Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Weź sprawy w swoje ręce, czyli kobiecy biznes według Danki Piaseckiej

21 listopada 2019 / Monika Pryśko

Zapraszam Was na długą rozmowę z Danką Piasecką, kobietą, która wie, jak robić kobiecy biznes i jak zmotywować Cię do tego, byś spróbowała taki stworzyć.

To nie jest łatwe, ale warto!

Czy kobiety są za głupie, by prowadzić własny kobiecy biznes?

(Pytanie jest zaczepne, ale odnoszę wrażenie, że kobiety uczą się, jak robić biznes, a faceci po prostu go robią.)

 

Moim zdaniem w ogóle kobiety nie są głupie, więc na pewno nie mogą być w czymś „za głupie”. Faktem jest jednak, że mamy większe ograniczenia niż mężczyźni, jeśli chodzi o własny biznes. Zawsze jest jakaś wymówka: jeszcze nie teraz, to nie jest odpowiedni moment, nie mam odpowiedniej wiedzy, doświadczenia, nie poradzę sobie, itp. Skupiamy się na tym, czego nie mamy, zamiast na tym, co mamy. Facet wpada na pomysł i działa, a babka – dopracowuje pomysł do perfekcji. A podkreślić należy, że jest to proces ciągły, nieskończony, bo przecież zawsze wszystko da się zrobić lepiej. Ostatecznie więc… nie robi nic. A przynajmniej nic, co przybliżyłoby ją do otwarcia własnego biznesu.

Nawet najlepszy produkt czy usługa są bezwartościowe, jeśli nie podzielisz się nimi ze światem. Często jest też taki oto scenariusz: kobieta dopracowuje ten swój produkt do perfekcji (powiedzmy już od roku), a w tak zwanym „międzyczasie” ktoś wypuszcza na rynek coś podobnego, i wtedy ona odpuszcza. Tylko dlaczego? O ile to nie był produkt na skalę wielkiej innowacji, to czy naprawdę wierzyła, że na rynku jeszcze tego nie ma?

Pewnie było, tylko, że ona tego nie wiedziała, bo nie zrobiła analizy rynku. Ale jeśli wycofuje się z działania tylko dlatego, że na rynku już coś jest, to obawiam się, że taki biznes faktycznie nigdy nie powstanie. Bo w dzisiejszych czasach na rynku mamy już prawie wszystko! A przecież klient nie kupuje wyłącznie produktu. Kupuje również sposób podania tego produktu, obsługi, podejście sprzedawcy, itp.

 

Jak bardzo kobiecy biznes różni się od tego tworzonego przez mężczyzn?

Podobnie jak Ty, również odnoszę wrażenie, że kobiety uczą się biznesu, a faceci robią biznesu. Doszukuję się tutaj winy w stereotypowym myśleniu i przekonaniach. Niestety często, nie naszych. 

Weźmy na przykład moje stare przekonanie, że biznes wiąże się z ryzykiem, i stereotyp temu przypisany, że gdzie ryzyko, tam zagrożenie, a gdzie zagrożenie, tam potrzebny jest obrońca. A obrońca kojarzył mi się z facetem, dlatego przez trzy czwarte swojego życia byłam przekonana, że biznes dedykowany jest wyłącznie mężczyznom.

A przecież ryzyko, to również szansa! Szansa na lepsze pieniądze, na wolność, ale przede wszystkim, szansa na szczęście, bo możemy robić w życiu to co kochamy. Jak powiedział Konfucjusz „wybierz pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia więcej w Twoim życiu”. Zgadzam się z tym w 100%!

Często słyszę opinie wśród kobiet, że własny biznes, to ciągła praca, brak czasu dla rodziny, stres i niepewność o przyszłość, w przeciwieństwie do etatu, na którym jest bezpiecznie. Zastanawia mnie wtedy, kto zaszczepił w nich te przekonania.

Zupełnie się z nimi nie zgadzam. Ciągła praca i brak czasu dla rodziny, to nasz wybór. Widzę tutaj raczej problem z asertywnością i balansem w życiu, a nie posiadaniem własnego biznesu. Co do niepewności o przyszłość, większe zagrożenie dostrzegam jednak w pracy na etacie. O ile nie masz szefa, który jest z Tobą szczery w zakresie finansów firmy, to możesz stracić pracę z miesiąca na miesiąc. Dzisiaj umowa o pracę na czas nieokreślony nie jest już tak wielkim zabezpieczeniem dla pracownika, jak to było kilka lat temu.

Przepraszam, ale mogłabym o tym opowiadać godzinami, a przecież pytanie było zamknięte. Wystarczyło odpowiedzieć: nie 🙂

Strasznie ubolewam, że tyle wspaniałego potencjału się marnuje przez brak wiary w siebie, ograniczające przekonania i zbytni perfekcjonizm. 

 

 

Co nas, kobiety, blokuje przed tym by założyć firmę, by wyjść ze schematu etat-dom?

Na pewno ograniczające nas przekonania i brak wiary w siebie, ale również lęk przed krytyką i brak wsparcia bliskich. 

„Po co Ci własny biznes? Powinnaś się cieszyć z tego, co masz”, taki tekst często słyszałam na początku swojej przygody z biznesem. 

Ale przecież ja się cieszę z tego, co mam! A z własnego biznesu najbardziej. 🙂

I gdybym wtedy posłuchała tych złotych rad, to pewnie dalej byłabym w tym samym miejscu, co 5 lat temu, i pewnie nawet w tej samej pracy i na tym samym stanowisku, narzekając na wysokość zarobków i brak możliwości rozwoju, „ciesząc się z tego, co mam”.

Dlatego, żeby wyjść ze schematu etat-dom, trzeba, po pierwsze, uświadomić sobie, że jesteśmy w tym schemacie, a po drugie, zatrzymać się na chwilę i odpowiedzieć na pytanie, czy życie, którym żyję jest naprawdę moje, tzn. czy jest oparte na moich przekonaniach?

Czy schemat, w którym jestem mi odpowiada? Czy to w jaki sposób żyję daje mi szczęście? I ostatnie, chyba najważniejsze pytanie (przynajmniej dla mnie), czy chcę przeżyć życie spełniając marzenia innych?

Oczywiście, nie generalizujmy. Nie każdej z nas szczęściem będzie posiadanie, prowadzenie i rozwój własnej firmy. 

Tu trzeba pogrzebać głębiej i dotrzeć do wartości. Dla przykładu, jeśli dla danej kobiety kluczową wartością jest bliskość, którą przypisuje do swojej rodziny, to mając negatywne przekonania dotyczące biznesu, niekoniecznie będzie się do niego rwała.

I to jest ok. Uważam, że nic na siłę. Najważniejsze, abyśmy nie bały się marzyć, spełniały te marzenia i były szczęśliwe. Niestety rzadko kiedy spotykam kobiety, które są w stanie odpowiedzieć na pytanie, czym dla nich jest szczęście, nie odwołując się przy tym do abstrakcji. 

Często słyszę, że szczęście jest wtedy, gdy „nie dzieje się nic złego, dzieci są zdrowe, jest za co jeść i żyć”. Aaaa, no i jeszcze, że „jest dach nad głową”.

I to jest z jednej strony super – faktycznie takie docenianie tego co mamy, ale z drugiej strony, to jest złe, bo przesuwamy własne szczęście na koniec kolejki. 

Mamy więc pewien paradoks: przed tym by założyć firmę i wyjść ze schematu dom-praca, blokuje nas właśnie bycie w tym schemacie, bo bardzo łatwo wpada się wtedy w pułapkę „ostatniego w kolejce” po szczęście.

Bierzemy, co mamy będąc za to wdzięczne, i nie dochodzi do nas, że możemy żyć inaczej.

I powiem Ci, że ja uważam, że nie wystarczy, że będziemy się cieszyć z tego, co mamy. Uważam, że należy wziąć życie we własne ręce, zdefiniować słowo szczęście i podążać za nim. Może po drodze okaże się, że jest tam miejsce na własny biznes 🙂

 

 

Kiedyś pytałam Czytelniczki, z czym im się kojarzy hasło ,,kobiecy biznes’’. Odpowiedzi były różne, ale wśród nich – mały biznes, błahy, nieopłacalny, niepoważny, na chwilę. Czy tylko mi się wydaje, czy same sabotujemy nasze działania, nadając im mniejszą rangę?  

Pamiętam ten post. Również się wtedy wypowiedziałam. 🙂

Pamiętam również odpowiedzi. Przyznam, że przykro mi było czytając niektóre z nich. 

Jednak takie definicje „kobiecego biznesu” nie wzięły się z powietrza. Zbudowane zostały na bazie przekonań – nabytych, i tych własnych. 

Być może w rodzinie była kobieta, której biznes nie wypalił. Albo przyjaciółka ma firmę sprzątającą, która nie zatrudnia pracowników, a wszystkie obowiązki wykonuje osobiście. A może partner w codziennej rozmowie rzuca mimochodem, że „Janek to robi prawdziwy biznes!”.

Ale Ty również masz rację. Sabotujemy nasze działania i strasznie sobie umniejszamy. Dla przykładu, jeśli coś poszło nie tak jak planowałyśmy, to mówimy „zawaliłam”, a jeśli osiągnęłyśmy świetny wynik, to mówimy, że nam „się udało”. No jasne, z pewnością SAMO SIĘ udało.

Przedziwne jest to, z jaką chęcią zbieramy baty, ale żeby się docenić, powiedzieć sobie coś miłego, to nieeee…

Moim zdaniem, problemem jest niska samoocena, która wpływa przecież na pewność siebie. Gdybyśmy nie miały z nią problemu, to nie miałybyśmy również problemu z oddzieleniem, co jest naszym przekonaniem, a co narzuconym. 

 

Jak myślisz, skąd w nas kobietach taka mała pewność siebie? A to właśnie brak tej pewności jest głównym czynnikiem, który zatrzymuje nas w miejscu i uniemożliwia rozwój. 

Zdecydowanie się zgadzam, że właśnie mała pewność siebie, lub nawet jej zupełny brak, jest głównym czynnikiem naszego „zastoju”. 

Pytasz skąd? Myślę, że z domu. Zwróć uwagę na to, że będąc dziećmi, nie miałyśmy takich problemów. To był świat zabaw, testów i wiecznej kreacji. Ale w pewnym momencie zaczął być światem ograniczeń. „Nie rób tak, bądź grzeczna, to nieładnie, a to nie wypada”. 

Skutek jest taki, że w dorosłym życiu boimy się wykonać jakikolwiek krok, bo boimy się oceny. Już nie ze strony dorosłych, a otoczenia. 

Wyjścia są dwa. 

Pierwsze, to terapia i przepracowanie dzieciństwa. Pójście do terapeuty nie oznacza bycie szaloną, choć mam wrażenie, że wiele kobiet tak uważa. Moim zdaniem, szaleństwem jest tego nie zrobić, gdy sama sobie nie radzę z przeszłością. 

Drugie, to zmienić otoczenie. Zdaję sobie sprawę z tego, że potrzeba przynależności jest jedną z naszych głównych potrzeb. Chodzą nawet słuchy, że powinna być zrównana z potrzebami fizjologicznymi w Piramidzie Maslowa. 

Ale do jasnej ciasnej, niech nie liczy się ilość, a jakość, zawiązywanych przez nas relacji.

Warto więc otoczyć się ludźmi, którzy pociągną nas w górę, a tych którzy ciągną w dół, przepraszam za brutalne nazewnictwo, należy się pozbyć.

Z prostego zresztą powodu – to oni sprawiają, że nasza pewność siebie jest taka mała. Jeśli więc nic z tym nie zrobimy, będzie jeszcze gorzej.

Często słyszę od kobiet „ale ja sobie nie poradzę sama” i wtedy wiem, że jej to wmówiono. 

Nie zrozum mnie źle. Nie namawiam do bycia niezależną super kobietą, co to jest taka samowystarczalna. Nic z tych rzeczy. Cenię sobie niezależność, ale we współzależności. Uważam jednak, że tylko ktoś o małej pewności siebie uzna, że sobie nie poradzi, bo po prostu w siebie nie wierzy. 

Dlatego tak ważne jest to, kogo mamy przy siebie. 

Warto również od czasu do czasu skoczyć na jakieś szkolenie, gdzie na pewno spotkamy ludzi podobnych do siebie. W końcu coś sprawiło, że spotkaliśmy się właśnie w tym miejscu.

To nie tylko wiedza, ale i energia, której rzadko kiedy można doświadczyć siedząc w domu.

Z doświadczenia Ci powiem, że power jaki dostaje na szkoleniach, pozwala mi po powrocie z nich, na wykonanie tygodniowej pracy w ciągu 2 dni 🙂

Głowa pełna pomysłów, dużo inspiracji, chęć do działania i ta pewność, że mogę góry przenosić. 

Przyznaję, że można się uzależnić 🙂 

 

 

A jak Ty wzięłaś sprawy w swoje ręce? Jaki ciąg zdarzeń sprawił, że to Ty dziś inspirujesz inne kobiety i uczysz je, jak wykorzystać potencjał i działać, jak prowadzić kobiecy biznes? 

Zaczęło się niewinnie od przypadkowego szkolenia. Przypadkowego, bo zdecydowałam się na nie z dnia na dzień, a jedyny cel jaki miałam, to zdobyć papierek trenerski. Już od kilku lat byłam czynnym trenerem, ludzie mnie lubili i chętnie przychodzili na moje szkolenia. Jednak w branży, w której działałam papier często był wymogiem i kilka zleceń musiałam przez to odpuścić.

To był czas, gdy działałam jak maszyna. Od zlecenia do zlecenia, od faktury do faktury. Nie miało to niestety przełożenia na wysokie dochody. 

Moje relacje z partnerem, rodziną, znajomymi były, delikatnie to ujmując, słabe. Można nawet powiedzieć, że ich nie było. 

Uważałam, że nikt mnie nie rozumie, nie kocha, i te sprawy.

I na tym szkoleniu mieliśmy moduł poświęcony pracy nad sobą. Byłam w szoku. Pamiętam, że chciałam zrezygnować. Przyszłam po papierek trenerski, a tu zupełnie nie o tym mowa!

Zostałam jednak. I tak się zaczęło. Pracowaliśmy wtedy nad odkryciem własnych życiowych wartości, nad komunikacją, zrozumieniem drugiego człowieka, ale przede wszystkim nad zrozumieniem siebie i swoich potrzeb. Doszło do mnie, że nie jestem w życiu szczęśliwa. Z partnerem jest poprawnie, ale bez szału, pracuję dużo, ale efektów finansowych brak, a w dodatku już dawno nie mieszczę się w moją ukochaną „eskę” i wyglądam jakbym była co najmniej 10 lat starsza!

Zrozumiałam wtedy, że nic się nie zmieni, jeśli ja czegoś nie zmienię. Zaczęłam więc od zmiany nastawienia do siebie. Przyznałam głośno, że „istnieje takie prawdopodobieństwo”, że to właśnie we mnie tkwi problem, a nie w otoczeniu.

Wróciłam po szkoleniu do domu i zaczęłam testować zdobytą wiedzę (jestem zadeklarowanym praktykiem!). 

Efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania! Okazało się, że powiedzenie drugiej osobie bez powodu „jestem z Tobą szczęśliwa” sprawia, że dzień jest dużo przyjemniejszy. I to dla każdej ze stron.

Na szkoleniu poznałam style komunikowania się i typy osobowości. I nie była to wiedza jedynie teoretyczna. Nagle rozmowy z partnerem stały się jakby.. lżejsze. 

Tak zaczęła się moja przygoda z samorozwojem. Każde kolejne szkolenie, to wiedza, którą od razu wprowadzam w życie. Testuję. Jeśli mi odpowiada i się sprawdza, zostawiam. Jeśli to jednak nie dla mnie rozwiązanie, parkuję na przyszłość, bo może się przydać np. moim kursantom.

Można więc powiedzieć, że wzięłam sprawy w swoje ręce, dopiero gdy zrozumiałam, że żyję w świecie nie swoich przekonań.

Na przykład w przeszłości nauczyłam się, że obrażeniem się na kogoś załatwię wszystko, więc gdy tylko coś szło nie po mojej myśli, był foch przez duże „F”.

Miałam też takie przekonanie, że „prywaciarz” na pewno dorobił się kantując, a uczciwi ludzie muszą ciężko (w znaczeniu dużo) pracować, aby do czegoś dojść. 

Były również lęki, typu „jeśli dzwoni klient, to znaczy, że coś na pewno (!) zrobiłam niezgodnie z umową” oraz zalatujące o fanatyzm, bronienie swojego zdania (niekoniecznie zawsze miałam rację, ale wtedy wkraczał do akcji foch).

Nigdy nie mówiłam o swoich potrzebach i oczekiwaniach, i miałam pretensje, że druga strona się tego nie domyśla.

A już zupełnym hitem było przyklejenie łatki „nie kochasz mnie” do każdego zachowania partnera, w którym odbiegał od tych wszystkich filmowych romansideł. No wiesz, kwiaty, czekoladki, spacery o zachodzie słońca, serenady pod oknem, itp.

Dzisiaj mam swoje przekonania, które są przede wszystkim oparte o fakty. Ale nie powiem, że było to łatwe, bo nie było. 

Trzeba przyznać się do popełnionych błędów i wziąć odpowiedzialność za swoje życie. 

Przestać zwalać winę za niepowodzenia na innych lub na otoczenie. Zrozumieć, że mamy w życiu to na co się godzimy. A jeśli się jednak na to nie godzimy, to musimy coś z tym zrobić, bo „samo się” nie zrobi. 

Zrozumiałam bardzo ważną rzecz wtedy: chcesz zmieniać innych, zmień najpierw siebie.

Później trochę to poszerzyłam o: chcesz kochać innych, pokochaj siebie. I właśnie z tym miałam chyba największą trudność. Ale to już opowieść na inny wywiad 🙂

A co sprawiło, że dziś to ja inspiruję i uczę inne kobiety?

Wydaje mi się, że to jest naturalna kolej rzeczy. Okazało się, że jak poukładałam siebie, to poukładały się również sprawy wokół mnie. Oczywiście nie same. To ja je poukładałam, ale wiem, że nie byłoby to możliwe bez pracy nad sobą.

W między czasie zrozumiałam, że bieganie od celu do celu i osiąganie ich dla samego osiągania, nie ma większego sensu. Poszukiwania wizji i misji w życiu doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Moją wizją było stworzenie najlepszej wersji siebie. Wiem, że brzmi to dość abstrakcyjnie, ale nadałam temu swoją interpretację. 

W moim odczuciu, każdego dnia tworzę najlepszą wersję siebie. Nie perfekcyjną, ale najlepszą – na dany moment. Poprzez ciągłą pracę nad sobą, cały czas się zmieniam. Podoba mi się, że to taki nieskończony proces, który wymusza, abym nie spoczęła na laurach.

Moją misją z kolei jest edukowanie. Nie chcę trzymać wiedzy, którą zdobywam wyłącznie dla siebie, bo szkoda marnować taki potencjał. Sama jestem przykładem, że warto pracować nad sobą, dlatego chcę zarażać swoją wizją. Każdego dnia zróbmy mały krok ku lepszej JA, a gwarantuję, że zyska na tym więcej niż jedna osoba. 

Cieszę się, gdy widzę, że moja wiedza zmienia czyjeś życie. Lubię pomagać. Tym bardziej, że mam taką możliwość.

 

Boisz się zmian?

Nie. Choć przyznam, że kiedyś panicznie się ich bałam. Kojarzyły mi się z zagrożeniem. Dzisiaj dostrzegam w nich szanse. 

Nie zawsze zmiany, które zachodzą w moim życiu mi się podobają. Czasem zdarza się coś, co zupełnie nie jest po mojej myśli. Ale zamiast rozpaczać, myślę sobie „jakie otwiera mi to możliwości?”.

Patrzę na to co przede mną, a nie na to co za mną. 

Wiele kobiet, które spotykam na swojej drodze boi się zmian. 

Nie dziwię się, bo z reguły zmiana kojarzy się ze stratą czegoś. Powtarzam wtedy, że życie nie lubi próżni i gdy coś stracą, to coś innego zyskają. Zresztą tak samo jest w drugą stronę. Każdy zysk niesie za sobą stratę. No chyba, że mowa o bilansie np. spółki 🙂

 

 

Uwielbiam pracować w grupie. Uważam, że jako element zespołu jestem dużo bardziej efektywna. Czy dlatego pracujesz z kobietami na szkoleniach, a nie spotkaniach indywidualnych? 

 

Od kilku lat pracuję z kobietami indywidualnie oraz w grupie. Różnica jest kolosalna. Pracuję w formule jeden na jeden, wyłącznie wtedy, gdy drugiej stronie zależy na szybkich rozwiązaniach (jestem doradcą biznesowym), ale przyznaję, że wolę prowadzić szkolenia. Nie chodzi jednak o mój komfort, a o to co dzieje się na sali szkoleniowej. Podczas indywidualnych sesji, pracuję na zasobach i potencjale tej konkretnej kobiety. Na sali szkoleniowej, każda kobieta pracuje w oparciu o swoje zasoby i potencjał, jak i o zasoby i potencjał innych kobiet. Nie raz powstaje z tego prawdziwa petarda!

Dodatkowo, nagle okazuje się, że „oooo, to nie tylko ja mam taki problem?” i pewność siebie wzrasta. Uwielbiam na to patrzeć.

Plus to o czym Ty wspomniałaś. Każda z tych kobiet jest jednostką, ale razem tworzą całość, i to co wychodzi z tego połączenia, często jest zdziwieniem nawet dla nich samych.

 

Osobiście uważam, że kobietom często brakuje odwagi. Niby w teorii wszystko jest jasne, ale w praktyce – brakuje tej odwagi, która pomoże zrobić pierwszy krok. Wciąż, generalizując, czekamy na pozwolenie, że możemy, że jesteśmy gotowe. Czekamy, aż ktoś zrobi ten pierwszy krok za nas. Bo brakuje nam odwagi. Też to zauważyłaś?

Niestety tak. Co dziwne, gdy los spłata nam figla, jakoś zadzieramy kiecę i działamy. I często na koniec mamy takie podsumowanie: „eee no, nie było nawet tak strasznie”.

Tylko po co czekać, aż los za nas zdecyduje? 

Brak odwagi wiąże się z brakiem pewności siebie. Po prostu boimy się, że nie wyjdzie. W sumie logiczne, bo jeśli byłybyśmy pewne, że wyjdzie, to pewnie byśmy działały.

W przypadku małej pewności siebie wspominałam już wyżej, że warto rozważyć terapię i zmianę otoczenia.

Ale ważne jest również, aby codziennie wzmacniać swoją pewność siebie. 

Pomóc mogą afirmację, choć znam Twoje zdanie na ten temat 🙂 Wzmocnienie samooceny również pomaga uwierzyć w siebie, a w konsekwencji, odważyć się na więcej.

 

Do kogo kierujesz Szkolenie „Nowy Start… Czas Start!”?

Szkolenie nie bez powodu nazwa się „Nowy Start.. Czas Start!”. Zastanawiając się nad nazwą przyświecał mi dawno temu zasłyszany tekst „to będzie pierwszy dzień reszty Twojego życia”. Takie symboliczne przebudzenie. Nowy Start.

Dlatego szkolenie kieruję do kobiet, które są na takim etapie swojego życia, że czują, że coś je uwiera, że coś jest nie tak jak powinno być, mają poczucie stania w miejscu, i zdecydowanie nie mają poczucia, że są szczęśliwe, a jednocześnie chciałyby to zmienić i odkryć własną definicję szczęścia.

To szkolenie dla kobiet, które straciły wiarę w to, że ich marzenia są możliwe do zrealizowania, mają wyrzuty sumienia, że zbyt wiele czasu poświęcają na życie prywatne lub zawodowe, czują, że brakuje im odwagi do działania, a ich relacje z bliskimi pozostawiają wiele do życzenia, bo dokładnie nad tym będziemy pracować podczas szkolenia. 

Wreszcie, to szkolenie skierowane do kobiet, które poszukują motywacji i przysłowiowego „kopa” do działania. 

 

Czujesz, że to jest to wsparcie, którego kobiety potrzebują na start?

Czuję, że to jest wsparcie, którego kobiety potrzebują cały czas. 

Choć przyznaję, że to odpowiedź przez pryzmat mojej osoby. Mam nadzieję, że nie będzie w moim życiu takiego momentu, w którym powiem „już nie potrzebuję wsparcia”. A jeśli tak będzie, to liczę, że ktoś mną mocno potrząśnie.

Tematy, które wybrałam na szkolenie nie są przypadkowe. Przeprowadziłam setki rozmów z kobietami na temat ich zadowolenia z życia prywatnego i zawodowego. Tylko co trzecia kobieta odpowiedziała, że jest w pełni zadowolona ze swojego życia. Ale nawet te kobiety przyznały, że niskie poczucie własnej wartości zabija nasz potencjał, a zbytni perfekcjonizm powoduje, że czasem „nie wyrabiamy”, co stanowi dla nas potwierdzenie, że się „nie nadajemy”.Przyznajemy się również do problemu łączenia obowiązków rodzinnych z pracą i do tego, że czasami brak nam umiejętności skutecznego zarządzania sobą w czasie. 

Celowo piszę „nam”, ponieważ również miewam gorsze dni.

Wchodzę w coraz śmielsze projekty i często stoję przed dylematem „czy jestem wystarczająco dobra, żeby spróbować?”, a potem dostaję wsparcie, które motywuje mnie do działania, i działam. Po kilku miesiącach pukam się w głowę i zastanawiam, skąd wzięły się tamte obawy 🙂

Mam poczucie, że każdego dnia robimy jakiś mały czy może nawet mikro start w nieznane, dlatego właśnie uważam, że wsparcie, które chcę dać kobietom poprzez to szkolenie, to wsparcie, którego my kobiety potrzebujemy cały czas.

 

 

____________________________________________________

Zapraszam Was serdecznie na szkolenie stworzone i prowadzone przez Dankę Piasecką.

 

Wyobraź sobie, że trafiasz do miejsca, gdzie inne kobiety, podobnie ja Ty, mierzą się ze swoimi słabościami. Szukają sposobu na wzmocnienie samooceny. Chcą odnaleźć balans między życiem prywatnym a zawodowym. Mają plany, cele i marzenia, ale brak im pomysłu lub wiedzy, jak zacząć działać. A dodatkowo zależy im, aby ich relacje były trwalsze i bardziej wartościowe.

To właśnie szkolenie „Nowy Start.. Czas Start!”.

 

LINK do BILETÓW 

Rozmowy

Mam upośledzone dziecko. To ekstremalne macierzyństwo.

9 grudnia 2019 / Marta Osadkowska

W tych gorszych chwilach myślałam sobie: „Może będzie mniej sprawna niż rówieśnicy, może będzie wolniej rozwijać się ruchowo, ale nadrobi intelektem, bo tak mądrze jej z oczu patrzy”.

Kiedy okazało się, że nie ma na to szans, to był straszny cios. Upośledzone dziecko to nie dar.

Jak wygląda codzienność z małym człowiekiem, z którym nie sposób się porozumieć? Gosia ma upośledzone dziecko i codziennie wstaje do walki. Wie, że nie może mieć nadziei na lepszy dzień, spokojniejszy wieczór. A nic nie wskazywało na to, że jej córka będzie ciężko chora. Opowiada nam swoją historię, bez upiększania, bez udawania super bohaterki. Życie z upośledzonym dzieckiem jest bardzo trudne i wyczerpujące. W świecie, gdzie największą wartością jest luz, dobra zabawa i szczęście, nie ma miejsca na dramat i cierpienie. Łatwiej udawać, że go nie ma, wtedy nic nie psuje naszej fajnej przestrzeni. Gosia podkreśla, że nie jest głosem wszystkich matek – ona ma łatwiej, mieszka w stolicy, ma środki na leki i przedszkole integracyjne, ma wsparcie rodziny i możliwość rehabilitowania córki. Powiedziała mi „nie mam prawa narzekać’’. Czy nie ma? Sami przeczytajcie. 

Gdy mam zły dzień, taki, że ledwo stoję, myślę sobie: no dobra, masz zdrowe dzieci, dwie ręce, będzie dobrze. U Ciebie ten największy koszmar każdego rodzica – nieuleczalnie chore dziecko – się ziścił. Jakie to uczucie? Co ma w głowie rodzic chorego dziecka?

 Czasem po prostu smutek, a czasem wściekłość, bezradność, frustrację. Nadzieję w niektórych chwilach. U nas najpierw był wielki szok. Przez prawie całą ciążę wszystko było ok. Pod koniec okazało się, że córka za wolno rośnie. Wydawało się, że to jedyny problem i moment, kiedy się urodzi będzie końcem, a nie początkiem problemów… Miała się urodzić, a potem spokojnie sobie tyć. Po urodzeniu wszystko zaczęło się sypać jak domino… Codziennie okazywało się, że znajdują kolejne nieprawidłowości – najpierw źle wyszło badanie słuchu, a potem echo serca. Miała obniżone napięcie mięśniowe, nie chciała jeść. Ja przez pierwsze dni leżałam na sali z mamami i dziećmi, ale potem przeniosłam się do pojedynczej sali, bo trudno mi było to znieść.

Pamiętam wielki strach i niepewność – nie wiadomo było, kiedy wrócimy do domu i co dalej z nią będzie. Oczywiście miałam też myśli, że to ja „wykrakałam”, bo czasami mówiłam sobie, że do tej pory wszystko mi się w miarę w życiu udaje i w końcu musi wydarzyć się coś złego. Do dzisiaj czuję ścisk żołądka w okolicy szpitala. Przerobiliśmy w sumie pewnie z pół roku szpitali, kilka operacji, 3 tygodniowy pobyt na OIOMie, sepsę … Na początku priorytetem było działanie i walka o życie.

Jednak w tych gorszych chwilach myślałam sobie: „Może będzie mniej sprawna niż rówieśnicy, może będzie wolniej rozwijać się ruchowo, ale nadrobi intelektem, bo tak mądrze jej z oczu patrzy”. Kiedy okazało się, że nie ma na to szans, to był straszny cios.  

W jaki sposób dowiedziałaś się o tym? Jak duża była już wtedy Hela?

Działo się to właściwie stopniowo – najpierw sama diagnoza wady genetycznej, miała wtedy ok. 2 lat. Ale na początku nikt właściwie nie wiedział dokładnie z czym to się wiąże i czego możemy się spodziewać – nie było powiedziane, że na pewno będziemy mieć do czynienia z niepełnosprawnością umysłową. Myślę, że około 5 roku życia stało się to już mniej więcej jasne. Samo wpisanie w papiery niepełnosprawności umysłowej w stopniu umiarkowanym to było pewnie około 6-7 roku życia – kiedy staraliśmy się o orzeczenie na potrzeby edukacji szkolnej. Ale wtedy już w pełni zdawałam sobie z tego sprawę. 

Rozwinięcie historii właściwie jest w kolejnym punkcie 😊

Kiedy dowiedziałaś się o chorobie Heli? I co to za choroba?

Na samym początku problemem były choroby fizyczne – przede wszystkim wada serca, o której dowiedzieliśmy się kilka dni po urodzeniu. Operacja miała teoretycznie załatwić sprawę. Po tygodniu przenieśli nas na kardiologię, gdzie pierwszej nocy dostała sepsy. I mnie przy niej nie było. Lekarze i rodzina odesłali mnie do domu, żebym chociaż jedną noc odpoczęła. Pamiętam tylko jakieś urywki z tego dnia. Na szczęście lekarze byli przytomni i zareagowali szybko.

Po 3 tygodniach miała pierwszą operację. W domu pierwszy raz byliśmy po 6 tygodniach. Pamiętam, jak pierwszy raz położyliśmy ją w łóżeczku i włączyliśmy jej karuzelkę… Przez moment wydawało mi się, że wszystko się jakoś ułoży, skoro już jesteśmy w domu.

Skupiliśmy się na tym, żeby brała leki i jadła, bo nadal był z tym wielki problem. Najbardziej była zainteresowana spaniem. Gdyby jej nie budzić, to mogłaby spać i spać. Nie poznałam przy niej częstych pobudek – to ja musiałam ją budzić. Nie miała w ogóle problemów z zasypianiem – przyzwyczaiła się do szpitalnych warunków.

Właściwie nie płakała. Wyjątkiem było pobieranie krwi, które potrafiło trwać nawet pół godziny. Gdzieś po drodze lekarze odkryli jeszcze jedną wadę serca. Chodziliśmy na kolejne kontrole, sprawdzaliśmy kolejne rzeczy. Zaczęliśmy rehabilitację w związku z obniżonym napięciem mięśniowym – rehabilitantka przychodziła do nas do domu. Próbowaliśmy jednak żyć w miarę normalnie – chodzić na spacery, spotykać się z rodziną i znajomymi.

W lecie, kiedy miała ok. 5 miesięcy, zaczęła nieco gorzej wyglądać i przy kolejnej kontroli okazało się, że nie jest dobrze. Zaczęli podejrzewać nadciśnienie płucne, chociaż jej druga wada teoretycznie nie powinna go powodować. Żeby potwierdzić nadciśnienie, trzeba było zrobić cewnikowanie serca. Bardzo się go bałam, chociaż to niby standardowe badanie, szczególnie, że rano zaczęła mieć katar i trochę kaszleć. Zgłosiłam to lekarzom, ale po zbadaniu stwierdzili, że nic się nie dzieje i można robić zabieg. Kiedy przywieźli ją na górę po udanym badaniu, odetchnęłam na chwilę. Po godzinie jej stan zaczął się pogarszać i zabrali ją na OIOM. Pamiętam tylko, że wzięłam 2 relanium i leżałam otępiała na rozkładanym leżaku.

Pamiętam też, że 2 dni później, jak zadzwoniłam rano dowiedzieć się o jej stan, to pani powiedziała, że kilka minut temu ją reanimowali. Walka o wyjście z OIOMu trwała 3 tygodnie. OIOM opuszczaliśmy z lekami, diagnozą nieuleczalnego nadciśnienia płucnego i kontaktem do hospicjum. Druga operacja serca nie była wskazana – lekarze uznali, że przy takiej diagnozie wręcz jej pomaga.

Zastanawialiśmy się, jak będzie wyglądało nasze życie i kiedy Hela będzie musiała zacząć nosić ze sobą butlę z tlenem. Z OIOMu wróciliśmy jeszcze na kardiologię i spędziliśmy tam kolejny miesiąc, bo znowu przestała jeść. Miesiąc w mikroskopijnej sali z kilkoma matkami i dziećmi, w 30-stopniowym upale, bez klimatyzacji… Na całym oddziale były 2 toalety i jedna wspólna łazienka dla wszystkich. Niektóre mamy z innych miast spędzały tak po kilka tygodni – nie miał kto ich zmienić, a one nawet nie bardzo mogły wyjść, żeby kupić sobie coś do jedzenia czy się wykąpać. Udawało się czasami, jak dzieci spały. Kilka razy udało nam się zostać samym w sali na dzień czy noc, bo wszystkich wypisali – wtedy czułam się prawie jak w 5 gwiazdkowym hotelu…

W końcu wypuścili nas do domu z sondą, której udało się po jakimś czasie pozbyć, dzięki ogarniętemu lekarzowi. Ale niejadkiem była długo.

Nauczyliśmy się nowego rytmu życia z lekami i wizytami ludzi z hospicjum. Ja grzebałam w Internecie w poszukiwaniu jakiejkolwiek nadziei, sprawdzałam, jak radzą sobie inni żyjący z jej chorobą… Kontynuowaliśmy rehabilitację, bo Hela nawet jeszcze dobrze nie podnosiła głowy. Nie działo się nic niepokojącego, więc odrobinę odetchnęliśmy.

Trudno było uwierzyć, że ma nieuleczalną chorobę. Pierwsze badania genetyczne wyszły dobrze, więc uśpiło to naszą czujność w kwestii genetyki.

Kiedy Hela miała 1,5 roku przy okazji pobytu w szpitalu z zapaleniem oskrzeli jedna z lekarek stwierdziła, że według niej obraz RTG Heli się nieco zmienił i wygląda na to, że nadciśnienie może być odwracalne i warto rozważyć operację. Wróciliśmy na nasz oddział i lekarze wstępnie potwierdzili diagnozę, ale konieczne było ponowne cewnikowanie serca… Wiadomo, że umieraliśmy ze strachu. A jednocześnie wiedzieliśmy, że to dla niej szansa.

Tym razem udało się bez komplikacji, a Helę od początku roznosiła energia, chociaż nie umiała jeszcze chodzić. Zaczęła siadać, jak miała 1,5 roku, a potem raczkować.

Operacja była wyznaczona na grudzień, a z powodu przeziębienia przełożono ją na piątek 13.01.  To był szczęśliwy piątek – Hela pozbierała się ekspresowo. I okazało się, że operacja faktycznie rozwiązała wszystkie nasze problemy – Hela jeszcze kilka miesięcy brała leki i sprawa z sercem została właściwie zamknięta. Hela jest zdrowa. Można uznać to za medyczny cud.

Równocześnie z radością z powodu odzyskanego życia, zaczęliśmy coraz bardziej niepokoić się o jej rozwój intelektualny. Była bardzo do tyłu i trudno było to wciąż zrzucać na pobyty w szpitalu. Zrobiliśmy też bardziej szczegółowe badania genetyczne – okazało się, że Hela jednak ma wadę. Nienazwaną. Delecja fragmentu 7 chromosomu. Nasi lekarze nie znali drugiego identycznego przypadku. Uznali tylko, że to przyczyna wszystkich jej problemów i trudno powiedzieć, jak będzie dalej z jej rozwojem.

Ta niewiadoma była z jednej strony straszna, ale z drugiej dawała nadzieję, bo Hela była jeszcze dość mała.

W związku z całą sytuacją nie wróciłam do pracy przez 3,5 roku i poszłam na zasiłek pielęgnacyjny.

Poza rehabilitacją chodziłyśmy na zajęcia w ramach Wczesnego Wspomagania Rozwoju. Hela zaczęła chodzić, jak miała 2,5 roku. Wtedy też pojechaliśmy z nią na pierwsze prawdziwe wakacje – do znajomych na Lazurowe Wybrzeże. Po wakacjach poczułam, że muszę zacząć coś robić i poszłam na studia podyplomowe, a rok później do pracy. Na początku z głupoty, niskiej samooceny i kompleksów z powodu długiej przerwy zgłosiłam się na staż, chociaż przed urodzeniem Heli normalnie pracowałam.

Hela poszła do przedszkola integracyjnego niedaleko domu i dobrze się tam czuła. Tam też poznałyśmy naszą wspaniałą logopedę, do której chodzimy do dzisiaj.

W przedszkolu na początku było w miarę ok, ale potem coraz wyraźniejsza zaczęła robić się przepaść między Helą a innymi dziećmi. Nie umiała się bawić, zaczepiała wszystkich. Zaczęły też pojawiać się problemy z zachowaniem. Przez pierwsze 3 lata Hela była wesołym i bezproblemowym aniołem – aż nie wierzyłam, jak to możliwe, że traumy szpitalne w ogóle się na niej nie odbiły. Od 3-4 roku życia z każdym rokiem jest coraz gorzej. Wszystko jest na nie i na siłę, a Hela jest coraz większa i silniejsza, co jeszcze bardziej utrudnia.

Rzadko się zdarza, że powiem jej np. żeby umyła ręce, a ona pójdzie i to zrobi. Często jest w niej jakiś wewnętrzny niepokój, jest rozdygotana, zaniepokojona. Kiedy idziemy gdzieś na piechotę i trzymam ją za rękę, cały czas czuję w tej ręce opór. Wydaje mi się, że sama nie czuje się dobrze ze sobą. Trochę mówi, ale bardzo niewyraźnie i nie jest w stanie konstruować skomplikowanych zdań, ani opowiedzieć o czymś. Ale jest w stanie powiedzieć, co chce (chociaż zwykle sekundę później zmienia zdanie), więc to trochę ułatwia. Nie do końca wiem, czy ona rozumie wszystko, bo potrafi powtarzać przez pół dnia jedno zdanie albo pytanie, chociaż odpowiadałam na nie tysiąc razy. Czasem mam wrażenie, że ona po prostu mówi to, co umie, niezależnie od tego czy jest to adekwatne do sytuacji, czy nie. Nie potrafi też podejmować decyzji – paraliżuje ją to i zmienia zdanie mnóstwo razy.

Ma dużo różnych obsesji i fiksacji, bardzo trudno ją na dłużej zadowolić. Nawet jak pełna dobrych intencji chcę z nią zrobić coś, co lubi (np. iść na lody), to kończy się to wielką awanturą i wynoszeniem z cukierni prawie 30 –kilogramowego dziecka.

Mam wrażenie, że coraz mniej rzeczy ją interesuje, nie da się z nią w żaden standardowy sposób pobawić ani do czegoś kreatywnego zachęcić. Czasami pobawi się tabletem albo poukłada przez chwilę proste puzzle – które wychodzą jej, jak się postara, ale ma duże problemy z koncentracją i często po prostu próbuje dopasowywać wszystko do wszystkiego jak leci. Dodam, że w szkole jest dużo lepiej niż w domu. Na pewno woli zabawy ruchowe niż intelektualne. Lubi się kąpać, lubi wisieć na czym się tylko da…

Od roku chodzimy na hipoterapię, a niedawno zaczęła chodzić w swojej szkole na capoeirę. Szczerze mówiąc nie wiązałam z tym dużych nadziei – ale zaskoczyła mnie. Wydaje się, że trochę ogarnia – pokazuje fragmenty układów. To pierwszy raz od dawna, kiedy mogę ucieszyć się z jakiejś nowej umiejętności. Poza tym Hela bardzo lubi mocne wrażenia, potrzebuje dużo stymulacji. Lubi przyciskanie, masaż twarzy, masaż szczotką.

Hela preferuje nasze silne reakcje i negatywną uwagę, więc bardzo często próbuje nas testować i za wszelką cenę walczy o tę uwagę. Mam wrażenie, że Hela woli, jak się na nią zezłoszczę, niż ją pochwalę. Chyba negatywne emocje są dla niej po prostu bardziej wyraziste – również, jeśli chodzi o mimikę. 

Mamy też duży problem z onanizmem – tak, niestety takie rzeczy też istnieją i takie dzieci jak Hela nie zawsze rozumieją, że skoro już nie są w stanie się powstrzymać, to powinny przynajmniej zajmować się tym na osobności. 

 

Jak reaguje wtedy otoczenie? 

To raczej u nas sprawa „domowa”, często z nudów. Wszyscy już chyba się przyzwyczaili. Jeśli nie jesteśmy w stanie odwrócić jej uwagi (a często nie jesteśmy, bo jak już mówiłam, trudno ją czymś zainteresować), albo przekierować ją do jej pokoju, to po prostu przestajemy zwracać na to uwagę. 

Mam wrażenie, że bardzo długo mieliście nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że kolejna operacja naprawi sytuację.

W kwestiach czysto fizycznych, czyli tych związanych z sercem – to wiadomo, mieliśmy najpierw nadzieję, że pierwsza operacja załatwi sprawę. Potem po tych najcięższych przejściach mieliśmy okres zawieszenia i braku nadziei – czyli wtedy, kiedy miała perspektywę nieuleczalnej choroby. Potem znowu pojawiła się nadzieja – ale tutaj mieliśmy rację – bo faktycznie wydarzył się ten medyczny cud i fizycznie jest zdrowa. Jeśli chodzi o rozwój umysłowy, to nadzieję mieliśmy pewnie przez pierwsze 2-3 lata – tłumaczyliśmy sobie, że to przez szpital i przez jej przeżycia, że może być do tyłu o te wszystkie miesiące, które spędziła w szpitalu. Czasami słyszało się historie w stylu „Znam kogoś, kto zna kogoś, kogo dziecko zaczęło mówić w wieku 4 lat”. Potem stopniowo nadzieja topniała.  

Jak zareagował Twój mąż, rodzina, przyjaciele?

Szczerze? Mam dziury w pamięci z tamtego okresu i nie pamiętam, jakie były reakcje wszystkich.

Na pewno wszyscy byli przerażeni. Ale nikt się też od nas nie odwrócił i nie zostawił nas z tym samych. 

A z tego najgorszego czasu to nie pamiętam nawet, jak spędzałam wolny czas poza godzinami odwiedzin na OIOMie. Nie pamiętam, czy siedziałam w domu, czy się z kimś spotykałam. Czy czytałam książki albo oglądałam seriale? Pamiętam tylko rogaliki z malinami w pobliskiej kawiarni na śniadanie przed otwarciem OIOMu. Do dzisiaj trudno mi tam przychodzić. I dźwięk laktatora, którym katowałam się z marnymi efektami przez pół roku.

I to, że było gorąco. 

Czy masz wsparcie? Od bliskich, od jakiejś instytucji?

Od początku mamy dużo wsparcia. Cała rodzina była zaangażowana w pomoc. W szpitalu wszyscy wymienialiśmy się przy Heli – rzadko zdarzało się, żebym musiała dyżurować np. dobę z rzędu. Mogłam iść do domu, umyć się, odpocząć chwilę.

Nie wiem, jak te mamy z innych miast koczujące przy łóżeczku po kilka tygodni dawały radę. Ja nie wiem, czy bym to wytrzymała bez wsparcia.

Nadal mamy pomoc ze strony rodziny, ale im Hela jest starsza i silniejsza, tym jest trudniej. Moja mama na przykład już nie ma siły się z nią szarpać i nie wyjdzie z nią z domu sama. Muszą być razem z tatą. Czasem zawożę Helę na nocowanie do rodziców albo do drugiej babci, żeby mieć od czasu do czasu spokojny poranek, albo jeśli chcę się z kimś spotkać. W lecie zwykle spędzamy większość czasu razem na działce. W wakacje Hela spędza też na ogół kilka dni na działce u teściowej. Czasem mąż zabiera Helę na kilka dni na Mazury do znajomych, żebym od niej odpoczęła.  Ale na pewno Hela jest już zbyt wymagająca, żebym np. zostawiła ją dziadkom na tydzień. 

Po zajęciach w ramach Wczesnego Wspomagania Rozwoju w państwowej poradni i prywatnym przedszkolu integracyjnym, Hela poszła do szkoły specjalnej. To już był ten moment, kiedy było wiadomo, że integracja to dla niej za mało i nie ma szans dogadania się ze zdrowymi dzieciakami. Z jednej strony smutek, a z drugiej trochę ulga, że wiadomo, na czym się stoi, i że trzeba się z tym oswoić. Dla mnie to na pewno więcej luzu – nie stresuję się, że Hela kogoś zaczepia, albo że nie potrafi się bawić. Ma zapewnioną opiekę do 17, więc w tygodniu jakoś to wszystko działa. W weekendy jest najtrudniej, bo się nudzi, a jednocześnie nie umie się niczym zająć. 

W ferie i wakacje korzystamy też z „Lata” i „Zimy w mieście” dla dzieci ze szkół specjalnych. 

Poza tym nie korzystamy z żadnej instytucjonalnej pomocy, ani nie jesteśmy pod opieką żadnej fundacji. Myślę, że są dzieci, które bardziej tego potrzebują. Nie ukrywam, że jesteśmy w dość uprzywilejowanej pozycji. Mieszkamy w Warszawie, więc nie mamy problemu z dostępem do terapii, lekarzy czy szkół. Nie potrzebujemy też żadnych specjalistycznych sprzętów poza okularami czy wkładkami do butów od czasu do czasu. W tym momencie poza zajęciami w szkole chodzimy prywatnie raz w tygodniu na terapię funkcjonalną, raz do logopedy i raz na hipoterapię. 

Jak wygląda codzienność z tak chorym dzieckiem? Jak wygląda poranek, budzenie do szkoły i te wszystkie codzienne czynności?

Rano trzeba zwykle wyjmować Helę z łóżka, bo nie chce sama wstać. Jest oczywiście wkurzona, ale jakoś dajemy radę. Stosuję metodę znaną wielu rodzicom – jeśli mogę, to kładę ją spać w ubraniu na następny dzień. 😉

Idziemy do łazienki, myjemy zęby i czeszę ją, co zwykle wzbudza sprzeciw. Kiedy Hela czegoś nie chce, to zwykle zaczyna się wyrywać, kiwać na boki i odliczać używając jakichś losowych numerów. Jeśli Hela jest głodna, to dostaje jakąś szybką kanapkę, ale na ogół nie chce jeść. Po ogarnięciu się dosypia na ogół jeszcze na kanapie, a ja w tym czasie budzę młodszą, co jest jeszcze bardziej skomplikowane. Hela je sama, ale w kwestii estetyki jedzenia ma jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Ubierać się teoretycznie też częściowo umie sama, ale na ogół absolutnie nie ma ochoty tego robić. Tak samo z myciem rąk po przyjściu do domu – muszę prowadzić ją na ogół na siłę. Zakładanie butów trwa czasem kilka minut, bo Hela patrzy wszędzie, tylko nie na buty. 

Tak jak mówiłam, weekendy są najtrudniejsze.

W weekendy Hela zwykle wstaje wcześnie i chętnie. Czasami drzemie jeszcze chwilę z nami, ale często wyrusza od razu w stronę kuchni, żeby pogrzebać w lodówce albo szukać noży do krojenia bułki. Ewentualnie rzuca się grzebać po szafkach, bo przypomina sobie, że w którejś kiedyś był balon albo gumowa rękawiczka, albo wspina się w poszukiwaniu mąki, żebym zrobiła jej ciasto, które za minutę jej się znudzi i będzie się poniewierać po domu aż zacznie śmierdzieć. Ale awantura, żebym je zrobiła być musi. Próbuje też oczywiście budzić siostrę, która woli wstawać później. W związku z tym w weekend, jeśli Hela wstaje, to nie ma zmiłuj – trzeba wstać.

Czas od śniadania do obiadu jest na ogół najgorszy. Wszystko jest nie tak, o wszystko jest afera, i wtedy też Hela częściej dokucza siostrze – czyli po minucie grzecznej zabawy próbuję ją ciągnąć za nogi, albo popychać. Nie można niestety, póki co, zostawiać ich samych. Atmosfera w weekendowe poranki jest więc na ogół dosyć napięta.

Nie wyglądają tak, jak w marzeniach, jakie każdy pewnie kiedyś miał na temat tego, jak będzie wyglądać życie rodzinne … Nie ma przytulania się na kanapie do południa i wspólnego oglądania filmów familijnych albo grania w planszówki. Hela ma gdzieś filmy czy formy dłuższe niż piosenki na YouTube. Trudno jest też o moment ciszy, bo Hela mówi non stop. Nawet jeśli jest to powtarzanie w kółko kilku tych samych zdań (ostatnio „Nie ma jutro szkoły” powtarzane jakieś 500 razy dziennie), to i tak rzadko się zdarza, żeby chociaż 5 minut posiedziała w ciszy. Albo żeby nie mówiła, kiedy np. chcę z kimś porozmawiać. Zawsze musi być w centrum uwagi. 

Trudno mi czasem o tym mówić, bo wiem, że są osoby, które chciałyby, żeby ich dzieci powiedziały cokolwiek. Są osoby, których dzieci w każdej chwili mogą umrzeć. Są mamy, które nie mogą wyjść z domu, bo muszą cały czas być przy swoich dzieciach. Są rodzice, którzy mieszkają z chorymi dziećmi w warunkach absolutnie się do tego nie nadających. I kiedy o tym myślę, to zastanawiam się, czy w ogóle mam prawo narzekać.  Z drugiej strony są też przecież rodzice, którzy mają zupełnie zdrowe dzieci. Ja jestem gdzieś pośrodku…

Ale też nie jest tak, że nie ma w ogóle dobrych chwil. Tylko właśnie są to najczęściej chwile – czyli przytulenie, całus, miłe słowo, wspólne leżenie w łóżku,  minuta fajnej zabawy z siostrą, wyjście gdzieś bez awantury, chwile w basenie albo w kąpieli, chwile, kiedy jest w ruchu i akurat jej się to podoba.  

 

 

Masz drugą córeczkę, ile ma lat? Duże obawy towarzyszyły drugiej ciąży?

2,5. Bardzo trudno było się zdecydować – zajęło nam to kilka ładnych lat. Przez długi czas myślałam, że nie zaryzykujemy, mimo że przypadek Heli to kwestia losowa. Potem powoli zaczęłam czuć, że jednak tego chcę. Oczywiście stresowałam się w ciąży, ale szczerze mówiąc obawiałam się, że będę stresować się dużo bardziej. Pod koniec byłam już właściwie prawie całkiem spokojna. 

Czy Hela w ogóle potrafi zająć sobie czas sama, czy musicie być przy niej cały czas?

Potrafi czasem zająć się przez chwilę iPadem, zabawą w kąpieli, puzzlami czy zabawą w strzelanie, ale nie trwa to specjalnie długo. Zawsze musimy być gdzieś w pobliżu, bo nie wiadomo, co wymyśli, ale nie musimy koniecznie nad nią stać. Mogę iść do drugiego pokoju powiesić pranie i nasłuchiwać, czy nic nie kombinuje. Ale na pewno nie mogę zostawić jej samej z siostrą – w sekundę jest w stanie z zabawy przejść do popychania, szarpania, podnoszenia czy ściskania. 

Jak wygląda Twój dzień?

W tygodniu wstaję chwilę po 6:00. Najpierw zajmuję się sobą – ubieram się, jem jakieś szybkie śniadanie – kanapkę albo resztki wczorajszej owsianki i gotuję wodę na imbir z cytryną i miodem. Robię Heli śniadanie do szkoły. Potem budzona jest Hela, a jak Hela już jest gotowa, to budzę Anielę, co trwa nieco dłużej.  Czasami udaje nam się wyjść w miarę sprawnie, a czasami niespecjalnie. W drzwiach np. Hela żąda jednak banana chociaż nie chciała jeść… Jak Hela chce banana, to oczywiście Aniela też chce banana. I tak dalej … 

Zawożę je samochodem do szkoły i żłobka. Zwykle najpierw żłobek, a potem szkoła, ale ostatnio w związku z remontami ulic musiałam zmienić kolejność i dłużej zajmuje nam poranne rozwożenie. Potem zostawiam samochód gdzieś po drodze albo w garażu i przesiadam się do tramwaju, a czasami na rower. Chociaż wiadomo, jak w zimie chce się jeździć na rowerze. Jeśli nie jest bardzo późno, to idę do pracy na piechotę i to jest opcja, którą lubię najbardziej.

Pracuję niby na 7/8 etatu, ale wiadomo, że niespecjalnie da się oszacować pracę akurat tak, żeby była w sam raz na 7/8 etatu. Jeśli czegoś nie zdążę skończyć, to niestety nie mogę zostać dłużej w biurze, bo muszę odebrać dzieci. Więc zabieram pracę do domu i mam do wyboru posadzić młodsze dziecko przed bajką i pracować, żeby ocalić choć trochę swojego snu, ale mieć wyrzuty sumienia, albo pracować dopiero po położeniu małej spać, będąc przez cały wieczór w stresie i nie mogąc się wyluzować, bo strasznie źle na mnie działa, jak coś nade mną wisi… I perspektywa tego, że nie będę mogła iść spać o sensownej porze też mnie stresuje.

Po pracy docieram do samochodu i jadę najpierw do żłobka, a potem do szkoły. Chyba, że jest wtorek albo czwartek i jadę z Helą na zajęcia – wtedy Anielę odbiera raz jedna, a raz druga babcia. 

Po szkole Hela jest zwykle dosyć zmęczona, więc wieczory nie są aż takie trudne. Hela potrafi pół wieczoru siedzieć pod drzwiami i udawać, że strzela z drewnianych torów jak z pistoletu. W pewnym momencie zaczyna się pokładać i wiem, że jest czas na zabranie jej do wanny. Ona się wzbrania, chociaż prawie zasypia. Twierdzi, że się bawi. W końcu muszę jakoś wprowadzić ją na górę do łazienki, mimo sprzeciwu, bo inaczej zaśnie pod drzwiami i nie będę w stanie jej zanieść. W wannie Hela albo odżywa, albo jeszcze bardziej się przymula. Po kąpieli prowadzę ją do łóżka, owijam na chwilę w kołdrę obciążeniową (od niedawna), czasem masuję ją przez chwilę szczotką. Czytam jej przez chwilę – na ogół codziennie to samo i wychodzę. Jeśli jest zmęczona, to zasypia od razu, a jeśli nie, to jeszcze kilka razy wychodzi z pokoju i muszę odsyłać ją z powrotem.

Aniela w tym czasie zwykle je albo bawi się sama. Czasami czytamy wszystkie razem. Hela na szczęście stosunkowo wcześnie chodzi spać (raczej nie później niż 19:30-20:00), więc Aniela ma jeszcze szansę na chwilę zabawy, w której nikt jej nie przeszkadza i jej niczego nie wyrywa. Jeśli mąż jest w domu, to wtedy on kąpie Helę, a ja w tym czasie biorę razem z Anielą prysznic, żeby oszczędzić trochę czasu i wody. 

Aniela w związku z drzemką w żłobku bardzo długo ostatnio zasypia. Zwykle po 22:00. Za to po prawie 2,5 roku przesypia w końcu noce. Do tej pory budziła się po 5-10 razy i w takim stanie przepracowałam pierwszy rok po powrocie z macierzyńskiego. Teraz na ogół mam w nocy ze 2 pobudki, czasem 3 – raz jedna się budzi, raz druga, więc jest duży progres.

Niestety w związku z późnym zasypianiem mój czas dla siebie skurczył się prawie do zera.

Czasami kosztem snu idę po 22:00 jeszcze do wanny i siedzę tam godzinę albo 1,5, bo tak bardzo brakuje mi czasu dla samej siebie. Chwilę poczytam, przescrolluję bezmyślnie Instagrama i idę spać. Czasem pracuję. Ćwiczyć już mi się nie chce o takiej godzinie. Jeśli uda się wcześniej uśpić Anielę (np. w weekend bez drzemki), to zdarza się, że poćwiczę przez chwilę jogę z YouTubem. Jak mam szczęście, to udaje mi się załapać na webinar ulubionej Oli Budzyńskiej.   A czasami trzeba jeszcze posprzątać bałagan w kuchni i wyjąć pranie, które zaraz zgnije w pralce. Albo przypominam sobie o 22:00, że Hela, która śpi od 2 godzin, miała narysować laurkę do szkoły, albo odrobić pracę domową. Oczywiście w przypadku chorób dzieci czy wizyt lekarskich trzeba kombinować. Tutaj zwykle pomagają moi rodzice i siedzą z dziećmi jak są chore. Czasem siedzę z nimi i pracuję wtedy zdalnie. Jedno co dobre, to że dziewczyny nie są chore non stop. Młodsza mimo roku w żłobku nie brała jeszcze nigdy antybiotyku ani nie była na ostrym dyżurze – kolosalna różnica w porównaniu z dzieciństwem starszej.

Powiem szczerze, że godzenie pracy na etacie (nawet u fajnego pracodawcy) z wychowaniem dwójki jest cholernie trudne. Tym bardziej, że mój mąż pracuje więcej i często wyjeżdża. 

Czy to ekstremalne rodzicielstwo przekreśliło jakieś Twoje plany?

Trudno powiedzieć. Może wcześniej wróciłabym do pracy i nie zaczynałabym prawie od początku… Ale nigdy nie miałam marzeń o jakiejś wielkiej karierze. Raczej wolę sobie spokojnie pracować gdzieś w kącie. Więc od strony zawodowej nie czuję się jakoś specjalnie poszkodowana. 

Raczej takie bardziej „codzienne” plany, jak na przykład dalekie wakacje. Z Helą to nie ma sensu – nie jest zainteresowana zwiedzaniem, nie lubi chodzić, mało co jej się podoba. Wyjazdy zorganizowane do hoteli, gdzie jest dużo ludzi, raczej odpadają – Hela wszystkich zaczepia i dotyka, i nie ukrywam, że jest to dla mnie krępujące. Nie rozumie odmowy. Nie rozumie, że ktoś nie chce się z nią bawić i naciska – a jednocześnie nie umie się bawić. Więc wygląda to tak, że po prostu osacza jakieś dziecko mówiąc „Pobawimy się?” i nic z tego nie wynika. Tylko powtarza w kółko „Pobawimy się?”. Niektóre dzieci się irytują, a jeśli nie, to i tak muszę cały czas nadzorować „zabawę” i pilnować, czy Hela nie przekracza czyichś granic. 

Jechać przez pół świata, żeby się męczyć jest bez sensu. Z kolei zostawienie jej pod czyjąś opieką na dłużej niż przez kilka dni już nie wchodzi w grę. Więc póki co przekreśliło to plany dalszych podróży – ale ja z dalekimi podróżami mam taki trochę love-hate relationship. I chciałabym, i boję się. Więc póki co aż tak bardzo nie cierpię z tego powodu. Wybieramy działkę albo Europę. Warunek taki, że musi to być albo oddzielny dom albo bardzo kameralny ośrodek i koniecznie basen, żeby Hela miała coś, co lubi. Za to chciałabym zacząć młodszą najpóźniej w przyszłym roku zacząć uczyć jeździć na nartach. I tez nie wiem, jak to logistycznie zorganizować, bo Hela pewnie nie będzie zainteresowana. A jechać całą rodziną po to, żeby się zmieniać, i żeby zawsze jedna osoba musiała siedzieć w domu z Helą zamiast jeździć na nartach – też trochę bez sensu. Na razie nie wiem jeszcze, jak to rozwiązać. Ale nie wyobrażam sobie, że młodsza nie będzie nigdy wyjeżdżać na ferie tylko dlatego, że starszej to nie interesuje.  

Myślisz o przyszłości? O tym, że Hela nigdy się nie usamodzielni?

Myślę, często. I jestem przerażona. Już w tym momencie wiem, że Hela nigdy się nie usamodzielni, więc przynajmniej mam jasność sytuacji. Najbardziej boję się tego, że będzie coraz większa i silniejsza. Jeśli nic nie zmieni się w kwestii zachowania, to nie wyobrażam sobie, jak będziemy funkcjonować na co dzień. Jeśli będzie mojego wzrostu, albo mnie przerośnie, to jak niby ją ubiorę, jeśli ona nie będzie akurat miała chęci, żeby ubrać się sama?   Albo wyjść. Albo wrócić do domu. Będziemy się bić? Naprawdę nie wiem. 

Jedyne, co wiem, to że na pewno nie zamierzam wychowywać młodszej na jej przyszłą opiekunkę. Chcę, żeby miała swoje życie. To jest odpowiedzialność nasza – rodziców. I nie chcę, żeby kiedykolwiek poczuła, że urodziłam ją po to, żeby mieć opiekunkę. Jeśli rodzeństwo samo chce – to ok, w porządku. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że ona MUSI albo powinna chcieć. 

Jaka jest teraz relacja dziewczynek? Czy z Helą w ogóle da się mówić o budowaniu relacji?

Moim zdaniem na swój sposób się kochają. Pytają o siebie, jak którejś nie ma, potrafią się przytulić, pogłaskać. Czasami są w stanie przez chwilę ładnie się bawić. Czasami młodsza tłumaczy coś starszej. Czasami sama mówi do niej „ale nie będziesz mnie teraz szarpać, dobrze?”. Chyba na razie jeszcze nie rozumie, o co tak do końca chodzi z jej siostrą. Oczywiście młodsza też często się irytuje, bo potrzebuje przestrzeni do zabawy w spokoju, a Hela cały czas próbuje ją „osaczać”. Jak proszę ją, żeby dała chwilę Anieli pobawić się w spokoju i prowadzę ją gdzieś indziej, to po 2 sekundach wraca i robi to samo. 

Hela lubi właściwie wszystkich ludzi (aż za bardzo) i z każdym bardzo chce nawiązywać relację – fakt, że na swój dziwaczny często sposób – ale nawiązywanie relacji i pozostawanie w relacji jest moim zdaniem głównym motorem w jej życiu.

Nie rozumie co prawda, że mówienie poznanej sekundę temu osobie, że ją kocha albo lubi nie ma specjalnego sensu, ale taki ma sposób na życie. I chociaż często jest to dla mnie krępujące, bo wiem, że ktoś może sobie nie życzyć budowania relacji z Helą, to jest to też jej wielka zaleta i siła. Zdaje sobie też sprawę, kto jest kim i potrafi tęsknić.  Muszę też powiedzieć, że nie spotkała mnie nigdy żadna przykra sytuacja ze strony nieznajomych osób – nikt nigdy nie potraktował jej niemiło ani nie zabierał swoich dzieci, żeby się z nią nie bawiły. 

Skąd czerpiesz siłę? Czytam na Twoim Instagramie te historie o celowym wymazaniu przez Helę auta jogurtem, o tym, że podczas spaceru kładzie się na drodze i odmawia pójścia dalej i przyznam, że aż coś we mnie kipi. Skąd masz na to siłę?  

Nie mam. Ani siły, ani cierpliwości. Wściekam się, krzyczę, cedzę przez zęby. Ciągnę na siłę. Potem mam wyrzuty sumienia, bo tyle przeszła w życiu i przecież to nie jej wina. Nawet jeśli czasami jestem prawie pewna, że robi coś absolutnie złośliwie, to raczej tak nie jest. A jednak gotuje się we mnie. Nikt nie potrafi w sekundę tak bardzo wyprowadzić mnie z równowagi. Całe życie byłam raczej oazą spokoju. Nie złościłam się na ludzi, nie kłóciłam się, nie krzyczałam. Nie sądziłam, że mam aż tak mało cierpliwości. I nie mogę się tutaj pocieszać, że to tylko etap, że minie … Bo wiem, że być może nie minie. Co więcej – raczej będzie gorzej i trudniej. 

Mam wrażenie, że im jest starsza, tym bardziej tracę z nią jakąś nić porozumienia. Mam dni, kiedy czuję się, jakbym hodowała roślinkę – robię co trzeba, żeby zaspokoić jej podstawowe potrzeby, ale brakuje w tym jakiegoś głębszego kontaktu. Kiedyś było dużo lepiej. 

Ale nie chcę lukrować. Uważam, że trzeba szczerze o tym mówić. Trochę się oczywiście boję, bo mam wrażenie, że duża część mam dzieci niepełnosprawnych myśli raczej odwrotnie   – odczuwają takie rodzicielstwo jako dar i uważają, że ich dzieci są wyjątkowe, a one dzięki nim stają się lepszymi ludźmi. Bardzo zazdroszczę im tego podejścia, ale ja tak nie czuję. Mimo miłości do dziecka uważam, że takie życie jest cholernie trudne – i gdyby ktoś miał moc uzdrowienia Heli, to zgodziłabym się bez wahania. Owszem – mówi się czasem o trudnościach logistycznych, fizycznych czy finansowych. Ale o trudnych uczuciach w stosunku do dziecka – niespecjalnie. A niby dlaczego mamy o tym nie mówić? Na zdrowe dzieci często narzekamy, to dlaczego nie mielibyśmy narzekać w przypadku tak ekstremalnego rodzicielstwa? 

Pewnie byłoby łatwiej, gdybym czuła, że ona jest szczęśliwa w tym swoim świecie. Ale moim zdaniem nie jest – ciągle jest niespokojna, miota się… Uważam, że jej też byłoby lepiej bez choroby.  Czasami myślę, jaka by była… Czym by się interesowała… O czym byśmy gadały… Ale szybko odrzucam te myśli. 

Mam poczucie, że od czasu jak zrobiła się trudna, rzadko jestem dla niej dobrą matką. A czasami wręcz okropną. Bardzo chciałabym to zmienić, ale to jest cholernie trudne. Szczególnie bez zasobów… Codziennie obiecuję sobie, że nie będę się na nią złościć, że nie pozwolę się wyprowadzić z równowagi… i zwykle ponoszę porażkę. Ostatnio rekordem były 2 tygodnie bez złoszczenia się. Ale było to możliwe tylko dlatego, że wyjechałam na weekend bez dzieci i trochę się zregenerowałam. W codziennym stresie i gonitwie między domem a pracą to jest naprawdę bardzo trudne. 

Czeka mnie jeszcze bardzo dużo pracy nad sobą, żeby w pełni zaakceptować sytuację, w której się znalazłam i żeby akceptować ją dokładnie taką, jaka jest. Być może ten proces będzie trwał całe życie. Nie wiem. 

Jak to piszę, to jest weekendowy poranek, męża dzisiaj nie ma, a Hela miała właśnie atak szału, podczas którego próbowała szarpać siostrę i przebijać nożyczkami piłkę do ćwiczeń, którą jeszcze 5 minut wcześnie się z radością bawiła. Musiałam iść z nią do innego pokoju i trzymać ją do momentu, aż się uspokoiła. Potem poszłyśmy na konie – czyli coś co lubi. A mimo to przy wychodzeniu nadal była w szale, szarpała się, chciała wracać, próbowała uciekać z windy, wieszać się na klamce itp. Po dojściu do samochodu z dwójką w zimowych ubraniach byłam mokra. I wściekła. 

Korzystasz z pomocy psychologa? 

Tak, oczywiście. Wydaje mi się, że w takiej sytuacji to niezbędne. 

W naszym kraju udaje się, że nie ma chorych dzieci. Ten temat już nawet nie jest na marginesie, on jest daleko poza dyskusją. Wszystkie dzieci mają się urodzić, a potem najlepiej, żeby były zamknięte w domach i nie rzucały się w oczy. Czy znasz jakiś sposób, żeby to zmienić? Masz jakiś pomysł, jak można pomóc, wesprzeć rodziny z chorymi dziećmi? 

Moim zdaniem poza pomocą dzieciom trzeba koniecznie zająć się rodzicami i ich zasobami. Moim marzeniem jest kiedyś założenie fundacji, która zajmie się właśnie rodzicami i zapewni im np. darmową terapię psychologiczną, darmowe zajęcia (joga, szydełkowanie, mindfullness, jakieś sport… cokolwiek, żeby zrobili coś dla siebie!), grupy wsparcia i warsztaty czy nawet bardziej przyziemne rzeczy jak fryzjer. Idealnie by było, gdyby poza finansowaniem fundacja mogła na czas tych zajęć zapewnić opiekę dzieciom – również tym najbardziej chorym, które wymagają opieki 24/7. To właśnie o tych rodziców trzeba przede wszystkim zadbać, bo często są po prostu zamknięci w domu, bez możliwości wyjścia.

Póki co nie mam czasu, odwagi ani wiedzy, żeby to zrobić. Sama też na pewno bym się odważyła porywać na takie przedsięwzięcie. Ale może kiedyś… Może z kimś. 

Na pewno dobrze by było, gdyby każda dorosła niepełnosprawna osoba miała zapewnione miejsce w przyjaznym, nowoczesnym ośrodku albo w nadzorowanym mieszkaniu w sytuacji, gdy rodzina przestanie dawać sobie radę, albo kiedy rodzice umrą. I ważne, żeby to nie była przechowalnia, tylko po prostu przyjazny dom. Oczywiście zajęcia w ciągu dnia po zakończeniu oficjalnej edukacji też powinny być zapewnione dla wszystkich, którzy tego potrzebują. Dużej części z tych osób pozostaje siedzenie z rodzicami na kanapie i patrzenie w TV do końca życia. 

O służbie zdrowia, konieczności zapewnienia lepszej infrastruktury dla dzieci z mniejszych miast i wsi, wysokości świadczeń czy braku możliwości dorabiania przez rodziców na zasiłku chyba nie ma już co wspominać, bo to oczywiste i często się o tym mówi w mediach. Nie chcę się też „mądrzyć” na temat sytuacji innych z perspektywy mojej „warszawskiej bańki”, bo nie ukrywam, że z dużą częścią problemów doświadczanych przez rodziców dzieci niepełnosprawnych nie musiałam się mierzyć. 

Czy udaje Ci się znaleźć trochę czasu dla siebie? Na jakąś pasję lub chwilę relaksu po prostu?

Przy Heli, kiedy była mała, miałam mimo trudnej sytuacji całkiem dużo czasu dla siebie. Dużo spała, miała długie drzemki. Od początku była przyzwyczajona do zostawania ze wszystkimi. Nie potrzebowała mnie w nocy. Udawało mi się wychodzić, wyjeżdżać, czasami pobiegać albo iść na fitness. Wieczory mogłam przeznaczać na swoje sprawy. Poza tym była mniejsza i nie sprawiała wtedy jeszcze takich kłopotów.

Czas wolny najbardziej ucierpiał po urodzeniu młodszej. Ale mimo to uważam, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. Nawet nie chcę myśleć, co by ze mną było bez niej. Chłonę wszystko, czego za pierwszym razem nie miałam i wiem już, jakie to super uczucie gadać ze swoim własnym dzieckiem. Ale w kwestii czasu wolnego mnie załatwiła. 😉

Bardzo długo nie akceptowała w nocy nikogo poza mną. Nie zaakceptowała też nigdy butelki. W nocy budziła się miliard razy, a drzemki miała krótkie. Spać normalnie zaczęła dopiero niedawno. Ale jest też na tyle bezproblemowa, że czas spędzany tylko z nią traktuję momentami jak czas dla mnie.

Najgorsze są wieczory, odkąd zasypia o 22:00. Tutaj faktycznie trochę drga mi powieka, bo chciałabym chociaż przez chwilę zająć się sobą. W lecie byłyśmy we dwie na retreacie „Breathe Mama” dla mam z dziećmi na Mazurach. I to było super rozwiązanie. Ona miała opiekę, a ja w tym czasie chodziłam na jogę i na warsztaty. Pierwszy raz od dawno odpoczęłam. W październiku z kolei pojechałam na weekend dla mam, w to samo miejsce, ale tym razem bez dzieci. Pierwszy raz od urodzenia Anieli spędziłam 2,5 dnia bez żadnego dziecka. To było bardzo ożywcze. Dało mi siłę do przetrwania kilku tygodni we względnej równowadze. Ale niestety paliwo z wyjazdu już się skończyło. 

Staram się też ułatwiać sobie życie przynajmniej w takim zakresie, w jakim mogę. Bardzo rzadko gotuję. Gotuje mąż, kiedy ma czas i zamrażamy sobie zapasy, albo po prostu kupuję coś w pracy. Dzieci jedzą obiady w szkole i żłobku. Żłobek w tygodniu w ogóle załatwia za mnie większa część posiłków i chwała mu za to. I to są naprawdę bardzo dobre posiłki. Nie mogę czasem wyjść z podziwu, jak czytam menu. Raz na 2 tygodnie przychodzi też do mnie pani na większe sprzątanie i prasowanie. Staram się też jak najwięcej rzeczy robić, kiedy dzieci jeszcze nie śpią – np. wieszać pranie. Chociaż to akurat nie zawsze wychodzi.

 

Na co dzień niestety nie mam przestrzeni, żeby jakoś bardziej o siebie zadbać. Moje wieczory wyglądają tak, jak już wcześniej mówiłam. Poza tym chodzę na terapię, pilnuję badań profilaktycznych, staram się wykorzystywać krótkie chwile w tramwaju czy wycieczki do pracy piechotą np.  na słuchanie podcastów… Ale to chyba taka podstawa.

Ostatnio byłam tak wszystkim przeciążona i zestresowana, że wróciły mi objawy nerwicowe, które miałam kilka lat temu. Waliło mi serce, codziennie budziłam się z gulą w gardle. Uznałam, że to czas, żeby znowu poratować się lekami – nie uważam tego za nic wstydliwego, szczególnie w takiej wymagającej sytuacji życiowej.

Chciałabym częściej gotować, mieć czas, żeby na spokojnie iść na zakupy i zastanowić się, co ugotować… Chciałabym czasem obejrzeć film, a nie 20-minutowy odcinek serialu. Chciałabym się więcej ruszać. Chciałabym, żeby godzinne posiedzenie w wannie nie musiało odbywać się kosztem snu. Ale też wiem, że mogłoby być gorzej.

Mam nadzieję, że kiedy młodszej za rok czy dwa skasują leżakowanie w przedszkolu, to odzyskam kawałek wieczoru. Im jest starsza staram się też coraz częściej coś zaplanować tylko dla siebie. W grudniu i styczniu zapisałam się na 2 warsztaty: jeden o lęku, a drugi to warsztat tkacki.

Z marzeń na przyszłość, to chciałabym kiedyś nauczyć się rysować i malować. W dzieciństwie cały czas rysowałam – nie jakoś ładnie, ale lubiłam to. Ale potem przestałam i nigdy nie zrobiłam nic, żeby poznać jakieś bardziej profesjonalne podstawy. Teraz żałuję. Czasem też żałuję, że nie poszłam na lingwistykę, bo języki to było coś, w czym byłam kiedyś naprawdę dobra. A czasami żałuję, że nie zostałam na uczelni – może teraz prowadziłabym badania psychologiczne mam takich jak ja? 

Mam też poczucie, że powinnam przygotować sobie jakiś zawodowy plan awaryjny na czas, kiedy moi rodzice już nie będą mogli mi pomagać, a za to ja będę pomagać im. I na czas, kiedy Hela wypadnie z systemu szkolnego.  Tych sytuacji chyba już nie da się pogodzić z etatem. Ale nie mam kompletnie pomysłu – wydaje mi się, że nie mam żadnych umiejętności, które dałoby się jakoś sensownie spieniężyć poza etatem. Póki co nie narzucam sobie żadnego deadline’u, chociaż wątpię, że jakiś super pomysł sam na mnie spłynie. Co ma być, to będzie. 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo