Change font size Change site colors contrast
Ciało

Depresja to nie jest pogłębiony smutek

11 grudnia 2020 / Marta Osadkowska

Depresja jest zaburzeniem nastroju, tak tajemniczo bolesnym i nieuchwytnym w sposobie samouświadomienia, że aż prawie niemożliwym do określenia, przynajmniej dla myślącego człowieka (…).

Ludzie, którzy nigdy nie cierpieli na depresję, nie są w stanie wyobrazić sobie bólu, jaki cechuje tę chorobę. W wielu przypadkach ból ten zabija, ponieważ nie można dłużej znosić takich męczarni. Ten tragiczny tłum osób zmuszonych do samounicestwienia powinien być traktowany na równi z chorymi na raka . ( William Styron „Dotyk ciemności”)

Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) depresja jest wiodącą przyczyną niesprawności i niezdolności do pracy na świecie oraz najczęściej spotykanym zaburzeniem psychicznym.

Szacuje się, że 25% osób chorych na depresję popełnia samobójstwo, co umieszcza tę jednostkę chorobową w kategorii „śmiertelna”. Kiedy istnienie boli nie do wytrzymania, pragnie się je zakończyć. I robi się to, gdy wystarczy sił. Według psychologów SWPS co dziesiąty Polak boryka się z jakąś formą depresji. Jak to zatem możliwe, że nadal tak mało o niej wiemy? Jak pisze Tomasz Jastrun w swoim „Osobistym przewodniku po depresji”: gdyby to była choroba zaraźliwa, mielibyśmy do czynienia z epidemią. Epidemią okrutnego stanu, który wciąga ofiarę w najczarniejsze otchłanie, w najgłębsze doliny. Dla ludzi zdrowych, którzy nigdy nie doświadczyli epizodów depresyjnych, jest to doświadczenie niewyobrażalne. A chory, kiedy wychodzi z depresji, przestaje rozumieć własne myślenie z epoki choroby.  

Depresja jest chorobą, która atakuje mózg w sposób widoczny. Jest to proces, który bez odpowiednio dobranych leków, postępuje szybko i brutalnie. Jeszcze kilka lat temu sądzono, że leki antydepresyjne pomagają poprzez podnoszenie poziomu serotoniny w tym organie, co bezpośrednio wpływa na poprawę nastroju. Przełomem było odkrycie, którego dokonał prof. Poul Videbech. Niektóre rejony mózgu osób chorych na depresję były skurczone, nawet do 10% w stosunku do zdrowych ludzi. Jakby obumierały. Badania wykazały, że leki odbudowują te zniszczone struktury. Mają duży wpływ na produkcję białka odpowiedzialnego za tworzenie nowych neuronów. Mówienie cierpiącemu na depresję, żeby wyszedł na spacer i wyleczył się radością życia, jest równoznaczne z daniem takiej recepty choremu na raka. Uszkodzone komórki nerwowe potrzebują leku, chemicznej substancji, która naprawi szkody i umożliwi mózgowi powrót do normalnego funkcjonowania. Styron napisał:  Niech nikt nigdy nie wątpi, że depresja w swej krańcowej postaci jest szaleństwem. Szaleństwo to skutek anormalnego procesu biochemicznego. Dopiero niedawno udało się określić, że takie szaleństwo jest rezultatem procesów chemicznych, zachodzących pomiędzy drogami mózgowymi, prawdopodobnie w wyniku stresu przeżywanego przez system.

 

Dawniej depresję określano słowem „melancholia”. 

Film o takim tytule nakręcił w 2011 roku Lars Von Trier, sam zmagający się z chorobą. W mojej głowie na długo została postać grana przez Kirsten Dunst, Justine. Ona nie boi się końca świata, wręcz przeciwnie, czeka na niego ze spokojem i wytęsknieniem. To znamienne dla depresji: wizję śmierci przyjmuje się jak wybawienie, dar od losu. ,,Skoro obecność boli, nieobecność wydaje się być luksusem’’. Ale odebranie sobie życia nie jest wcale takie proste. Po pierwsze, to nadludzki wysiłek dla osoby pogrążonej w depresji. A po drugie przygniata ciężar wyrzutów sumienia wobec bliskich. Nie każdy jest w stanie podjąć drastyczne działanie. Dla takich ofiar choroby, marzenia wypełniają wizje wypadków, katastrof, które niczym odziany w czerń bohater, dokonują unicestwienia za nich, zdejmując z ich barków wszelką odpowiedzialność.

Wiele znanych osób cierpiało na depresję, między innymi Vincent van Gogh, Virginia Woolf, Ernest Hemingway, Winston Churchill, Józef Piłsudski, Nelson Mandel. William Styron, autor „Wyboru Zofii”, opisał swoje zmagania z chorobą w książce „Dotyk ciemności”, z której czerpię pełnymi garściami przy pisaniu tego tekstu.

 

A., która poprosiła o anonimowość, znam od ponad dekady. Tyle czasu kocham i podziwiam. Piękna w ten eteryczny, subtelny sposób, niczym elf, a przy tym silna, inteligentna, nie do zatrzymania. W jej drobnym ciele mieszka potężna moc. Wiele razy z otwartą buzią patrzyłam, jak ten delikatny drobiazg nabiera mocy tarana w drodze do celu. Pracowita, uparta i charakterna. A przy tym dobra, empatyczna i bardzo wrażliwa. To nie jest typ kobiety, która cierpi, bo przytyła, albo ma doła, bo coś nie wyszło. Bardzo świadoma siebie i swojej psyche, wydawałoby się – niezniszczalna. Kiedy zachorowała, nikt nie rozumiał, co się dzieje. Skąd jej wycofanie, brak kontaktu. Ale łatwo znaleźć wytłumaczenie: przecież niedawno urodziła dziecko, jest zmęczona, za dużo bierze sobie na głowę, musi odpocząć. Nikt nie brał pod uwagę, że zaczynała już oplatać ją czarna nić depresji, która wcale nie zamierzała odpuścić. Gorzej, że nie dostrzegli tego także lekarze. A. dotarła w tej chorobie do piekła. Wróciła z niego, ale bezlitosny demon depresji czai się za jej plecami i dmuchając jej w kark przypomina, że cierpliwie czeka na jej potknięcie. 

 

M.O.: Czy kiedykolwiek pomyślałaś, że możesz zachorować? Były jakieś symptomy? „Ta moja wrażliwość kiedyś mnie zabije” powiedziałaś mi na samym początku, zanim jeszcze ktokolwiek wypowiedział słowo „depresja”.

A.: Zawsze czułam, że jestem bardziej wrażliwa niż inni, ale postrzegałam to głównie jako zaletę. Pamiętam jak mój mąż wracał z zakupów i zastawał mnie zapłakaną z żelazkiem w ręku. Biegnąc rzucał torby i pytał, co się stało, a ja szlochając opowiadałam o obejrzanym filmie. Trafiałam na niego w telewizji i oglądałam prasując. Jakoś tak wychodziło, że zazwyczaj to były melodramaty, na których wylewałam morze łez. Zresztą z kina też często wychodziłam całkiem rozbita albo zasmarkana, kiedy inni tylko lekko się wzruszyli. Na thrillery przestałam chodzić, bo podskakiwałam przy głośniejszej muzyce. Ale depresja? Nie… Myślałam, że jestem za silna na takie tam smutki. Podobnie jak większość społeczeństwa nie wiedziałam, co to jest. Nie wiedziałam, że zachodzą zmiany w mózgu, że jest to choroba biologiczna, której podobnie jak wyrostka nie da się wyleczyć pozytywnym myśleniem. Wyciąć też się nie da. A szkoda.

 

Tomasz Jastrun napisał: Ludzie, którzy przeżyli nowotwór i depresję, twierdzą, że z dwojga złego lepszy był nowotwór. Chorzy na depresję są zwykle bliżej myśli o śmierci niż starcy i śmiertelnie chorzy. Ktoś zauważył, że chorym na raka w ostatniej fazie daje się narkotyki, by nie cierpieli, a przecież chory na depresję też bywa bliski śmierci, gdy myśli o samobójstwie. 

W tej chorobie rozróżnia się myśli samobójcze i tendencje samobójcze. Myśli są wytworem chorego umysłu i mogą prowadzić do destrukcyjnych zachowań, ale zazwyczaj chory nie ma siły na żadne działania. Tendencje są dużo poważniejsze, bo chory czuje, że musi się zabić, ma plan. Pamiętam młodą, piękną dziewczynę, która przy każdym pogorszeniu nastroju czuła, że musi się pozbawić życie przez powieszenie. Czuła palący sznur na szyi, obsesyjnie myślała o miejscu, które wybrała, żeby to zrobić. Inna z kolei w czasie choroby nie miała siły wstać z łóżka, ale kiedy tylko czuła się lepiej – w kuchni, łazience i wszystkich pomieszczeniach w swoim domu umieszczała odpowiednią ilość leków, żeby w każdej chwili mogła po nie sięgnąć. W każdym pomieszczeniu było tyle, ile wystarczy, żeby się zabić. Będąc długo z tą chorobą zaczynasz sobie zdawać sprawę, że kiedyś wróci. I w momencie, kiedy masz odrobinę więcej siły, wykorzystujesz to, żeby pozbawić się bólu raz na zawsze. To bardzo zdradliwa choroba. Niestety.

 

Jaki był początek Twojej choroby? Jak długo trwało zanim została poprawnie zdiagnozowana?

Początkiem nazwałabym maj, wtedy mój synek miał 4 miesiące. Nagle zrobiło się ciepło, ja uznałam, że nie dam rady wyjść z nim na spacer, bo się przegrzeje i zachoruje. O kupieniu odpowiednich ubrań nie było mowy, bo wydawało się to czymś niewyobrażalnie trudnym. Były moje imieniny, mąż wziął dzień wolny, pojechaliśmy z małym na godzinę do centrum handlowego (nie więcej, bo przecież klimatyzacja!), kupiliśmy odpowiednie ubranka, potem poszliśmy na imieninowy obiad. Poczułam się bezpiecznie. Myślałam, że to zwykłe nastroje młodej mamy, zresztą jak jakąkolwiek zapytasz, to powie Ci, że też coś takiego przechodziła, tylko że u mnie było to dużo silniejsze. Wtedy tego nie wiedziałam. Prawidłowa diagnoza była postawiona pod koniec października. Myślę, że w ostatnim możliwym momencie. Chwilę później już by mnie tu nie było.

 

Co się działo wtedy w Twojej głowie? 

Choroba postępowała bardzo szybko. Pamiętam, że budziłam się w nocy oblana zimnym potem bojąc się w zasadzie wszystkiego. Budziłam wtedy męża, który przytulał i próbował uspokoić, ale nie pomagało. Myślę, że wyczerpująca opieka nad niemowlakiem przyczyniła się do szybkiego rozwoju depresji. Moja mama przeczuwała, że dzieje się coś złego. Umówiła mnie na wizytę do lekarza. Często przyjeżdżała, pomagała, pocieszała. W sierpniu pierwszy raz trafiłam do psychiatry. Pani doktor uznała, że jestem przemęczoną młodą matką. Dała namiar na psychologa, matkę bliźniaków, która miała mi pomóc poukładać sobie codzienność. Przez długi czas miałam do niej o to pretensje, bo objawy depresji były u mnie bardzo wyraźne. Niestety często chory pomija ważne szczegóły i kluczowy jest dobrze przeprowadzony wywiad. Pani psycholog ze spotkania na spotkanie wiedziała więcej, a jednak nie zapaliło to u niej lampki ostrzegawczej. Było coraz gorzej, mimo pomocy mojej mamy, teściów, opiekunki do dziecka. Nie pomogły wspólne wakacje nad morzem. W dniu, w którym trafiłam do innego psychiatry, wiedziałam, że coś jest nie tak. Wcześniej miałam jakąś wizytę kontrolną w szpitalu, jechałam tam autobusem, ludzie dziwnie się na mnie patrzyli… W szpitalu ktoś mnie zapytał o godzinę, a ja bardzo się go bałam. Na wizycie czułam, że jestem nieobecna, myślami zupełnie gdzie indziej. Ze szpitala zadzwoniłam do znajomej pani psycholog, która poprosiła, żebym przyjechała tego samego dnia. Wracając ze szpitala stałam na przystanku przy bardzo ruchliwej ulicy. Uznałam, że jedynym wyjściem jakie mam, to skoczyć pod jeden z samochodów. Czułam już bardzo wyraźnie, że jestem chora, czułam też, że to coś poważnego. Miałam wizję przerażających filmowych zakładów psychiatrycznych i uciążliwości chorego dla rodziny. Mąż wziął tego dnia wolne i pojechał ze mną do „mojej” psycholog. Ona pierwsza zdiagnozowała depresję, umówiła mnie na następny dzień do swojego męża – psychiatry. Powiedziała, że nie da rady nic zrobić bez leków. A ja karmiłam piersią, odstawienie synka z dnia na dzień wydawało się koszmarem. Nie chciałam leków. Ale pojechałam na tę wizytę następnego dnia. I tak zaczęła się moja przygoda z tabletkami.

 

Jak dużo jest tych leków i jak one działają?

Zaczęłam od leku, które mogą stosować kobiety karmiące, nieduże dawki. Po jego przyjęciu mój stan się poprawił, ale tylko na kilka chwil. Ostry zwrot, jaki później nastąpił, spowodował niedowierzanie w kompetencje lekarza, którego bardzo szanuję. Wierzyłam, że zatruwam moje dziecko, mimo że uzyskałam dostęp do wyników badań, które nic takiego nie wykazują. To był prawdziwy koszmar, nadal przechodzą mnie ciarki na wspomnienie tego momentu. 

 

 ,,W depresji człowiek jest zdruzgotany wewnętrznie. W gruzach leży jego poczucie własnej wartości. Każda mała porażka rośnie do monstrualnych rozmiarów. W normalnym stanie nawet nie zwrócilibyśmy na nią uwagi’’.

Jakikolwiek problem w stanie depresji przygniata, nie ma ani odrobiny siły, żeby cokolwiek z tym zrobić. W normalnym stanie człowiek dziwi się, że jego umysł tak bardzo mógł go zwieść. Nie dzieje się tak, że wraz z poprawieniem nastroju poczucie wartości rośnie. Człowiek nie mógł przecież samemu sobie ufać, niełatwo się z tego podnieść. Poza tym czuje się siłę choroby, po kilku spadkach nastroju łatwo przewidzieć, że będzie kolejny. Przestaje się być częścią zdrowego społeczeństwa. Trudno się przyznać do choroby otwarcie, bo niewiele osób ją rozumie, a szpital psychiatryczny nadal kojarzony jest z wariatkowem. Ten, do którego ja trafiłam, jest miejscem, gdzie szanuje się każdego chorego. Pielęgniarki cały czas nas obserwowały, chociaż było to nieodczuwalne i w odpowiednim czasie informowały lekarzy o pogorszeniu stanu pacjenta. Lekarze i psychologowie byli dostępni, mieli czas na wyjaśnienia pacjentowi, rodzinie co się dzieje. Czas wypełniony był różnymi zajęciami, do których bardzo zachęcano. Serwowano dobre jedzenie, żeby odbudować zniszczony organizm. Po poznaniu innych chorych i fachowców, którzy mnie rozumieli, poczułam ogromną ulgę. Wcześniej byłam bardzo samotna w swoich zmaganiach. Myślałam, że po wyjściu ze szpitala łatwo wrócę do społeczeństwa, ale tak nie było. Pamiętam moje pierwsze spotkania z przyjaciółmi. Oni wiedzieli, ale byli z innego świata. Zadawali pytania, po których rozpoznawałam, że nie mają pojęcia, co przeżywa chory, mimo że starałam się to nakreślić. Wracałam z tych spotkań z poczuciem odosobnienia. Rodzina, oprócz najbliższej, nie wiedziała. Spotkania z nimi były jeszcze trudniejsze. Do czasu choroby byłam otwartą osobą, ceniłam szczere postawy życiowe, a tu nagle przyszło mi udawać, że wszystko jest w porządku. Czułam, że nie mam innego wyjścia, bo opowiedzenie o chorobie ludziom, którzy prawdopodobnie nie zrozumieliby, byłoby dla mnie zbyt dużym obciążeniem emocjonalnym. I jak w takim stanie wrócić do pracy? Iść na rozmowę kwalifikacyjną i powiedzieć coś dobrego o sobie?

 

Tomasz Jastrun pisze, że nie mógł znieść swoich dzieci w czasie, gdy choroba go przygniatała. Ty masz malutkiego synka, wtedy niemowlę. Jak wyglądała wasza relacja?

Nie mogłam na niego patrzeć. Nie cieszył mnie. Wszystko co musiałam przy nim zrobić było bardzo trudne. Ale w tym wszystkim nie chodziło wcale o małego. Cokolwiek miałam zrobić było ponad moje siły. Zjeść. Umyć się. Najprostsze czynności mnie przerastały. W październiku ważyłam 45 kg przy 170 cm wzrostu. Pamiętam, że nie podobały mi się moje zdjęcia, ale nie widziałam tego, że jestem taka chuda. U mnie choroba jakby się załączała, a później z dnia na dzień wyłączała. Stąd też podejrzenie dwubiegunowość na początku. Do tej pory tak jest. Na szczęście dużo rzadziej. Ale czuję jeszcze jej oddech, mimo że wiem, że biologicznie została wyleczona. Teraz biorę tylko leki podtrzymujące. Ale psychika pamięta tę OTCHŁAŃ, źle znoszę każdy stres, wydaje mi się, że wszystko wraca. Teraz już coraz bardziej wyczuwam, co na mnie źle wpływa, mogę się jakoś zabezpieczyć przed atakami choroby, ale jeszcze kilka miesięcy temu w ogóle tego nie rozumiałam.

 

Spróbujesz opisać tę OTCHŁAŃ? 

Zastanawiałam się, czy to da się ująć słowami. Czy w ogóle można opisać ból? Głowy? Zęba? Czy ktoś kogo nic nigdy nie bolało zrozumiałby? OTCHŁAŃ zrozumieją wszyscy, którzy byli chorzy. To ogromne napięcie. Trzęsiesz się, leżysz, boisz się każdego kroku, każdego wypowiedzianego do Ciebie słowa. Każdy dźwięk boli. Podobnie jak odsłanianie żaluzji, promyki słońca. Napięcie wyciszane lekami uspokajającymi przechodzi w stan, w którym nic nie ma znaczenia. Ja przez długi czas nie wiedziałam co to jest, bo napięcia było na tyle dużo, że leki jedynie je obniżały. Słyszałam opowieści o jakiejś pustce, ale nie rozumiałam. Wkrótce przyszła i do mnie. Nic wtedy nie cieszy, ubieranie się jest koszmarem, dlatego po prostu przestaje się to robić. Przestaje się myć, jeść. Nigdzie nie ma punktu zaczepienia. Wszystko jest zbyt trudne. Moja mama prosiła mnie o drobne przysługi, prawdopodobnie próbując mnie czymś zająć, odwrócić uwagę. Chciała np., żeby sprawdzić jakim tramwajem może gdzieś dojechać. Uruchomienie komputera i przeczytanie tego na stronie internetowej było dla mnie wtedy tak okrutnie obciążającym zadaniem, że myślałam o nim cały czas. Chciałam coś zrobić dla ukochanej osoby, ale nie umiałam. Pamiętam, że kiedyś w szpitalu kolega zachwalał film, więc dałam mu pendriva, żeby mi go nagrał. Nie oddawał go przez tydzień. Kiedy zajrzałam do niego, on tylko wyciągnął do mnie dłoń mówiąc, że nie da rady. Zrozumiałam to w mig. Porównałabym to do takiego całkowitego oderwania. Niby pamiętasz jeszcze jak się żyje, ale nie potrafisz nic zrobić. Nie możesz ukroić chleba, odpisać na maile, zadzwonić. A jak już się zmusisz, to jest to olbrzymim wysiłkiem, okupionym ogromnym stresem. Na napięcie miałam sposób: właziłam pod koc, trzęsłam się ileś czasu i w końcu zmęczyłam na tyle organizm, że zasnął. Z pustką nic nie umiałam zrobić, nic nie pomagało. Nadal właziłam pod ten koc i nieruchomiałam, ale nawet to bolało.

 

To wtedy trafiłaś do szpitala? 

Leki psychotropowe, które dostałam od psychiatry przez kilka dni nie działały. Później wywindowały nastrój na tyle w górę, że wydawał się zupełnie nienaturalny, maniakalny. Następnie na dwa czy trzy dni się ustabilizowało, potem poszło ostro w dół. Nie wynurzałam się spod kołdry, nie chciałam karmić synka. Mąż został w domu, przyjechała moja mama. Próbowali załatwić wizytę domową, ale nikt nie miał czasu. W końcu postawili ultimatum, że wzywają karetkę albo jadę z mężem do lekarza, gdzie dyżurował znajomy lekarz. Po trzech godzinach negocjacji pojechałam. Nie wypuszczono już mnie z izby przyjęć. Zdiagnozowano ciężką depresję z zaburzeniami psychotycznymi i w związku ze stanem zagrożenia życia mogli mnie zatrzymać decyzją sędziego. Takie jest prawo. Trafiłam na oddział zamknięty.

 

Jak wyglądał pobyt w szpitalu?

Pierwszych tygodni nie pamiętam. Jedyne co zostało, to obietnica pani doktor, że będę spała jak wezmę leki. Oczywiście nadal odmawiałam ich przyjęcia, ale zostały podane siłą. I na kilka dni odpłynęłam. Nie jadłam, nawet nie pamiętam, żebym wstawała do toalety. Przychodził mój mąż, moja mama. Z ich opowieści wiem, że cały czas miałam pretensje o to, że zabrali mi dziecko. Ja tego nie pamiętam. To musiał być dla nich strasznie trudny czas. Po tygodniu objawy ustąpiły, a po dwóch zostałam przeniesiona na oddział otwarty, na którym spędziłam kolejne trzy miesiące. Dwa tygodnie było dobrze, dwa tygodnie źle. Po około dwóch miesiącach zauważyłam, że organizm odpoczął. Dużo nauczyłam się o mojej chorobie, ale też o innych chorobach psychicznych. Było dużo warsztatów psychologicznych i innych form zajęć, które uczyły relaksacji i pomagały w powrocie do życia. Spotkałam dużo osób w podobnej sytuacji do mojej, kobiety w ciąży. Miałam częsty kontakt z rodziną, z synkiem, wychodziłam na przepustki. Po trzech miesiącach wróciłam do domu, ale nadal byłam pacjentką. Trafiłam na oddział dzienny, który trwał kolejne trzy miesiące. Przychodziłam do szpitala codziennie od 8 do 15. Myślałam wtedy, że już będzie z górki, a było całkiem na odwrót. Wyjście spod ochronnych skrzydeł lekarzy było bardzo trudne. Podobnie rozstanie z oddziałem dziennym. Przez kolejny rok stany głębokiej depresji wracały raz na dwa tygodnie. Było to nawet trudniejsze doświadczenie dla mnie i mojej rodziny niż początki choroby. Dobrze, że nikt przed tym tak do końca nie uprzedza, mimo że lekarze wiedzą, że tak będzie. 

 

Depresja dotyka nie tylko chorego, ale też wszystkich jego bliskich. Często nie wiedzą, co się dzieje, reagują nerwowo na smutek czy brak energii cierpiącego. Później, po diagnozie, ponoszą bezpośrednie konsekwencje choroby, przebywając stale w jej pobliżu. Ci, którzy zdecydowali się opowiedzieć swoje doświadczenia, zaznaczają, że licząc osoby dotknięte depresją, do liczby pacjentów klinicznych należy dodać ich rodziny i przyjaciół.

Dla rodziny jest to ogromne obciążenie. Nie wiedzą, jak mogą się zająć chorym, on sam też tego nie wie. Podąża się za wskazówkami lekarzy, psychologów, ale to jest labirynt, z którego wyjście może znaleźć tylko chory. Wtedy może podpowiedzieć rodzinie, wskazać co mu pomaga. Ale to długa droga, ja odkryłam, co jest pomocne po prawie dwóch latach. W tym czasie żadne moje obietnice nie były wiążące. W zasadzie wymagałam całkowitej opieki, tak jakbym była pacjentem leżącym, któremu wszystko trzeba podać. Dla mnie mąż, mama i babcia, rodzice męża i przyjaciele byli ogromnym wsparciem. Nikt poza nimi nie wiedział o chorobie. Nawet drobne gesty jak przysłanie do szpitala kubka na herbatę, ciepłej bluzy czy malowanek do kolorowania były dla mnie bardzo znaczące. Mój synek dostawał mnóstwo przydatnych prezentów, jedna z przyjaciółek zapytała męża, czego potrzebuje i po prostu to kupiła. Bardzo duże znaczenie miała też moja pani doktor i pani psycholog. Pani doktor przychodziła do łóżka i dawała mi zadania w stylu: „jak przyjedzie pani mama, to niech pani pójdzie i umyje głowę. Jutro rano widzę panią z czystymi włosami.” Próbowała przekonać, że ten stan nie będzie trwać wiecznie, żeby z nim nie walczyć, żeby zaakceptować. Czasami w ogóle nie rozumiałam, co do mnie mówi, ale zapisywałam sobie jakieś zdania i potem uparcie je powtarzałam, aż w końcu coś do mnie docierało. Bez tego wszystkiego na pewno bym nie przetrwała. 

 

Jak się teraz czujesz?

Stabilniej jest od kilku miesięcy. Wróciłam do pracy, powoli odnajduję się w codzienności. Ale to wciąż nie jest normalność. Podobno normalność wróci. Podobno za kilka miesięcy. Jestem w miarę przewidywalną pacjentką, jak się okazuje. Moja nadmierna wrażliwość na leki była dla lekarzy dużym wyzwaniem. Na szczęście trafiłam na świetną lekarkę, cudowną osobę, która prowadzi mnie od czasu trafienia do szpitala. Udało się w końcu dobrać leki, a teraz powoli je odstawiam. Oczywiście mierzę się z różnymi efektami ubocznymi, czasami mi ciężko, ale w porównaniu z OTCHŁANIĄ to naprawdę nic. Staram się myśleć pozytywnie, nie mniej jednak miewam chwile zwątpienia. Pocieszam się, że to normalne, ludzkie. Do tej normalności, ludzkości, tak bardzo chcę wrócić.

 

Depresja jest wrogiem potężnym. Silna swoją bronią, wzmocniona atakowaniem z zaskoczenia. Sięga po chorego najpierw delikatnie, niezauważalnie. Często, zanim odróżnimy zwykły spadek formy od początkowych faz depresji, jest już za późno. Metody w stylu „weź się w garść”, „chodź na rower”, „wyluzuj” itp. mogą przynieść cierpiącemu chwilową ulgę, jeśli jest on jeszcze w stanie pozwalającym na takie aktywności. Ale choroby nie wyleczą. To mogą zrobić tylko lekarze. Proces leczenia jest bardzo długi i trudny, ale innej drogi nie ma. Uszkodzony mózg potrzebuje naprawy, tak jak wszystkie inne nie do końca sprawne organy. Z bolącym zębem biegniemy do dentysty i nie przyjdzie nam do głowy szukać ratunku w wiosennych spacerach czy czekoladowym torcie. A mózg jest sednem naszego istnienia, naszej osobowości. Nie bagatelizujmy, gdy woła o pomoc.

 

Fragment książki „Osobisty przewodnik po depresji” Tomasza Jastruna:

Kiedy masz pewność, że to, co ci dolega, to depresja? Po wielu lekturach, rozmowach i z własnych doświadczeń wiem, że cierpimy na nią, jeśli choćby kilka z tych dziesięciu objawów nas dotyczy i kiedy skala problemu jest duża. Należy jednak pamiętać, że depresja wymyka się opisom, że nie lubi szufladek i definicji.

 

  • Poczucie smutku, ponury nastrój, przygnębienie, czasami zobojętnienie. Nic lub mało co cię cieszy. Odczuwasz świat inaczej niż kiedyś. Zmienia się jakby kolor dnia, barwy jasne ustępują ciemnym.
  • Utrata radości i przyjemności z życia. Co było przyjemne i satysfakcjonujące, już nie jest, mogła to być praca, spotkania z ludźmi, jazda na rowerze, pływanie.
  • Mamy coraz mniej energii. Zmniejszenie albo brak wewnętrznego napędu do działania, tak jakby nasz wewnętrzny silnik się zepsuł, wszystko staje się trudne, niemożliwe do zrealizowania. Prawie każda czynność przerasta nasze możliwości, szczególnie to, co nowe i nieznane. Trudno wyjść z domu.
  • Traci się lub znacznie obniża poczucie własnej wartości – jestem nikim, nic nie jestem wart.
  • Nasilają się problemy ze snem i pogarsza się jakość snu. Co z tego, że zasypiamy, skoro śpimy kiepsko, budzimy się czasami gwałtownie pełni niepokoju bardzo wcześnie rano i nie możemy już zasnąć. Kłębią się wtedy przykre myśli. Te wczesne przebudzenia są udręką i ważnym symptomem depresji. Ale możliwy jest też wariant depresji z nadmiarem snu.
  • Niepokój. To może być stałe uczucie lęku, który nie musi dotyczyć konkretnej sytuacji. Zaczynamy się obawiać tego, czego do tej pory się nie baliśmy. Czasami występuje stałe napięcie psychiczne. Powszechną skargą osób z depresją jest drażliwość.
  • Wieczorem czujemy się zwykle lepiej niż rano, jakby depresja odpuszczała, jej ucisk nie jest już tak dojmujący. To rodzi nadzieję, że jest poprawa. Ale niestety rano zwykle wszystko zaczyna się od nowa.
  • Utrata apetytu. Jedzenie nie smakuje, ale też nie czuje się łaknienia. Bywa, że apetyt wraca wieczorem. Ale zdarza się też w depresji zwiększony apetyt i objadanie, co jest formą pocieszania się.
  • Występują różnego rodzaju objawy fizyczne, np. bóle kręgosłupa, bóle głowy, serca, innych części ciała, zaburzenia miesiączkowania u kobiet. Każdy z nas ma w swoim ciele jakieś słabe miejsca. Bądź pewien – one jako pierwsze się odezwą, zwiastując przybycie depresji.
  • Przychodzą do nas myśli samobójcze. Można powiedzieć, że to hamletowski objaw depresji. Zaczynają je mieć ludzie, którzy nigdy do tej pory nie myśleli o odebraniu sobie życia. Bywa, że wyobrażamy sobie, jak to robimy i wielokrotnie powtarzamy to w myślach. Myśli się o samobójstwie jako jedynej możliwości uwolnienia się od udręki.

 

 

To są typowe objawy, ale tylko kilka z nich jest koniecznych, by mieć pewność, że to, co się ze mną dzieje, to depresja i potrzebujemy pomocy lekarza.

 

 

Napisała: Marta Osadkowska / prezes Fundacji Widzialne Dzieci 

Reportaż

Uciekające Matki Polki

20 kwietnia 2022 / Magdalena Droń

Nie powiedziałaś tego głośno, ale pewnie nie raz takie myśli kłębiły się w Twojej głowie.

W głębi ducha tego chciałaś, choć bałaś się przyznać. Niby zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś sama, ale nigdy nie powiesz o tym głośno. Podobnie jak tysiące polskich matek cierpisz w milczeniu, bo wiesz, że gdyby te myśli ujrzały światło dzienne, zapłonęłyby stosy…

Katarzyna po raz pierwszy pomyślała o tym, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Jolka postanowiła to zrobić, kiedy była skrajnie zmęczona wiecznym kombinowaniem. Ewa nie miała skrupułów i zrobiła to, gdy tylko nadarzyła się okazja. Chociaż nie mówisz o tym głośno, Ty też masz czasem ochotę TO zrobić. Uciec. Schować się przed światem, rodziną, przed swoimi dziećmi. Bo przecież każda z nas ma czasem dość. Wychodzisz więc na kawę do przyjaciółki, na samotne zakupy, na fitness – tylko po to, by mieć czas wyłącznie dla siebie. Nie to, że nie kochasz swoich dzieci, ale zwyczajnie masz ich czasem dość. Skrajne zmęczenie, brak wsparcia, ciężkie dzieciństwo czy inne priorytety – właśnie z tym moje bohaterki zmagają się od lat. 

Ucieczka od odpowiedzialności

Katarzyna miała niecałe 9 miesięcy, kiedy matka porzuciła ją i jej tatę. Zajmowała się nią głównie babcia, która krótko po jej ósmych urodzinach zmarła. W tym właśnie momencie jakikolwiek „obraz rodziny” przestał dla niej istnieć.

Gdy byłam nastolatką poznałam świetnego chłopaka. Tak mi się wtedy wydawało. Totalny zawrót głowy… Zamiast do szkoły, chodziłam z nim na wagary – absolutne szaleństwo, świat poza nim nie istniał. Ale nie byłam głupia, więc pilnowałam antykoncepcji – po dwóch latach znajomości, zmartwiona brakiem miesiączki, zrobiła test ciążowy. Pokazał dwie kreski. A przecież dopiero skończyła 18 lat. – Świat mi się zawalił… On od początku mówił otwarcie, że nie chce bawić się w tatusia. Padały propozycje przerwania ciąży. Nie byłam przekonana. Później powiedział: „zostaw w szpitalu”. Jednak nie to przerażało mnie najbardziej. Najgorsze było przede mną. Musiałam powiedzieć o ciąży ojcu. Rozmowa była krótka, trudna i bolesna. Tata słał pod moim adresem najgorsze epitety. Doszło nawet do rękoczynów. Uciekłam z domu, bo mój ojciec od zawsze miał „ciężką rękę” i wiedziałam, że na tym jednym razie się nie skończy. Mój „cudowny” chłopak też się odwrócił. Powiedział, że dopóki nie urodzę i nie oddam dziecka, on ze mną nie będzie. Nagle zostałam zupełnie sama, bez dachu nad głową i z dzieckiem w brzuchu… – wspomina. Pomogła jej ciocia i pozwoliła u siebie tymczasowo zamieszkać.

Miesiące mijały, ciąża się rozwijała i była coraz bardziej widoczna. – Ciocia pytała: co zrobię? Jak dam na imię? Nie byłam w stanie odpowiadać na te pytania, bo od samego początku wiedziałam, że ze szpitala wrócę sama… Było mi cholernie ciężko przez te 9 miesięcy, bo walczyłam z jednej strony z presją, z drugiej z instynktem macierzyńskim, który, czy tego chciałam czy nie, rozwijał się we mnie coraz bardziej. Starałam się izolować swoje uczucia i emocje. Praktycznie cała rodzina była zgodna w tym, żebym oddała dziecko – mówi Katarzyna. 

Zaczął się poród. Ciężki, trudny. Nie byłam psychicznie przygotowana na to, co się działo. Po porodzie ja i dziecko zostaliśmy rozdzieleni. Byliśmy w dwóch różnych częściach bloku. Pielęgniarki wiedziały, lekarze również. Jeszcze w dniu porodu podpisałam dokumenty dotyczące pozostawienia dziecka w szpitalu. Odbyłam nawet kilkugodzinną rozmowę z panią psycholog. Pierwszą osobą, której mogłam otwarcie powiedzieć, co tak naprawdę czuję…  – wewnętrzna walka Katarzyny trwała. Nie mogła spać, nie mogła jeść i ciągle płakała. 

Minęła druga doba po porodzie, więc mogła wrócić do domu. – Kiedy pakowałam swoje rzeczy, dostałam wiadomość sms od cioci: „Spróbuj dziecko wychować. Oddać zawsze zdążysz, jeśli macierzyństwo Cię przerośnie. Ale najpierw spróbuj. Ile będę mogła, tyle Ci pomogę”. Ta wiadomość zmieniła w moim życiu wszystko. Ktoś w końcu uwierzył. Ktoś w końcu powiedział „SPRÓBUJ” zamiast „ODDAJ” – poprosiła o przyniesienie dziecka i natychmiast podarła dokumenty, które wcześniej podpisywała. – Zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dziś mam 30 lat i patrząc z perspektywy czasu na swoją decyzję, wiem, że bardzo żałowałabym, gdybym postąpiła inaczej. Wciąż mam wyrzuty sumienia, że w ogóle myślałam o tym, by porzucić moje maleństwo. Jednak moje przeżycia nauczyły jednego: by nie oceniać ludzi na podstawie ich wyborów i decyzji, bo każdy człowiek ma zupełnie inny bagaż doświadczeń i scenariusz – dodaje. 

Ucieczka od stereotypów

Jolka jest młodą i atrakcyjną dziewczyną. Mówi o sobie – przede wszystkim kobieta, handlowiec, przyjaciółka, córka, siostra, matka. W takiej kolejności. Sama wychowuje prawie 4-letniego syna.

– Ja w ogóle nie chciałam mieć dzieci. Świadoma bezdzietność. Jakiś rok przed ciążą dowiedziałam się, że ze względu na różne przypadłości, typu zrosty na jajowodach, policystyczne jajniki, itp. raczej naturalnie w ciążę nie zajdę. Więc się nie przejmowałam. I przez to któregoś wieczoru uznałam, że skoro nie mogę mieć naturalnie dzieci, to nic się przecież takiego nie stanie. No i dziś mam Stacha – mówi. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, była przerażona. Nie wierzyła w to, co się dzieje. Czuła się jak zdrajca, bo jej siostra, z którą do tej pory była bardzo blisko, jest bezpłodna i ma adoptowane dzieci. Myślała nawet o aborcji, ale na pierwszym USG usłyszała bicie serca. – I już nie mogłam. Postanowiłam urodzić – dodaje. 

Miałam kawalerkę na drugim końcu miasta, z dala od mojej rodziny. Wiedziałam, że z dzieckiem sama sobie nie poradzę. Miałam też trochę problemów zdrowotnych. Lekarz prawie całą ciążę powtarzał, żebym się nie przyzwyczajała – przypomina sobie Jolka.  Nie mogła liczyć na wsparcie ze strony partnera. Relacja z nim zawsze była mocno skomplikowana, a ja miałam w ciąży budyń zamiast mózgu. W 3. miesiącu ciąży częściowo wyszły skrzętnie ukrywane grzechy i grzeszki ojca mojego dziecka. Wtedy postanowiłam, że to będzie samodzielne macierzyństwo. W sumie on swoim zachowaniem bardzo ułatwił mi decyzję – wyznaje. 

Jedyną osobą, na którą mogła przynajmniej częściowo liczyć, była jej mama. – Obiecywała mi pomoc. Ale już wtedy pojawiło się jej klasyczne dogadywanie, które z czasem tylko narastało. Zaczęło się od strofowania: „nie gładź tak tego brzucha przy Sandrze, bo jej przykro” – opowiada Jolka.  Później były rady, które tylko pogorszyły całą sytuację. – Nawet w momencie, kiedy powychodziły na jaw różne złe informacje o ojcu mojego dziecka, a ja chciałam go od razu rzucić, mama przekonywała, że jeszcze mi się przyda. Najgłupsza rada. Gdybym posłuchała siebie, byłoby mi dużo lżej – Jolka wciąż miała nadzieję i chciała, żeby jej mama się nie myliła. Że warto dać mu jeszcze szansę. Już w ciąży tak naprawdę byłam sama. A przez tę nadzieję pozwoliłam być mu blisko. Za blisko. On nie uznał Stasia. Ja nie naciskałam. Mimo że nie byliśmy już parą, czasami sypialiśmy ze sobą. W sumie to tylko w seksie się sprawdzał – kwituje. 

Pierwszy raz uderzył ją 4 miesiące po porodzie. Wyjechał do Anglii. Wrócił na święta. Przepraszał. Chciał mieć kontakt z synem. Niedługo potem uderzył mnie znowu. To człowiek z chorą psychiką. Wmawiał sobie, że jak jemu nie chcę dać, to pewnie z każdym innym chodzę do łóżka. Krzyczał, wyzywał od najgorszych. Z resztą nie pierwszy raz. Później uderzył w bark. Odchyliłam się i tylko dzięki temu nie dostałam w twarz. Nachodził mnie. Miarka się przebrała, kiedy porwał Staśka od mojej mamy z domu. Złapali go chyba po godzinie. Okazało się, że to nie były jego pierwsze problemy z prawem. Odsiedział pół roku za alimenty. Tego też dowiedziałam się później. Ojciec mojego dziecka jest patologiczny. Wstydzę się tego – mówi Jolka. 

Chociaż mama jest dla niej właściwie jedynym wsparciem, wpędza ją w nieustanne kompleksy. – Mówi mi, że cierpliwość bierze się z miłości. A ja nie mam w sobie cierpliwości. Czuję się często przez to jakbym nie kochała swojego synka. Wstydzę się mówić o moich złych uczuciach. Ludzie tego nie rozumieją. Te szkodliwe stereotypy: jak matka to już nie człowiek. Nie kobieta. Nie obywatel, który chciałby się społecznie udzielać. Ja nie spełniam się w macierzyństwie. Kiedyś w pracy mało mnie nie zżarły, bo powiedziałam, że mój syn nie jest sensem mojego życia. Chcę żyć, a nie być tylko żywicielką. Ona też tego nie rozumie. Z resztą z mamą relacja jest od zawsze bardzo trudna. Siostra od 4 lat dwa razy została mi dzieckiem. Mama zostaje, ale marudzi. Czasami mam wrażenie, że mama pomaga mi na pokaz. Może jestem niesprawiedliwa, ale tak właśnie czuję – opowiada. 

Pracuje w handlu od 6 lat. Stabilność finansowa jest dla niej bardzo ważna. – Najgorsze jest to, że moja matka i siostra nie bardzo rozumieją, że miłością do syna kredytu i czynszu nie opłacę. Kiedy zaczęło się robić krucho z pieniędzmi, postanowiłam wyjechać. Sama bez dziecka. Byłam zmęczona ciągłym kombinowaniem w kwestiach finansowych. A poza tym, jestem osobą, która lubi być sama. Czasami muszę. Mam dni, że każdy dotyk doprowadza mnie do wrzenia, a Młody jest tulasek i tulę to, żeby nie rósł w kompleksach odrzucenia, bo i tak mam już poczucie winy za brak ojca – tłumaczy Jolka.  Ostatecznie nigdzie nie wyjechała. Żal było jej dziecka. Przyznaje jednak, że niekiedy dostaje furii i żałuje, że go urodziła. – Czasami w dzikiej awanturze potrafię wykrzyczeć mamie, żeby go sobie zabrała. Że będę jej płaciła alimenty. Bo ja już nie mam siły być matką. Krzyczę, że oddam go dawcy – wyznaje.  Ale za bardzo go kocha, by zostawić. 

 

Ucieczka przed problemami

Ewa jest po 40. Od blisko 10 lat wyjeżdża do pracy za granicę. Jej męża opisać można spokojnie mianem słomianego wdowca. – Takie mamy czasy. Dla ludzi z zawodowym wykształceniem, w takiej małej wiosce jak moja, zwyczajnie nie ma pracy. Co miałam siedzieć na tyłku jak reszta i zasiłek pobierać? Ja nie z tych. Tym bardziej, że ktoś musi na dom zapracować – opowiada Ewa.  Na męża w tej materii liczyć nie mogła. Z rentą inwalidzką, alkoholik, nierób. W domu mieszka jeszcze jej ojciec i nastoletni syn. Trzech chłopa i ona jedna. – Po raz pierwszy wyjechałam do Holandii na truskawki. Koleżanka mnie namówiła, wszyscy wyjeżdżali. Ciężka praca, ale kasa sensowna. A pieniędzy było trzeba. Nie było mnie w domu kilka tygodni. Czasem zjeżdżałam na weekend, ale sporadycznie, bo to kosztowało, a chciałam zarobić jak najwięcej, żeby i na zimę nam starczyło na życie. I tak co roku – mówi. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła wyjeżdżać na dłużej. Po pewnym czasie właściwie przeprowadziła się pod Amsterdam, a do Polski przyjeżdżała tylko na święta, żeby zostawić trochę pieniędzy.

Ojciec zaczął chorować. Mąż niby zajmował się domem i synem, ale też coraz bardziej podupadał na zdrowiu, szczególnie psychicznym. Syn przestał się do niej odzywać. Nie chce utrzymywać kontaktu z matką. – Nie zrozum mnie źle, ale ja chyba tego potrzebowałam. Odciąć się, uciec z tamtego miejsca, które mnie tylko dobijało i przytłaczało. Ja nie mogłam tam oddychać. Dusiłam się. Nie to, co tu. Tu jestem wolna. Nie muszę zabiegać o dom, podstawiać obiadów pod nos i martwić się o niezapłacone rachunki. Nie mam wyrzutów sumienia. Moje dziecko jest już pełnoletnie. Nie potrzebuje mnie. Wspieram ich finansowo, chociaż właściwie mnie już tam nie ma. Ale pomagam na swój sposób – tłumaczy Ewa.  

Powroty?

Dziś Ewa prowadzi zupełnie inne życie. Na poziomie. Ma nowego partnera i plany na przyszłość. Nie utrzymuje kontaktu z rodziną w Polsce. Nawet już nie przyjeżdża. – Dawid [syn, przyp. red.] jeszcze tego nie rozumie i dlatego się na mnie wścieka. Może kiedyś spojrzy na to wszystko z innej perspektywy. Kiedy założy swoją rodzinę i będzie miał dzieciaki do wykarmienia. Może wtedy przejrzy na oczy i zrozumie, jak czasem jest ciężko. Szczególnie, gdy znikąd nie ma się wsparcia. 

Jolka przyznaje, że ciągle męczy ją jedna myśl. Wiesz, czasami mam takie przekonanie, że mój syn będzie miał przeze mnie fatalne życie. Że byłby szczęśliwy, gdybym się usunęła, uciekła, wyjechała. Takie mam natręctwo – mówi Ewa. 

Katarzyna spotkała swoją mamę dwa lata temu. Powiedziała jej, że cieszy się, że nie uciekła od odpowiedzialności, że nie popełniła tego błędu, co ona. – Powiedziałam jej też, że jest mi jej żal, bo bardzo wiele w swoim życiu straciła.

 

Imiona bohaterek i ich rodzin zostały zmienione.

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo