Change font size Change site colors contrast
Kultura

Agnieszka Jucewicz – Czując. Rozmowy o emocjach.

19 września 2019 / Marta Osadkowska

Emocje są rzeczywiste, są po to, żeby je przeżywać.

Nie da się ich pozbyć, zdystansować do nich. Trzeba je poznać i nauczyć się z nimi postępować w taki sposób, który będzie najlepszy dla danego człowieka. Nie da się ich przechytrzyć. Nie da się oszukać smutku, rozpaczy. Udawać, że nie istnieją. Nie da się upchnąć gdzieś złości ani poczucia straty. One zawsze wracają. Nie da się zafałszować euforii, radości ani podziwu. Uczucia po prostu są, a do tego są mądre. 

Współczesny świat niespecjalnie zachęca do refleksji, nie tylko nad uczuciami. Polityka, media społecznościowe, media w ogóle oczekują od nas błyskawicznej, najczęściej właśnie emocjonalnej reakcji. Naszymi emocjami się pogrywa, manipuluje: strachem, nienawiścią, ale też współczuciem, zachwytem. Zanim się obejrzymy, już jesteśmy w środku tej gry, cali rozemocjonowani. Z jednej strony o uczuciach mówi się praktycznie bez przerwy, z drugiej strony, coraz mniej o nich wiemy, coraz gorzej je rozumiemy.

Człowiek emocjonalnie dojrzały dopuszcza do siebie całą gamę uczuć: radość, zachwyt, ale też przeżycia trudniejsze: złość, urazę – potrafi je od siebie odróżnić, wytrzymać, nie wszystko musi od razu wyrażać.

Dojrzałość emocjonalną można zdefiniować także inaczej: to efekt przepracowania najważniejszych faktów życiowych, ułożenia się z nimi – z tym, że nie jesteśmy samowystarczalni i wszechmocni, nie możemy też zatrzymać upływu czasu. Warto mieć taką przestrzeń w głowie, w której można myśleć o tym, co się czuje. Dzięki myśleniu o uczuciach otwierają się różne rzeczy. Rzeczywistość się poszerza i zaczyna się ją rozumieć w bardziej złożony sposób: można coś dać innym, można coś od innych wziąć, czymś się podzielić. Łatwiej jest znaleźć rozwiązanie swojego problemu. Książka „Czując” pełni rolę korytarza prowadzącego do tej przestrzeni. 

W rozmowach z psychologami autorka omawia uczucia, których wszyscy doświadczamy i wśród których wszyscy się czasami gubimy.

Zakochanie, jak wiele innych fascynacji czy inspiracji, które nam się przytrafiają, to jest coś na kształt kredytu. Pewna szansa czy też okazja do tego, żeby zbudować coś solidniejszego. Zakochanie to nie jest miłość. To jest zaproszenie do niej. Uczucia stanowią paliwo, są warunkiem koniecznym miłości, bo trudno sobie wyobrazić, że będzie pani kochała kogoś, kto panią odstręcza, czy kogoś, kto się pani nie podoba. Coś musi panią chwycić za serce, ale uczucia same nie wystarczą. Nie da się z nich zbudować czegoś trwałego. Faza zakochania trwa od dwóch do czterech lat. Żeby inne uczucia – bliskość, przywiązanie, przyjaźń, lojalność – „weszły” i dalej wiązały się z miłością, trzeba nad tym trochę popracować. Ludzie są niepowtarzalni i w związku z tym relacje między nimi są niepowtarzalne. To, jak utkamy relację między nami, to będzie część naszej wewnętrznej, niepowtarzalnej podróży. 

Nie znaleziono kultury, w której nie ma zazdrości. Miejsca takie istnieją jedynie w romantycznej wyobraźni optymistycznych antropologów. Zawiść i wstyd zawsze się ze sobą splatają. I to jest błędne koło – bo im gorsza się czuję, tym bardziej widzę, że ja nie mam, a inni mają, i tym bardziej jestem zawistna. Trudno z tego wyjść. Czym różni się zawiść od zazdrości? Zawiść pojawia się wcześniej w naszym rozwoju i jest bardziej pierwotna. Zwykle dotyczy jakiejś cechy, atrybutu: ktoś coś ma, a ja nie i jest mi z tym źle. Człowiek chorobliwie zawistny niszczy w sobie zdolność do bycia zależnym. I nie chce uznać rzeczywistości, tego, że nie można mieć wszystkiego. Tych, którzy pozornie mają, spotykam w gabinecie. Mają pieniądze, świetną pracę, urodę, charyzmę, ale cierpią tak, że nigdy by się pani z nimi nie zamieniła. Nie ma ludzi, którzy mają wszystko. Jak zdrowo doświadczać zawiści? Trzeba dopuścić do siebie to, co się czuje. Nie oceniać. Jeśli naprawdę chcę tego, co budzi moją zawiść, to może jednak coś w tej sprawie mogę zrobić? A jeśli nie, to trudno. Muszę przeżyć żałobę i ułożyć się z tym, co mam. Na wiele rzeczy nie mamy wpływu: na geny, na to, w jakiej rodzinie się urodziliśmy, więc zamiast pogrążać się w czarnej dziurze wstydu i gorszości, lepiej godzić się z tym, czego zmienić nie możemy i skupić się na tym, co mamy dobrego, fajnego. 

Zazdrość to jest przeczucie, że możemy stracić obiekt naszej miłości. Zawiść jest o coś, zazdrość prawie zawsze o człowieka. W zazdrości patologicznej pojawiają się dwa charakterystyczne elementy: bardzo obniżone poczucie własnej wartości, ogromny wstyd i ogromna nienawiść. Zdrowa zazdrość nadal jest gryząca i nieprzyjemna, ale nie staje się obsesją. Da się z nią ułożyć i wytrzymać. Czasami zdrowa zazdrość pomaga wyczuć, że coś jest na rzeczy.

Złość sama w sobie nie jest żadnym problemem. Jak większość uczuć jest naturalna. W naszej kulturze złość jest obarczona oceną moralną. Niefortunne też słowo „zły” niesie w naszym języku określone skojarzenia: być złym na coś, na kogoś oznacza automatycznie być złym człowiekiem. I niektórzy rodzice mają to, niestety, w głowie, więc zamiast powiedzieć dziecku: rozumiem, że jesteś zły, bo chłopiec walnął cię łopatką w głowę mówią: nie wolno ci się złościć. W ten sposób dziecko się dowiaduje, że uczucie, które jest adekwatną reakcją na to, że zostało źle potraktowane, jest nie w porządku. A każdy ma pełne prawo do złości. Jak mądrze obchodzić się z dzieckiem, które się złości? Trzeba mu pomóc, nazwać to, co przeżywa, a potem następuje trening radzenia sobie ze złością. Niektórzy tulą dzieci, pokazują, że to uczucie, które minie. I że można próbować nad nim zapanować. Jeśli dziecko nie ma ochoty na fizyczny kontakt, można z nim rozmawiać. Ważne, żeby dziecko wiedziało, że jest obok ktoś spokojniejszy, kto jest w stanie to wszystko ogarnąć, kto nie odrzuca. Można też opisać, co się stało, pokazać, że złość nie jest czymś, co dopada nagle i nie wiadomo skąd. Czasami pomaga podsunięcie pomysłu na fizyczne rozładowanie złości. Dorośli też czasem mają potrzebę odreagowania: biegają, idą na siłownię albo muszą sobie pokrzyczeć. W relacji z dziećmi najtrudniej jest, gdy ich złość spotka się z naszą. Zdarza się wybuchnąć i jeśli nie zdarza się to nagminnie, to należy sobie po prostu wybaczyć. Trzeba to potem jakoś naprawić, ale to nie jest najgorsza rzecz, jaka się może dziecku przydarzyć. Może się z tego dowiedzieć, że rodzice też mają swoje granice, że jak się na kimś wyładuje złość, to się potem przeprasza.

Smutek jest emocją nieporuszającą. Raczej człowieka spowalnia. Sprawia też, że się wycofuje. I w przeciwieństwie do wielu emocji, które „rzucają” człowieka w objęcia świata, jest skierowany do wewnątrz. Refleksyjny. Człowiek zaczyna się zastanawiać, zadaje sobie różne pytania. One zwykle prowadzą do niewesołych wniosków, bo smutek jest selektywny. Skupia się na tym, co ciemne, przytłaczające, ale nie odbiera logiki, a czasem również i poczucia humoru. Jest emocją nieprzeszkadzającą w myśleniu, a często je nawet wspomaga. Nasza kultura nie ceni smutku, bo uniemożliwia on realizowanie jej najbardziej podstawowego celu, czyli handlu. Człowiek smutny nie kupuje, nie uprawia aktywności, nie dzieli się nimi na portalach społecznościowych. A w kulturze, która smutku nie akceptuje, ludzie, którzy go doświadczają, sami mają poczucie, że coś jest z nimi nie tak, że powinni coś z „tym” zrobić. Wstydzą się. W świecie, w którym wartością jest świetne samopoczucie, wydajność, sukcesy, orgazm piętnaście razy dziennie i pięciocyfrowa pensja, człowieka smutnego należy się wystrzegać jak ognia. A smutek jest jedną z najinteligentniejszych emocji, w tym jest jego ogromna wartość. Możemy potraktować go jako poznanie. Dać sobie czas, spokój. Pamiętać, że nasze dzieci też mają prawo do tej emocji, pozwolić im na nią. Nie ma lekarstwa na smutek, każdy musi sobie znaleźć swój sposób na przeżycie go. 

Kłopotliwe są te uczucia. Bywają nieprzyjemne, bolesne, wstydliwe, czasem sprawiają, że życie wymyka się spod kontroli. Ale bez nich nie byłoby także tych wszystkich magicznych chwil bliskości, euforii, momentów, których nie da się „objąć rozumem”.

 

Cały tekst składa się z fragmentów książki „Czując. Rozmowy o emocjach”, Agnieszka Jucewicz, Wydawnictwo Agora.

Herstory

Maria Dąbrowska – atrakcyjna jest ta kobieta, która samą siebie za taką uważa.

22 maja 2020 / Marta Osadkowska

Chyba nie ma drugiej lektury, która miałaby tak kiepską opinię, jak Noce i dnie.

Osobiście nie przebrnęłam, nawet ekranizacja mnie znużyła, a oglądaliśmy ją w ramach lekcji. Nuda, smutek, dłużyzny i cierpienie. Najpopularniejszy portret autorki, wiszący w zmęczonej ramie na szarej ścianie sali od polskiego, wcale nie pomagał: starsza pani z dziwną fryzurą w zapiętej pod szyję białej bluzce. Marazm i inercja. A tu nic bardziej mylnego.

O Marii Dąbrowskiej, autorce od lat niszczącej uczniów historii rodu Niechciców, można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że była nudna i pospolita. Jej otwartość w sprawach seksu działała na mężczyzn jak magnes. 

Choć nigdy nie była piękna, jej zwierzęcy erotyzm rekompensował braki urody z naddatkiem. Była niska, drobna i miała lekkiego zeza. Czesław Miłosz nazywał ją zezowatym karzełkiem, a Antoni Słonimski określił jako skrzyżowanie jamnika z Piastem Kołodziejem. Znała mankamenty swojej urody. Gdy nie podobało jej się zdjęcie u fotografa, brała ołówek i poprawiała portret. A jednak nie narzekała na brak powodzenia u płci przeciwnej. Być może sekret jej uroku polegał na tym, że podobała się samej sobie i zachowywała jak kobieta atrakcyjna.

Urodziła się w 1899 roku w Russowie, w sporym majątku ziemskim, którym zarządzał jej ojciec. W swoim dzienniku będzie wspominać to miejsce jako pełne zwierząt i sielankowe. Szybko zrozumiała, że lubi i umie pisać. Pierwszy wiersz datuje się na 1907 rok, pierwsze opowiadanie ukazało się drukiem w 1913. We wspomnieniach opowiadała, jak będąc dzieckiem, pragnęła pisać poezję. Zapytała matkę, co trzeba zrobić, aby zostać poetką, a w odpowiedzi usłyszała, że trzeba być dobrym człowiekiem. Doszła do wniosku, że to nie dla niej. 

Chodziła do szkoły w czasie, gdy służyła ona przede wszystkim wynaradawianiu młodych Polaków. Młodzieży starano się zaszczepić pogardę do ojczyzny i wszystkiego, co polskie. Język polski traktowany był jak obcy. Szkoła podstawowa, do której trafiła Maria, znajdowała się w przygranicznym wówczas Kaliszu i mogła legalnie uczyć dzieci ojczystego języka i historii. Ale już w rosyjskim gimnazjum poznała, czym jest indoktrynacja. 

Na szczęście wakacje spędzała w sielankowym Russowie, gdzie obserwowała życie na wsi i zwyczaje folwarcznej służby. Od tych prostych ludzi przejęła traktowanie seksu jako przyjemnego elementu życia, a nie owianego tajemnicą małżeńskiego obowiązku. To proste podejście do życia, którego nauczyła się na rodzinnej wsi, będzie stałym elementem jej powieści. 

Po strajkach w 1905 roku trafiła na pensję do Warszawy.

Tu lekcje były zdecydowanie ciekawsze niż w gimnazjum. Lubiła to miejsce bardzo. W Dzienniku wspomina, że kochała się wówczas raczej w koleżankach niż w chłopcach. Później studiowała w Lozannie, skąd przeniosła się do Brukseli, która przyciągała niezwykłą atmosferą. Było to wówczas największe skupisko studentów z całej Europy. Był wśród nich działacz niepodległościowy Marian Dąbrowski, bardzo przystojny, młody i pełen energii. Nietrudno się domyślić, że został mężem Marii. Widział w niej same zalety, piękno i inteligencję. Był aroganckim typem, żyjącym z pieniędzy rodziców, który ani myślał o zdawaniu egzaminów końcowych na uniwersytecie. Maria swoje zdała świetnie i zarabiała pisząc artykuły, z czego utrzymywała siebie i męża. Później pracowała jako nauczycielka. Sporo czasu spędzali osobno, dużo było w tym związku namiętności, zdrad i miłości.

Kochaliśmy się miłością najbardziej zmysłową i nienasyconą, jaką można sobie wyobrazić, przez całe 17 lat – powie pisarka o tym związku.

Pomysł na napisanie Nocy i dni długo miała w głowie. Publikowała dużo artykułów i opowiadań, była znaną pisarką. Wraz z Jarosławem Iwaszkiewiczem otrzymała nagrodę związku Księgarzy i Wydawców dla młodych pisarzy, a mówimy tu o czasach międzywojennych, gdy było w kim wybierać laureatów. To wyróżnienie rozsławiło jej nazwisko i pozwoliło dobrze zarabiać na pisaniu. Niedługo później na źle leczoną chorobę serca zmarł Marian Dąbrowski. Pisarka wpadła w ciężką depresję, której nikomu wtedy nie przychodziło do głowy leczyć, a gdy już przyszło, używano do tego środków nasennych i uspokajających. Te oczywiście nie pomagały, dopiero praca przy przekładzie duńskiej książki i pisanie własnych tekstów zdołały przywrócić Marii równowagę psychiczną.

 I jeszcze pewien mężczyzna, Stanisław Stempowski, który, początkowo jako przyjaciel, włożył dużo wysiłku w wyciągnięcie Marii z depresji. 

Do pracy nad dziełem swojego życia podeszła bardzo poważnie.

Pracowała intensywnie, głównie nocami, pijąc hektolitry czarnej, mocnej kawy. Pisała długo narzucając sobie wręcz drakoński reżim, ograniczając do minimum wszelkiego rodzaju rozrywki. Nazwisko Niechciców pochodzi od nazwy fabryki drożdży, która ją kiedyś zauroczyła w sklepie. Noce i dnie ukazały się w 1931 roku.

O czym jest ta zawarta w czterech tomiszczach historia? O tym dowiadujemy się od autorki:

powieść całkowicie ze spraw życia powszechnego – napisana jakoś po staroświecku, a przy tym zawierająca w sobie pierwiastki podejścia do pewnych zagadnień, z których wartości ja sama nie mogę sobie zdać sprawy. Coraz częściej zdaje mi się, że ta wartość jest żadna. Powieść moja jest oparta na tak zwanym węźle dramatycznym, a nie upojeniu się samym tokiem i przemijaniem życia, płynąca jak powolna równinna rzeka, ale i jak rzeka przyjmująca w siebie różne nieprzewidziane dopływy, strumienie, strumyki w postaci epizodów i refleksji, bez których by się może obyło!

Jak można tego nie pokochać? I czytelnicy pokochali, książka znikała z półek w księgarniach zapewniając swojej autorce sławę i chwałę. 

Przyniosła jej też Państwową Nagrodę Literacką.

Informacja o tym znalazła się w prasie, ale ponieważ bohaterka naszej opowieści zazwyczaj do przeglądu prasy zasiadała po 22.00, niemal przez cały dzień żyła w nieświadomości. O wyróżnieniu dowiedziała się, gdy wróciła do domu i zastała w nim tłum dziennikarzy i fotografów. 

Po II Wojnie Światowej pisarka zaprzyjaźniła się z inną intelektualistką, Anną Kowalską, która stała się ostatnią jej wielką miłością. Spędziły razem dwadzieścia lat, aż do śmierci Marii, tworząc związek pełen pasji i namiętności. 

Stosunek do życia Marii Dąbrowskiej różnił się bardzo od tego, jakie miały inne panienki z dobrych domów. Czerpała z niego pełnymi garściami. Była wulkanem namiętności, kobietą niewahającą się szukać szczęścia w fizycznym spełnieniu i to nie tylko z mężczyznami, ale i przedstawicielkami własnej płci. Podobała się sobie, uważała się za zgrabniutką i potrafiła się bezustannie sobą zachwycać. Nie miała litości dla swoich krytyków, a już na pewno nie brała sobie do serca ich opinii na swój temat. Gdy usłyszała złośliwość Słonimskiego, nazwała go w odwecie szmatą udającą literata. I choć do dzisiaj zdarza mi się lekki tik nerwowy, gdy słyszę o Niechciach, to bardzo podziwiam Marię Dąbrowską. Mogłaby uczyć kobiety, jak widzieć w sobie same zalety, nie przejmować się wadami i czuć się tak pięknymi, żeby zarazić zachwytem nad sobą całe otoczenie.

 

_____________________________________________________________
Portret Marii Dąbrowskiej / 1914 / Autor: Marian Fuks / Żródło: Marian Fuks. Pierwszy fotoreporter II RP, Dom Spotkań z Historią, Warszawa 2017, s. 38

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo