Change font size Change site colors contrast
Rozmowy

Jak otworzyć kwiaciarnię marzeń? Rozmowa z Justyną Kalinowską

5 października 2019 / Monika Pryśko

Otworzyła kwiaciarnię, choć każdy jej odradzał.

Nie to miasto. Nie ta dzielnica. Nie ta ulica. Na pytanie - jak otworzyć kwiaciarnię marzeń - Justyna odpowiada, że W Te Pędy. Oto rozmowa z dziewczyną, po której bukiety ustawiają się kolejki. Jest w tym świetna!   

Dlaczego kwiaciarnia i dlaczego w Olsztynie, skoro większość ucieka z mniejszych miast do dużych?

Bo Olsztyn kocham i nie jest to dla mnie jakiś reklamowy slogan. Tu się wychowałam, tu żyje cała moja rodzina. Były pomysły, że może Trójmiasto, ale zawsze ostatecznie wszystko wracało do Olsztyna i do pomysłu otworzenia tu kwiaciarni. Kwiaciarni, która będzie odzwierciedleniem mnie i mojego podejścia do życia.

A czemu w ogóle kwiaciarnia, czemu kwiaty?

Bo nic innego nie umiem (śmiech). Moją przygodę z kwiatami zaczęłam na pierwszym roku studiów. Szukałam pracy i całkiem przypadkiem trafiłam do pracy w kwiaciarni. Na początku było ciężko, ale z biegiem czasu coraz bardziej się w to wkręcałam i teraz nie wyobrażam sobie swojego życia bez kwiatów.

Jak długo powstawał pomysł na własny biznes?

Bardzo długo. To we mnie rosło kilka lat. Mówili mi, że mam talent i że mam świetny kontakt z ludźmi. Na papierze takie połączenie wygląda bardzo dobrze, ale wiedziałam doskonale, że kwiaciarnia to bardzo ciężki kawałek chleba i że będę potrzebowała pieniędzy na start i rozkręcenie biznesu.

Kiedy w takim razie nastąpił ten przełomowy moment?

Narastała we mnie frustracja spowodowana obowiązkami w mojej byłej pracy, Piotr, mój partner, zrezygnował ze swojej pracy. Zaczęło przybywać i stresów, i napięć.

To był ten impuls?

Tak i dodatkowo Piotr od kilku lat powtarzał mi, że marnuję się pracując u kogoś, że powinnam stworzyć coś swojego. Stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia. Albo w jedną, albo w drugą stronę. Najwyżej nie wyjdzie, ale muszę przynajmniej spróbować, więc spakowaliśmy się i wyjechaliśmy do Holandii, a potem przeprowadziliśmy się do Anglii. Można powiedzieć, że gdyby nie jego ciągłe gadanie nie byłoby dziś tej kwiaciarni

Tak po prostu, bez planu?

Wyjechaliśmy z planem, że zbieramy na kwiaciarnię. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości. Nie pojechaliśmy, żeby wyjechać, ale by tu wrócić.

Ale pięknie powiedziane! Jaki okres czasu Wasz plan przewidywał?

Początkowo plan był roczny, potem pięcioletni. A któregoś dnia, po około dwóch latach, powiedzieliśmy sobie – albo teraz, albo nigdy.

Czyli była to spontaniczna decyzja o powrocie do Polski?

Nie do końca. Znajomi zaczęli pytać, czy nie przygotowałabym kwiatów na ich ślub. Jedno pytanie, drugie, trzecie, dziesiąte… I nagle okazało się, że ilość próśb o dekoracje przewyższa ilość dni naszego urlopu i musimy zdecydować – albo zostajemy, albo wracamy.

Jakie pytanie sobie wtedy zadałaś?

Co jest dla mnie ważniejsze? Stała praca w Anglii czy powrót do Polski i zajęcie się dekoracjami na ślubach.

I…?

Oboje woleliśmy zrezygnować z pracy w Anglii Nie było to szczególnie trudne, bo nie były to prace marzeń. Postanowiliśmy wrócić do Olsztyna i stworzyć nasze miejsce.

 

Postawiliście wszystko na jedną kartę inwestując w kwiaciarnię w Olsztynie? Co się czuję podejmując tak ważną decyzję?

Teraz czuję ulgę i satysfakcję, choć na początku był ogromny stres. Pojawia się mnóstwo wątpliwości. Pojawiają się pytania, a co jeśli nie wyjdzie?

Moment przełomowy?

Tak naprawdę to były dwa lata. Dwa lata zbierania pomysłów, dwa lata szukania stylu. W Anglii tworzyliśmy pracownię florystyczną, taki miałam niedosyt kwiatów, że musiałam działać. I wtedy znalazłam swój styl. Nikt mi niczego nie narzucał, robiłam to, co chciałam, kupowałam kwiaty, które chciałam – to były momenty przełomowe. Odkryłam swój styl.

Pierwszy kryzys?

W sumie to nic nie szło zgodnie z planem. Lokal, który wynajeliśmy przez internet, pochłonął znacznie więcej funduszy niż się spodziewaliśmy. Liczyliśmy na dotację na rozpoczęcie działalności i tu niestety też spotkało nas wielkie rozczarowanie. Pierwsze firmowe auto okazało się kolejną wpadką. Co dwa tygodnie zostawialiśmy krocie u mechanika. Powrót do Polski przez pierwsze kilka miesięcy był bardzo bolesny. Ale zaciskaliśmy zęby i dalej konsekwentnie robiliśmy swoje.

A teraz?

Zapomnieliśmy o tym, co złe i uważamy, że lepszego lokalu nie mogliśmy wybrać!

Jak ma się plan z Twoich marzeń do rzeczywistości?

Chciałam jak najszybciej rozwinąć kwiaciarnię, otworzyć ją i ustabilizować. Daliśmy sobie na to dwa lata. Dwa lata, by dojść do poziomu, który innym zająłby pięć lat. Po sześciu miesiącach myślę, że wypracowaliśmy to, co inni zdobywają w cztery lata. Nie spodziewaliśmy się, że będzie tak dobrze, że w Olsztynie osiągniemy efekt ,,wow’’. Śmiejemy się, że to wszystko dzięki naszej sąsiadce, która jest naszym najlepszym PR-owcem.

Reakcja ludzi dodała Wam energii?

Gdy mówiliśmy o kwiaciarni, ludzie się śmiali, nie brali nas poważnie, patrzyli z rezerwą. No i Olsztyn – w Warszawie ten pomysł nikogo by nie zdziwił. Ale według mnie, w Olsztynie łatwiej zrobić boom.

Może dlatego, że kwiaciarnia nie kojarzy się biznesowo, z czymś, co przynosi pieniądze.

Bardzo prawdopodobne. Nie potrafiliśmy przekazać innym naszego pomysłu słowami, więc zaczęliśmy działać. Pokazaliśmy w praktyce, o co nam chodziło. I mamy nadzieję, że zmieniliśmy nieco definicję kwiaciarni i tego, jak można ją prowadzić.

Czy wiedząc to, co teraz, zrobilibyście coś inaczej?

Nie. Nie chcemy zmieniać ani stylu, ani lokalu, ani byśmy nie wymazali błędów, jakie popełniliśmy. Działając nigdy nie uniknie się błędów, a my, dzięki nim, wiele się nauczyliśmy.

Jakie są, powiedzmy, trzy idee, które przekazałabyś dalej?

Nie bać się zaryzykować. Stąpać twardo po ziemi. Mierzyć siły na zamiary. Ale też – zacząć od czegoś małego, postawić na rozwój i wybadać rynek przed jakimikolwiek działaniami. No i najważniejsze, jeśli nie masz konkurencji w swojej branży, zastanów się, czy warto działać.

Jaki jest Twój plan B?

Nie ma planu B. Nigdy nie było. Jak nasza kwiaciarnia nie wypali, to spakujemy się i trudno… W Wielkiej Brytanii prowadziłam taki zeszyt. Gdy miałam jakiś pomysł, nawet najmniejszy, zapisywałam. Tego zeszytu nie zdążyliśmy nawet otworzyć.

Jak myślisz, czy Twoja historia jest inspirująca?

Wiesz, nie brałam tego pod uwagę, że moja praca może być dla kogoś inspiracją. A jednak tak jest. Dostałam kilkadziesiąt wiadomości, zarówno od znajomych, jak i obcych mi zupełnie osób, że kibicują, że skoro nam się udało, to im też może się udać. I po części chyba też o to nam chodziło. Chcieliśmy pokazać, że można zrobić coś z niczego, jeśli tylko naprawdę się chce!

Czujesz, że to nowy początek?

To jest totalne nowy rozdział mojego życia. I dopiero teraz działając odważnie, i często spontanicznie, zaczęłam czuć, że naprawdę żyję. Polecam!

 

Ciąża

Niepłodność? Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem…

8 listopada 2021 / Monika Pryśko

Nie znam osobiście pary, która bezskutecznie stara się o dziecko.

O dwóch takich parach tylko słyszałam. Czy to znaczy, że w moim najbliższym otoczeniu wszystkie kobiety z łatwością zachodzą w ciążę, a ich partnerzy nie mają problemów z płodnością? Nie. To znaczy, że o problemach z zajściem w ciążę się nie mówi wprost. Często nie mówi się wcale.

Choroba niepłodności jest społecznie wstydliwa, choć gdy o niej rozmawiamy, jesteśmy pełni empatii i zrozumienia. Współczujemy parom, które nie mogą zajść w ciążę, choć nadal nie wiemy, co jest przyczyną tych trudności.

Niewiedza rodzi domysły. Niewiedza tworzy bariery. 

Narine Szostak  jest twórczynią kampanii społecznej #JestemN97 mającej na celu wsparcie procesu wyjścia z tabu niepłodności.

 

Monika Pryśko: Co oznaczają dwa hasztagi, które są swoistym hasłem Twojej kampanii społecznej #JestemN97

Narine Szostak: One są bardzo wymowne, choć na pierwszy rzut oka mogą nic nie mówić. N46 i N97 to są medyczne oznaczenia choroby niepłodności żeńskiej i męskiej w międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10. 

 

Skąd te cyferki?

Tych cyferek jest bardzo dużo, bo każda przypadłość i każdy symptom wymaga innej klasyfikacji, natomiast ja się skupiłam na tych dwóch głównych, które niepłodność określają w sposób bardzo dobitny, które mówią jedno — chodzi o chorobę niepłodności.

Jak myślisz, to jest taki temat, że nie możemy znaleźć słów, dlatego musimy posiłkować się cyferkami?

Zastanawiałam się, w jaki sposób stworzyć język mówienia o niepłodności, niekoniecznie używając tego słowa. Bo to słowo jest trudne, szczególnie emocjonalnie. I często nie chce przejść przez gardło tym, którzy przez lata starają się o dziecko.  

 

Wydaje mi się, że to jest trudne, ponieważ jak już nazwiesz tę niepłodność, to ta niepłodność staje się faktem niezaprzeczalnym, a póki nie wyrazisz tego wprost, to jeszcze możesz mieć nadzieję, że to chwilowe, że to przejdzie. 

Stąd też te hasztagi. To jest nazwa choroby, której nie musimy wprost nazywać niepłodnością. Możemy o tym mówić, nie używając tego słowa, które wielu z nas nie przechodzi przez gardło.

 

Kiedy niepłodność została nazwana chorobą? Mam wrażenie, nie używało się słowa choroba w kontekście niepłodności. O trudnościach w zajściu w ciążę mówiło się, jakby to zależało do losu. 

Dokładnie, niepłodność to był los, kara boska, karma… Tylko zastanawia mnie, dlaczego w ten sposób nie mówimy o innych chorobach? Nikt nie mówi, że choroba nowotworowa to los czy kara boska. Mówi się: masz raka płuc, doigrałeś się, trzeba było tyle nie palić. Znamy przyczynę, przy niepłodności często nie. 

Regularnie przecież się słyszy: „Bóg obdarzył ich dziećmi”, co czasem brzmi, jakby był z góry ustalony przydział na dzieci, co nie ma żadnego związku z ciałem, fizycznością i procesami zachodzącymi w ciele, tylko z decyzją istoty ponad nami. To jest poza ludzką decyzyjnością. 

Czy to los za mnie zdecydował? Spójrzmy na to inaczej. Mam 13 lat i dostaję ataku bólu spowodowanego wyrostkiem robaczkowym. Trafiam do szpitala, gdzie mam operację. Po kilku latach mam kłopoty z  miesiączkami, jestem młodą kobietą i nie mam pojęcia,  co się dzieje w moim organizmie. Natomiast okazuje się, że taki wyrostek robaczkowy, taka rutynowa operacja potrafi wiele zniszczyć w organizmie kobiety. Patrząc na to pod kątem losu, to nie jest to los, a sekwencja wydarzeń, których my ze sobą nie wiążemy. 

To trudne, bo gdy nie pragniesz niczego więcej poza dzieckiem, nie jesteś psychicznie w stanie wtedy tych kropek połączyć. Czasami tak zwyczajnie po ludzku łatwiej jest przetrwać w tej chorobie myśląc, że to los zadecydował. Wtedy można wierzyć, że los się odmieni. Los jest traktowany jako nadzieja. Los trwa, a to pozwala myśleć, że jeszcze nic nie jest przesądzone.

 

Przerzucanie odpowiedzialności na los przynosi ulgę? 

To mechanizm, nabyty sposób myślenia, narzucony przez społeczeństwo. Bo my społecznie postrzegamy niepłodność jako coś, co nie zależy od nas. 

Przez szereg lat naszego życia przechodzimy przez wiele dolegliwości, które wskazywały na to, że mogą w przyszłości zaistnieć problemy z płodnością. Ludzie narzucają nam jednak pewien sposób myślenia, sugerując, ze niepłodność to kara, często pomijają po prostu aspekt zdrowotny. Nakłada się na nas poczucie winy, że może faktycznie zasłużyłyśmy na to, że może, zamiast robić karierę, powinniśmy wcześniej postarać się o dziecko? 

Jesteś osobą wierzącą?

Wiara w cokolwiek, w Boga, w energię, w medycynę wspiera proces leczenia niepłodności. Jestem za tym, by wspierać się wiarą i duchowością, bo ona nas tylko uspokaja. Nie ma w tym nic złego, to dobrze, jeśli mamy sposób, który pomaga nam znaleźć balans, między tym, co czujemy, chcemy i możemy. 

 

Czy spotkałaś się z takim nastawieniem, że kobiety z chorobą niepłodności są traktowane jak zgniłe jajko, z którym nie wiadomo, jak się obchodzić?  Z jednej strony para walczy o rodzicielstwo, z drugiej strony bliskie im osoby zastanawiają się, czy zaprosić na pępkowe, bo może być im przykro…

Medal ma dwie strony. Osoby, które bezskutecznie starają się o dziecko, nie mówią o swojej chorobie, nie otwierają się w swojej społeczności, w swoim najbliższym otoczeniu, wiec bliscy często nie wiedza, z czym się zmagają. A skoro nie wiedzą, to nie mają pojęcia, jak się zachować, by nikogo nie urazić. 

 

Bo ciężko mówić o zazdrości i tych wszystkich trudnych emocjach, których się często wstydzimy. 

Jest oczywiście zazdrość, i to jest naturalne. Ty jesteś w ciąży, a ja nie. Gdy ten ciążowy brzuszek wydaje się być nie do osiągnięcia, oglądanie innych kobiet, które cieszą się swoim macierzyństwem, bywa frustrujące. Natomiast osoby w naszym otoczeniu, nie wiedząc, z czym się zmagamy, nie wiedzą, jak z nami rozmawiać, a my oczekujemy, że inni będą się domyślać, jak się czujemy i czego potrzebujemy. To jest patowa sytuacja, tak się nie da. Widzę, że jest to jeden z głównych problemów par starających się o dziecko, unikanie rozmów tylko pogłębia schemat. 

 

Dlatego wkładasz kij w mrowisko? 

To jest mój cel, by zachęcać kobiety i mężczyzn, by ujawnili swoją chorobę. Często jest tak, że z góry zakładamy, że rodzina nas nie zrozumie, a gdy ona się dowiaduje o problemie, o tym, co się u nas i z nami dzieje, to pojawia się czułość i wsparcie. Sytuacja zaczyna wyglądać inaczej niż zakładaliśmy. 

 

I wtedy człowiek się orientuje, że ukrywał się niepotrzebnie. 

To ukrywanie spowodowane jest wstydem. Poczuciem, że jestem niekompletną kobietą, mężczyzną. A wiadomo, facet musi spłodzić syna, posadzić drzewo i zbudować dom. No właśnie nie musi!!

 

Kobieta też nie musi rodzić dzieci. 

To, że ktoś nie może mieć dzieci z przyczyn medycznych, nie oznacza, że inni nie mogą nie chcieć mieć dzieci, mimo że mogą mieć.

Dopóki my o tym nie mówimy, to wszyscy mają pretensje i pytają, czemu my nie mamy tych dzieci. A my nikomu nie mówimy dlaczego, a można by powiedzieć: nie mogę mieć dzieci, staramy się to zmienić, jeśli możesz, to mnie po prostu wspieraj, ale pytania o to tego nie przyspieszą.

 

Czy jakaś konkretna sytuacja spowodowała, że postanowiłaś zareagować właśnie taką kampanią?

Walczyłam o moją córkę 10 lat. Moja córka pojawiła się na świecie dzięki metodzie in vitro. Natomiast przez te lata przeszłam długą drogę, od lekarzy, uzdrowicieli, po zielarzy. Przerobiłam wszystko. Kobieta w desperacji sprawdza wszystkie opcje. Dziś z perspektywy czasu się z tego śmieję, ale te wszystkie próby były mi potrzebne, by dojrzeć, by zbudować gotowość na wejście w procedurę in vitro. Wiem, ze wielu osobom, tak jak i mnie, decyzja o in vitro nie przyszła z łatwością. 

 

A czemu ta droga jest tak długa?

To diagnostyka trwa bardzo długo i gdy przez lata nie wiesz, co ci dolega, probujesz się dowiedzieć i nie jest to proste. Trudno jest wejść w proces in vitro nie wiedząc, co ci dolega i co spowodowało niepłodność. Dokładnie przed tym samym dylematem stałam ja.  Chciałam wiedzieć, co u mnie w ciele nie działa tak, jak należy. Co jest prawdziwą przyczyną problemów z zajściem w ciążę. Nasz lekarz bardzo naciskał na in vitro, gdyż miałam niedrożne jajowody. Okazało się też, że miałam guzka na jajniku, który został zbagatelizowany. Usłyszałam, że nie ma on wpływu na podejście do in vitro. Postanowiłam zbadać na własną rękę, czy mogę udrożnić moje jajowody, choć podobno w Polsce się tego nie zaleca. Ale ja chciałam się dowiedzieć. 

 

To Ci powiedziała intuicja, przeczucie? 

Uczulam inne dziewczyny, by słuchały swojej intuicji, bo ona nie zawodzi. Postanowiłam sprawdzić to w Armenii, kraju mojego pochodzenia. Gdy leżałam już na stole operacyjnym, w celu udrożnienia jajowodów, okazało się, że moja operacja nie będzie trwała 30 minut, ale prawie 4 godziny. Okazało się, że są tam ogromne zrosty, stany zapalne, asymetria jajników. Guz, który w Polsce został zbagatelizowany, był wielkości małego jajka. 

Dziś uważam, że powodzenie procedury in vitro zawdzięczam temu lekarzowi, który zrobił mi operację, który moje narządy doprowadził do jako takiej równowagi. Dzięki temu dziś jestem mamą córki. 

 

Czy jest różnica między niepłodnością kobiecą a męską, w kontekście wstydu i akceptacji społecznej?

Niepłodność w sferze psychicznej nie dostrzega płci, ona tak samo dotyka kobiety jak i mężczyzn, natomiast mam wrażenie, że w ogóle ta niepłodność męska jest jeszcze bardziej spychana na bok. Wiele wspierających komunikatów jest skierowanych tylko do kobiet. Nie słyszymy o tym, jak leczyć azoospermię, ale wiemy już więcej na temat endometriozy. 

 

Jednak kobiety są bardziej skore do dzielenia się trudnymi chwilami.

Mężczyźni też się bardzo dobrze kamuflują. Natomiast gdy wejdziesz do kliniki niepłodności, to w kolejce czeka tyle samo kobiet, co mężczyzn. Statystyki mówią bardzo jasno, że 20-30% niemożności zajścia w ciążę wynika z czynnika męskiego. A do 2050 roku ten odsetek wzrośnie nawet do 50%. 

 

Dlaczego tak jest?

Bo niepłodność to choroba cywilizacyjna, tak jest określana przez WHO. Na niepłodność wpływa cala masa czynników, i świadomość tego jest kluczowa, by temu przeciwdziałać. Ale by tak się stało, potrzebna jest edukacja, bo wciąż w społeczeństwie jest przekonanie, ze to kobiecie tyka zegar biologiczny, a facet może mieć dzieci zawsze. A tak nie jest. 

 

Chciałabyś to zmienić?

Marzę o tym, by osoby niezależnie od płci, borykające się z niepłodnością, nie bały się mówić o swojej chorobie, bo wiem, że mówienie o niej otwarcie wspiera proces leczenia, wspiera nas psychicznie, bo nie czujemy presji, by ukrywać swoją historię. 

 

Przeczytałam w książce „Terapia przez pisanie”, że samo ukrywanie tajemnicy jest cięższe emocjonalnie niż posiadanie tejże tajemnicy.

To wszystko dewastuje naszą psychikę, a przecież my musimy funkcjonować i mieć energię w sferze zawodowej, osobistej, towarzyskiej. Ile kobiet ukrywa w pracy, że właśnie przechodzi procedurę in vitro? I jak bardzo byłoby im lżej, gdyby to było jasne i nie musiałyby kombinować, kiedy zrobić sobie zastrzyk w brzuch, żeby nikt nie zobaczy.  To jest ogromny stres! To wielka ulga móc śmiało powiedzieć: czasami mogę być mniej dyspozycyjna, chciałabym, byś o tym wiedział / wiedziała, potrzebuję wsparcia. Ludzie mają serce i to po właściwej stronie. Warto zrobić ten krok, bo to jest tylko dla naszego dobra. 

 

Warto jest zacząć zmianę od rozmowy, zamiast zmieniać nieprzygotowanych ludzi. Przygotowujesz ludi do zmiany?

Nie da się tego zrobi inaczej. Zachęcam do opowiadania swoich historii, one będą nam służyć i będą wspierać proces zwiększenia świadomości u osób, które nie są zainteresowane osobiście, ale może znają kogoś, kto walczy o bycie rodzicem.

 

___

 

Autorka zdjęć: Patrycja Toczyńska

This error message is only visible to WordPress admins
Error: No posts found.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo