to temat wyciągany spod ziemi, w czasach, w których ludzie nadal się czerwienią, wymawiając słowo miesiączka, a co dopiero narodziny. Efekt tabu jest bardzo silny. 

Dobrze znasz pary, którym towarzyszysz podczas narodzin ich dziecka? Twoja obecność podczas porodu musi wiązać się z zaufaniem. 

Najczęściej przed porodem spotykamy się raz: jeśli para planuje poród domowy, to najchętniej u niej w domu, rozmawiamy o celach, oczekiwaniach, a także takich prozaicznych, lecz kluczowych sprawach jak oświetlenie i kierunki świata za oknami. Mam też za sobą spotkania w kawiarniach, obiad rodzinny, a także… zdjęcia z porodu domowego bez wcześniejszego zapoznania się na żywo. Dla mnie ważne są oczekiwania rodziców i pewność, że rozumieją moją wizję oraz ograniczenia.

 

Jest jedna rzecz, która pozwala ludziom mi ufać. Mam talent do słuchania. Od najwcześniejszych lat szkoły podstawowej przeróżni ludzie przychodzili mi się zwierzać. To mi jako pierwszej outowali się znajomi geje, to przy mnie osoby pozwalały sobie na kompletną rozsypkę, płacz i załamania. Długo zastanawiałam się, o co chodzi, skoro nikogo nie namawiam na żadne wyznania. Teraz wiem, że to są dwie jakości: umiejętność słuchania oraz pełna dyskrecja. Dzisiaj patrzę na to jako właśnie jak na talent: jeden jest przebojowym menedżerem, drugi jest mistrzem small talków, a ja łączę empatię z nieocenianiem, co pozwala wchodzić w relacje, nie tylko kolekcjonować znajomych. 

 

Jest coś metafizycznego we wspólnym przeżyciu porodu, ten kontekst sprawia, że wszelkie bariery znikają, poród nie jest wspomnianym small talkiem, to najgłębsza rozmowa, jaką można odbyć z drugim człowiekiem. 

Gdy rozmawiasz ze swoimi klientami, jakie oczekiwania najczęściej się pojawiają? Czego chcą przyszli rodzice?

Marzą o uwiecznieniu relacji, emocji, o pamiątce intymnej, lecz wykonanej w taki sposób, by można było pokazać tę intymność rodzinie i znajomym. Najwygodniej rodzi się nago, moim zadaniem jest pokazać poród tak, by nie był pornografią, lecz serią obrazów, które można powiesić na ścianie w salonie. Czasem rodzice proszą o zdjęcia z położną, kładą nacisk na to, by pokazane były konkretne, wymarzone sceny, ważne jest także często zdjęcie łożyska. W większości jednak rodzice widzieli wcześniej moje zdjęcia i pokładają we mnie duże zaufanie.

 

Porodu się nie powtórzy, to nie jest sytuacja w studio, gdzie można ujęcia dopracowywać, a nawet w razie czego powtórzyć całą sesję. To jest reportaż, gatunek tak unikalny, jak to tylko możliwe, nie ma pozowania, nie ma powtarzalnych momentów, nie ma grama ingerencji w materię sytuacji. Każda mama poszukuje podczas porodu innych miejsc i pozycji, w których czuje się komfortowo podczas skurczów, za każdym razem ta relacja siłą rzeczy jest kompletnie odrębna, odmienna i skrajnie osobista. 

Czy Twoje zdjęcia, oprócz reportażu rodzinnego, mają jeszcze jakiś cel?

Równolegle z komercyjną porodową fotografią rodzinną pracuję nad dokumentalnym projektem fotograficznym o porodach. Planuję podsumować go fotoksiążką oraz większą wystawą. Już wiem, że książka będzie łączyła obraz z tekstem i oba elementy będą równoważne. Na kilka lat porzuciłam pisanie na rzecz wyłącznie fotografowania, tymczasem niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszy talent wcale nie usnął i zdecydowanie dopomina się o ponowne otworzenie furtki.

 

Mówię o większej wystawie, bo jedna już była. W lipcu 2019 r. zorganizowałam swoim zdjęciom wystawę mniejszą. Na festiwalu Mama Gathering powiesiłam foty w wymiarach 100/70 cm na drzewach, w lesie sąsiadującym z polaną. Zależało mi na efekcie przepływu energii, na znalezieniu właściwego miejsca dla obrazów z wydarzenia tak doniosłego, a zarazem tak oczywistego i zwyczajnego jak poród. Gdy przechodziłam obok przez kilka dni, za każdym razem dreszcz wzruszenia biegł mi po plecach. Widok cudu narodzin na drzewie, na symbolu życia i odradzania się, był niebywały, to czysto symboliczne połączenie ze źródłem, z korzeniami, a jednocześnie czyste sięganie w górę, po przyszłość, po skrzydła, po absolut. Trudno mi sobie obecnie wyobrazić lepsze miejsce na tę wystawę niż las, majestatyczny i wyciszający, tak jak emocje porodowe. Mam też jednak pewien szczególny pomysł na prezentację w zwykłej sali o białych ścianach, także nie zamykam się na żaden scenariusz, zwłaszcza że nowe pomysły cały czas przychodzą. 

 

Jaki był najbardziej wzruszający moment w Twojej pracy?

Jest taki moment, gdy mama po raz pierwszy bierze dzidziusia w ramiona – na jej twarzy pojawia się taki uśmiech tego rodzaju, którego nie da się powtórzyć, bardzo zawsze poluję z aparatem na ten moment. Dziecko się materializuje i nareszcie można je poczuć zmysłami innymi niż dotyk, w tym uśmiechu jest informacja, jak wielką nagrodą jest maluszek, jest przeszłość, przyszłość i miłość. Myślę, że zdjęcie tego uśmiechu powinno wisieć w największej ramie w mieszkaniu – jeśli tylko przyjdzie mamie i dziecku powiedzmy nastoletniemu wejść w spór o coś, cokolwiek, by na końcu zawsze mogli przypomnieć sobie, od czego zaczęła się ta relacja, co jest najważniejsze. Żebyśmy żyli, i to razem.

 

Ojcowie instynktownie chyba wyczuwają, że pierwsze sekundy tych dwojga są ich i są święte, zazwyczaj dają się nasycić mamie i maleństwu, zanim do nich podejdą jeszcze bliżej przywitać się. Ta czułość, ta duma oraz podziw malujące się na buziach tatusiów to kolejny must have z takiego reportażu. Myślę, że te emocje, które się ujawniają w chwilach tak silnie granicznych jak poród, granica życia i śmierci, to najniezwyklejsze podsumowanie relacji, jakie może istnieć…

 

No i jeszcze anegdota, pierwszy poród, który sfotografowałam, był wyczekany nie tylko przeze mnie, napięcie rosło jeszcze w ciąży. Zaraz po narodzinach ryczałam jak bóbr, zaparowały mi okulary, przestałam widzieć cokolwiek, przez zasłonę pary i łez trudno mi było fotografować, no i moja propozycja zdjęć zaraz po narodzinach była cokolwiek skąpa. Teraz nadal się ogromnie wzruszam, nie wpływa to już jednak na moją technikę pracy. 

Jak reagują rodzice, gdy po raz pierwszy widzą zdjęcia z dnia narodzin ich dziecka? 

Głęboko oraz szczerze. Zwykle zawożę pierwszą prezentację zdjęć porodowych moim rodzinom osobiście, także dlatego, że interesują mnie pierwsze słowa, spontaniczne reakcje. W czasie porodu, by mógł on przebiegać w swoim rytmie i tempie, kobiety schodzą głęboko w siebie. Odpadają kompletnie z rzeczywistości i mimo że na pozór trzymają kontakt z otoczeniem, są bardzo w sobie i to jest rodzaj świętości. Dlatego też patrzą na fotografie i zdarzenia towarzyszące narodzinom zupełnie na świeżo. Często są zachwycone tym, jak bliskim i intensywnym wsparciem był tata, bo podczas porodu przyjmowały pomoc partnerów z wdzięcznością, nie zarejestrowały tego jednak w sposób świadomy. Przyznaję, że to dla mnie jest drugi najważniejszy argument za tym, by jednak zapraszać fotografa na narodziny. Aby skonfrontować pamięć z faktami i złożyć z obu kompletny obraz. 

 

Oczywiście gdy się pojawiam z fotami, dzidziuś jest już zazwyczaj – w porównaniu z momentem narodzin – olbrzymem. To jest ta druga część wizyty, śmiechy i porównania, zdumienie, jak bardzo widać upływa kilku tygodni w ciele takiego malucha. Gdy rodzi się w rodzinie dziecko, świat zwalnia, zatrzymuje się, połóg oraz wiele miesięcy dłużej to jest stopklatka, wydaje się, że nic się nie zmienia, rutyna i powtarzalność czynności pielęgnacyjnych mogą wprowadzać takie wrażenie. A tu niespodzianka, w trzy tygodnie ich maluch zmienił się diametralnie. Fotografia porodowa za każdym razem funduje serię czystych cudów.

 

____________-

Zdjęcia użyte w materiale są autorstwa Agnieszki Mocarskiej. Serdecznie zapraszamy Cię na jej stronę internetową.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo