Change font size Change site colors contrast
Reportaż

Dramat wcześniaków i ich mam. ,,Urodziłam 6 tygodni temu i do tej pory nie widziałam synka’’. 

7 października 2020 / Monika Pryśko

Lockdown mocno nas doświadczył.

Do tej pory odczuwamy skutki zamknięcia, część z nas dopiero staje emocjonalnie na nogi, część nadal szuka pracy, a część na hasło ,,edukacja domowa’’ dostaje tików nerwowych. Ale przez ostatni tydzień mój punkt widzenia się diametralnie zmienił. Bo żadna nasza niewygoda związana z pandemią, nie może równać się z dramatem mam wcześniaków, mam dzieci, które musiały zostać w szpitalu - same. 

Mamy wcześniaków protestują przeciwko separacji ze swoimi dziećmi. Mamy wcześniaków, z powodu Covid-19, w części szpitali w Polsce mają utrudniony bądź ograniczony kontakt ze swoimi walczącymi o życie dziećmi. 

 

Jak to dobrze, że nie o moje dziecko chodzi. Ufff, jak dobrze, że mnie to nie dotyczy. Jak dobrze, że moje dziecko jest całe i zdrowie. Jak dobrze, że to nie ja…

 

Przyznaj, że tak właśnie pomyślałaś. Bo ja tak. I pewnie moja reakcja ograniczyłaby się tylko do szerowania postów na Instagramie dotyczących walczących matek wcześniaków, ale nie tym razem. Bo tym razem bliska mi kobieta – nasza redakcyjna Gosia, nasza pani excel, matka założycielka The Mother MAG – jest tą kobietą z opowieści, jest tą mamą czekającą, cierpiącą, odchodzącą od zmysłów. To nie dzieje się ,,gdzieś tam’’, to dzieje się tu, obok mnie. 

 

Kilka dni temu opublikowałyśmy wpis Gosi. Były to słowa wsparcia dla mam protestujących w Łodzi, ale też publiczne i intymne wyznanie. Nie spodziewałyśmy się takiego wsparcia od naszych Czytelniczek. Nie spodziewałyśmy się aż takich emocji. 

 

Dzisiaj mija 6 tygodni, gdy ostatni raz widziałam swojego synka. Jest wcześniakiem, leży na oddziale neonatologii w Gdańsku.⠀⠀⠀

Mam na imię Małgosia. Na co dzień zajmuje się technicznymi aspektami The Mother MAG, mało mnie w social mediach. Dzisiaj jednak chcę Wam opowiedzieć moją historię.⠀⠀

Jestem mamą czwórki dzieci. W sierpniu, w 28. tygodniu ciąży urodziłam synka. Nie widziałam go od tamtego momentu.⠀⠀

Dostaję raz w tygodniu zdjęcie od pielęgniarek i za każdym razem zastanawiam się, czy to na pewno mój syn. Bardzo chcę poczuć falę miłości, a czuję tylko żal, złość, rozczarowanie. Mam w sobie tyle sprzecznych emocji, często się ich boję, takie są mocne. A to wszystko z tęsknoty. I z bezsilności.

Pomyśl, że przez wiele tygodni nie możesz przytulić swojego dziecka, nie możesz go nakarmić, zaśpiewać, pogłaskać. Dotknąć. Choć zerknąć, czy spokojnie śpi.

Nie mogę być dzisiaj w Łodzi z innymi protestującymi mamami wcześniaków, ale mogę być tutaj i powiedzieć, wykrzyczeć, wypłakać, że oddzielenie mamy od dziecka i dziecka od mamy to niewyobrażalna trauma dla walczących małych wojowników i ich mam, które zaraz po często nagłych porodach wypisywane są ze szpitala do domu. Bez dziecka. Z burzą hormonów. I pustym brzuchem.

Dlaczego nie mogę zobaczyć mojego synka? Lekarze i pielęgniarki codziennie wychodzą z pracy do domu, chodzą do Biedronki, tankują samochody, przytulają swoje dzieci, które odebrali ze szkoły, gdzie jest setka innych dzieci i setka innych rodzinnych historii. I to jest ok, to jest bezpieczne.

A ja, mama mojego synka? Dlaczego nie mogę choćby zerknąć?

Wiecie… za każdym razem, gdy widzę zdjęcie mojego synka, boję się, że nie poczuję z nim takiej więzi, jak z pozostałą trójką. Nie było kontaktu skóra do skóry, nie było szeptania do małego, czerwonego uszka, nie było masowania po brzuszku, ani karmienia po kilkanaście razy na dobę. Boję się, bo nie wiem, jak pachnie mój synek. Boję się, że straciliśmy na zawsze coś bardzo cennego..

Dziś przytulam wszystkie mamy wcześniaków, które tak jak tęsknią, bezgłośnie z bezsilności płaczą pod prysznicem. Jestem z Wami, jestem jak Wy.

 

_

 

Na reakcje Czytelniczek nie musiałyśmy długo czekać. Bardzo dziękujemy Wam – w imieniu Gosi – za takie wsparcie, za tysiące miłych słów. 

 

Poniżej kilka komentarzy. To drobny ułamek wszystkich, które przyszły do nas na Instagramie oraz Facebooku. Dziękujemy za Waszą szczerość i za chęć dodania Gosi otuchy swoimi historiami. 

 

,,Pracuje w jednej ze śląskich klinik na oddziale noworodkowym i powiem szczerze – samej jest mi ciężko. Jestem świadkiem ostatnich rozmów, jakie mamy odbywają z maluszkami zanim wyjdą do domu. Noworodki potrzebują ciepła inkubatora, pokarmu, leków i nierzadko tlenu, ale nie istnieje jeszcze maszyna, która zastąpi im mamę. Boli mnie sytuacja, jaka panuje na tym oddziale. Jedyne co mogę zrobić to wysyłać mamom zdjęcia, chociaż sama wiem, że będąc na ich miejscu byłoby to kropla w morzu matczynych potrzeb. Czekam aż „to” się skończy i oddział noworodkowy kojarzony będzie jako miejsce, gdzie dzieci wraz z mamami mają szansę dojrzeć do życia poza murami szpitala. Aktualnie jest to smutne miejsce, gdzie jedynie położne i pielęgniarki, które jeszcze nie wypaliły się zawodowo, mogą okazać minimum ciepła i miłości noworodkom. Pozdrawiam wszystkie mamy, bądźcie silne! Ja robię co mogę, żeby waszym pociechom było dobrze.’’

 

,,To jest niewyobrażalny ból. Przeżyłam to na początku pandemii, udało mi się pożegnać synka i ostatnie 14 minut jego życia byłam z nim. Wcześniej 6 tygodni widywałam go tylko na zdjęciach. Przesyłam dużo sił.’’

 

,,Też jestem mamą wcześniaka i wprawdzie nie tak długo, ale też byłam rozdzielona z córeczką przez 3 tygodnie, z czego tydzień będąc jeszcze w szpitalu, mogłam do niej zaglądać raz dziennie na 5-10 min. Dla pocieszenia napiszę, że ta więź jest do odbudowania. Początki beda ciężkie, ale na pewno wszystko się ułoży. Przytulam mocno!’’

 

,,Serce mi pęka, jak to czytam. Ponad dwa lata temu urodziłam wcześniaka, przez trzy doby nie mogłam go wziąć w ramiona i poczuć, wyłam z bólu. Przykro mi, bardzo mi przykro, że takie piekło przeżywasz. ❤️ Życzę Wam siły z całego serca ❤️’’

 

,,Mam znajomą, która urodziła wcześniaka. 2 miesiące była z dzieckiem w szpitalu (maj tego roku) . Opowiadała, że jak jedna mama wyszła na chwilę z oddziału, pielęgniarki już ją spakowały i nie pozwoliły wrócić na oddział, a jej maleństwo urodziło się w 29 tygodniu. Także bardzo wam współczuję i mam nadzieję że w końcu rodzice będą mogli być ze swoimi dziećmi.’’

 

,,Straszne. U nas było to jedynie 14 dni i mogliśmy być z małym 12h na dobę. A i tak po wyjściu o 20:00 był płacz i tęsknota. Niewyobrażalne cierpienie.’’

 

,,Serce mi pęka. Ja miałam „tylko” doświadczenie miesięcznego, codziennego samotnego powrotu do domu bez synka, który był w inkubatorze… Nie wiem, jak przetrwałam tę straszną pustkę, jaka mi towarzyszyła. Żyłam każdym dniem, że jak dojdzie do 2 kg, to go zabiorę ze sobą… ale widziałam go codziennie. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić tego, co czujesz. :(‘’

 

,,Więź będzie jeszcze silniejsza. Trzymaj się! Ściskam Cię mocno. Jestem mamą wcześniaka z 35 tygodnia. Rozdzielili nas tylko na 8 dni, ale wyobrażam sobie, co czujesz. To niewyobrażalna tęsknota i troska. Dziecko, które przeżywa tak totalny szok, jakim jest poród, zostaje samo. Na zawsze to już pozostawia skutki, odseparowanie. To naprawdę paranoja, by tak postępować. Matka i dziecko toż to NAJWIĘKSZA miłość na świecie. Nie ma większej miłości i potrzeby bliskości. To musi się zmienić!!! Tak nie da się żyć, gdy serce rozpada się nieustannie na nowo! Już coraz bliżej i będziecie nadrabiać te stracone chwilę.’’

 

,,Leżałam kilka dni przed porodem na patologii ciąży, poznawałam takie historie, które były już przesądzone, że będzie ciąża rozwiązana przez cc nawet już w 32 tc. I te dziewczyny będą do wyjścia, a dzieci zostaną. Biedne już siedzą tam same, bez możliwości odwiedzin, a jeszcze wyjdą bez dzieci. Cały czas zadaję sobie te same pytania, że zespół medyczny wychodzi i później normalnie żyje i on może wchodzić do tych maleństw, a najważniejsza dla niego matka – nie. Chore! Nie mogłam się uwolnić od takich myśli leżąc tydzień w szpitalu i nawet jak miałam już swoją przy sobie, to cały czas myślałam o tych maleństwach i rodzicach. ’’

 

,,Ja urodziłam synka w 28 tc w czerwcu 2020 roku. Pierwszy raz widziałam go dzień po porodzie przez 10 minut, drugi raz widziałam go miesiąc po urodzeniu. Nie mogłam go dotknąć, przytulić, pocałować… W szpitalu spędził 89 dni, widywałam go raz w tygodniu przez 2h.’’

 

Z tych właśnie emocji powstał ten artykuł. 

A także, by pokazać dramat tych rodzinnych historii, by Was uwrażliwić, podkreślić, co jest w życiu najważniejsze.

 

I jednocześnie poprosić Tych-Którzy-Decydują, by spojrzeli na sytuację rodziców wcześniaków z empatią. Po ludzku.  

 

Oczywiście jako redakcja zdajemy sobie sprawę, że procedury mają nas chronić. Wiemy też, że personel medyczny przestrzega zasad ustalonych przez swoich przełożonych i nie on jest odpowiedzialny za separację mam i dzieci. Natomiast apelujemy, by znaleźć złoty środek. Fakt, państwo chroni nasze zdrowie fizyczne, stara się zminimalizować liczbę zachorowań na Covid-19, natomiast zdrowie psychiczne jest równie ważne. A tu stawka jest naprawdę wysoka. I wciąż brak zrozumienia, empatii i wsparcia.  

 

__

 

Musisz wiedzieć, że nasza Gosia to twardzielka. Nigdy się nie skarży, jest konkretna, twarda, nie rozczula się nad sobą. Poprosiłam ją, by napisała mi kilka zdań o dniu narodzin jej najmłodszego synka. Czytałam i z każdym zdaniem byłam mocniej poruszona. Nie zdawałam sobie sprawy…

 

To jest historia narodzin małego Leosia. To wydarzyło się 7 tygodni temu. I teraz widzę dokładniej, że to nie tylko trauma Gosi i jej najmłodszego synka, to tragedia taty, męża Gosi, a także wszystkich dzieci. 21 sierpnia już zawsze będą wspominać z przestrachem. 

 

_

 

21 sierpnia był ostatni piątek wakacji. Było strasznie gorąco. Dzieci biegały po ogrodzie, a ja modliłam się o chłodny wieczór. Pamiętam, jak pisałam SMS-a do męża, że jak wróci, skoczę pod zimny prysznic. Nie czułam się tego dnia najlepiej, ale sądziłam, że to przez upał.

 

W końcu przyszedł upragniony wieczór. Przygotowywaliśmy pokoik dla naszej 2-letniej córeczki, zdejmowaliśmy jej szczebelki w łóżku, montowaliśmy nową lampkę. To był też dzień jej urodzin, następnego dnia miało się odbyć przyjęcie urodzinowe. Balony nadmuchane helem czekały ukryte w sypialni, tort zamówiony, prezenty spakowane. 

W trakcie kolacji, zamówionej pizzy, wydarłam się na dzieci za to, że kręcą się przy jedzeniu. Bardzo rzadko zdarza mi się krzyczeć, więc mąż spojrzał na mnie zdziwiony, ja sama byłam zaskoczona swoją reakcją. A to były już początki wstrząsu. 

 

Poszłam położyć córeczkę, nie chciała zasnąć, a ja byłam mocno zdenerwowana. Śpiewając jej kołysanki poczułam, jak coś nagle cieknie mi po nogach. Zanim doszłam do włącznika światła, zostawiałam już za sobą krople krwi na podłodze. Nie zastanawiałam się ani sekundy, zaczęłam krzyczeć do męża, żeby wzywał karetkę, bo dzieje się coś złego. 

 

Córka zaczęła płakać, nasi starsi chłopcy również. Starałam się zachować spokój. W myślach jedno zdanie: oby tylko dzieci nie zobaczyły krwi. Ale zanim przyjechała karetka, krew płynęła nieprzerwanie. 

 

Pamiętam, jak sanitariusz zapytał męża, czy jedzie ze mną. Nie mógł. Musiał zostać z dziećmi. Jechałam więc sama, przerażona. Najpierw do jednego szpitala, w którym nas nie przyjęto, gdyż w mieście obok był szpital z wyższą referencyjnością i oddziałem neonatologicznym. Wtedy jeszcze nie brałam pod uwagę porodu. Było dużo za wcześnie, miałam termin dopiero na 8 listopada. W drugim szpitalu przyjęto nas od razu. Kilka dokumentów i podpisanie zgód. 

 

Zanim położyłam się do badania USG, zostawiałam za sobą już spore plamy krwi na podłodze i krześle. Badanie trwało może 30 sekund. Lekarz przyłożył głowicę USG do brzucha, sekundę wpatrywał się w obraz, chyba zaskoczony tym, co widzi, po czym krzyknął: Bradykardia, pełno krwi! I wybiegł z gabinetu, aby zwołać zespół.

 

Sytuacja potoczyła się bardzo szybko – stół operacyjny, wkucie, cewnikowanie, usypianie. Nie było czasu na sentymenty, a ja trzęsłam się ze strachu. Lekarze nie mieli nawet czasu, aby powiedzieć mi, co się dzieje. Otrzymałam tylko informację, że musimy ciąć.  

 

4 minuty. Tyle trwał zabieg ratujący życie Leona i moje. 4 minuty, które zaważyły na całym moim obecnym życiu. 

 

,,Proszę się obudzić!’’ To pierwsze, co usłyszałam. Pierwsza myśl? Żyję. Pierwsze pytanie? Co z moim dzieckiem?

 

Obudziłam się, nie wiedząc, gdzie jestem i zupełnie nie wiedziałam, co się stało. Obok mnie w sali leżała jeszcze jedna kobieta. 

 

Musiałam jak najszybciej skontaktować się z mężem, który od wyjazdu karetki nie miał ode mnie żadnych informacji. Podobno dzwonił na SOR, ale trwała operacja. Nikt wtedy nie myślał o tym, żeby powiadomić męża. Nie było czasu. Mąż powiedział mi, co z naszym dzieckiem, na jakim oddziale jestem. Dzwonił jeszcze wielokrotnie do szpitala, aby dowiadywać się na bieżąco co z synkiem. Leon urodził się w 28. tygodniu, z wagą 1080 g, mierząc 37cm. Za mały, żeby samodzielnie przebywać poza moim bezpiecznym brzuchem. Za mały, żeby sam oddychać. Przed operacją nie było czasu na podanie sterydów przyspieszających dojrzałość płuc. 

 

Od samego początku był sam. Beze mnie, a ja bez niego. 

 

Leżałam obolała, w szoku. Resztki znieczulenia mnie usypiały. Nie wiem, o której nad ranem do pokoju wszedł lekarz. Powiedział kobiecie obok, że jej dziecko zmarło. Do mnie zajrzał przez kotarę i rzucił bez emocji: ,,Pani dziecko jest w stanie krytycznym”. I wyszedł…

 

Szok. Kobieta obok mnie płacze. Ja nie wiem, co zrobić. Boję się rozmawiać przez telefon, chcąc uszanować prywatność sąsiadki. Piszę SMS-y do Pawła, żeby koniecznie dzwonił na oddział neonatologiczny. 

 

Było źle. Pierwsze dni wcześniaków to ciągły stan krytyczny. Nasz stan krytyczny, a później ciężki stabilny trwał 35 dni. Dopiero w 35 dniu Leon mógł opuścić inkubator, dalej jednak pozostając na dziecięcym OIOM-ie. 

 

Ja zostałam wypisana do domu w 7. dobie po operacji. Mówię ,,po operacji’’, gdyż moja głowa nie zarejestrowała porodu. Nie pamiętam tej sytuacji jako rodzenia dziecka. Nie było kontaktu skóra do skóry, nie było pierwszego płaczu. Nie było bólu porodowego i późniejszego szczęścia. Był tylko plastik inkubatora. 

 

Pielęgniarka mówi mi, że to mój synek. Ten malutki człowieczek podłączony do miliona kabelków. Przyjechałam do szpitala z brzuchem i wyszłam do domu bez brzucha. Bez dziecka. Jednak on tam był. Walczył o życie. I był sam. 

 

Podczas pobytu w szpitalu mogłam do niego chodzić w każdym momencie, zanosić odciągnięte mleko. Po wypisie ze szpitala – raz dziennie telefon i jedno zdjęcie na tydzień. Tylko tyle i aż tyle. W szpitalu nikt mnie nie poinformował, że mogę zostać przy dziecku. Nie wiem, czy była taka możliwość. Byłam w szoku. Wszyscy byliśmy. Do dzisiaj mam zespół stresu pourazowego, chodzę do psychologa. W szpitalu proponowali mi rozmowę z psychologiem, ale był tylko jeden. Jeden na cały szpital i w dodatku na urlopie.

 

Dopiero po kilku dniach dowiedziałam się, że miałam krwotok wewnętrzny wywołany oddzielaniem się łożyska. Sama byłam w dość nieciekawym stanie. Szybkie cięcie zostawiło trwały ślad na brzuchu, kilkukrotne transfuzje krwi, litrowe kroplówki z antybiotykami i przeciwzakrzepowe zastrzyki w brzuch. Nie było łatwo. 

 

Strach o własne życie, strach o pozostawione dzieci, strach o nowo narodzone dziecko. Natężenie strachu ścięło mnie z nóg. 

 

Pamiętam, jak podczas mojego pobytu w szpitalu przychodziły pielęgniarki i lekarze zdziwieni, że przeżyłam. Z medycznego punktu widzenia powinno mnie już nie być. Ani mnie, ani Leona. Wtedy, jakkolwiek to zabrzmi, byłam wdzięczna przede wszystkim za to, że jestem, bo w domu zostawiłam trójkę dzieci. Bałam się, że już nie wrócę.

 

Ciężko jest mi opisać, co czuję teraz. Co czułam przez te długie 7 tygodni, kiedy on był tam, a ja tutaj. Z jednej strony martwisz się o życie dziecka, które ciągle jest w stanie krytycznym stabilnym. Słuchasz lekarzy, którzy mówią, że dzisiaj jest źle, a jutro będzie może dobrze, a często na odwrót. Z drugiej przytulasz dzieci, do których myślałaś, że już nie wrócisz. To tak wielki koktajl emocjonalny, że sama przestajesz wiedzieć, co czujesz. Przeżywasz połóg, hormony wariują. Nikt nie jest w stanie Cię zrozumieć. Nikt nie może zapełnić pustki w brzuchu. Gdzie mój brzuch? 

 

Nigdy jeszcze nie dotknęłam mojego synka. Jest dla mnie zdjęciem w telefonie. To bardzo trudne do zaakceptowania, zrozumienia. Jak mam wytworzyć więź z synkiem, którego nigdy nie trzymałam na rękach. Uwierzcie mi, że to trudniejsze niż się wydaje. 

 

Nie stałam pod szpitalem, nie pisałam pism i petycji, nie kontaktowałam się z prawnikiem. Bałam się, że moje działania wpłyną negatywnie na opiekę nad Leonem. Zabiorą mi w miarę miły kontakt telefoniczny z lekarzami i pielęgniarkami. 

 

Ja rozumiem, że moje wizyty mogłyby zagrażać zdrowiu synka, jak i innych dzieci. Rozumiem. Tylko, że gdy jesteśmy w ciąży, mówią nam, że mamy mówić do brzucha, śpiewać piosenki, bo dziecko nas słyszy. Jednocześnie medycznie jest udowodnione, że bliskość mamy pomaga dzieciom zdrowieć, lepiej przybierać na wadze. A z jeszcze innej strony, czy panie pielęgniarki nie chodzą po pracy do sklepu? Nie mają dzieci, które wracają ze szkoły? Jestem taka sama jak one. 

 

Nie da się przeżyć raz jeszcze utraconych chwil. Wierzę, że można zbudować więź, jednak to, co przeszliśmy, na zawsze zostawi traumatyczną historię. Przez te 7 tygodni, uwierzcie mi, nie dało się nie myśleć, że moje dziecko jest tam samo. Ta myśl po prostu rozdziera serce, odchodzi się od zmysłów.  

 

Zbudowałam sobie obronny mur, za którym schowałam wszystkie emocje. Czuję się jak wydmuszka. Zostałam obdarta z najpiękniejszych chwil z maleństwem. Nic i nikt mi ich nie zwróci. A to nie tak, że nie mogłam tego przeżyć, bo moje dziecko odeszło. Ono tam jest. To system i regulaminy zawiodły. 

___

 

Historia Gosi obudziła inne mamy. Poniżej opowieść jednej z naszych Czytelniczek, która pragnie pozostać anonimowa. 

 

Miało być jak filmie. Odejdą wody, pojedziemy do szpitala i urodzi się nasza wymarzona córeczka. A jak było rzeczywiście? Minął 40 tc, a mała na uparciucha nie chciała wyjść z brzuszka. Według ustalonego wcześniej z lekarką prowadzącą planu, stawiłam się na szpitalną izbę przyjęć w celu wywołania porodu. Psychicznie byłam dobrze przygotowana na to, co mnie czeka.

Mąż zainstalował mi Skype w telefonie, od rana była ciągła relacja z nim przez wiadomości sms. Optymizm pełną gębą! Przecież mam zadanie do wykonania i jestem zdeterminowana. Idę rodzić, wracamy ze szpitala do domu i jesteśmy najszczęśliwsi na świecie. I na początku faktycznie tak to wyglądało.

Komplikacje rozpoczęły się chwilę po tym, jak zostałam podpięta pod kroplówkę z oksytocyną. Tętno dziecka zaczęło spadać. Lekarka pełniąca dyżur tego dnia w moment podjęła decyzję o cesarskim cięciu. Szybka zgoda, papiery podpisywane drżącymi rękami już na szpitalnym wózku. W całym tym chaosie ekspresowy telefon do męża – ,,będzie cesarka”. Tylko tyle udało mi się z siebie wydusić. Anestezjolog zadecydował o tym, żeby nie tracić czasu i zamiast znieczulenia od razu mnie uśpić. Kilka sekund minęło, a ja już odpłynęłam.

Obudziłam się na sali pooperacyjnej. Na początku nic nie pamiętałam i nie mogłam z siebie wydobyć ani słowa. Obok pojawiła się pielęgniarka z informacją, że wszystko jest dobrze, ale córeczka od razu po urodzeniu trafiła na oddział patologii noworodka i nie mogę jej w tej chwili zobaczyć. Mam teraz leżeć i odpoczywać po operacji. Jedynie dzięki uprzejmości jednej z rezydentek pokazano mi zdjęcie córeczki z telefonu.

Moje małe, bezbronne dzieciątko z rureczkami w nosie i buzi i czapeczką na głowie. A więc to ta istota żyła sobie przez ostatnie 9 miesięcy w moim brzuchu Ciężko było mi się skupić. W głowie kłębiło się setki myśli…

W tamtej chwili jedyną prośbę, jaką miałam, to żeby szpital skontaktował się z moim mężem, bo ja nie jestem w stanie wykonać do niego telefonu z tymi informacjami. Suchość w gardle i rozchwianie emocjonalne wzięły nade mną górę.

Po kilku godzinach od przebudzenia przewieźli mnie na salę poporodową. Dowiedziałam się, kiedy będzie pionizacja, że guzikiem przy łóżku mogę wezwać położną w razie potrzeby, no i że aktualnie nie mogę jeść ani pić. Ani słowa na temat dziecka…

Mąż otrzymał przez telefon zlepek podstawowych informacji i zapewnienie, że jak tylko coś się zmieni, to dadzą znać. Na większość pytań otrzymał odpowiedź: ,,niestety, nie wiemy”. My nic nie wiemy i oni nic nie wiedzą…

Po jakimś czasie w sali, na której leżałam, pojawiły się dwie kobiety również po porodzie. Z dziećmi przy boku. Ciężkie przeżycie widzieć szczęście na twarzy innej kobiety, kiedy samemu przeżywa się wewnętrzną histerię. Wtedy obiecałam sobie, że się nie rozkleję i będę silna.

Lekarz przy wieczornym obchodzie zakomunikował, że teraz i tak nic nowego się nie dowiem na temat dziecka, bo jest noc, i rano na pewno dostanę jakieś informacje, bo on nic nie wie i to nie jego oddział. Noc minęła bezsennie. Rano dostałam w twarz informacją, że nie będę mogła zobaczyć dziecka, bo wszystkie oddziały są zamknięte i pracują według ściśle określonych wytycznych.

Dzięki uprzejmości położnej otrzymałam numer na oddział patologii noworodka, gdzie miałam zadzwonić i zapytać, co dalej. Na moją prośbę telefony w sprawie córki wykonywał już tylko mąż. Ja nie byłam w stanie. Wściekłość wymieszana z żalem i pustką była ogromna.

Według przekazanych wieści dziecko urodziło się z zapaleniem płuc i problemami z oddychaniem. Został włączony antybiotyk i córeczka była wspomagana tlenem. To tak w skrócie. Po dwóch dniach wśród matek z dziećmi wreszcie otrzymałam wypis do domu, a moja córeczka nadal pozostawała na patologii noworodka.

Problemy z dodzwonieniem się na oddział były ogromne. Co chwila ktoś nas zbywał i odkładał słuchawkę. Przekaz informacji przez telefon był totalnie chaotyczny.

O odwiedzeniu dziecka nie było żadnej mowy. Pisaliśmy pismo do dyrekcji szpitala, chcieliśmy zakupić specjalne ubrania ochronne, zrobić test na Covid. Zgody nie otrzymaliśmy. Obiecanych zdjęć nie było z powodu braku czasu. Nieprzyjemny lekarz grzmiał do słuchawki, że przecież na oddziale jest ponad 50 dzieci i co my sobie wyobrażamy.  

Codziennie, łącznie przez 10 dni w naszym domu atmosferę można było kroić nożem. Płacz z bezsilności był normą zarówno u mnie, jak i u męża. Zadzwonić na oddział można było tylko raz w ciągu dnia i graniczyło z cudem wstrzelić się w wolny czas lekarza na obchodzie. Codziennie słyszeliśmy, że malutka dostanie wypis ,,no może nawet jutro”.

Codziennie przed południem czekaliśmy na te magiczne słowa i codziennie z jakiegoś powodu ich nie było. Jedna Pani mówiła inaczej, a druga inaczej. Każdy miał swój plan leczenia, przez co informacje kompletnie się nie pokrywały.

Bardzo ciężko opisać, co tak naprawdę czułam w tamtych chwilach. Było to ogromne zagubienie pomieszane z żalem. Bałam się, że kiedy przyjdzie mi poznać moje dziecko, nie poczuję się tak, jak powinnam. Pierwszy dotyk, pierwsze karmienie i przewijanie, pierwszy płacz. Wszystko to zostało nam odebrane. Czy nie będzie między nami jakiegoś

dystansu? Jaka ona będzie? Czy będzie wiedziała, że to my jesteśmy jej rodzicami? Jak bardzo w ciągu tych dni się zmieniała, jak się zachowywała. Tego nie wiem i nigdy się nie dowiem.

Po tym czasie nie udało mi się zacząć karmić piersią, co też było kolejnym ciosem. Tylko dzięki wspaniałej położnej środowiskowej udało mi się to przepracować w głowie. Szpital owszem uratował mi i dziecku życie, ale swoimi procedurami odebrał też jedną z najbardziej magicznych chwil w życiu. Zniszczył piękny obraz świeżego macierzyństwa.

Minęło już pół roku, a nadal boli. 

 

_

 

 

Dopiero teraz Gosia opowiedziała, dlaczego nie koczowała przed szpitalem, dlaczego nie poruszyła nieba i ziemi, by być przy swoim synku. Uważam, że osoba, która nie przeżyła tego, co Gosia, nie może tego oceniać. Uważam też, że każdy sam musi wybrać sposób reagowania. Każdemu ulgę przyniesie co innego. 

 

Gosia nie walczyła tak, jak wielu uważa, że powinna, bo nie chciała pogarszać sprawy. Nie chciała, by personel medyczny – nawet podświadomie – z mniejszą uwagą i ostrożnością opiekował się jej synkiem. Wydaje mi się, że miała podstawy do tych obaw. Choć też rozumiem, że te słowa dla wielu oddanych specjalistów mogą być krzywdzące. Gdy w grę wchodzą emocje, trudno być obiektywnym. 

 

Położne w szpitalu, w którym leży synek Gosi, dostały zakaz wypowiadania się w tej sprawie, dlatego nie mogę przedstawić stanowiska drugiej strony.

 

 

_

 

 

Dzięki wpisowi Gosi poznałam prawnika Katarzynę Włodarczyk. Rozmawiałyśmy o prawach mam i ich dzieci. Kasia podpowiedziała, że na stronie Fundacji Rodzić po Ludzku widnieje cała rozpiska na temat praw pacjenta: https://www.rodzicpoludzku.pl/prawa-pacjenta.html

 

Niestety teraz, w dobie pandemii, żadne zasady nie obowiązują, bo wszystko można tłumaczyć Covid-19.  Jest specustawa  z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem Covid-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych.

http://g.ekspert.infor.pl/p/_dane/akty_pdf/DZU/2020/47/374.pdf#zoom=90

 

 

,,Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie ma jednomyślności. Uważam, że sprawa byłaby znacznie prostsza, gdyby te zasady były jednolite i stałe albo zmieniane nie aż tak dynamicznie. Bo ani odwołanie porodów rodzinnych, ani brak odwiedzin, nie jest nigdzie nakazany wprost. To jest wyłącznie kwestia dowolnej interpretacji. ‘’

 

Katarzyna dodaje jeszcze, że ,,z punktu widzenia zarządzających szpitalami trudno się dziwić. Na pewno to bezpieczniejsze, kiedy nie ma odwiedzin. Niemniej straty długofalowe poznamy za wiele lat. Uważam, że te kwestie powinny być uregulowane odgórnie i odpowiedzialność, mimo wszystko powinni za to przejąć rządzący. Jednolitość w tej dziedzinie to podstawa! W przeciwnym razie, to szukanie kozła ofiarnego, czyli lekarzy i pielęgniarek. ‘’

 

 

Jeśli jesteś mamą, która nie może zobaczyć swojego dziecka, które leży w szpitalu, skorzystaj proszę z formuły przygotowanej przez Katarzynę Włodarczyk. Wystarczy, że skopiujesz tekst i uzupełnisz dane. 

 

 

 

Pismo do Dyrektora Szpitala, w którym leży maluch o mniej więcej takiej treści:

 

Szanowny Panie!

W dniu ….. urodziłam w Państwa Szpitalu.

Od x tygodni nie mam kontaktu ze swoim dzieckiem.

Stanowczo wnoszę o umożliwienie mi sprawowania osobistej opieki nad dzieckiem, w trakcie jego hospitalizacji.

Zgodnie z wytycznymi obowiązującymi w okresie pandemii, skierowanymi do wszystkich szpitali w Polsce, zgodnie z przysługującymi nam prawami pacjenta i prawami dziecka, stanowczo wnoszę, jak na wstępie.

 

 

z poważaniem

……………….

 

 

W wiadomości e-mail skierowanej do szpitala, dołącz jako adresatów również:

– Rzecznika Praw Pacjenta

– Rzecznika Praw Dziecka

– Helsińską Fundację Praw Człowieka 

– Fundację Rodzić Po Ludzku

 

 

___________

 

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę uruchomiła petycję: https://www.petycjeonline.com/wobronienoworodkow

 

Podpisz i wesprzyj inne mamy! 

 

____________

 

Ten artykuł jest bardzo lapidarny. Ale nie dziw się, proszę, pisany jest w emocjach. Trudno być obiektywnym, przyjmującym rzeczywistość na zimno dziennikarzem, gdy u przyjaciół świat stanął w miejscu. 

 

Ten artykuł powstał ze wspomnień. Ale też daje nadzieję. Bo dziś Gosia pojechała zabrać swojego małego synka do domu. Po 7 tygodniach od porodu, w końcu będzie mogła sprawdzić, jak pachnie jej dziecko. Czekałyśmy na to!

 

 

Reportaż

Przedsiębiorcze matki na celowniku ZUSu

3 października 2020 / Magdalena Droń

Przypisano im łatkę „matek – wyłudzaczek”.

ZUS odbiera im godność, łamie wiarygodność w oczach klientów, by za wszelką cenę doprowadzić ich firmy do bankructwa. Chociaż mają doświadczenie, zdobywają uznanie, są cenione za determinację i dążenie do celu, doskonale łącząc wszystkie role, państwo prorodzinne przypiera je do muru i każe im wybierać – rodzina albo kariera.

Kilka lat temu Zakład Ubezpieczeń Społecznych wzmógł kontrole wśród matek prowadzących działalność gospodarczą. Powodem były nowopowstające firmy, zakładane przez kobiety w ciąży, na potrzeby wyłudzenia świadczeń. Oberwało się jednak także tym, które „na działalności” były od lat. Organowi nie spodobało się, że ich firmy generowały za małe przychody, podczas gdy właścicielki pobierały zasiłki macierzyńskie. Przedsiębiorcze mamy są tym oburzone, ale ZUS wskazuje na konieczność obrony interesu płatników i wstrzymuje wypłatę zasiłków chorobowych lub macierzyńskich, gdy urzędnicy znajdą nieprawidłowości lub niedociągnięcia. Nakazuje także zwracać nienależnie pobrane pieniądze, nawet za lata wstecz.

Miesiące stresu bez środków do życia

Zaczyna się niewinnie. ZUS wstrzymuje wypłatę środków informując, że rozpoczyna postępowanie wyjaśniające, najczęściej w odniesieniu do podlegania pod ubezpieczenia społeczne. – Praktyką ZUS stało się to, że jeśli w ogóle wyśle takie zawiadomienie, robi to dosłownie na chwilę przed kończącym się 30-dniowym terminem, który obowiązuje go w ustawie dotyczącej realizacji świadczeń i ich wypłat – podkreśla Anka. W piśmie przesuwa termin o kolejne 30 lub 60 dni. Na próżno szukać w nim konkretów: dlaczego termin uległ przesunięciu, co wzbudziło wątpliwości ZUS i jakie kroki organ zamierza podjąć, aby sprawę wyjaśnić. Zgodnie z Kodeksem Postępowania Administracyjnego winien jest wyczerpującą informację, a sprawy załatwiać bez zbędnej zwłoki. Na tym etapie procedowania ZUS nie poinformuje również, kto zajmuje się naszą sprawą oraz gdzie można zasięgnąć jakichkolwiek konkretnych informacji – odsyła na infolinię, gdzie nie sposób uzyskać żadnych szczegółowych informacji. – Tak minęły mi łącznie 3 miesiące. Potem ZUS wezwał mnie na kontrolę, podczas której miałam udowodnić, że działająca na rynku 6 lat firma, zatrudniająca 3 pracowników, przynosząca wysokie dochody, nie jest fikcyjna. Oczywiście wątpliwości co do istnienia firmy ZUS nabył dokładnie z chwilą wpłynięcia wniosku o zasiłek – mówi Anka. To są te szumne wyłudzenia, które nam się tak często przypisuje: nieprawdą jest, że ZUS weryfikuje tylko bardzo młode firmy i płatników, którzy w sposób nagminny korzystają ze świadczeń, mamy mnóstwo przykładów wskazujących na to, że już druga ciąża jest dla nas zagrożeniem i wielce niewygodna dla ZUS, bo po raz drugi będzie należał się zasiłek macierzyński, nieważne, że przez 6 lat się nie chorowało… dodaje z goryczą. – I wtedy zaczyna się koszmar – nasi klienci są wzywani na przesłuchania, my proszone o ujawnienie korespondencji z nimi: maili, czasem sms-ów, często wrażliwych umów stanowiących tajemnicę handlową. Kontrole tzw. fikcyjności zdają się być jedną z ulubionych, ale chyba najbardziej absurdalnych. Czy nie wystarczy, aby ZUS sprawdził choćby PIT-y, PKPiR, faktury? – pyta. W kraju znane są przypadki kontroli, na które wzywano zaraz po porodzie. Kilkugodzinne przesłuchania z dwutygodniowym dzieckiem na ręku, po to, by odpowiadać na pytania: „Czy celowo podwyższyła Pani składkę na ubezpieczenie społeczne, by uzyskać większy zasiłek?”.

Wysokie składki zdają się być największą zmorą ZUS. Choć na całym świecie system ubezpieczeń opiera się na dobrowolności składek, w Polsce wydaje się to być problemem, mimo iż składki ZUS są właśnie uznaniowe a ustawodawca określił ich pułap, który ubezpieczony może zadeklarować. Przedsiębiorcza mama, której dochody miesięcznie trzy- czy nawet czterokrotnie przewyższają średnią krajową, nie może być oskarżana o to, że nie chce by jej zasiłek macierzyński wynosił ok 2000 zł (tyle należy się przy standardowych składkach), a maksimum, czyli ok. 7000 zł miesięcznie. Przedsiębiorczynie podkreślają, że często nie jest to nawet 50% ich dochodów. Kobiety mają poczucie, że każe się je za powodzenie. 

Po kontroli ZUS analizuje ponownie dokumenty, co w praktyce oznacza kolejny miesiąc, często i dwa, czekania – razem to ok. pół roku wstrzymanych świadczeń. W tym czasie, mimo iż same nie otrzymują zasiłków, składki muszą regularnie i sumiennie odprowadzać.

Pieniądze do zwrotu

Nawet jeśli ZUS wyda pozytywną decyzję, nie można spać spokojnie. Wypłacone wcześniej świadczenie może nakazać zwrócić, jeśli np. okaże się, że na koncie widniała niedopłata (często groszowa). Może też nagle okazać się, że zabrakło jakiegoś dokumentu czy podpisu.

Absurdalne, jednak nagminne – ZUS sam podważa swoje decyzje sprzed lat i nakazuje zwrócić pieniądze, w praktyce nie jest to podyktowane żadną podstawą prawną. Co istotne, jeśli ZUS uzna świadczenie sprzed 4 lat za nienależne, choćby ze względu na niedopłatę, nie uzna też kolejnych wypłaconych świadczeń, sprzed 3 czy 2 lat. Czasem oznacza to kilkaset tysięcy złotych do zwrotu. To tragedia dla całych rodzin, a także bankructwo dla firmy.

Jakim prawem ZUS odwołuje swoje decyzje i kontroluje „wstecznie”? – W sierpniu zeszłego roku wszczęli postępowanie, żeby sprawdzić, czy moja firma jest fikcyjna. Bo uczyłam się przez 9 lat (studia prawnicze i ekonomiczne, plus aplikacja) żeby wyłudzać zasiłki z ZUS… No paranoja. Jak już zauważyli, że fikcyjności mi nie udowodnią, bo w każdym miesiącu mam fakturę, to grzebią, czy nie pracowałam na L4 i jak się rozliczałam z pracownikiem itp.. Robią to bezprawnie, bo nie rozszerzają zakresu postępowania. Muszę chodzić do sądu, robić zdjęcia protokołów z rozpraw i zamazywać dane, żeby udowodnić, że nie pracowałam na L4. Wreszcie mi odpuszczają w listopadzie 2018 i kończą postępowanie. Wtedy pomyślałam, że może się odczepią wreszcie. Nic bardziej mylnego. Dalej grzebią. Tym razem bez wszczęcia postępowania. I znaleźli jedną nieprawidłowość w formularzach. W listopadzie 2017 roku. Byłam z synkiem w szpitalu. To było podczas zasiłku macierzyńskiego. Dowiedziałam się od lekarza, że mogę przerwać zasiłek macierzyński i pobrać zasiłek opiekuńczy, by w ten sposób trochę mi się przedłużył macierzyński. Po wyjściu ze szpitala poszłam do ZUS i pytam się, czy to możliwe. Pani potwierdziła. Powiedziała jakie dokumenty złożyć. Wróciłam z dokumentami. Po 3 miesiącach wypłacili mi ten opiekuńczy. I wszystko było WTEDY dobrze. A TERAZ oni twierdzą, że powinnam jeszcze złożyć jakieś dodatkowe dokumenty. Ktoś się dopatrzył po 1,5 roku! Grozi mi zwrot połowy macierzyńskiego i zasiłków opiekuńczych. Bo jak mnie wywalą z ubezpieczeń w listopadzie 2017 to wszystkie zasiłki pobrane po tym okresie są traktowane jako nienależne. Tego wszystkiego dowiedziałam się przez telefon. Nie było wszczęcia postępowania. Do tej pory nie mam oficjalnej decyzji mimo moich pism – kwituje gorzko Daria.

Zasiłek macierzyński to nie urlop, czyli gorsze dzieci matek na działalności

W opinii ZUS pobieranie zasiłku macierzyńskiego nie jest jednoznaczne z przebywaniem
na tzw. urlopie macierzyńskim. Aby firma nie została uznana za fikcyjną, należy wówczas pracować (choć nie systematyzuje tego żadna ustawa, jest to interpretacja przepisów, oczywiście niekorzystnych dla kobiet-matek). Istnieje możliwość jej zawieszenia, ale to oznaczała śmierć firmy, która w wielu branżach potrzebuje ciągłości np. do przystąpienia do przetargu.

Dla przedsiębiorczej mamy zawieszenie  działalności skutkowałoby tym, że po zakończonym zasiłku, zostaje bez niczego i zaczyna wszystko od nowa, nie mając przy tym środków do życia. A jako kobieta chce się ona realizować zarówno w pracy zawodowej, jak i w domu, poświęcając swój czas rodzinie. Ja na siebie od powrotu do pracy po macierzyńskim w ogóle nie biorę L4. Tylko jak dzieci chorują to brałam opiekę, ale i nawet tego nie chcą mi wypłacać. Już 4 razy kazali mi przynieść zaświadczenie ze żłobka, że dziecko nie było w placówce w dniach, o które chciałam zasiłek opiekuńczy. Jakby sami nie mogli się zwrócić. W żłobku to już patrzyli na mnie dziwnie, gdzie w moim zawodzie zaufania publicznego nie powinnam być postrzegana jako „ciągle kontrolowana przez ZUS”. No wstyd robią człowiekowi – mówi Magda.

Ciążący „problem”

Na zwolnienie przechodzę w 12tc z powodu plamień. To była moja 4 ciąża (jedną poroniłam).  Po niecałym miesiącu sprawdzam PUE [Platforma Usług Elektronicznych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych – przyp. aut] czy jest wczytana wypłata za zwolnienie. Widzę odmowę za 3 ostatnie dni zwolnienia (piątek, sobota, niedziela). Dzwonię na infolinię ZUS. Dowiaduję się, że w dniu poprzednim powinnam stawić się u lekarza konsultanta ZUS, a w dziś u orzecznika ZUS. Godzina wizyty za 30 minut od momentu, w którym się dowiedziałam. Pytam więc, co mam zrobić. Każą przyjechać, jeśli dam radę. Ok. Pędzimy z mężem i jednym maluchem w aucie, bo drugi w przedszkolu. Dojechałam i jeszcze godzinę czekałam w kolejce.  Pani lekarz orzecznik była bardzo zbulwersowana. Po co ja przyjechałam, skoro nie byłam u lekarza konsultanta. Tłumaczę, że nic nie wiedziałam, że nie otrzymałam listu z wezwaniem. Że dowiedziałam się przypadkiem, dzwoniąc na infolinię. Spytała, po co ja tam dzwoniłam, przecież nikt (tu użyła sformułowania, które jasno sugerowała, że nikt normalny) nie dzwoni na infolinię. Wyprasza mnie z gabinetu i każe czekać. Na szczęście było gdzie usiąść. Wróciła w jeszcze gorszym humorze. Bo po co ja przyjechałam, jak ona nie ma opinii konsultanta. Że ona jest lekarzem internistą. Nic nie może. Przeprowadza wywiad. Kwituje podsumowaniem, że niepotrzebnie zajmuję jej czas, a o całej sytuacji zadecyduje zwrotka z poczty o odbiorze pisma. Tak więc z ZUS-u pojechałam na pocztę. W międzyczasie pojawia się pismo z kontrolą o fikcyjność firmy – wylicza Patrycja. – W 31tc dostaję pismo z kolejną kontrolą u lekarza konsultanta w ZUS, a następnie u orzecznika. Obie wizyty nagrałam na dyktafon. Ginekolog wyklikala moje dane. Wpisała datę porodu z terminu miesiączki, mimo kilkukrotnego informowania, że termin z usg jest inny. Dałam jej wszystkie moje badania, nawet do nich nie zajrzała. Wzięła kartę ciąży i kazała iść się rozebrać do badania. Wychodzę więc półnaga i idę do fotela ginekologicznego. A pani doktor zaczyna „przeprowadzać wywiad”, jakie są obecne dolegliwości. Więc mówię, że doszły mi bole kręgosłupa, że nadal pobolewa mnie podbrzusza… i przerwała mi w pół zdania i pyta jakie jest leczenie. Patrzę na nią i na ten fotel, na nią i na krzesło. Nadal stoję półnaga i nie mam ani gdzie usiąść, ani się podtrzymać. Czułam się stojąc półnaga na baczność. I mówię do niej, że może ja usiądę, a ona stwierdza, że dobra, później dopisze. Zrozumiałam, że wrócimy do rozmowy, ale… myliłam się. Zbadała mnie ginekologicznie i tętno dziecka. Poszłam się ubrać. A ona oddała mi wszystko i skończyła wizytę. Myślałam, że doczytała wszystko o moich dolegliwościach i leczeniu z dokumentów i karty ciąży. Na drugi dzień u lekarza konsultanta dowiedziałam się, że jestem zdolna do pracy i mojemu dziecku nic nie zagraża, podważając opinię mojego ginekologa. Pani orzecznik przeprowadza ze mną dokładny wywiad. Jest zdziwiona i mówi, że jako internista nic nie może zrobić. Mówi, żebym udała się z opinią do ginekologa. On będzie wiedział, co zrobić. Niestety, prowadzący ciążę się wystraszył i stwierdził, że „z ZUS-em nikt nie wygra”. Prosi o zmianę lekarza i szpitala. Szpitala, w którym rodziłam poprzednie dzieci. Nie mam już siły i rezygnuję ze zwolnienia. Popracuję trochę, zobaczymy. Niestety 2 tygodnie później dostaję silnych skurczy. Na chwilę udaje się je uspokoić lekami i leżeniem plackiem. Wtedy przechodzę na wcześniejszy macierzyński. Dostaję pismo z kolejną kontrolę, tym razem  o opłacenie 3 wysokich składek w 2014 r. W 39tc mój synek rodzi się w ciężkiej zamartwicy urodzeniowej. Dostaje 4pkt w sklai APGAR i zostaje natychmiast przewieziony na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka do szpitala im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu.  

Ruch Społeczny Kobiet na Działalności

Ruch Społeczny Kobiet na Działalności z dnia na dzień przybiera na sile. Przyznają, że nie jest łatwo – są rozsiane po całej Polsce, pracują w różnych trybach i branżach. Mają jednak dużą determinację, kontaktują się przez media społecznościowe i komunikatory, wymieniają się doświadczeniami i telefonami, pomagają, zaczynają się cyklicznie spotykać. To przedsiębiorcze kobiety – księgowe, architektki, fryzjerki, prawniczki, kosmetolożki i graficzki, które zrzeszając się jako Ruch Społeczny Kobiet na Działalności, mówią STOP nieuczciwym praktykom ZUS, prowadzonym w całym kraju kontrolom i postępowaniom wyjaśniającym. Wystosowały skargę i proszą o pomoc ich zdaniem niezależnych instytucji, Rzecznika Małych Średnich Przedsiębiorców, Rzecznika Praw Obywatelskich i Rzecznika Praw Dziecka. Na chwilę obecną zebrały ponad 100 podpisów, ale to dopiero początek. Codziennie napływają nowe zgłoszenia nadużyć i kolejne podpisy z poparciem skargi. Jeśli będzie trzeba udamy się nawet do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Jesteśmy nękane i przesłuchiwane, często kilka razy w tej samej sprawie, odmawia się nam wyjaśnień, a w kuluarach nieco bardziej życzliwi pracownicy ZUS potwierdzają nam, że jest to odgórnie nałożona, zmasowana akcja na kobiety prowadzące działalność, głównie te w ciąży lub na zasiłkach macierzyńskich – mówi Natalia. – Niezależnie od siebie, z różnych miast, napływają informacje, że pracownicy ZUS mają specjalne szkolenia, a na nich wytyczne, co do prowadzenia kontroli.  Co ważne, nie dotyczą one wcale mechanizmów i regulacji prawnych, a bardziej socjotechnicznych działań, które mają zastraszyć ubezpieczoną, podważyć wiarygodność, zniechęcić skutecznie do występowania o należne świadczenia, po prostu – złamać. To nie może być przypadek, skoro informacje
o masowej, celowej akcji przeciekają od Wrocławia poprzez Warszawę, Poznań, Łódź
po Gdańsk i Szczecin – dodaje.

Jesteś matką i masz firmę? Jesteś podejrzana!

Członkinie Ruchu Społecznego Kobiet na Działalności nie zgadzają się, żeby kontrole były skierowane głównie na jedną grupę społeczną, ich zdaniem to jawna dyskryminacja. Kontrolom mówią tak i uznają je za potrzebne w celu faktycznej weryfikacji uczciwości ubezpieczonych i płatników, ale nie rozumieją dlaczego to one stoją na pierwszej linii frontu. – Ile procentowo kobiet na etacie korzysta ze świadczeń ZUS, a ile jest kontrolowanych i wzywanych na kilkugodzinne przesłuchania? Ilu kobietom na działalności a ilu kobietom na etacie wstrzymano wypłatę świadczeń? Ilu mężczyzn jest obecnie kontrolowanych? Co i kto decyduje o kontroli? – pyta Małgosia. Jeśli ZUS odważy się odpowiedzieć rzetelnie na te pytania, w ich przekonaniu uwidoczni to skalę problemu, który przybiera na sile z dnia na dzień. – Jako przedsiębiorca rozumiem konieczność przeprowadzania kontroli w zakresie wypłacanych świadczeń. Znajduję pełne zrozumienie dla zasadności ich weryfikacji i kontroli uczciwości ubezpieczonych i płatników, ale kompletnie nie rozumiem i nie zgadzam się na celowe działanie, które mają w ostateczności pozbawić uczciwych przedsiębiorców należnych im świadczeń lub też celowo utrudniać ich wypłatę. Moja działalność trwa od grudnia 2013 roku, co mogę łatwo udowodnić, wszystko można zweryfikować, chociażby kontaktując się z Urzędem Skarbowym oraz analizując wszelkie deklaracje PIT, które dostarczyłam jako dowody w każdym postępowaniu. Owszem, pobierałam zasiłek macierzyński, zasiłek chorobowy i świadczenie rehabilitacyjne, ale było to podyktowane wypadkiem losowym: po porodzie zachorowałam na nowotwór i choć moja firma na pewien okres straciła płynność finansową, to wiedziałam, że po ciężkim leczeniu wrócę ze zdwojoną siłą do swoich obowiązków. Poza okresami pobierania zasiłków moja firma przynosiła i nadal przynosi zyski, każdego miesiąca płacę podatki VAT i PIT. Wszelkie deklaracje są opłacane zawsze w terminie, co też jestem w stanie szybko udowodnić i nie potrzeba na to w sumie aż 60 dni zwłoki na odpowiedź urzędników ZUS. Czysty absurd. W każdym postępowaniu nękano moich kontrahentów (tak, nie boję się użyć tego słowa). Obawiam się o swoją przyszłość, jeśli chodzi o łączące mnie relacje biznesowe z poszczególnymi firmami. Już na kontroli ZUS otrzymał poza umowami o współpracę z każdym z moich kontrahentów, oświadczenia jako świadków świadczenia na ich rzecz usług przeze mnie. Dodatkowo – widząc, że załączona przeze mnie dokumentacja jest bez zarzutu – ZUS posunął się jeszcze dalej i zaczął stosować pisma do moich zleceniodawców już bezpośrednio. Jestem oburzona tym faktem i najzwyczajniej mi wstyd przed moimi kontrahentami. Jak mam być postrzegana jako pewny partner biznesowy skoro ZUS traktuje mnie jako oszusta, prowadząc tak długo postępowanie w mojej sprawie? Kto zechce współpracować z taką osobą? Warto zaznaczyć, że po chorobie, gdzie ledwo uszłam z życiem, zaczęłam współpracę z międzynarodową firmą i bardzo zależy mi na utrzymaniu poprawnych stosunków z tym przedsiębiorstwem a nagle muszą odpowiadać na absurdalne pytania ZUS o moją osobę, podczas gdy zaczęłam świadczyć usługi na ich rzecz dopiero w listopadzie 2018 r. Jestem zażenowana całą sytuacją i bardzo obawiam się o swoją przyszłość zawodową. Ciągnąca się od listopada ubiegłego roku sprawa w sprawie podlegania do ubezpieczeń, powoduje u mnie nieustający stres i lęk przed utratą kontrahentów tym samym, pozbawienia środków do życia. Jestem szczególnie narażona na nawrót choroby nowotworowej, a permanentny stres tylko powoduje potęgowanie tego uczucia. Zatem ZUS poza szkodami moralnymi naraża mnie także na utratę zdrowia – mówi otwarcie Beata.Nie żyję z zasiłków a ich pobieranie było spowodowane, że taką ścieżkę obrało mi samo życie. Jestem uczciwa, ciężko pracuję i nie pozwolę sobie na takie traktowanie w państwie prawa. Nie zaszłam w ciążę po to, by wyłudzić zasiłek  (co jest głównym powodem wykluczającym z ubezpieczeń na lata wstecz według ZUS w toczących się masowo postępowaniach wobec kobiet na działalności gospodarczej). Nie zachorowałam również na raka po to, by pobierać z tego tytułu świadczenie. Nie rozumiem więc ciągnącej się w nieskończoność procedury mającej na celu znalezienie jakiegokolwiek uchybienia, skutkiem czego ZUS mógłby wykluczyć mnie z ubezpieczeń za lata wstecz bądź zarzucić pozorność działalności gospodarczej. Niestety, w moim odczuciu, cała sytuacja i zachowanie urzędników ZUS przywodzi na myśl jedynie smutną maksymę Andrieja Wyszyńskiego z czasów PRL: „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo