Change font size Change site colors contrast
Felieton

Co z tą wiosną?

12 marca 2018 / Magda Żarnowska

Mam przedziwne przeczucie, graniczące z pewnością, że ludzkość domaga się coraz to nowych początków wszystkiego, a marketing bardzo zręcznie wykorzystuje swoją szansę i co chwilę pozwala nam zaczynać na nowo.

Zupełnie niedawno zaczynaliśmy rok 2018 i zgodnie z zasadą „z Nowym Rokiem-nowym krokiem” czyniliśmy postanowienia noworoczne, w których nieliczni z nas wytrwali. Nic jednak straconego, bo oto przed chwilą rozpoczął się dla wiernych...

Mam przedziwne przeczucie, graniczące z pewnością, że ludzkość domaga się coraz to nowych początków wszystkiego, a marketing bardzo zręcznie wykorzystuje swoją szansę i co chwilę pozwala nam zaczynać na nowo. Zupełnie niedawno zaczynaliśmy rok 2018 i zgodnie z zasadą „z Nowym Rokiem-nowym krokiem” czyniliśmy postanowienia noworoczne, w których nieliczni z nas wytrwali.

Nic jednak straconego, bo oto przed chwilą rozpoczął się dla wiernych Wielki Post, i gdyby ktoś przegapił okazję noworoczną, mógł sobie przynajmniej odmówić czegoś na następne  czterdzieści dni. Jako przykładni katolicy, korzystając z okazji, odmówiliśmy sobie czerniny, której nie jesteśmy fanami, a mój mąż – znany przeciwnik pierogów, postanowił bez nich wytrzymać aż do samej Wielkanocy.

Gdybyście jednak zdążyli zjeść już czerninę, pierogi albo czekoladę (bo tej nieopatrznie większość jest skłonna sobie odmówić pod wpływem impulsu) i korzystać z wielkopostnej  fali wyrzeczeń, już się nie opłaca, przyroda daje nam kolejną szansę.

Nadchodzi bowiem wiosna, a wiadomo, na wiosnę opłaca się czynić postanowienia, odmieniać swoje wnętrza i zewnętrza, odchudzać, remontować i dekorować.

Według himalaistów i innych wspinaczy, wiosnę mamy już od początku marca, dlatego gdybyście próbowali zdobywać K2 zimą, to już niestety nie da rady i trzeba poczekać do grudnia, według kalendarza natomiast, astronomiczna wiosna zaczyna się 20 marca, więc została jeszcze chwila na poczynienie postanowień. I żeby marketingowcom nie ułatwiać jakoś wybitnie pracy, zebrałam trochę informacji, dlaczego w ogóle warto coś zmieniać w życiu w połowie marca. Moją inspiracją był wczorajszy rodzinny spacer. Korzystając z tego, że ustawodawca wspaniałomyślnie zapewnił nam wolną niedzielę, mogliśmy wyjątkowo spacerować w nieprzebranym tłumie innych spacerowiczów, którzy z braku otwartej galerii wybrali park. I właśnie ten spacer otworzył mi oczy i doprowadził do refleksji, że jednak muszę coś zmienić. Objuczona rowerkami i innymi pojazdami dzieci, dotleniona za wszystkie czasy, wróciłam do domu ledwo żywa, jakby ktoś wyjął mi baterie, a do dziś łupie mnie w krzyżu i łamie w kościach.

To starość – pewnie powiecie i pewnie macie racje, ale… naukowcy wyszli naprzeciw moim oczekiwaniom i tym konkretnym objawom mojej starości nadali nową, piękna nazwę, a mianowicie: SYNDROM ZMĘCZENIA WIOSENNEGO!  

Okazuje się bowiem, że to, co naprawdę warto zmienić na wiosnę, to dieta i styl życia.

I to nie tylko po to, aby za trzy miesiące móc na plaży zaprezentować nowy strój kąpielowy i wyglądać w nim zjawiskowo, nawet jeśli pada deszcz i jest zimno (co jest raczej polską wakacyjną klasyką pogodową).

Warto zmienić nawyki, aby było nam odrobinę łatwiej w ogóle dożyć do lata. Okazuje się, że w przyrodzie nic nie ginie (no może oprócz pojedynczych skarpetek w pralce) i tak samo wszystkie nasze zimowe zaniedbania właśnie teraz boleśnie dają nam w kość.

Naszemu organizmowi brak wielu istotnych substancji. Wykorzystaliśmy już wszystko, co udało się po lecie odłożyć (no może oprócz zapasów tłuszczu, ale to inna historia) i teraz boleśnie doskwierają nam niedobory magnezu (powodując rozdrażnienie i potęgując stres oraz skurcze mięśni), potasu (sprawiając, że mamy refleks szachisty, a targanie dziecięcego rowerka, to aż nadto), żelaza (wywołując nagłe ataki przejmującego zmęczenia), cynku (dziesiątkując nasze i tak wymaltretowane przez zimowe czapki, włosy), witamin i soli mineralnych (wywołując bóle głowy). Nie wiem, jak Wy, ale ja mam wrażenie, że kiedy jesienią i zimą mówiłam, że jestem zmęczona, to chyba śmiałam żartować, bo prawdziwe zmęczenie zaczęło się dopiero teraz. W dodatku dni są coraz dłuższe, na podwórku coraz cieplej i przyjemniej, więc serce rwie się jak za młodu do różnych aktywności, a organizm za nim nie nadąża.

Nie smućcie się jednak, gdyż istnieje sposób, aby ulżyć nam w tym wiosennym cierpieniu.

Niosę Wam gołąbka pokoju i kaganek oświaty w jednym! Tym razem odpowiedzią nie jest lampka wina (może nie w pierwszej kolejności). Odpowiedzią jest wyjście naprzeciw potrzebom naszego organizmu.

Po pierwsze powinniśmy zadbać o naszą dietę, wzbogacając ją o witaminy pochodzące wprost ze świeżych warzyw i owoców.

Po drugie, uzupełniajmy płyny – świeża woda plus soki owocowe na pewno nie zaszkodzą.

Po trzecie, możemy udać się do apteki po jakieś „suple” niczym kulturyści, czyli zwyczajnie po preparaty wielowitaminowe, które zapewnią nam to, z czym samą dietą w zabieganym świecie trudno sobie poradzić.

Po czwarte – to miód na serce mojego męża i innych sportowych zapaleńców – dbajmy o kondycję. To jest ich odpowiedź na wszystko, ale trzeba im przyznać rację – sprawny fizycznie organizm potrafi dźwigać rowerek i nawet dziecko jednocześnie i następnego dnia wstać dziarsko z łóżka po pierwszym budziku… względnie po trzech drzemkach.

Po piąte, skoro już poruszyłam temat snu – powinniśmy na wiosnę szczególnie zadbać o zdrowy i porządny odpoczynek naszego organizmu. Skoro nasze ciało samo wyłącza się tuż po „Na wspólnej”, może warto go tym razem posłuchać i pójść spać, a nie wypijać kolejną kawę i zmuszać się do pozostania na chodzie dwie godziny dłużej?

Podsumowując – nie taka wiosna zła i straszna, jak ją malują.

Trzeba tylko wsłuchać się w siebie, a kiedy już wszystkie poziomy niezbędnych składników zostaną wyrównane, a kondycja poprawiona, o wiele łatwiej będzie nam dźwigać rowerki, biegać za dziećmi,  przeprowadzić wiosenne metamorfozy mieszkania, a przynajmniej wyprać firanki i umyć okna, czyż nie? Na samą myśl o tym, że jestem gibka, wysportowana i w dodatku zbilansowana dietetycznie, robi mi się cieplej na sercu. I uważam, że za dobre chęci należy mi się czekolada. W końcu to dieta odpowiednia na niedobór magnezu, prawda?

Felieton

Co udało mi się spełnić z dziecięcych marzeń? Konkurs na Dzień Dziecka

22 maja 2020 / Paulina Kondratowicz

Niedługo Dzień Dziecka, w moim domu obchodzone zawsze, niezależnie od tego, ile mam lat.

Co roku z tej okazji moja Mama kupuje mi czekoladę, a jeśli jestem w domu, to spędzamy czas razem. Mówi, że to nieważne, że jestem już dorosłą kobietą, dla niej zawsze będę małą dziewczynką, której zaplatała włosy i uczyła poprawnie pisać, liczyć i dbać o to, aby być dobrym człowiekiem.

Dzień Dziecka to też taki specjalny moment, kiedy zatrzymuję się na chwilę, spoglądam wstecz i próbuję złapać za ogon wszystkie te chwile, kiedy moją głowę wypełniały kolorowe marzenia o dorosłości. 

Jak to zwykle bywa, w dzieciństwie wyobrażamy sobie, że pod łóżkiem mieszkają potwory, ktoś, kto ma trzydziestkę na karku powinien w zasadzie już żegnać się z życiem, krzaki w parku to idealne miejsce na bazę, a najlepszym jedzeniem na świecie są frytki z keczupem. Wyobrażamy sobie kim będziemy, gdy dorośniemy, a wtedy to już żadne zakazy nie będą nas obowiązywały. Mamy plan, jak będzie wyglądał nasz wymarzony dom, czy w naszym łóżku zamieszka owczarek alpejski, a ten śmieszny, gorzki napój z pianką (piwo) zacznie nam smakować. Obiecamy sobie, że nigdy nie będziemy palić papierosów, obetniemy te długie warkocze, które codziennie rano starannie są zaplatane przy kubku z mlekiem. Albo że wyjedziemy na bezludną wyspę łapać kolorowe motyle. 

Ze swoich dziecięcych marzeń wyraźnie pamiętam osobliwe etapy planów zawodowych. Na początku byłam zafascynowana pracą stomatologa (chociaż chodziłam leczyć zęby i  borowanie ich okropnie bolało). Potem postanowiłam, że zostanę panią z telewizji, która zapowiada wieczorny program i będę mówić, że prezydent Jelcyn podpisał porozumienie w sprawie zniesienia embarga na ziemniaki z Polski. Kiedy miałam może z 7 lat uwierzyłam, że praca w radio to moje przeznaczenie i codziennie wieczorem prowadziłam program z piosenkami Natalki Kukulskiej, z programu ,,Ciuchcia’’ lub opowiadałam jakieś zupełnie odjechane historie grupce moich słuchaczy – pluszowych zabawek. Żadne z tych marzeń się nie spełniło. Nie zostałam dentystą, panią Krystyną Loską lub tajemniczym głosem w radioodbiorniku. 

Dzisiaj najmłodsze pokolenie w mojej rodzinie ma mniej więcej tyle lat, ile ja miałam, gdy uznałam, że wszystko to co dobre, jeszcze przede mną. Moja mama do dzisiaj powtarza mi, mimo że skończyłam studia prawie 10 lat temu, zawsze mogę być kimś, kim sobie wymarzę. Postanowiłam więc dzisiaj spojrzeć wstecz i zastanowić się, co pozostało po tych pstrokatych, odważnych marzeniach i czy mam do powiedzenia coś dzieciom z mojej rodziny, które właśnie zaczynają tworzyć swoje doskonałe plany na przyszłość?

Są talenty, które czekają na odkrycie 

Dzieciństwo to taki magiczny czas, kiedy dorośli ze zdumieniem odkrywają, że ich dzieci mają jakieś wyjątkowe predyspozycje, a sami zainteresowani uważają, że przecież każdy coś takiego ma! Dla młodego człowieka fakt, że ma na przykład doskonały słuch, jest rzeczą tak naturalną jak umiejętność samodzielnego zjedzenia śniadania. To coś, z czym budzi się i zasypia, traktując swój talent jako integralną część siebie. Jednak nieodkryte albo ukryte pod kołderką wstydu i nieśmiałości, talenty najczęściej nie ujawniają się potem w dorosłym życiu. Obserwując dziecko, można szybko zrozumieć, czy ma się do czynienia z matematycznym mądralą, Picasso w rozwiązanych trampkach albo małoletnią Madonną paradującą w szpilkach mamy przed lustrem. Z pomocą przychodzą też zabawki, które znacząco dbają o rozwój motoryczny i sensoryczny już kilkumiesięcznego szkraba. Och, gdybym miała pod ręką pluszowe pianino, z wygodną poduszką, naśladujące dźwięki prawdziwego instrumentu. Wyobrażam sobie, że dzisiaj byłabym żeńską wersją Leszka Możdżera. Prawda jest jednak taka, że to jest fascynujące móc obserwować, jak dzieci odkrywają świat — dzieją się wówczas wyjątkowe rzeczy. Odkrywanie poprzez zabawę, w swoim własnym rytmie jest najbardziej naturalne i przynosi najlepsze rezultaty. Jeśli tylko damy dzieciom czas, przestrzeń, podarujemy odpowiedniej jakości zabawki, które przede wszystkim uczą, za chwilę możemy być świadkami, kiedy z malucha wyrasta artysta na miarę naszych czasów. Co ciekawe, zabawki sensoryczne nie tylko wspierają rozwój, ale są też po prostu świetnym sposobem na dziecięcą nudę. A nikt nie lubi znudzonych, naburmuszonych maluchów, prawda?

Wspieranie rozwoju dziecka od pierwszych dni to fascynująca podróż w jego indywidualny świat. Ponieważ sama jestem wychowanką lat dziewięćdziesiątych, strasznie zazdroszczę dzisiejszym dzieciakom tych wszystkich gadżetów, Internetu bez limitów i możliwości sięgania po wszystkie książki i filmy świata bez przeszkód. I myślę, że gdyby dla takich jak ja istniały równie tak szerokie możliwości dostępu do świata, dzisiaj byłabym może… kimś innym? 

Każdy ma swoją rolę 

Pamiętacie zabawy w dom? W sklep? Ja pamiętam doskonale. Przyrządzanie zup z piasku, przewijanie lalek-niemowlaków, udawana rola mamy albo żony? Podwórkowe śluby, rozwody i adoptowanie zwierząt? Od dziecka jesteśmy zafascynowani dorosłym życiem, które, kiedy nadejdzie, nie zawsze jest słodkie i smakuje wyobrażonym rosołem z makaronem. Pragniemy jednak odtwarzać role, które obserwujemy w swoim otoczeniu i jesteśmy zafascynowani dorosłością. Kiedyś „zakładało się” dom w pokoju, korzystając z poduszek, koców, urządzało się salony, ubierało korale mamy albo uciszało wiecznie płaczącego lalkowego niemowlaka. Dzisiaj mądrzy kreatorzy spełniania dziecięcych marzeń tworzą zabawki, które mają tak samo przenieść nasze własne dzieci w świat odgrywania ról dorosłych. Dzisiejsze przedszkolaki mogą wypróbować, jak to jest zostać mamą interaktywnych lalek, sprostać zadaniom „dziecięcych mam”, a przy tym rozwijać zręczność, uczyć empatii i kształtowania wyobraźni. Wiele różnych elementów pozwala dzieciom puścić wodze fantazji i wymyślać rozmaite historyjki. Spójrzcie na Little People Pokoik dziecięcy

Jednak w tym wszystkim chodzi o coś więcej. Pamiętam ze swojego dzieciństwa, że wyobrażałam sobie swoją przyszłą rodzinę, mieliśmy nasze rodzinne problemy (pewnie ukradzione z serialu „Pełna chata”), a nade wszystko chciałam, aby było tam miejsce na odgrywanie scenek opieki nad bobasem, które uczy, jak być troskliwym, dobrym i miłym dla innych. I częściowo te role, sceny i scenariusze rzeczywiście sprawdzają się w życiu codziennym. Mam na koncie pracę jako nauczyciel, a w dzieciństwie przecież, wzorem mojej mamy, też nauczycielki, wykładałam „dzieciom” swoją wiedzę. I to było super. Najwyraźniej, niezależnie od pokoleń, każdy z nas zaliczył epizod zabawy w dom, sklep, szkołę lub inne, równie ciekawe, bo bezpiecznie znajome miejsce. 

Dzisiaj dzieci gotują w telewizji

Nie mogę wyjść też z podziwu dla rozpędzonej, marketingowej machiny, która wepchnęła dzieci w odgrywanie dorosłych ról przed kamery telewizyjne. Pewnie kojarzycie „Mastechef Junior”. W niedzielne wieczory pół Polski oglądało, jak dzieciaki gotują. Nie, nie piaskowe babki. Autentyczne jedzenie – przegrzebki, steki, owoce morza i inne, równie finezyjne rzeczy. I wiecie, można uważać, że to wszystko jest reżyserowane, robione pod publiczkę, bo przecież wszystko dzisiaj można zaaranżować. Ale szczerze? Mnie ruszają kilkulatki machające łyżkami, igrające z kuchenką gazową, próbujące łączyć smaki i robią to tak, że nawet ja, dorosła baba, która lubi stać przy garach, nie zawsze kojarzę, czym różni się duszenie od redukcji. W każdym razie – kiedy gotowaliśmy sobie nasze zupy z dżdżownic albo kamieni na podwórkach. Miałam nawet koleżankę, która odważnie zbierała grzyby „trujaki” i wekowała je w podwórkowej spiżarce. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego to robiła, ale każdy był pod wrażeniem. My siekaliśmy ogrodową marchewkę i mieszaliśmy z mleczem, a dzieciaki w telewizji opowiadają o wegańskich sorbetach z musem z mango i liczi. Przysięgam, dopiero niedawno dowiedziałam się, co to jest liczi. Zastanawiam się, jeśli dziecko występujące w Masterchefie, ma, powiedzmy 10 lat, to kiedy ono zaczęło podpalać gaz i robić rodzicom jajecznicę? Do czego zmierzam. Myślę, że współczesne pokolenie dzieci urodzonych po 2010 roku, wraz z wyprawką niemowlaka, dostają zabawki, które uczą gotowania. Takie cacko nie dość, że wesoło gaworzy to jeszcze pozwoli rozwijać wiele umiejętności malucha i to w przyjemny sposób, tak jak edukacyjny mikser malucha. Wesołe piosenki i wypowiedzi nauczą liter, kolorów, liczenia i nie tylko. Wystarczy, że dziecko wrzuci coś do misy lub naciśnie przyciski, by usłyszeć piosenki. Dzieci czeka doskonała zabawa w odkrywanie związków przyczynowo-skutkowych, gdy będą próbowały aktywować światełka i muzykę. Natomiast chwytanie poszczególnych składników potrawy i umieszczanie ich w mikserze pomoże w rozwijaniu zręczność i koordynację ręka–oko. Jak na pierwszy krok do fascynacji gotowaniem – wygląda świetnie. A potem już tylko kilka „lekcji” od babci lub mamy i kariera młodego kucharza czeka otworem. 

I chociaż aż zazdrość chwyta za serce, kiedy ogląda się te super ogarnięte dzieci, utalentowanych geniuszy patelni, to jednak ciągle należy pamiętać, że są to dzieci. Muszę jednak przyznać, że jestem po ogromnym wrażeniem, jak dzieciaki świetnie sobie radzą przed kamerami i z własnym, na pewno ogromnym stresem. Zastanawiam się, czy to właśnie to najnowsze pokolenie, które dopiero zaczyna swoje życie, naznaczone jest taką odwagą i naturalną zdolnością do rywalizacji. Muszę przyznać, że dzieci w mojej rodzinie są równie odważne, pełne zapału i z tak ogromną chęcią manifestacji siebie, że aż sama im zazdroszczę bycia bohaterami życia. 

Nie chcę brzmieć jak stara, zrzędząca baba, której coś umknęło w życiu. Jednak muszę przyznać, że obserwując to, w jaki sposób współczesne dzieciaki adaptują się do życia, warunków wzrastania, otoczone często bańkami (nad)opiekuńczości rodziców, budzi we mnie szczery podziw. Cóż, zamiast taplania się w błocie, często taplają się w ciastolinie. Zamiast chodzenia biegania z kijkami po podwórku, dostają wypasione zabawki, które mają ich uczyć. Mam nadzieję, że nadal, my, pokolenie 30+, potrafimy dać im to, co dano nam, kiedy byliśmy mali. I, że mimo, że nasz czas dziecięcych marzeń minął, to jednak nadal pamiętamy, że w wieku 6 lat chcieliśmy ratować wombaty albo odkrywać Atlantydę. I to jest piękne. Z okazji Dnia Dziecka, życzę Wam powrotu do tych pięknych, niewinnych i niewiarygodnych marzeń!

 

 

___________________________

 

UWAGA konkurs! 🙂

 

Dzień Dziecka to też…. nasz dzień, a co!

 

Dlatego dziś pytamy Ciebie – Jaka była Twoja ulubiona zabawka w dzieciństwie? 

 

Opisz w komentarzu swoją ukochaną zabawkę (ale najpierw przeczytaj regulamin!) i dołącz do zabawy! 

 

Partnerem konkursu jest Fisher-Price

Do wygrania jedna z trzech zabawek:

 

Miękkie Pianinko Poduszeczka 

Edukacyjny Mikser Malucha 

Little People Pokoik Dziecięcy  

 

 #badzmydziecmi i bawmy się. Ten konkurs jest dla Ciebie.

 

LINK do REGULAMINU

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo