Change font size Change site colors contrast
Ciało

Dlaczego wszyscy szepczą, gdy mówią o miesiączce?

7 września 2017 / Basia Grabowska

Liceum nauczyło mnie cholernie dużo.

Nie przesiedziałam tych trzech lat nad książkami, ale bardzo się rozwijałam. Odkrywałam kim jestem i kim chcę być. Przecierałam ścieżki, poznawałam ludzi i obserwowałam jak działają interakcje między ludźmi. Pamiętam, kiedy pewnego razu, wychodząc na przerwę, cofnęłam się po swoją torbę. Nauczyciel spytał mnie, gdzie to ja się wybieram, skoro nie muszę zabierać swoich rzeczy na dziesięć minut,...

Liceum nauczyło mnie cholernie dużo. Nie przesiedziałam tych trzech lat nad książkami, ale bardzo się rozwijałam. Odkrywałam kim jestem i kim chcę być. Przecierałam ścieżki, poznawałam ludzi i obserwowałam jak działają interakcje między ludźmi. Pamiętam, kiedy pewnego razu, wychodząc na przerwę, cofnęłam się po swoją torbę. Nauczyciel spytał mnie, gdzie to ja się wybieram, skoro nie muszę zabierać swoich rzeczy na dziesięć minut, a nie palę i nie dygam między lekcjami za bank czy kościół. Zbiło mnie to z tropu, bo przecież nie odpowiem, że potrzebuję z torby nie papierosów i zapalniczki, ale paczki tamponów, schowanych w bocznej kieszonce, zaraz obok soku malinowo-porzeczkowego. Ale w sumie, dlaczego miałabym tego nie mówić?

Jestem sporym wrażliwcem, serio. Nie jestem w stanie oglądać horrorów, oglądać drastycznych filmów i zdjęć i w liceum nienawidziłam słuchać na przykład o średniowiecznych sposobach tortur. A to się zdarzało, nie pytajcie. W tamtych momentach zaczynało mnie mdlić, tak jak przy oglądaniu zdjęć z obozów koncentracyjnych. To dość zaskakujące, że krew jest tematem tabu tylko w pewnych kwestiach. Nie ma przecież problemu z wyszukaniem zdjęć lub filmu z egzekucji sławnych terrorystów. Oglądamy krew w filmach akcji i thrillerach, oglądamy też filmy pornograficzne, które bywają wulgarnie brutalne lub brutalnie wulgarne. To wszystko, wdrożone w nurty kultury popularnej, przestaje szokować. Ale dalej szokują lekko poplamione majtki, czy tampony i podpaski. Bo pornografię i zabójstwa uznaliśmy za coś całkiem normalnego. A menstruację nie.

 

 

Rupi Kaur, autorka mojego ukochanego, bo bardzo potrzebnego i przełomowego tomiku Mleko i Miód, dodała kiedyś bardzo głośne zdjęcie na Instagramie. Rupi leżała na kanapie, tyłem do obiektywu. Była w szarych dresach, na których można było zauważyć małą, bordową plamkę. Rupi przeciekła.

Afera zaczęła się, kiedy Instagram usunął zdjęcie, tłumacząc się jego rzekomą niezgodnością z wytycznymi społeczności. Rupi wstawiła je ponownie, zdjęcie zostało, ale problem nie zniknął. Wiem, że sporo osób zastanawia się, czemu takie treści w ogóle zostały upublicznione, bo „nie ma się czym chwalić”. To „nieestetyczne” i może nie powinno się o tym w ogóle wspominać. Ale wiele osób stanęło murem za okresem. Zdjęcie nie było drastyczne, nie okazywało nagości i nie było obrzydliwe. Bo czy coś naturalnego, czym jest występowanie miesiączki, może być obrzydliwe? Sama Kaur w tomiku pisze tak:

widocznie to nieelegancko z mojej strony

wspominać publicznie o okresie

bo biologia mojego ciała

jest jako taka zbyt prawdziwa

sprzedawanie tego

co kobieta ma między nogami

jest bardziej w porządku

niż wzmianka o jego funkcjonowaniu

rekreacyjne używanie

tego ciała uważa się za

piękne zaś

jego naturę

za brzydką

 

Pamiętam, jak w liceum miałam naprawdę ciężki poniedziałek. Wiadomo, jak to jest – poniedziałki do ulubionych dni tygodnia zwykle nie należą. Osobiście uważam, że to nie poniedziałki są niefajne, tylko Twoje życie, jeżeli masz takie podejście, ale tamten poniedziałek był złem samym w sobie. Przysięgam. Zaczynałam zajęcia o 7. Wstałam o 5:48, niewyspana, jak możecie się domyślić, ale dzielnie pomaszerowałam na trzydzieści minut matematyki. Miałam dwie godziny okienka, potem dwie planowe matmy, dostałam z powrotem swoją próbną maturkę, którą jako jedyną zdałam. Nic nie zapowiadało się na piekło. Ale potem okazało się, że poniedziałkowo czekają mnie trzy matury do napisania. Ledwie zipiąc przy ławce, prosząc pana bożka o zbawienie, rozstrzaskiwałam kolejne pytania o Hazdrubalę, o dawnych marszałków senatu, o to, co to znaczy, że panuje zasada domniemania niewinności i jakie były przyczyny rabacji galicyjskiej. I byłam wściekła, bo jedyne na co miałam ochotę, to popłakać się z bólu i wrócić do domu, a nie mogłam. Bo „na maturze też mogę źle się czuć”. Co w sumie okazało się dość prorocze, ale wtedy było to dla mnie ciut nieludzkie i okrutne.

Nie chcę niczego demonizować i nie chcę pokazywać nas, kobiet, jako ofiar. Tu nie o to chodzi, żeby otrzymywać współczucie, ale żeby otrzymywać zrozumienie i spotykać się z empatią. Przecież to oczywiste, że nauczyciel chce mnie przygotować na to, że okoliczności pisania egzaminu mogą być różne i w ogóle go za to nie winię. Chociaż nie miałam czasu podreptać po paracetamol czy inne znieczulacze. Nie chodzi o specjalne traktowanie, ze względu na to, że jestem kobietą, która ma miesiączkę. Chodzi o wyciągnięcie dłoni w stronę osoby, która czuje się beznadziejnie. I cierpi. Serio.

Wydaje mi się, że wokół miesiączki krąży podobne tabu, do tego, które uczepiło się też masturbacji. Niby wszyscy wiedzą o co chodzi, ale jednak nie będziemy o tym rozmawiać, bo tak jest wygodniej i bardziej komfortowo. Coś całkiem naturalnego, czym jest menstruacja, zostało wepchnięte do szuflady, od której ktoś zabrał kluczyk. A wszyscy powinni zniżać ton do szeptu, kiedy mówią o  m i e s i ą c z c e.  A już w ogóle będzie lepiej i bezpieczniej, jak zamienisz to słowo lub „okres” na „niedyspozycję”.

Niedawno na jakimś portalu trafiłam na artykuł, który punktował rzeczy, o których nie mówi się facetom. W tej zlepce mądrości i życiowych porad, złapałam jedną, chyba najważniejszą i całkowicie dla mnie nową. Wyczytałam, że żeby mężczyzna traktował kobietę poważnie, to, pod żadnym pozorem, nie powinna ona wspominać o okresie. Nie i basta. Ani o tym, ani o podpaskach i tamponach, ani o pmsie, ani o bólach brzucha, głowy czy pleców. Bo kobieta, żeby być seksowną kochanką, musi być takim tytanem życia. Zawsze pozytywna, zawsze w szpilkach, ołówkowej, z dużym dekoltem i starannym makijażem. I, co najważniejsze, bez krwi na majtkach czy tamponów, które facet mógłby przypadkowo zauważyć.

Jedyne co mam w tej kwestii do powiedzenia, to: pieprzę to. Tak, krwawię. Co miesiąc, jeżeli dobrze pójdzie, menstruuję, bo jestem kobietą. Źle się wtedy czuję, mam obsesję na punkcie jak najczęstszych pryszniców i zmieniania środków higienicznych. Czasem przeciekam i brudzę prześcieradło. Być może wykreśla mnie to z listy kobiet pożądanych i seksownych, bo to niezbyt estetyczne. Ale naturalne i prawdziwe i nie udawajmy, że jest inaczej, albo, że temat w ogóle nie istnieje. Bo to nie tylko życie w kłamstwie, ale przecież wielokrotnie powtarzałam, że zmowa milczenia może skrzywdzić. Nie będę opisywać sytuacji, w których małe dziewczynki dziwią się, widząc krew na majtkach, bo nikt im wcześniej nie powiedział. Nie trzeba od razu wymyślać radykalnych przykładów. Temat miesiączki powinien być obecny przecież także w partnerstwie i relacjach, bo, nie ukrywajmy; okres, lub jego brak, w związku to sprawa obojga.

Marzy mi się, żeby kobiety przestały podążać za tym, jakie powinny być i o czym nie powinny mówić. Żeby były szczere, przede wszystkim ze sobą. I żebyśmy my wszyscy, przestali milczeć lub szeptać, a zaczęli mówić i rozmawiać. Głośno.

 

ILUSTRACJE: Layla Ehsan via Buzzfeed

Ciało

KLAPS. Historia niejednego przypadku.

7 sierpnia 2020 / Emilia Musiatowicz

Klapsy to zjawisko od pokoleń istniejące i nadal dość powszechnie akceptowane, stosowane jako element wychowania w rodzinie.

Społeczeństwo oddziela jednak bardzo grubą kreską klapsy od bicia.

Klaps to przecież klaps – to zupełnie autonomiczne pojęcie, które nie mieści się w zbiorze przemocy czy agresji. Klaps ma przecież czegoś nauczyć, zwrócić uwagę dziecka na złe zachowanie czy na zagrożenie dla jego życia i zdrowia. Ma uchronić przed guzem, szwem czy oparzeniem, ma zapobiec zdzieleniu siostry czy rówieśnika łopatką przez łeb, ma uchronić przez potrąceniem przez samochód, ucięciem palców schodami ruchomymi lub wyperswadować skok z trzeciego piętra na główkę. Tak pojęty klaps to samo dobro i przejaw miłości. Czy zatem uprawniona jest teza, że kapsy są niezbędne w wychowaniu?

 

Statystyki mówią, że tak

Ostatnie badania wykonane na zlecenie Rzecznika Praw Dziecka wskazały, że istnieje ogólna społeczna aprobata dla klapsów – aż 43% badanych podało, że są takie sytuacje, kiedy trzeba dziecku dać klapsa (z czego większość badanych , bo aż 39 % odpowiedziała na to pytanie „raczej tak”, zaś „zdecydowanie tak” odpowiedziało jedynie 4% ankietowanych). Odsetek osób bezwzględnie dezaprobujących takie zachowanie wyniósł 23% („zdecydowanie nie”), zaś „raczej nie” odpowiedziało 34% osób. 

 

Powyższe liczby stanowią pewien punkt odniesienia, jednak zdają się mówić ostatecznie bardzo niewiele. Skoro bowiem badani rodzicie uważają, że dawanie klapsa jest w wychowaniu czasem konieczne, to oznacza, że nie uznają klapsa za bicie. Podobnie, uważają też, że pomiędzy „daniem w skórę”  a „biciem” nie można postawić znaku równości . By rozstrzygnąć, jak to z tym klapsem naprawdę jest, zrobiłam swój własny reserach. 

 

Klaps miłości

Tak twierdzi Zbigniew Stawrowski. Jego zdaniem „Klaps właściwie rozumiany i odpowiednio stosowany, może być wyrazem najlepiej pojętej rodzicielskiej troski, zaś jego wymierzenie, czasem wręcz moralnym obowiązkiem rodziców. Jego zdaniem „odpowiedzialni i normalnie myślący rodzice dobrze wiedzą, że klaps nie jest żadnym biciem, nie jest nawet czymś szkodliwym, lecz – przeciwnie – jest czynem o wysokiej wartości wychowawczej i dlatego zasługuje wręcz na pochwałę. Oczywiście, pod jednym koniecznym warunkiem: że jest tym, czym jest, i niczym innym – właśnie klapsem”. 

Nie pochwala on jednak klapsów, które są przejawem wyładowania frustracji i agresji na dziecku. Za to otwarcie  powtarza, że „klaps w cuchu miłości rodzicielskiej jest wyrazem najgłębszej odpowiedzialności za dziecko.

 

Profesor Stawrowski odróżnia dwie kategorie przemocy – przemoc bezsensowną i bezwzględnie złą oraz przemoc usprawiedliwioną. Jako przykład tej drugiej, podaje wymiar sprawiedliwości, który stosuje przymus wobec obywateli naruszających prawo, w celu wyegzekwowania orzeczeń czy wyroków.  Jednocześnie wskazuje, że „oprócz przemocy sprawiedliwej stosowanej przez władzę państwową istnieje inna i to jeszcze bardziej podstawowa wspólnota i instytucja, która ze swej natury również posiada oczywiste uprawnienie stosowania usprawiedliwionej przemocy – to rodzina i instytucja władzy rodzicielskiej. […]. Racją i celem przemocy stosowanej przez państwo jest sprawiedliwość, uzasadnieniem siły stosowanej przez rodziców jest ich pełna miłości troska. O ile przestrzenią państwa jest przestrzeń sprawiedliwości, o tyle przestrzeń rodzicielska jest przestrzenią miłości.  

 

Stawrowski podkreśla, że klaps, jako wyjątkowy środek wychowawczy, używany w drastycznych, niebezpiecznych i ważnych momentach, stanowi najlepszą formą reakcji rodzica na niedopuszczalne zachowanie dziecka. Nadto dodaje, że „użycie przemocy w formie klapsa stanowi równocześnie formę socjalizacji dzieckauświadamia mu, w zrozumiałej dla niego formie, elementarną zasadę, która rządzi życiem dorosłych członków wspólnoty. Owa zasada brzmi: normalną i właściwą reakcją na zachowanie kogoś, kto narusza pewne nieprzekraczalne w społeczeństwie granice, jest przemoc władzy państwowej, która powstrzymuje sprawcę przed kontynuacją zakazanego działania oraz zmusza go, by w formie sprawiedliwej kary poniósł konsekwencje swojego czynu.” Na koniec dodaje „kto w ekstremalnych sytuacjach nie daje owego wyraźnego sygnału i nie uczy swych dzieci tej właśnie zasady, prawdopodobnie, chcąc nie chcąc, wychowuje przyszłych przestępców.

 

Ten bardzo szeroko dyskutowany oraz jeszcze szerzej krytykowany i wielokrotnie rozkładany na czynniki pierwsze pogląd profesora UKSW to jeden z najbardziej skrajnych głosów w tej sprawie. Po przeczytaniu całego Internetu trzy razy, oczywistym stało się dla mnie, że zdania odnośnie dopuszczalności klapsów w wychowaniu są bardzo podzielone. Dla zobrazowania skali kontrowersji w omawianej kwestii,  zacytuję niektóre wypowiedzi.

 

Fora internetowe, stanowią kopalnię wypowiedzi wszelkich (wiedzy już niekoniecznie) na każdy temat, a już szczególnie związany macierzyństwem i wychowaniem. Na jednym z wątków Kafeterii zastałam takie oto wpisy odnośnie klapsów: „Rodzice bijący swoje dzieci albo nawet dający klapsy są patologiczni i popełniają przestępstwo. Klapsy to jest przemoc w rodzinie!”; „Dziecko czasami musi dostać klapsa, żeby wiedziało ze to rodzica trzeba się słuchać.”;  „Te moje klapsy są wymierzane wtedy, gdy dziecko ma poczuć że zrobiło coś co mnie bardzo rozgniewało. To nie jest oznaka słabości a skrajnego gniewu i dziecko ma zapamiętać ten gniew, żeby pojąć przyczynę. Jestem zwolenniczką wychowywania zgodnego z naturą. W naturze młode mają respekt do rodzica bo czasem oberwą tak, że się przestraszą. I o to chodzi.”. 

 

Na forum gazeta.pl jedna z użytkowniczek zadała pytanie „dałyście kiedyś klapsa/lanie swoim dzieciom? zastanawia mnie czy tylko ja jestem taką wyrodną matką”. Odpowiedzi były oczywiście skrajnie różne: „klapsa dałam i to nie raz. Syn ma 4 lata. Krzyki, prośby i groźby nie pomagają. Klaps też czasem nie, ale częściej jest skuteczny niż pozostałe perswazje”; „nie bardzo widzę różnicę między laniem a klapsem – jedno i drugie bezsensowna przemoc. dający jedynie dowód jak bardzo dorosły nie potrafi poradzić sobie ze swoimi emocjami, a od małego dziecka oczekuje, że będzie sobie radziło ze wszystkim. Nigdy nie uderzyłam dziecka, mimo, że czasem była bardzo trudna (obecnie 3,5 roku)”. 

 

Zaskakujące porównania obrazujące kontrowersje związane z klapsów w wychowaniu znalazłam w jednym z wątków na trójmiasto.pl: „Kasiu a czy widzisz różnicę miedzy daniem klapsa a biciem? Bo ja widzę, to tak samo jakbyś nazwała osobę która wypije jednego drinka alkoholikiem”; „Piwo to nie alkohol, klaps to nie bicie… Ot, paradoksik taki :D”. Oprócz wypowiedzi o zabarwieniu satyrycznym znalazło się też kilka bardziej merytorycznych: „Nie biję. Widać mam bardzo grzeczną, nie zbuntowaną dwulatkę. Albo działają moje metody wychowawcze, czyli pozwalanie dziecku wybrać, uczenie konsekwencji wyboru, mówienie o planach żeby nie czuła się zaskoczona, rozmawianie o jej uczuciach, tłumaczenie moich decyzji – traktowanie jak człowieka”. 

 

Instagram również nie pozostał wobec klapsów obojętny. Na profilu Sonii Bohosiewicz zawrzało pod zdjęciem otagowanym #kochamniebije . Aktorka zwróciła uwagę, że w naszych głowach ułożyło się już, że bicie jest naganne, zaś klapsy nadal wzbudzają mieszane uczucia. Swoim obserwatorom zadała  też kontrowersyjne pytanie –„ czy nadal klaps, pociągnięcie za uszko, uszczypnięcie, wykręcanie rączki są akceptowalne?”.  Odpowiedzi były oczywiście bardzo skrajne: „bądź co bądź, ale klaps wyprowadził mnie na ludzi. Nie mówię  ostrym laniu. Nie mam rodzicom tego za złe. Dopiero po klapsie wiedziałam, że nabroiłam i wyciągałam wnioski. Bywają takie wyjątki jak ja”;  „Zgadzam się, że bicie, że poniżanie słowne, że wykręcanie rączek, walenie po plecach, głowie itp itd. to przemoc. I tylko przemoc. Ale stawianie na równi z KATOWANIEM klapsa małego, albo podniesienia głosu to chyba przesada”; „psychicznie katuje się klapsem”;  „ za każdym razem jak dziecko wyprowadzi Cię z równowagi, zamiast klapsa – pocałuj je. Działa!”; „tak…jak dziecko napluje Ci w twarz to je pocałuj w nagrodę, jak wybiegnie na ulicę, też pocałuj… przez takie głupie matki później obserwuje się dzieci wychowane bezstresowo i jestem załamana, bo te dzieci myślą, że mogą wszystko bo mama i tak pocałuje”.  

 

Powyższy post Sonii Bohosiewicz był jedną z wielu odpowiedzi na burzę wywołaną na Twitterze po wpisie Sylwii Spurek, zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich, która podzieliła się na swoim koncie najnowszym wynikiem sondażu przeprowadzanego dla rp.pl, sugerując, że „prawie połowa badanych akceptuje bicie dzieci”. Na wpis surowo zareagował polityk Krzysztof Bosak, odpowiadając „Proszę nie wprowadzać w błąd. W sondażu było pytanie o „stosowanie klapsów”, a nie o „bicie dzieci”. To dwie różne rzeczy, co jest zrozumiałe dla każdego normalnego człowieka”. 

 

By rozstrzygnąć powody wzburzenia młodego polityka na słowa pani Rzecznik, jedna z telewizji śniadaniowych zaprosiła go na wywiad . Broniąc swojego stanowiska, szef Ruchu Narodowego wskazał, że wpis Pani Rzecznik stanowił manipulację socjologiczną, bowiem pytanie w wykonanym badaniu opinii społecznej dotyczył akceptacji klasów w wychowaniu, a nie bicia dzieci. Według niego, postawienie znaku równości między biciem a klapsami, stanowiłoby wyraz nurtu całkowicie eliminującego klapsy i inne kary cielesne z wychowania , co jest nieuprawnione wobec różnych modeli wychowawczych stosowanych przez rodziców. Uznał, że klaps jest bardzo delikatną formą przemocy, która może mieć uzasadnienie wychowawcze. W odpowiedzi na taki dyskurs, zaproszona do studia pani psycholog  wskazała, że klaps nie ma żadnej wartości wychowawczej. Podkreśliła, że najczęściej klapsy są wyrazem bezradności rodziców. Według niej, klaps daje bardzo szybki efekt, bo dziecko jest w szoku, bowiem od osoby od której spodziewa się miłości, dostaje coś, co jest niemiłe i przekracza jego granice intymności. 

 

Spór gości oczywiście nie został żadną miarą rozstrzygnięty. Co więcej, niecałe trzy miesiące później, wątek klapsów był na nowo podjęty w tej samej telewizji . Zwrócono tam uwagę na ostatnie badania naukowe, które wskazują na brak pozytywnego wpływu klapsów na wychowanie dzieci. Chodzi o opublikowaną w 2016 r. w „Journal of Family Psychology metaanalizę badań prowadzonych przez ostatnie 50 lat na grupie 160 tys. dzieci. Elizabeth Gershoff z University of Texas, koordynatorka projektu, podkreśla: „ Zaobserwowaliśmy, że klapsy powodują wiele długotrwałych i zupełnie niezamierzonych efektów w rozwoju dziecka, a zupełnie nie wpływają na wzrost posłuszeństwa, choć takiego właśnie efektu oczekują rodzice.”. Dodaje także: „Społeczeństwo nie kwalifikuje klapsów jako przemocy fizycznej. Nasz raport pokazuje jednak, że klapsy dają takie same negatywne efekty w psychice dziecka jak przemoc fizyczna, tle tylko że mniejszym natężeniu”. Zwraca także uwagę na cel badania: „Mamy nadzieję, że badanie zwróci uwagę rodziców na potencjalne szkody jakie może przynieść dawanie klapsów dzieciom oraz skłoni ich do używania innych, metod wychowania”.  

 

Po przebrnięciu przez wszystkie powyższe wypowiedzi , głosy, badania, statystyki i stanowiska, doszłam do przekonania , że aby móc przeprowadzić studium nad klapsem, muszę stworzyć własną grupę badawczą i posłuchać jaki jest stosunek rodziców do klapsów w prawdziwym, nie medialnym, nie psychologicznym i nie naukowym świecie. Wygląda to następująco

 

Zdarzyło mi się…

To w rozmowach słyszałam najczęściej. I to od osób, które na moje dalsze pytanie o to, czy klapsy ich zdaniem są skuteczną metodą wychowawczą, odpowiedziały stanowczym nie. 

 

Dlaczego? 

Najczęściej z bezsilności, ze względu na brak reakcji dziecka na prośby i na wszelkie inne metody perswazji.

 

Zdarzało się to też w sytuacjach ekstremalnych: „Córce dałam klapsa w momencie według mnie zagrażającym życie i zdrowie jej rodzeństwa – córka leżała całym ciałem na niemowlaku, a za drugim razem przyciskała głowę niemowlaka do puszystego dywanu”. „Chciałam ostrzec dziecko przed podejmowaniem niebezpiecznych zachowań, jakimi było wstawanie i skakanie na stojąco w wannie pełnej wody, bałam się, że uderzy się o kran, przewróci, utopi, a nie reagowało nie słowo nie”.

 

Czasem klapsy są reakcją na napady złości i wybuchy agresji dziecka. „Absolutnie nic nie działało. Mała miała taki okres, że wielokrotnie w ciągu dnia wymuszała na nas różne zachowania i buntowała się przed narzuconym rytmem dnia poprzez histerie i wrzaski. Najczęściej, jako efekt końcowy, rzucała się na podłogę. Jej ataki były albo z bardzo błahych powodów lub zupełnie bez powodu. Nie pomagały rozmowy, tłumaczenia, zostawianie w pokoju do wypłakania się, zagadywanie, rozśmieszanie, tulenie, totalnie nic. Po dwóch miesiącach takiego zachowania dzień w dzień, raz straciłam cierpliwość.”

 

Czy klaps przyniósł zamierzony rezultat?

W bardzo niewielu przypadkach klaps przyniósł posłuch. Z wielu wypowiedzi wynikało, że był to szok i strach przed nowym, nieznanym i niepokojącym zachowaniem rodzica. Bardzo często szok był chwilowy i klaps nie uchronił przed powtórzeniem przez dziecko tych samych nagannych zachowań, za które otrzymało klapsa.  „Widziałam po minie dziecka  zdziwienie, czasem strach. Gdy sytuacja jest napięta to powiedziałabym ,że to tylko dolewa oliwy do ognia i dziecko jest czasem bardziej agresywne.”

 

Czy pamiętasz swoje odczucia po daniu klapsa?

Odczucia po „danym klapsie” są podobne. Dla tych, którzy nie uznają klapsów za dobrą metodę wychowawczą, jej zastosowanie budzi wyrzuty sumienia i smutek.  

 

„Czułam się bezradna i zdenerwowana.  Potem przyszedł też smutek,  wstyd przed sama sobą i było mi przykro, że zawiodłam swoje dziecko i jego zaufanie oraz siebie jako matkę”. 

 „Przeprosiłam córkę za swoje zachowanie. Wstydzę się tego,  ale mówię o tym, bo w ten sposób słyszę co zrobiłam i to mnie hamuje przed powtórką”. 

„Zobaczyłam w jej oczach takie smutne zdziwienie. Odwróciła się ode mnie i cicho załkała, a moje serce absolutnie się rozpadło i popłakałam się razem z nią. Wiedziałam, że był to pierwszy i ostatni raz, kiedy dałam jej klapsa ”. 

 „Było mi źle oczywiście, dziecko nie zrozumiało do końca, co chcę przy pomocy tego działania osiągnąć. Ale ja od razu się otrząsnęłam z własnego gniewu”. 

„Moje odczucia są zawsze takie same – mam wyrzuty sumienia i pretensję do siebie, że nie powinnam, że może są inne sposoby. Niby używam tego jako ostateczność…ale moje jednak mogłabym zrobić jeszcze coś więcej/ coś innego…”.  

„Wyrzuty sumienia, przeprosiny powiedziane głośno i wyraźnie. I moje ciche palenie się ze wstydu w milczeniu”. 

 

Czy klaps to przemoc?

W opinii moich rozmówców zdecydowanie tak. Niektórzy zwracali jednak uwagę na to, by go nie demonizować. Klaps z zasady nie boli („toż pupa jest miękka”).  Inni podkreślali, że klaps jednak boli, ale bardziej psychicznie. „Klaps to forma przemocy wobec dziecka, to poniżająca forma wyegzekwowania u dziecka zachowań, które są według rodzica właściwe”. A czasem trudno było o jednoznaczną odpowiedź: „w sumie to niewinne klapsy, ale jak by nie patrzeć to jest to przemoc”. 

 

Jakie metody wychowawcze i dyscyplinujące stosujesz? 

Z odpowiedzi stworzyłam następującą listę: 

  • rozmowa stanowczym głosem; 
  • informowanie o konsekwencjach jakie poniesie na skutek swojego zachowania; 
  • odbieranie przywilejów: skrócenie czasu bajki lub brak bajki/ ograniczenie lub brak zabawy czymś, na czym dziecku zależy/ nieotrzymanie słodyczy,   zakaz korzystania z komputera;
  • w momencie najwyższych emocji u dziecka wyprowadzam je w spokojne miejsce, bez zbędnych bodźców, gdzie może się wykrzyczeć, wyrazić swoją złość, następnie  oferuję dziecku przytulanie, a na koniec po uspokojeniu rozmowę – wspólnie szukamy powodów wcześniejszego zachowania i staramy się unikać tych bodźców w przyszłości;
  • odesłanie dziecka do pokoju z poleceniem zastanowienia się nad swoim zachowaniem i jego skutkami, a następnie rozmowa na ten temat;
  • nazywam emocje – mówię córce: „jesteś wściekła wiem, widzę”, dzięki temu córka często też już nazywa sprawy po imieniu: jest mi smutno! Jest mi przykro;
  • mówienie dzieciom o wszystkim wprost: moich odczuciach (wszystkich – pozytywnych, ale i negatywnych, mówię o tym, że czuję zmęczenie, zniecierpliwienie czy pozytywne odczucia gdy jest między nami pełna współpraca ), oczekiwaniach, planach;
  • metoda liczenia do 3 – jak wypadnie 3 to zawsze jest tego konsekwencja (np. odebranie możliwości grania na xboxie, brak oglądania telewizji lub zakaz spotykania z kolegami);
  • konsekwencja – „jeśli grożę dziecku, że jak się nie ubierze to pojedzie w piżamie do przedszkola , to właśnie tak się dzieje – żeby dziecko traktowało nas poważnie, szanowało i wiedziało, że nie żartujemy”.  

Wielokrotnie padało też wskazanie na rozmowę. To nie jest kara, ani żaden środek dyscyplinujący. Ale czy faktycznie za wszystko trzeba karać albo nagradzać ? Metodą kar i nagród nie uczymy dziecka narzędzi do tego, by sobie przemyślało i przeanalizowało swoje zachowanie. „Czasami naprawdę wystarczy pogadać, żeby osiągnąć pożądany efekt bez karania. Najlepiej rozmawiać nie od razu, tylko np. wieczorem tego samego dnia, jak dziecko i rodzic trochę się zdystansują do sprawy. W momencie, gdy coś się dopiero stało, czasami można coś chlapnąć w emocjach. Poza tym, jeśli rozmawia się z dzieckiem, na takiej zasadzie, że ono jest przekonane, że na jakąś „mądrość życiową” wpadło samo, to daje lepsze efekty niż jak dziecko po prostu wysłucha przemowy rodzica w roli autorytetu. Czasami lepiej zadać jakieś pytania pomocniczo naprowadzające, żeby dziecko doszło do własnych wniosków.”

 

Klaps? Nigdy!!

Dlaczego nigdy, przenigdy nie zdarzyło ci się dać klapsa?

„Po prostu uderzenie dziecka, w jakikolwiek sposób, mieści się w moim (szerokim) pojęciu przemocy”. 

„Nie chcę, żeby moje dziecko patrzyło na mnie ze strachem w oczach. Jesteśmy dla dziecka autorytetami, opoką, do której mogą się zwrócić, gdy ktoś sprawi im ból. Gdzie się zwrócą, gdy to my zadamy im ból?

„Dziecko chłonie nasze zachowania jak gąbka. Jak wytłumaczyłabym mu, że nie wolno bić rówieśników, swojej partnerki/partnera, skoro sama robię dokładnie na odwrót?”

„Klapsy wywołują tylko bezrefleksyjny strach przed tym, jak na zachowanie zareagują rodzice. Jedyną metodą jest wytłumaczenie dziecku, dlaczego zabraniasz mu danych zachowań, a jeśli nie umiesz wytłumaczyć dlaczego, to nie zabraniaj”. 

„Staram się traktować dzieci jak sama chciałabym być traktowana. A nie chcę, by ktoś mnie bił”

„Uważam, że klapsy nie przynoszą żadnych rezultatów. Po klapsie dziecko się ewentualnie  uspokoi, ale nie wyciągnie żadnych wniosków na przyszłość, bo bardziej będzie skupione na swojej krzywdzie”.  

 

Klaps może mieć sens 

Niektórzy z moich rozmówców stosują lub stosowali klapsy w wychowaniu, bardziej jako element wyjątkowy, nigdy „na co dzień”. W rozmowach potwierdzili, że widzą efekty. Klaps nie jest silny, jest tylko zaakcentowaniem złego postępowania dziecka. Nigdy zaś nie ma na celu sprawiania bólu czy też wzbudzania lęku. „Uważam, że w pewnym wieku takie fizyczne zwrócenie uwagi dziecka  (ale naprawdę klaps musi być taki bardziej dotknięciem/muśnięciem) nie jest złem samo w sobie. Jeżeli obserwujemy nasze dziecko i widzimy, że to mu pomaga poradzić sobie też z jego emocjami, to ta metoda może stać się czymś przydatnym”. 

„Zauważyłam, że takim klapsem dziecko koduje, że przegięło. Te kilka klapsów w wychowaniu wystarczyło, by  syn ostatecznie poznał granice swojego zachowania”. 

 

Klapsy poza prawem?

W mojej ankiecie znalazło się też pytanie – czy klapsy są zgodne z prawem? Odpowiedzi były różne – niektórzy mówili, że nie, ale być powinny. Inni, że bicie oczywiście tak, ale że lekkie klapsy już nie.  

 

Zadając to pytanie wydawało mi się, że jako „praktykujący” prawnik z łatwością uda mi się rozstrzygnąć, jak wygląda kwestia klapsów w prawie. Okazało się jednak, że sprawa prosta nie jest i wymaga szczegółowej analizy prawnej. 

 

Zgodnie z art. 96[1]Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego (KRO) „Osobom wykonującym władzę rodzicielską oraz sprawującym opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych”. Taka regulacja miała na celu zmianę postaw społeczeństwa poprzez zaakcentowanie innych metod wychowawczych. Ponadto wprowadzenie art. 96[1] KRO było wynikiem uwzględnienia wytycznych z prawa międzynarodowego.

 

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że ustawodawca zakazuje stosowania przez rodziców wszelkich kar cielesnych. Rygoryzm tej konstrukcji łagodzi brak sankcji przewidzianej w przypadku stosowania przez rodziców takich metod wychowawczych. Z tych względów, powołany wyżej przepis z KRO, zakazujący stosowania kar cielesnych nie ma przewidzianej sankcji, staje się jedynie wskazówką, wytyczną, a nie realnym zakazem. Dopiero, gdy kara cielesna wypełni znamiona przestępstw z Kodeksu karnego (KK)– np. znęcania się z  art. 207 KK lub naruszenia nietykalności cielesnej  z art. 217 KK, lub też będzie mogła być zakwalifikowana jako przemoc w rodzinie, zgodnie z ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, wtedy można uznać, że jest ona prawnie zakazana. 

 

Podkreśla się jednak, że zakaz ten nie jest bezwzględny i doznaje ograniczeń na skutek istnienia kontratypów. Na przykład rodzic lub opiekun mogą naruszyć nietykalność cielesną dziecka, gdy będąc w stanie wyższej konieczności,  bronią go przed bezpośrednim niebezpieczeństwem (np. matka szarpie małego chłopca, powstrzymując go przed wbiegnięciem na ulicę) lub w obronie koniecznej (np. ojciec rozdziela siłą bijące się rodzeństwo). Istnieje również możliwość wyłączenia winy rodzica, gdy ratuje on dobro, nieprzedstawiające wartości oczywiście wyższej od nietykalności cielesnej dziecka (np. wówczas, gdy ojciec wyszarpuje córeczce z ręki smartfona, który chciała wrzucić do wody)

 

Zauważa się także, że niektóre bezprawne czyny zabronione, polegające np. na naruszeniu nietykalności cielesnej dzieci przez rodziców, mogą nie stanowić przestępstwa z powodu znikomego stopnia społecznej szkodliwości (dajmy na to lekkie „klapsy”) – choć co do tego poglądu nie ma jednolitości. 

 

Natomiast, ze względu na pojawienie się w KRO przepisu art. 96 [1] KRO, został wyrażony pogląd przez M. Morawską, że „ustawodawca w bardziej dobitny sposób chyba nie mógł zasugerować, że nawet tzw. klaps nie stoi w zgodzie z obowiązującym prawem. Ta sama autorka uważa też, że w chwili obecnej prawo do karcenia „swymi granicami nie obejmuje karcenia cielesnego w żadnej postaci”. Podobnie twierdzi R. Krajewski: „po prostu nie jest już możliwe obejmowanie jego zakresem stosowania wobec małoletnich kar cielesnych”

 

Jak widać, powyższa analiza nie pozwala na jednoznaczne wskazanie, że klapsy są niezgodne z prawem, jeśli chodzi o niezgodność z normami prawa karnego . Zdaje się jednak, że zakaz stosowania kar cielesnych określony w art. 96 [1] KRO obejmuje swym zakresem także klapsy, nawet te „lekkie”. 

 

Zamiast podsumowania 

Celem tego artykułu nie było dokonanie żadnej oceny – ani klapsów jako metody wychowawczej ani nas jako rodziców – zarówno tych, którym się zdarza jak i tych którym się to nigdy nie zdarzyło (a tych drugich pod sąd wziąć trzeba, bo przecież nie można wykluczyć, że wychowują pod swoim dachem kryminalistów). 

 

Ocena musi zajść w nas samych. Każdego dnia na nowo. Podczas każdej próby wychowawczej  – na nowo. Przy każdej awanturze – na nowo. Z każdym rzuceniem się na ziemię w sklepie – na nowo. W czasach słabości, w czasach trudności, w czasach dzieci małych i w czasach dzieci dojrzewających. Ocena pierwotna, czasem ocena następcza. A jej dokonywanie zdaje się być wpisane w definicję bycia rodzicem. 

 

Ps. Dziękuję wszystkim rozmówcom za szczerość i wypowiedzi prosto z serca. Ten artykuł powstał dzięki Wam!

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo