ZA DARMO
Change font size Change site colors contrast
Kultura

Czy cyberprzemoc przestała robić na nas wrażenie? 

16 września 2020 / Agnieszka Jabłońska

Rozwój mediów społecznościowych sprawił, że często żyjemy jedną nogą „tutaj” – we własnym domu, kapciach i na kanapie, a drugą „tam” w internetowym świecie nieograniczonych możliwości.

„Tam” jest zawsze bardziej: bardziej radośnie, bardziej kolorowo, bardziej minimalistycznie, bardziej romantycznie. Jeśli uwiera Cię „tutaj” i coś Ci w życiu nie pasuje, wystarczy, że odblokujesz telefon i jesteś już po drugiej stronie. Tylko uważaj na cyberprzemoc!

W internetowym świecie jest trochę jak w zaczarowanym lesie. Wszystko jest piękne i błyszczące. Influencerki posypane gwiezdnym pyłem najnowszego filtra, dzieci ubrane w piękne stroje – mali chłopcy w muszkach to mój faworyt. Ciasta są jakieś takie bardziej puszyste, niż ten Twój sernik, co urósł, a później opadł… tak ze trzy razy. Kwiaty jakoś lepiej się układają w wazonach, a mieszkania są tak urządzone, że aż Cię skręca w dołku. Niby bez wysiłku, być może z nonszalancją, ale taką na miarę bohemy Nowego Jorku, a nie po-PRL-owskiego osiedla bloków z lat 70.  

Weź trochę internetowego pyłu dla siebie

Nic dziwnego, że zaglądasz na social media, żeby poczuć się lepiej. Bo skoro inni tak mogą jeść sobie codziennie śniadanie w kawiarni i kruszyć na około tymi croissantami z prawdziwym masłem, to może… Sama się przed sobą nie przyznasz, że gdzieś pomiędzy dojazdem do pracy, a chwilą, w której przyłożysz głowę do poduszki, marzysz o takim życiu. Ciekawym, interesującym, pełnym ładnych, pięknie ubranych i ciekawych ludzi. Takich wiesz, żeby i na miasto można było pójść, i o książkach porozmawiać. W Internecie takich ludzi jest pełno! Żeby Twój facet taki był, to by Wam się lepiej żyło po prostu. Jak mąż tej Kasi, co chodziłaś z nią 25 lat temu do podstawówki, a teraz z wypiekami na twarzy śledzisz jej profil na Insta. No, Kaśki mąż to i wygląda, i prezenty daje, i na kolacje romantyczne zabiera. Czasami aż poczerwieniejesz, jak zobaczysz na smartfonie kolejny bukiet róż tak duży, że nie zmieściłby się do żadnego Twojego wazonu. 

Czasem też byś chciała żeby i na Ciebie spadło trochę tego ciepłego światełka zainteresowania. Żeby na  drugim końcu Polski jakaś dziewczyna dała lajka pod zdjęciem Twojego kubka w kropki. Chciałabyś w serduszkach i buźkach znaleźć potwierdzenie, że jesteś fajna. 

Internet taki (nie) bezpieczny 

Skoro „tamten” świat jest taki piękny i tak dobrze można się w nim poczuć, to jest też bezpieczny, prawda? Co złego może Cię spotkać, gdy oglądasz zdjęcia z wakacji swojej koleżanki z biura, wykonujesz ćwiczenia zalecane przez znaną sportsmenkę, czy należysz do grupy poświęconej robieniu na drutach? 

Internet to miejsce, gdzie ludzie są anonimowi. Możesz być Anią z Gliwic, ale Basia z Katowic, z którą regularnie piszesz, może być Tomkiem z Leszna i mieć naprawdę kiepskie myśli, gdy radzisz się Basi, w której sukience lepiej wyglądasz. To jest dla nas jasne. Znamy to zjawisko i wiemy, że trzeba być ostrożną, gdy jesteś w Internecie.  Jednak na fali życia „tam” kwitnie jeszcze jedno zjawisko – cyberprzemoc. I z tym pojęciem trochę się już osłuchałyśmy, dlatego przestało robić na nas wrażenie. To trochę jak z kieszonkowcami na targowisku – jest rynek, trzeba pilnować portfela. Jest sieć, więc trzeba pilnować… no właśnie czego?

Media społecznościowe – dobre, bo w domu 

Media społecznościowe nasz rozluźniają. Czujemy się trochę jak w grupie przyjaciół, na fajnym obozie studenckim albo na wyjeździe integracyjnym.  W domowym zaciszu siedzimy sobie w kapciach, starych dresach i pijemy kakao. Komentujemy zdjęcia, dodajemy posty i ślemy do każdego buźkę i uśmiech. Dzielimy się poglądami, zbieramy lajki i nagle… bach! Dosięga nas cyberprzemoc. 

Ktoś napisał, że jesteśmy grube i brzydkie jak noc, gdy pokazałyśmy fotkę w naszej ulubionej sukience. Dla kogoś mamy kudły, które wyglądają jak mokry pudel, a ktoś inny uważa, że z takimi nogami, to dla nas tylko i zawsze spodnie. Reakcja? „No wiesz, jak publikujesz w Internecie, musisz liczyć się z reakcją.” To jest forma cyberprzemocy! Możesz jej doświadczyć w czasie codziennego, rutynowego zaglądania na Fejsa. 

Slow wyklucza social media 

Otaczanie się miłymi i sympatycznymi ludźmi jest trudne w realu, a w Internecie – niemal niemożliwe. W social mediach może być każdy, weź tylko pod uwagę, że wśród ludzi, którzy mają ponadprzeciętnie rozbudowane życie wewnętrzne, social media stają się dodatkiem lub narzędziem do zbudowania pozycji bloga, wypromowania kanału lub dzielenia się fajnymi akcjami. 

Tort influencerski taki duży 

Teraz wyobraź sobie, że jesteś influencerką, a media społecznościowe to miejsce, w którym pośrednio lub bezpośrednio zarabiasz pieniądze. Robisz to, polecając określone produkty, usługi i miejsca oraz dzieląc się swoimi opiniami. Użyczasz swojego wizerunku za pieniądze lub budujesz własną markę. Pracujesz na swój wizerunek i swoją rozpoznawalność. Kiedy masz największe szanse na sprzedaż? Gdy zbudujesz dużą społeczność osób, które polubią Ciebie i Twój styl życia, czyli wizerunek, jaki kreujesz w Internecie.  

Społeczeństwo uważa, że współczesny influencer to taki bohater-coach, który pojawił się w Internecie, aby nauczyć nas, jak mamy żyć. Jego doświadczenia są zawsze pełniejsze – on to potrafi jakoś tak przedstawić… jego emocje zawsze są bardziej dopasowane do okazji, a jego życie wspaniałe. Dlaczego nie mamy go naśladować? Wspaniała praca, wolność – spacer o godzinie 12.30 w październikowy, słoneczny dzień – poproszę! Sesja foto dla znanej marki z artykułami wyposażenia wnętrz – bardzo spoko. Zaproszenia na liczne eventy, prezentacje i  to najlepiej w Warszawie – świetnie! 

Obarczać kogoś – tak miło 

Zrzucamy na barki ludzi – często bardzo młodych – ogromną odpowiedzialność. Obarczamy kogoś, kto umie robić piękne zdjęcia i ma cokolwiek ciekawego do powiedzenia, odpowiedzialnością za to, jaki kupimy krem, jaką bluzkę i gdzie zjemy obiad na mieście. A później mamy pretensje, bo krem kosztował 100 złotych, a wylazły nam po nim wielkie krosty, bluzka źle na nas leży, a w restauracji podali przesolone ziemniaki. Nie ma luzu, nie ma pozwolenia na pomyłkę. „Jeśli jesteś influencerką i ja Cię lajkuję, to Ty masz mi gwarantować, że to, co polecasz, jest świetne. A jeśli nie, to ja Cię pokażę.” Tak zaczyna się cyberprzemoc. 

Internet śmiał się, gdy influencerki potraciły pracę – sponsorów i płakały, bo nie wiedziały, co mają dalej robić. Ich kariera się załamała, a one były po prostu zdruzgotane. Posypał się jad komentarzy, zaczęła się spirala cyberprzemocy. „Influencer to nie zawód!” „Płacze, bo już nie dostanie ciuchów za darmo” „Było się uczyć, a nie w social media siedzieć” „Dobrze jej tak, nie miała żadnej porządnej pracy.” To była właśnie cyberprzemoc. 

Dlaczego wartościujemy ludzi, jako tych, którym warto współczuć i tych, którym się należy? Serio? Uważasz, że zaproszenie do swojego świata 100-200 tysięcy osób nie wymaga wysiłku? Naprawdę myślisz, że przygotowywanie ciekawych postów i pięknych zdjęć wciąż i wciąż nie zajmuje czasu? A odpowiadanie na komentarze, na maile? 

Fanpejdż nie dla Ciebie 

Znana sportsmenka-celebrytka dostaje na swoim profilu pytanie. Pytanie być może jest uszczypliwe, może napisane w złym tonie. Może jego ukrytą intencją jest kogoś obrazić i komuś dopiec, a może doszło do wielkiego nieporozumienia. Dziewczyna, która je zadaje, zostaje zmieszana z błotem przez prawdziwe fanki, a następnie przez samą celebrytkę. To również jest cyberprzemoc, zauważ jednak, że prześladowcą nie musi być osoba, do której należy fanpejdż. W tę rolę mogą łatwo wcielić się jej fanki. 

Wina, odpowiedzialność i cyberprzemoc 

Jeśli ta dziewczyna zrobi sobie później krzywdę, to kto będzie ponosił winę, a kto odpowiedzialność? Czy mamy prawo oczekiwać od influencera, że będzie zwracał uwagę, co dzieje się na jego fanpejdżu? A czy mamy prawo wymagać od szefa, że będzie wiedział, co dzieje się wokół jego firmy?  Czy możemy wymagać, aby gwiazdy rocka dbały o bezpieczeństwo swoich fanów na koncertach? Zobacz, tak! Tak, tego właśnie oczekujemy. Dlaczego więc tak łatwo przychodzi nam usprawiedliwianie kogoś, kto jest twarzą social mediów? Czy szturchnięcie na koncercie albo wejście między dwie pijane osoby to mniejsza trauma niż otrzymanie setki obraźliwych wiadomości dziennie? 

Internet – trudno się bez niego obejść. 

Prawdziwe fanki znanej celebrytki znajdują prywatne konto, zaczynają pisać obraźliwe komentarze. Tworzą fejkowe konta, zaczynają prześladować bliskie osoby i znajomych. Wiesz, że zdarzały się przypadki włamań na konto? Niech dziewczyna wie, że z tą celebrytką się nie zadziera. Miejsce wygodne, bezpieczne, szybko staje się miejscem nieznanym. Na myśl o włączeniu fejsbuka, na którym przecież są znajomi i rodzina, który tak świetnie powiadamiał o ważnych wydarzeniach, na którym można było rozmawiać z klientami. Co wtedy zrobić? 

Upubliczniając swój wizerunek, dajesz prawo innym do współuczestniczenia w tym, co robisz. Dajesz prawo do zadawania pytań i dzielenia się wątpliwościami. Nie inwestujesz tylko w miłe i łatwe. W związku z tym bierzesz na swoje barki również odpowiedzialność. Chociażby za to, aby Twoje standardy wiodły prym na Twoim fanpejdżu „W moim domu nie będziesz robić takich rzeczy!”. 

Czy jednak fanpejdż jest prywatnym miejscem? Nie, jeśli zaprosimy do niego 1 000 000 ludzi. Wtedy staje się prężnie działającą społecznością, którą trzeba zarządzać i której trzeba pokazać, jakie są standardy. To Ty, jako influencerka, nadajesz ton wypowiedziom na Twoim profilu, to Ty masz moc ustalania zasad. 

Czy możemy w takim razie udawać, że nie wiemy, co się dzieje? Czy masz prawo schować głowę w piasek i nie rozwiązywać piątej w tym tygodniu gównoburzy? Jasne, jesteś tylko człowiekiem. Z drugiej strony od tego jest moderacja i jeśli jakiś influencer nie ma moderacji komentarzy, czy to go zwalnia z odpowiedzialności?

Możemy spojrzeć na to w ten sposób, że influencer to marka i wizerunek, który służy do zarabiania pieniędzy. Nie żywy człowiek, bo nie poznajemy człowieka. Dostajemy tylko finalny produkt – piękną oprawę fajnych treści. Wiele pracy, dużo determinacji. 

Czy właściwe osoby dostają od nas tabliczkę „autorytet”? 

Zastanawiałaś się kiedyś, czy Ola z Opola chciała stać się ekspertem w sprawie oszczędzania? Miała być może jakiś pomysł i plan, gdy zakładała swojego bloga, a później kanał na YT. W pewnym momencie wszystko zaczęło wymykać się spod kontroli, a gdy przyszła propozycja napisania książki, Ola nie wiedziała, co się dzieje. Nagle okazało się, że ma fanpejdż i lubi ją kilkadziesiąt tysięcy osób. Blog ma kilkaset tysięcy wejść, a ona jest „sławna”. Pojawiają się pytania, komentarze, Ola chce na wszystkie odpowiedzieć. Nie daje rady, więc zakłada grupę. Ktoś z grupy wyłudza pieniądze na jej książki, podobno ona o tym wie. Wylewa się fala hejtu „Mogła ogarnąć to lepiej” „Mogła sprawdzać, kogo przyjmuje na grupę”. Ola zostaje zaszczuta. Jej siostra dostaje obraźliwe komentarze, jej chłopak odbiera dziwne połączenia z Messengera. Ola nie może dodać zdjęcia z wakacji, gdy to zrobiła ostatnio, pojawił się komentarz, że „pojechała za moje, ukradzione pieniądze”. 

Czy presja i odpowiedzialność nie są za duże w dzisiejszych social mediach? 

Oczekujemy, że wraz z rozwojem kanału, jego założyciel będzie przedstawiał nam nowe, ciekawsze treści, zmieniał formułę, inwestował w nowy sprzęt. Oczekujemy, że wciąż będzie miał coś nowego do powiedzenia, nowe produkty do polecenia i że u niego to będzie fajnie. Oburzamy się jednak, gdy uczciwie informuje, że post jest sponsorowany, gdy ma czelność testować odkurzacza-robota za 5 tysięcy, bo jakim prawem?! Jesteśmy złe, gdy make-up artystka nie chce zrobić rozdania i oddać kosmetyków, których nie używa – „Przecież ma pełną szufladę!”, wkurzamy się na trenerkę, która zupełnie za darmo publikuje swoje treningi, że nie dodaje nowego filmiku, co drugi dzień. Zawieszamy poprzeczkę tak wysoko, że sami musimy mocno zadrzeć głowę, aby ją w ogóle zauważyć. Tymczasem celebryta ma tam być i jeszcze podejmować wysiłki, aby ją przekroczyć. Chce nosić ubrania? Niech będą etyczne, szyte w Polsce, z organicznej bawełny, a do ich prania używa produktów, które nie niszczą planety. Niech odżywia się zdrowo, ale nie w ramach współpracy na mieście, niech gotuje w domu z bio produktów, ale nie w garnkach, które testował w ramach współpracy. Niech się pięknie maluje, często zmienia sukienki  fryzury i poleca nam swoje produkty, byleby nie były za drogie, bo my nie będziemy tak rozrzutnie tracić pieniędzy na kosmetyki. 

Czy mamy prawo oczekiwać od influencerów etycznego i empatycznego postępowania? 

Podkreślę, że nakładamy na barki influencerów olbrzymią presję. Oczekujemy, że będą się czuli odpowiedzialni za nas, za planetę, za społeczność lokalną. Jednocześnie chcemy, aby uszanowali nasze zdanie, liczyli się z nami i publikowali materiał, którego my oczekujemy. Oni często to robią, kosztem jakiejś fajnej współpracy sponsorowanej, kosztem jednej, czy dwóch zarwanych nocy. 

U niektórych wciąż jest miło i serdecznie i empatycznie, czujemy się częścią społeczności. Bo przecież tego pragniemy, prawda? Aby słynna trenerka pamiętała, że Kasia ma trójkę dzieci i z jej pomocą schudła już 5 kg –  „Świetnie Ci idzie, Kasiu, jestem z Ciebie dumna”, albo żeby ta psycholożka, co ma takie fajne podcasty, trzymała za nas kciuki – „Pamiętam Marysiu, że miałaś problem z jedzeniem słodyczy, cieszę się, że je ograniczyłaś”. 

Inni się po prostu uodparniają. Dają nam treści, jakie są w stanie stworzyć, ale sprawdzają je kilkanaście razy przed publikacją. Robią po kilkaset ujęć, zanim jakieś wstawią na swój profil. Dbają o swój biznes i nie pozwalają sobie na popełnianie w nim błędów. Kochają to, co robią i to, jak wygląda ich życie. Jednocześnie nie chcą się angażować, chcą być twarzą/wizerunkiem/marką, którą profesjonalnie zarządzają. 

Inni walczą o swój kawałek przestrzeni w sieci, o ludzkie traktowanie. O szacunek do ich słabości, o prawo do bycia sobą. Chcą publikować, dzielić się swoim życiem i pasjami. I wiesz, ja uważam, że to wymaga cholernie dużo odwagi, żeby zaprosić 5000 osób do swojego domu, do swojej lodówki, czy kuchni. Pokazałabyś, jak nakładasz makijaż 100.000 ludzi? A może zatańczyłabyś przed nimi? Rozsądne influencerki, które wciąż pozostają sobą na swoim kawałku podłogi, mają trochę blizn i urosła im już całkiem gruba skóra, ale angażują się i potrafią wyznaczać twarde granice. Praktykują bycie bez cyberprzemocy, na ich fanpejdżu nie zrobisz gównoburzy, nie ponarzekasz sobie i nie wdasz się w pyskówkę. Dla wielu osób jest tam nudno.  Dlatego zdarza się, że na nich narzekamy w kuluarach „No nie uwierzysz, jak ta influencerka potraktowała swoją fankę!” A jednak, uwierzę, bo skoro social media próbują burzyć wszystkie granice, to my je teraz musimy postawić na nowo.

Herstory

Kobiety XXI wieku. Takie jak my.

24 stycznia 2021 / Marta Osadkowska

Kobiety XXI wieku.

Co myślisz, kiedy słyszysz lub czytasz to hasło? Jaki obrazek pierwszy przychodzi Ci do głowy?

Rosiete ma 45 lat.

Urodziła się i wychowała w pierwszej faweli w Rio de Janeiro. Na ulicy straciła ojca, męża i zięcia. Wojny między gangami, strzelaniny z wojskiem, akty zemsty, brutalne porachunki – to codzienność najbiedniejszych dzielnic brazylijskiego miasta. W kraju słynącym z korupcji wojsko nie jest bezstronne. Ciała zamordowanych mężczyzn mogą trafić w ręce przeciwników, którzy porąbią je na kawałki i wyrzucą na śmietnisku. Tutaj szukają ich kobiety, żeby zadbać o godny pochówek. Dla turystów organizuje się wycieczki do faweli. W opancerzonym jeepie, eskortowanym przez uzbrojonych żołnierzy, można wjechać w biedne rejony, obejrzeć nędzę, brud, smutek i strach. Taka atrakcja.

 

Peng mieszka w Kambodży.

Wraz z mężem i innymi wykładowcami z Akademii Sztuk Pięknych założyli stowarzyszenie pomagające ubogim, często osieroconym dzieciom. Uczy i szuka środków na utrzymanie podopiecznych, którzy mieszkają u niej w domu. Nie było łatwo, ale udawało się zdobyć wystarczająco pieniędzy, żeby pomóc bezbronnym dzieciakom. Niestety usłyszeli, że czeka ich eksmisja. Okolica będzie przebudowywana. Rząd nie przejmuje się losem eksmitowanych mieszkańców, nie mogą liczyć na żadną pomoc, nikogo nie obchodzi, gdzie pójdą. Mają zniknąć i nie przeszkadzać w planach zabudowy terenu. Próbują walczyć o swoje, ale z uzbrojoną policją i ciężkim sprzętem nie mają szans.

 

Shanti całe dzieciństwo spędziła w kamieniołomach na wzgórzach Rajasthan (Indie).

Nie chodziła do szkoły, pracowała przy rozłupywaniu kamieni. Gdy rodzice chcieli wydać ją za mąż, uciekła i żyła z mężczyzną, którego kochała. Jest z siebie bardzo dumna, w jej kulturze taka postawa nie jest tolerowana i często spotyka się z surową karą. Żadnych konsekwencji nie ma natomiast gwałt, na który mężczyźni pozwalają sobie w Indiach nagminnie. Po Shanti tez przychodzili, dlatego zawsze pod ubraniem miała długi nóż. Nie dała się tknąć.

 

Urmila została wydana za mąż w wieku 14 lat.

Starszy brat jej męża był wdowcem i miał ochotę na seks z młodą szwagierką. Nikt jej nie bronił, słyszała wokół, że musi mu się poddać. Dzielnie opierała się mężczyźnie, za co została dotkliwie pobita grubymi kijami. Uciekła i została prostytutką. Shantosh w dniu ślubu miała 15 lat, jej mąż 40. Na 12 lat zamknął ją w pokoju, odciął od świata i rodziny.

 

Lena ma dwadzieścia cztery lata, skończyła uniwersytet w Moskwie.

Teraz mieszka w Biesłanie. Miejscowość znana jest na świecie z jednej z największych tragedii, której można było zapobiec. Podczas rozpoczęcia roku 1 września 2004 do szkoły podstawowej wtargnęli czeczeńscy terroryści. Dwa dni później wojsko przeprowadziło szturm. Zginęły 334 osoby, w tym 186 dzieci. Kolejnych 783 zostało rannych. Ani jeden człowiek nie wyszedł z tego miejsca bez szwanku. Taka tragedia nie mija z czasem, dla mieszkańców Biesłanu czas nie goi ran. Lena pamięta zapachy z sali, w której była przetrzymywana, głód i picie własnego moczu. Wody ani jedzenia mali zakładnicy nie dostali. Starszy brat Leny zginął na jej oczach. Kula w plecy. Kobieta stara się żyć, zapomnieć. Ale sny nie pozwalają. Dlatego wróciła do Biesłanu, miasta duchów. Tutaj wszyscy rozumieją, co przeżywa. Tutaj życie płynie na dwóch poziomach, przeszłość jest tym mocniej przeżywanym. 

 

Ratana, odkąd pamięta, pracowała na wysypisku śmieci.

Musiała zbierać i sprzedawać surowce wtórne, żeby zapłacić za szkołę. Szukała wszystkiego, za co mogła dostać pieniądze: plastik, żelazo, stal nierdzewną, miedź. Żyła na ulicy, niewielu zaznała w życiu chwil radości. Nigdy nie płakała przy drugim człowieku, swój ból chowa głęboko.

 

Yoani mieszka w Hawanie, prowadzi blog „Generation Y”.

Żeby napisać post, przebiera się za cudzoziemkę (geny odziedziczone po hiszpańskich dziadkach ułatwiają tę metamorfozę). Po co ten kamuflaż? Obywatele Kuby nie mają prawa korzystać z Internetu, nawet jeśli uda im się zdobyć lub zbudować komputer. Dostęp do sieci mają tylko turyści mieszkający w hotelach, do których miejscowi mają zakaz wstępu. Żeby opisywać absurdalny świat wykreowany przez Fidela Castro, Yoani udaje cudzoziemkę i płaci wygórowaną cenę za łącze internetowe. Na „wyspie jak wulkan gorącej” panuje podwójny system monetarny, inna waluta jest dla kubańczyków, inna dla turystów. Pensje i emerytury są wypłacane w krajowym peso, zaś towary poza rynkiem reglamentowanym są sprzedawane w peso wymienialnym. 1 wymienialne peso to około 25 krajowych, co oznacza, że są one dla kubańczyków właściwie niedostępne. W efekcie najlepiej zarabiają ci, którzy mają kontakt z turystami, najlepiej ci, którzy dostają napiwki. Sprzątaczka w hotelu dla cudzoziemców zarabia znacznie lepiej niż lekarz medycyny. Komunistyczna utopia pozostawia swoich mieszkańców bez prawa do zmiany, do decydowania o własnym losie. Państwo kontroluje ich wydatki, talerze, warunki mieszkaniowe. O podróżach pomarzyć mogą tylko wybrańcy. Yoani bardzo chciała mieć drugie dziecko, ale wystarczyła chwila refleksji, żeby z niego zrezygnować. Wyobraziła sobie, że za dwadzieścia lat jej dzieci mieszkają z nią nadal, ale dodatkowo wprowadzają się ich małżonkowie. Na przydział mieszkania czeka się czterdzieści lat. Nowe budynki tutaj nie powstają, nie ma więc możliwości wyprowadzenia się od rodziców. Yoani zrozumiała, że na wymarzoną córeczkę dosłownie nie ma miejsca.

 

Rashmila urodziła się w nepalskiej wiosce.

W jej kraju czci się boginie, ale kobiety nie mają żadnych praw. Jest córką, żoną, synową, matką i tylko wypełnianie obowiązków wypływających z tych ról o niej świadczy; na tej podstawie jest oceniana. W Nepalu wyklucza się kobiety na dwóch poziomach: formalnym i nieformalnym. Pierwszym rządzą dyskryminacyjne przepisy prawne, drugim niepisane normy, zwyczaje i tradycje, uznające kobietę za podległą, gorszą od mężczyzny. Patriarchalizm zakłada podporządkowanie kobiety mężczyźnie we wszystkich sferach, które się wzajemnie zazębiają: ekonomicznej, społecznej, religijnej, kulturowej, politycznej, prawnej i ideologicznej. Jakby tego było mało, wystarczy jedno oskarżenie o to, że jest czarownicą, a spotka ją prześladowanie i tortury. 

 

Bendu urodziła się w Sierra Leone.

Jej rodzice zginęli podczas wojny z liberyjskimi watażkami. Była zmuszana do niewolniczej pracy, strzelania na oślep w dżungli podczas operacji wojskowych. Brutalne napastowanie przez żołnierzy wyparła z pamięci, żeby jakoś wrócić do życia. Po wojnie zajęli się nią lekarze ONZ, mogła też wrócić do szkoły. Tutaj wreszcie, pierwszy raz w życiu, miała możliwość spojrzenia w lustro i zobaczenia swojej twarzy. Do tej pory nie wiedziała, jak wygląda. Kiedy rok po zakończeniu wojny kupiła małe lusterko w plastikowej ramce, poczuła, że jej życie zaczyna się od nowa. W szkole nie czuła się swobodnie, umiała mniej niż rówieśniczki, wyglądała inaczej niż one. Wiele lat chodziła boso w buszu, więc miała spuchnięte, zniekształcone stopy, przez co koleżanki się z niej naśmiewały. W przerwach rozmawiały o tym, co czeka je po zakończeniu nauki: inicjacja, która uczyni z nich kobiety. Genitalne okaleczanie kobiet jest w tych rejonach nadal praktykowane, po wycięciu łechtaczki, bez znieczulenia i środków odkażających, dziewczynka staje się kobietą. Oczekuje się, że dziewczęta bezwolnie poddadzą się przemocy i pozwolą, by amputowano im nie tylko wrażliwą część ciała, ale też poczucie kontroli nad własnym losem. A wszystko dlatego, że przeszły to kiedyś ich matki i babki. Bo w Afryce starsi wiedzą lepiej.

 

Dla bohaterek nagrodzonego Oscarem filmu „Period. End of sentence” menstruacja jest poważnym problemem.

Mieszkają w Indiach, niedaleko New Delhi. Nikt nie tłumaczy, czym jest, słyszą raczej, że to zła krew wypływa z kobiet. I że ma to coś wspólnego z możliwością rodzenia dzieci. Jedna z młodych kobiet zrezygnowała ze szkoły z powodu okresu. Miała do dyspozycji tylko ściereczkę, która szybko nasiąkała krwią i musiała ją często zmieniać, a nie było do tego warunków. Musiała odchodzić bardzo daleko, żeby być sama. Wierzyła, że coś się zmieni i będzie mogła dalej się uczyć, ale niestety, nie dała rady. Kobiety w trakcie miesiączki uważane są za nieczyste, nie powinny mieć z nikim kontaktu, bywać w miejscach publicznych. Nie mają dostępu do środków higieny, podpaski robią ze starych, bawełnianych ubrań. Zużyte zakopują w nocy, czasem wywlekają je psy i jest wstyd. Kwestii higieny nawet nie poruszają, to luksus. Większości kobiet w Indiach nie stać na podpaski, a i te, które mają na nie środki, często wstydzą się je kupować. Te grube, wypełnione watą, których u nas chyba nikt już nie kupuje, dla nich są cudem, który odmieni ich życie. 

 

Są piękne, śpiewają i szukają radości każdego dnia.

Stawiają czoła gwałtom, przemocy, nędzy i niesprawiedliwości dzisiejszego świata. Uśmiechają się tym poruszającym uśmiechem pełnym doświadczenia i świadomości. Tym uśmiechem pełnym mocy, który pokonuje całe zło, którego doświadczają. On jest ja rzucenie wyzwania okrutnemu losowi. To uśmiech pełen satysfakcji mówiący: żyję, daję radę, jeszcze mnie nie złamałeś. Jest w nim ból i smutek, ale przede wszystkim jest siła i nadzieja. Codziennie walczą o życie swoje i bliskich. Wiedzą, że nie wyproszą sobie praw, muszą o nie walczyć siłą.

 

Pomyślmy o nich czasami. Niczym się od nas nie różnią, po prostu urodziły się w innym, trudniejszym do życia miejscu. To kobiety XXI wieku, tak jak my.

 

 

 

Źródła:
  1. „Women are heroes”, reż. anonimowy.
  2. “Period. End of sentence”, reż. Rayka Zehtabchi.
  3. “Burka w Nepalu nazywa się sari”, Edyta Stępczak.
  4. „Urodziłam się dziewczynką”, dzieło zbiorowe.
  5. „Cuba Libre”, Yoani Sanchez.
  6. „Przyszło nam tu żyć”, Jelena Kostiuczenko.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo