Change font size Change site colors contrast
Kultura

Jak żyć? Odpowiedź jest nieprzetłumaczalna na żaden język…

11 października 2017 / Marta Osadkowska

Jesteśmy narodem, którego poziom życia zdecydowanie się poprawia.

A skoro, zgodnie z piramidą Maslowa, zaspokajamy podstawowe potrzeby, zaczynamy myśleć o tych nadrzędnych. Mamy już za co żyć, teraz powstaje pytanie: jak. Odpowiedzi na nie szukamy w księgarniach, których półki uginają się od poradników, jak uczynić każdy dzień satysfakcjonującym i szczęśliwym.   Od kilku lat Polacy tkwią w zachwycie nad skandynawskimi dobrami. Z północy...

Jesteśmy narodem, którego poziom życia zdecydowanie się poprawia. A skoro, zgodnie z piramidą Maslowa, zaspokajamy podstawowe potrzeby, zaczynamy myśleć o tych nadrzędnych. Mamy już za co żyć, teraz powstaje pytanie: jak. Odpowiedzi na nie szukamy w księgarniach, których półki uginają się od poradników, jak uczynić każdy dzień satysfakcjonującym i szczęśliwym.

 

Od kilku lat Polacy tkwią w zachwycie nad skandynawskimi dobrami. Z północy czytamy kryminały, kupujemy meble i swetry. Na fali tej popularności regionu, który do tej pory raczej ignorowaliśmy jako mdły i szary, wypłynęły poradniki zachwalające styl życia współczesnych potomnych Wikingów. Najpierw duńskie „hygge”, w ślad za nim szwedzkie „lagoon”.

 

Hygge to słowo nieprzetłumaczalne na żaden język, oznacza z grubsza poczucie przytulności, bliskości i towarzyskości. To szukanie przyjemności w drobnych sprawach: zapaleniu świeczek, upieczeniu dobrego ciasta do kawy, spacerze na świeżym powietrzu. „Hygge wynika z potrzeby prostoty, dążeniu do powrotu do podstaw”. Pochwala rezygnację z konsumpcyjnego trybu życia. Zamianę fast foodu na slow life. Zamknięcie komputera, wyłączenie telefonu i wyjście na dwór. W Skandynawii panuje prawo, które pozwala każdemu korzystać z każdej ziemi, jeśli nie spowoduje na niej szkód. (Nie dotyczy to oczywiście własności prywatnych.) Oznacza ono, że można rozbić namiot, rozpalić ognisko i spędzić czas w przyrodzie. Nie ma zamkniętych parków narodowych, wyznaczonych stref biwakowych. Skandynawowie dużo czasu spędzają na łonie natury, ciesząc się jej pięknem i dobroczynnym, czasem nawet terapeutycznym działaniem. I bardzo sobie to chwalą. Hygge to bycie blisko natury, korzystanie z jej dóbr, szanowanie jej i traktowanie siebie jako jej elementu. W książce „Hygge na szczęście” poza poradami, jak przytulnie spędzać dni, znajdziemy też całą masę ciekawych przepisów, w sam raz na jesień i zimę.

 

Szwedzka odpowiedź na hygge to lagom, które przetłumaczyć można jako „nie za dużo, nie za mało, w sam raz”. Lagom to szukanie we wszystkim równowagi. Pracujemy akurat tyle, ile trzeba, jemy tyle, żeby zachować umiar, ale nie czuć niedosytu, czasu z przyjaciółmi spędzamy też w sam raz.

Ważną częścią szwedzkiego stylu, jest dążenie do stanu, w którym niczego się nie marnuje.

 

Wykorzystujemy resztki jedzenia, przerabiamy stare ubrania, przemalowujemy meble. Jemy zdrowo, ubieramy się funkcjonalnie, spotykamy, żeby razem posprzątać czyjś garaż. Nie marnujemy ani czasu, ani sił. Ale za ten wysiłek jest nagroda. Fredagsmys – to święty czas dla Szwedów: w piątki wskakują w dresy, wsypują chrupki i relaksują się przy ulubionym serialu. W ten wieczór chodzi o pełen relaks, żadne szpilki nie wchodzą w grę. Ma być leniwie i wygodnie.

 

Jeśli interesuje Was życie nie tylko szczęśliwe, ale też długie, to poszukajcie własnego ikigai. Ikigai to cel prowadzący człowieka przez życie, motywujący go do aktywności i rozwoju. Japończycy wiedzą, o czym mówią, wszak to u nich mieści się wyjątkowe miasteczko, w którym wskaźnik długowieczności jest najwyższy na świecie. Aby spokojnie przekroczyć granicę stu lat, należy dobrze jeść, dobrze spać i dbać o swoje zdrowie psychiczne. Wskazówki do tych działań znajdziemy w książce „Ikigai. Japoński sekret długiego i szczęśliwego życia”. Dla tych, którzy zmagają się z jesienną chandrą, pomocny może okazać się rozdział o logoterapii i znajdowaniu powodów do życia. Ci, którym codzienność wydaje się monotonna, odkryją tu ćwiczenia na pobudzenie mózgu i małe wyzwania, które utrzymają go w aktywności. Dla ciała są całe sekwencje jogi, dla ducha wprowadzenie do medytacji.

A co jeśli żaden z tych stylów życia do Ciebie nie pasuje?

 

W takiej sytuacji zachęcam do sięgnięcia po: „Jakoś to będzie. Szczęście po polsku”. To urocza pozycja, którą każdy Polak powinien co najmniej raz na pół roku przeczytać. Choćby po to, żeby sobie przypomnieć, że jesteśmy narodem nie tylko powstańców, patriotów i męczenników, których łączy głównie martyrologia. Bo jest w nas jeszcze ułańska fantazja, którą to jedynie łączy z hygge i lagom, że nie da się tego określenia przetłumaczyć na żaden inny język. Jesteśmy kreatywni, zabawni, umiemy się bawić i śmiać z siebie. Mieszkamy w kraju pełnym barw, magicznych miejsc, wyjątkowych tradycji i… sprzeczności. Tylko w Polsce jest wieś, która kwitnie cały rok. Tylko my potrafimy być mistrzami szydery. Tylko tutaj jest miasto, w którym pod nogami plączą się krasnale. Jeśli czujecie, że za dużo narzekacie, to spokojnie. Po pierwsze, to nasza cecha narodowa, także: „sorry, taki mamy klimat”. A po drugie, jest na to lekarstwo – zabawna książeczka, przy czytaniu której każdy się uśmiecha.

Ja tylko z niecierpliwością czekam, aż moda na pisanie poradników dotrze na południe. Bardzo liczę na podręcznik La Dolce Vita!

 

„Ikigai. Japoński sekret długiego i szczęśliwego życia”, Hector Garcia, Francesc Miralles, wyd. MUZA.
„Jakoś to będzie. Szczęście po polsku”, Beata Chomątowska, Dorota Gruszka, Daniel Lis, Urszula Pieczek, wyd. Znak.
„Lagom. Szwedzka sztuka życia”, Linnea Dunne, wyd. Burda Książki
„Hygge na szczęście”, Signe Johansen, wyd. Burda Książki
Kultura

Agnieszka Jucewicz – Czując. Rozmowy o emocjach.

19 września 2019 / Marta Osadkowska

Emocje są rzeczywiste, są po to, żeby je przeżywać.

Nie da się ich pozbyć, zdystansować do nich. Trzeba je poznać i nauczyć się z nimi postępować w taki sposób, który będzie najlepszy dla danego człowieka. Nie da się ich przechytrzyć. Nie da się oszukać smutku, rozpaczy. Udawać, że nie istnieją. Nie da się upchnąć gdzieś złości ani poczucia straty. One zawsze wracają. Nie da się zafałszować euforii, radości ani podziwu. Uczucia po prostu są, a do tego są mądre. 

Współczesny świat niespecjalnie zachęca do refleksji, nie tylko nad uczuciami. Polityka, media społecznościowe, media w ogóle oczekują od nas błyskawicznej, najczęściej właśnie emocjonalnej reakcji. Naszymi emocjami się pogrywa, manipuluje: strachem, nienawiścią, ale też współczuciem, zachwytem. Zanim się obejrzymy, już jesteśmy w środku tej gry, cali rozemocjonowani. Z jednej strony o uczuciach mówi się praktycznie bez przerwy, z drugiej strony, coraz mniej o nich wiemy, coraz gorzej je rozumiemy.

Człowiek emocjonalnie dojrzały dopuszcza do siebie całą gamę uczuć: radość, zachwyt, ale też przeżycia trudniejsze: złość, urazę – potrafi je od siebie odróżnić, wytrzymać, nie wszystko musi od razu wyrażać.

Dojrzałość emocjonalną można zdefiniować także inaczej: to efekt przepracowania najważniejszych faktów życiowych, ułożenia się z nimi – z tym, że nie jesteśmy samowystarczalni i wszechmocni, nie możemy też zatrzymać upływu czasu. Warto mieć taką przestrzeń w głowie, w której można myśleć o tym, co się czuje. Dzięki myśleniu o uczuciach otwierają się różne rzeczy. Rzeczywistość się poszerza i zaczyna się ją rozumieć w bardziej złożony sposób: można coś dać innym, można coś od innych wziąć, czymś się podzielić. Łatwiej jest znaleźć rozwiązanie swojego problemu. Książka „Czując” pełni rolę korytarza prowadzącego do tej przestrzeni. 

W rozmowach z psychologami autorka omawia uczucia, których wszyscy doświadczamy i wśród których wszyscy się czasami gubimy.

Zakochanie, jak wiele innych fascynacji czy inspiracji, które nam się przytrafiają, to jest coś na kształt kredytu. Pewna szansa czy też okazja do tego, żeby zbudować coś solidniejszego. Zakochanie to nie jest miłość. To jest zaproszenie do niej. Uczucia stanowią paliwo, są warunkiem koniecznym miłości, bo trudno sobie wyobrazić, że będzie pani kochała kogoś, kto panią odstręcza, czy kogoś, kto się pani nie podoba. Coś musi panią chwycić za serce, ale uczucia same nie wystarczą. Nie da się z nich zbudować czegoś trwałego. Faza zakochania trwa od dwóch do czterech lat. Żeby inne uczucia – bliskość, przywiązanie, przyjaźń, lojalność – „weszły” i dalej wiązały się z miłością, trzeba nad tym trochę popracować. Ludzie są niepowtarzalni i w związku z tym relacje między nimi są niepowtarzalne. To, jak utkamy relację między nami, to będzie część naszej wewnętrznej, niepowtarzalnej podróży. 

Nie znaleziono kultury, w której nie ma zazdrości. Miejsca takie istnieją jedynie w romantycznej wyobraźni optymistycznych antropologów. Zawiść i wstyd zawsze się ze sobą splatają. I to jest błędne koło – bo im gorsza się czuję, tym bardziej widzę, że ja nie mam, a inni mają, i tym bardziej jestem zawistna. Trudno z tego wyjść. Czym różni się zawiść od zazdrości? Zawiść pojawia się wcześniej w naszym rozwoju i jest bardziej pierwotna. Zwykle dotyczy jakiejś cechy, atrybutu: ktoś coś ma, a ja nie i jest mi z tym źle. Człowiek chorobliwie zawistny niszczy w sobie zdolność do bycia zależnym. I nie chce uznać rzeczywistości, tego, że nie można mieć wszystkiego. Tych, którzy pozornie mają, spotykam w gabinecie. Mają pieniądze, świetną pracę, urodę, charyzmę, ale cierpią tak, że nigdy by się pani z nimi nie zamieniła. Nie ma ludzi, którzy mają wszystko. Jak zdrowo doświadczać zawiści? Trzeba dopuścić do siebie to, co się czuje. Nie oceniać. Jeśli naprawdę chcę tego, co budzi moją zawiść, to może jednak coś w tej sprawie mogę zrobić? A jeśli nie, to trudno. Muszę przeżyć żałobę i ułożyć się z tym, co mam. Na wiele rzeczy nie mamy wpływu: na geny, na to, w jakiej rodzinie się urodziliśmy, więc zamiast pogrążać się w czarnej dziurze wstydu i gorszości, lepiej godzić się z tym, czego zmienić nie możemy i skupić się na tym, co mamy dobrego, fajnego. 

Zazdrość to jest przeczucie, że możemy stracić obiekt naszej miłości. Zawiść jest o coś, zazdrość prawie zawsze o człowieka. W zazdrości patologicznej pojawiają się dwa charakterystyczne elementy: bardzo obniżone poczucie własnej wartości, ogromny wstyd i ogromna nienawiść. Zdrowa zazdrość nadal jest gryząca i nieprzyjemna, ale nie staje się obsesją. Da się z nią ułożyć i wytrzymać. Czasami zdrowa zazdrość pomaga wyczuć, że coś jest na rzeczy.

Złość sama w sobie nie jest żadnym problemem. Jak większość uczuć jest naturalna. W naszej kulturze złość jest obarczona oceną moralną. Niefortunne też słowo „zły” niesie w naszym języku określone skojarzenia: być złym na coś, na kogoś oznacza automatycznie być złym człowiekiem. I niektórzy rodzice mają to, niestety, w głowie, więc zamiast powiedzieć dziecku: rozumiem, że jesteś zły, bo chłopiec walnął cię łopatką w głowę mówią: nie wolno ci się złościć. W ten sposób dziecko się dowiaduje, że uczucie, które jest adekwatną reakcją na to, że zostało źle potraktowane, jest nie w porządku. A każdy ma pełne prawo do złości. Jak mądrze obchodzić się z dzieckiem, które się złości? Trzeba mu pomóc, nazwać to, co przeżywa, a potem następuje trening radzenia sobie ze złością. Niektórzy tulą dzieci, pokazują, że to uczucie, które minie. I że można próbować nad nim zapanować. Jeśli dziecko nie ma ochoty na fizyczny kontakt, można z nim rozmawiać. Ważne, żeby dziecko wiedziało, że jest obok ktoś spokojniejszy, kto jest w stanie to wszystko ogarnąć, kto nie odrzuca. Można też opisać, co się stało, pokazać, że złość nie jest czymś, co dopada nagle i nie wiadomo skąd. Czasami pomaga podsunięcie pomysłu na fizyczne rozładowanie złości. Dorośli też czasem mają potrzebę odreagowania: biegają, idą na siłownię albo muszą sobie pokrzyczeć. W relacji z dziećmi najtrudniej jest, gdy ich złość spotka się z naszą. Zdarza się wybuchnąć i jeśli nie zdarza się to nagminnie, to należy sobie po prostu wybaczyć. Trzeba to potem jakoś naprawić, ale to nie jest najgorsza rzecz, jaka się może dziecku przydarzyć. Może się z tego dowiedzieć, że rodzice też mają swoje granice, że jak się na kimś wyładuje złość, to się potem przeprasza.

Smutek jest emocją nieporuszającą. Raczej człowieka spowalnia. Sprawia też, że się wycofuje. I w przeciwieństwie do wielu emocji, które „rzucają” człowieka w objęcia świata, jest skierowany do wewnątrz. Refleksyjny. Człowiek zaczyna się zastanawiać, zadaje sobie różne pytania. One zwykle prowadzą do niewesołych wniosków, bo smutek jest selektywny. Skupia się na tym, co ciemne, przytłaczające, ale nie odbiera logiki, a czasem również i poczucia humoru. Jest emocją nieprzeszkadzającą w myśleniu, a często je nawet wspomaga. Nasza kultura nie ceni smutku, bo uniemożliwia on realizowanie jej najbardziej podstawowego celu, czyli handlu. Człowiek smutny nie kupuje, nie uprawia aktywności, nie dzieli się nimi na portalach społecznościowych. A w kulturze, która smutku nie akceptuje, ludzie, którzy go doświadczają, sami mają poczucie, że coś jest z nimi nie tak, że powinni coś z „tym” zrobić. Wstydzą się. W świecie, w którym wartością jest świetne samopoczucie, wydajność, sukcesy, orgazm piętnaście razy dziennie i pięciocyfrowa pensja, człowieka smutnego należy się wystrzegać jak ognia. A smutek jest jedną z najinteligentniejszych emocji, w tym jest jego ogromna wartość. Możemy potraktować go jako poznanie. Dać sobie czas, spokój. Pamiętać, że nasze dzieci też mają prawo do tej emocji, pozwolić im na nią. Nie ma lekarstwa na smutek, każdy musi sobie znaleźć swój sposób na przeżycie go. 

Kłopotliwe są te uczucia. Bywają nieprzyjemne, bolesne, wstydliwe, czasem sprawiają, że życie wymyka się spod kontroli. Ale bez nich nie byłoby także tych wszystkich magicznych chwil bliskości, euforii, momentów, których nie da się „objąć rozumem”.

 

Cały tekst składa się z fragmentów książki „Czując. Rozmowy o emocjach”, Agnieszka Jucewicz, Wydawnictwo Agora.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo