Change font size Change site colors contrast
Styl życia

Matka na emigracji. Ciąża i poród w Stanach Zjednoczonych.

21 grudnia 2017 / Anna Sperber

Polki narzekają, że bycie mamą nie jest łatwe.

Przyszły pracodawca podejrzliwie zerka na brzuch kobiety w wieku rozrodczym, chętniej zatrudni na dane stanowisko mężczyznę, który w ciążę nie zajdzie. Powrót do pracy po urlopie macierzyńskim jest ciężki, bo do żłobka dziecko trzeba zapisać, jak jeszcze nie ma go na świecie. Roczny urlop macierzyński związany jest z obniżeniem pensji do 80%, jeśli kobieta była...

Polki narzekają, że bycie mamą nie jest łatwe. Przyszły pracodawca podejrzliwie zerka na brzuch kobiety w wieku rozrodczym, chętniej zatrudni na dane stanowisko mężczyznę, który w ciążę nie zajdzie. Powrót do pracy po urlopie macierzyńskim jest ciężki, bo do żłobka dziecko trzeba zapisać, jak jeszcze nie ma go na świecie.

Roczny urlop macierzyński związany jest z obniżeniem pensji do 80%, jeśli kobieta była zatrudniona na umowę o pracę. Jeśli pracuje się na tak zwanej “śmieciówce” to strach w ogóle pomyśleć o dziecku, chyba że ma się gdzieś zakopany worek ze złotem.

Poród, rzecz nie łatwa, odbywa się często w warunkach, o których młoda mama chce jak najszybciej zapomnieć. Położne krzyczą, otrzymanie znieczulenia graniczy z cudem, a po porodzie nie można liczyć na profesjonalne wsparcie w zakresie karmienia piersią.

Lista skarg i zażaleń jest o wiele dłuższa. Macierzyństwo to piękna rzecz, ale w Polsce matki mają przechlapane.

Czy w Polsce naprawdę jest tak źle, jak nam się wydaje? Po artykule Alicji pewnie niektóre z Was myślą o ucieczce do Niemiec ze względu na niezły social. A jak jest w Stanach Zjednoczonych? Czy mamy mogą liczyć na ‘’american dream’’?

Opieka lekarska w ciąży

W prawidłowo rozwijającej się ciąży wystarczą trzy USG, mimo wszystko w Polsce lekarz wykonuje USG na każdej wizycie, czyli niemal co miesiąc. Do tego częste badania krwi, pomiar wagi, badania specjalistyczne i zazwyczaj zwolnienie lekarskie od początku ciąży.

W USA do ciężarnych podchodzi się nieco inaczej. Ciąża to nie choroba, kobiety pracują zazwyczaj aż do samego rozwiązania, a często także aktywnie uprawiają sport. Badania ultrasonografem nie dokonuje lekarz ginekolog, a technik radiologii na osobnej wizycie. Badania są trzy, maksymalnie cztery. Pierwsze, opcjonalne, potwierdzające wynik testu ciążowego, drugie w okolicach 12. tygodnia, trzecie w okolicach 20. tygodnia i ostatnie wykonywane w trzecim trymestrze.

O częstszym podglądaniu dzidziusia można zapomnieć. Jeśli USG nie wykaże nieprawidłowości, lekarz nie widzi potrzeby, aby wykonywać dodatkowe pomiary i badania. Na wizycie lekarskiej, która odbywa się raz w miesiącu, mierzy się brzuch przyszłej mamy centymetrem i sprawdza za pomocą dotyku położenie malucha w brzuchu. Dlatego część mam, z którymi rozmawiałam, szczególnie tych, które swoje pierwsze ciąże przechodziły w Polsce, czuły się mniej komfortowo i brakowało im więcej szczegółowych informacji.

Mama-Polka musi mieć wszystko pod kontrolą 😉

Poród

Prywatny pokój, dodatkowe łóżko dla osoby towarzyszącej, bezpłatny internet, telewizja, wybór posiłków z menu. Brzmi jak opis pokoju hotelowego? To tylko kilka udogodnień, na które może liczyć przyszła mama podczas porodu w Stanach.

Poród w USA jest jak z bajki i wygląda jak na filmach. W Polsce prężnie działa Fundacja „Rodzić po ludzku”, która ma pełne ręce roboty. W Stanach jej pracownicy by się nudzili. Każda z mam, z którą rozmawiałam, była zadowolona z opieki podczas tego wyjątkowego dnia, a te, które rodziły i w Polsce, i w USA nie wyobrażają sobie, aby kiedykolwiek miały ponownie urodzić w ojczystym kraju.

Przed dniem porodu można bez problemu zwiedzić miejsce, do którego chce się przyjechać podczas godziny zero. Każda przyszła mama otrzymuje własny pokój, w którym ma dostęp do internetu i telewizji. Może jej towarzyszyć nawet pięć osób, a dla przyszłego taty w pokoju znajduje się osobne łóżko. Do rodzącej bardzo często zagląda opiekująca się nią położna. Jeśli jest taka potrzeba, donosi wodę, kostki lodu, soki (dla przyszłego taty również). Kobieta może wypełnić plan porodu, który jest w pełni respektowany, chyba że sytuacja wymaga, aby go w trakcie akcji porodowej zmienić. Przed każdą procedurą medyczną pacjentka jest informowana o tym, co się z nią będzie działo i musi podpisać zgodę na dalsze działanie.

Znieczulenie otrzymuje się na żądanie, nie nacina się rutynowo krocza, dziecko od razu jest kładzione na piersi mamy i nie jest zabierane przez przynajmniej godzinę.

Położne uczą przystawiania do piersi, upewniają się, że przyszła mama poradzi sobie samodzielnie po powrocie do domu. Zazwyczaj wypis ze szpitala następuje po 24 godzinach.

Po porodzie można liczyć na ciągłą pomoc pielęgniarek, które zaprowadzą świeżo upieczoną mamę na pierwszą wizytę w toalecie i pomogą się umyć. Dostarczą specjalne okłady na obolałe miejsca i wszelkie środki higieniczne, a jeśli zgłodnieje w nocy, może liczyć na przekąskę.

Nie wypuszczą rodziców ze szpitala, jeśli nie zobaczą dziecka przypiętego w nosidełku przeznaczonym do jazdy autem.

Żeby nie było tak słodko i kolorowo, przypominam, że służba zdrowia w USA jest płatna.

Ubezpieczenie medyczne w Stanach to grube dolary, płacone co miesiąc na konto ubezpieczyciela. Niestety to, że płacisz, nie oznacza, że wizyty lekarskie, w tym poród, masz całkowicie za darmo. Gdy świadczone są usługi medyczne, to ponosi się dodatkowe koszty. Po pierwsze, każdy ubezpieczony ma określoną roczną kwotę (deductible), którą musi pokryć z własnej kieszeni, dopiero po przekroczeniu tej kwoty ubezpieczyciel zaczyna partycypować w kosztach. Po drugie, obowiązuje współpłatność, która polega na podziale kosztów pomiędzy pacjenta a ubezpieczyciela. Dotyczy to kwoty po spłaceniu deductible. Jeśli chcesz zatem sobie ponarzekać na ZUS, przypomnij sobie o kosztach ubezpieczenia w Stanach.

A co po porodzie?

Niestety w przeciwieństwie do Polski, mama nie jest chroniona w pracy, a jej urlop po porodzie trwa, w zależności od stanu, około 6 tygodni. Dlatego tak wiele kobiet rezygnuje z pracy, ale są jednak takie, które nie mają wyboru, ponieważ sytuacja ekonomiczna zmusza je do powrotu. Noworodki, mając zaledwie 6 tygodni, lądują w punktach opieki, które są płatne.

Około 5. roku życia maluchy idą do Kindergarden (polska “zerówka”), które jest już bezpłatne, a następnie po roku trafiają do szkoły.

Roczny urlop macierzyński, ochrona miejsca pracy i urlop wychowawczy to dla Amerykanek abstrakcja. Słysząc o płatnych, 12 miesiącach opieki nad dzieckiem, szeroko otwierają oczy i usta ze zdumienia. Lubimy sobie ponarzekać na słaby social w Polsce, wzdychając i mówiąc, że “na zachodzie” jest lepiej. Akurat w tym przypadku trawa wydaje się bardziej zielona po drugiej stronie płotu zupełnie bezpodstawnie. Mając dobrze zarabiającego partnera, można sobie pozwolić na bycie mamą na cały etat, w przeciwnym wypadku maluszkiem zajmują się totalnie obce osoby.

Matka Amerykanka

Spotkane przeze mnie mamy w USA zazwyczaj nie pracują. Zajmują się wychowywaniem dzieci i opieką nad domem. W Polsce nadal można spotkać się z pogardliwym określeniem “kury domowej”, a mamy, które łączą pracę i wychowanie dzieci, są oceniane pozytywniej, niż te, które zrezygnowały z pracy. W USA kobiety, które zostawiły pracę po porodzie, nie mają z tego powodu kompleksów. Mamy są bohaterkami, a ich praca i poświęcenie są bardzo doceniane.

Bycie mamą na cały etat w Stanach różni się jednak trochę od bycia mamą na etat w Polsce. Amerykańskie dziecko chodzi do żłobka lub przedszkola zazwyczaj tylko jeśli mama pracuje. Usługi w USA są bardzo drogie, więc przy więcej niż jednym dziecku koszty zaczynają przekraczać miesięczną pensję. Zatem mamy decydują się na zawieszenie kariery zawodowej na kilka lat i opiekują się dzieckiem w domu, a czasami korzystają z pomocy opiekunki. Powrót do pracy następuje w momencie, kiedy dzieci pójdą do szkoły lub jeszcze później.

Najlepsze jest to, że kilkuletnia luka w CV nie przeszkadza im w znalezieniu pracy. W Polsce powrót do zawodu po rocznym urlopie macierzyńskim nie jest łatwy, powrót po 5 latach jest prawie niemożliwy.

Mamy tworzą wspólne grupy i kluby. Spotykają się razem, aby pobiegać, poćwiczyć, wyjść do kina. Często za przynależność do grupy się płaci, na przykład grupa ‘’fit mam’’ płaci składki, aby opłacić trenera, z którym codziennie ćwiczą.

Matka Amerykanka jest bardzo zaangażowana. W szkole wymagany jest udział rodziców w wydarzeniach i często proszeni są o różnego rodzaju wolontariat. Film Bad Moms nie jest tak bardzo przekolorowany, jak by się mogło wydawać ;-).

Bycie mamą w USA daje więc dużo satysfakcji, również mamom-Polkom, dzięki którym powstał ten artykuł. Myślę, że każda mama szczęście może znaleźć wszędzie. Wystarczy jedynie przymykać oczy na niedogodności, wychodzić z założenia, że szklanka jest do połowy pełna i chłonąć jak gąbka dobre rzeczy, które zsyła nam  los.

A Wy jakie macie zdanie na ten temat?

Styl życia

Patchworkowa rodzina – katastrofa czy szansa?

22 stycznia 2024 / Alicja Skibińska

Nazwa rodzin patchworkowych nawiązuje do specyficznego rodzaju rękodzieła.

Z pewnością każdy z nas choć raz widział kołdrę lub narzutę wykonaną tą metodą: są one bardzo kolorowe, ponieważ powstają poprzez zszycie ze sobą różnych kawałków tkanin, które kiedyś mogły stanowić element zupełnie innej całości. Podobnie jest z rodzinami patchworkowymi – członkowie różnych systemów rodzinnych, które z jakiegoś powodu się rozpadły, wspólnie tworzą nową jakość....

Nazwa rodzin patchworkowych nawiązuje do specyficznego rodzaju rękodzieła. Z pewnością każdy z nas choć raz widział kołdrę lub narzutę wykonaną tą metodą: są one bardzo kolorowe, ponieważ powstają poprzez zszycie ze sobą różnych kawałków tkanin, które kiedyś mogły stanowić element zupełnie innej całości. Podobnie jest z rodzinami patchworkowymi – członkowie różnych systemów rodzinnych, które z jakiegoś powodu się rozpadły, wspólnie tworzą nową jakość. Czy taka rodzina może być szczęśliwa? O swoich doświadczeniach opowiedziało nam kilka kobiet, które same są „po przejściach” lub związały się z mężczyznami „z przeszłością”.

Dane Rocznika Demograficznego 2016 opublikowanego przez GUS są jednoznaczne: od 1980 roku systematycznie zawieramy coraz mniej małżeństw, natomiast coraz częściej się rozwodzimy. Wzrasta też liczba dzieci urodzonych w związkach pozamałżeńskich. Statystycznie ok 1/3 małżeństw kończy się rozstaniem – w odbyło się 195 tys. ślubów oraz 64 tys. rozwodów. Czy dane te są pesymistyczne?

Niekoniecznie: zależy, z której strony na nie spojrzymy. Na pewno dają do zrozumienia, że naszym życiem nie rządzi już to, co „wypada”, a my coraz częściej podejmujemy nie zawsze popularne decyzje, przedkładając własne szczęście nad konwenanse. Ale czy rzeczywiście je w te sposób osiągamy? Na pewno nie zawsze. Nie ma wątpliwości, że niektóre z tych wyborów mogą prowadzić również do pewnych komplikacji. To, czy wyjdą nam one na dobre, zależy od wielu czynników – nie tylko od naszej dobrej woli, ale również od zewnętrznych okoliczności.

Model, w którym wszyscy tworzymy poważne związki na całe życie w młodym wieku, zanim dosięgną nas różnego rodzaju zobowiązania, trochę się zdezaktualizował. Tylko ok. 81% nowo zawartych małżeństw to tzw. małżeństwa pierwsze, czyli śluby między kawalerami i pannami. Skoro przybywa rozwodów, jasnym jest, że coraz więcej naszych potencjalnych partnerów już ma za sobą jeden formalny związek. Nierzadko zdarza się również, że nasz wybranek lub wybranka występuje w „pakiecie” z potomstwem z poprzedniej relacji. Romantyczny związek automatycznie łączy się wówczas z budowaniem więzi z dziećmi ukochanej osoby. Co nie zawsze bywa łatwe, o czym przekonały się nasze bohaterki.

 

Monika

Rodzina 27-letniej Moniki z Warszawy to patchwork złożony z elementów dwóch różnych rodzin, które się rozpadły. Tworzą ją mężczyzna po przejściach i jego 5-letnia córka oraz kobieta z przeszłością (czyli Monika) wraz z 4-letnim synem. Związek tych dwojga rozpoczął się od przyjaźni, dzięki czemu dzieci miały okazję oswoić się z sytuacją, zanim relacja przerodziła się z romans: Poznaliśmy się na imprezie. Podczas rozmowy niemal od razu okazało się, że mamy dzieci w podobnym wieku. Zaprzyjaźniliśmy się i zaczęliśmy się spotykać, również w towarzystwie dzieciaków. Szczerze powiedziawszy, zaiskrzyło między nami w czasie, kiedy nasze dzieci już od dawna się znały i lubiły. Być może właśnie dzięki temu tak dobrze przyjęły fakt, że nasza znajomość przerodziła się w poważny związek. Zanim ze sobą zamieszkaliśmy, dzieciaki często u siebie nocowały, organizowaliśmy również weekendowe wyjazdy, żeby miały możliwość oswojenia się z nową sytuacją na neutralnym gruncie. Takie stopniowe wprowadzanie zmian okazało się strzałem w dziesiątkę: dzieci traktują się wzajemnie jak rodzeństwo, a nas jak dodatkowych rodziców, choć nigdy nie rozmawialiśmy o tym, kto jest kim w tym układzie.

Oczywiście, jak to zwykle bywa, na tym sielankowym obrazku pojawiają się również rysy. Niestety, ani Monika, ani jej partner nie mają zbyt dobrych relacji ze swoimi eks, choć bardzo starają się unikać konfliktów z nimi: Okazuje się, że tak skomplikowany temat jak zrekonstruowana rodzina może bardziej przerastać dorosłych, niż ich dzieci. Ponadto problemem jest fakt, że ich dzieci mieszkają w różnych miastach, przez co nie mogą chodzić do tego samego przedszkola czy spędzać ze sobą tyle czasu, ile by chciały.

 

Monika

Choć rodziny patchworkowe kojarzą się przede wszystkim z rozwodnikami, nie jest to jedyna grupa, która je tworzy. Czasem ich powstanie poprzedzone jest jeszcze bardziej dramatycznymi wydarzeniami. Tak było w przypadku Moniki, która jesienią zeszłego roku została wdową samotnie wychowującą dwójkę dzieci w wieku 3 oraz 6,5 roku. Czasy życia w pojedynkę ma już jednak za sobą: Wiosną związałam się ze swoim wieloletnim przyjacielem. Miałam to szczęście, że moje dzieci pokochał jak swoje. A może nawet bardziej, ponieważ sam jest po przejściach, ale w jego poprzednim związku nie było potomstwa. Latem wspólnie kupiliśmy działkę, na której planujemy wybudować dom. Natomiast w sierpniu okazało się, że nasza rodzinka się powiększy – spodziewamy się wspólnego maleństwa. Oczywiście, początki nowej relacji nie zawsze były łatwe. Monika obawiała się tego związku, zwłaszcza, że zaczął się on tak szybko po śmierci męża. Bała się przede wszystkim dopuszczenia nowej osoby do swoich dzieci: Kilka razy dziennie ostrzegałam go i przekonywałam, że nie wie, na co się decyduje. Że to wielka odpowiedzialność i że z pewnością niejednokrotnie będzie bardzo ciężko, więc powinien mocno się zastanowić, zanim wprowadzę go w świat moich dzieci, bo wtedy nie będzie już odwrotu. On jednak stanowczo twierdził, że to jest właśnie to, czego szukał. Od kilku tygodni mieszkamy razem, a mój partner sumiennie uczy się tego, jak być rodzicem. Choć zdarza mi się dostrzegać przerażenie w jego oczach, czuję wielką dumę, widząc, jak świetnie sobie radzi. Czasami, kiedy pojawiają się jakieś problemy, trochę mu dogryzam, mówiąc: „Przecież cię ostrzegałam!”, na co on zawsze odpowiada: „Wiem. Ale z każdą taką sytuacją będę sobie radził coraz lepiej”.

 

Ania

Ania jest w związku z mężczyzną, który ma dwoje dzieci w wieku 6 i 16 lat: Nigdy w życiu nie spodziewałam się, że zwiążę się z dzieciatym facetem. Było to niezgodne z moimi zasadami. Zawsze wychodziłam z założenia, że skoro taki człowiek zostawił swoje dzieci z poprzedniego związku, istnieje szansa, że w przyszłości zostawi również nasze wspólne. No ale kiedy spotykałam „tego jedynego”, cała reszta przestała się liczyć. Oczywiście, niejednokrotnie zastanawiałam się, dlaczego przestał być z kobietą, która urodziła mu dwójkę dzieci – przecież chyba się kochali? Ale wiem, że w życiu może być różnie, więc zaczęłam go tłumaczyć: może się między nimi nie układało? Pewnie lepiej, że dzieci żyją w spokojnym domu, niż gdyby miały słuchać kłótni rodziców, którym przestało być ze sobą dobrze. I z takim nastawieniem weszłam w to całą sobą, nie rozumiejąc jeszcze do końca, co to dla tak naprawdę oznacza.
Na początku Ania zupełnie nie wiedziała, czego się spodziewać po takim związku. Bardzo zależało jej na tym, by córki partnera ją polubiły. Na szczęście wszystko odbyło się bez większych problemów. Nasza bohaterka podkreśla, że duża w tym zasługa mamy dzieci, która dużo z nimi rozmawia: Dziewczyny są super wychowywane przez swoją mamę. Praktycznie od samego początku relacje między nami były fajne. Dla 13-letniej Wiki stałam się kumpelą, a dla 3-letniej Zosi ulubioną ciocią, która przytuli, kiedy stłucze się kolanko, wykręci numer do mamy, jak mała zatęskni, pomoże się umyć i przeczyta bajkę przed snem. Przez dwa lata takiego życia byłam pewna, że obie są dla mnie jak córki i zrobiłabym dla nich wszystko.

Ania przyznaje, że choć na początku wszystko układało się świetnie, trudności pojawiły się wtedy, gdy sama została matką: Prawdziwy patchwork zaczął się tak naprawdę w momencie, kiedy na świat przyszła nasza wspólna córka, Maja. Przede wszystkim bardzo dużo zmieniło się we mnie, bo dopiero teraz wiem, co to znaczy być matką i kochać jak matka. Nigdy nie odważę się na stwierdzenie, że wszystkie trzy dziewczynki kocham tak samo. Może to brzmi strasznie, ale teraz już wiem, że Maję zawsze będę kochała po prostu inaczej. Kiedy wszystkie dziewczynki są z nami, staram się wszystkie traktować tak samo i być sprawiedliwa, bo przecież najważniejsze jest to, żeby nie skrzywdzić dzieci. Ale powiem szczerze, że nie jest to łatwe, szczególnie kiedy w jednym pokoju spotyka się zbuntowana nastolatka, zazdrosna sześciolatka i absorbujący roczniak.

Najtrudniejszym okresem były dla Ani pierwsze miesiące po porodzie. Jej mąż często wyjeżdżał służbowo, a ona nierzadko zostawała sama z trójką dzieci. Jej córka miała kolki i nie przesypiała nocy, przez co zajmowanie się resztą dzieci stało się znacznie trudniejsze i bardziej wyczerpujące. Próbowała porozmawiać o tym z partnerem i przekonać go, by zabierali do siebie jego córki tylko wtedy, kiedy on będzie w domu, ale nie chciał się na to zgodzić. Ania była przemęczona i bliska rozpaczy, a pomogła jej dopiero… szczera rozmowa z byłą żoną swojego męża: Okazało się, że ona nie ma pojęcia o tym, że tata jej córek wyjeżdża i zostawia mnie z nimi samą. Doskonale mnie rozumiała. Czy świat nie byłby dużo prostszy, gdyby faceci przestali kombinować? Do dziś uważam, że ta rozmowa była jedną z najlepszych decyzji w moim życiu, bo dzięki niej to właśnie my we dwie zaczęłyśmy ustalać kolejne wizyty. Teraz kiedy dziewczynki do nas przyjeżdżają, wiem, że mają odrobić lekcje, wziąć lekarstwo czy potrzebują, żeby kupić im buty albo zeszyt. A ich mama też jest spokojniejsza, bo dostaje ode mnie informacje o tym, że dojechały, poszły spać czy były na wycieczce. Wiele się dzięki temu unormowało. Trzeba przyznać, że sytuacja Ani godna jest pozazdroszczenia i naśladowania: Zdarza nam się spotykać razem – my, jego była żona z obecnym partnerem i dzieci. Czasem umawiamy się na wspólny obiad lub jakieś wyjście. Może nie jesteśmy jak paczka znajomych, ale jak dalsza rodzina spędzająca ze sobą czas kilka razy w roku – jak najbardziej. Dla nas jest to normalne, ale otoczenie wciąż uważa to za coś dziwnego. Według większości ludzi powinniśmy się nienawidzić i kłócić o dzieci. Przede wszystkim ja i była żona mojego męża powinnyśmy wyrywać sobie nawzajem włosy, kiedy się spotykamy. A my się razem śmiejemy i plotkujemy.

Czy życie w rodzinie patchworkowej okazało się dla Ani trudne? Na pewno bywa wyzwaniem – oprócz odpowiedzialności za własne dziecko, musiała wziąć na swoje barki troskę o córki męża: Czasami zastanawiam się, jak to będzie wyglądało kiedyś, jakie będą stosunki między naszymi wspólnymi dziećmi a jego dziewczynkami. Wydaje mi się, że to ja jestem za tę relację odpowiedzialna i to przede wszystkim ja muszę na nią pracować. Uwielbiam patrzeć, jak starsza z córek męża zajmuje się moim maluszkiem, widać, że bardzo to lubi. Ale też martwię się, kiedy widzę, że młodsza wyrywa mu zabawki, popycha, jest bardzo zazdrosna. Czasem, kiedy obserwuję całą trójkę, chce mi się śmiać i czuję ciepło w sercu. Innym razem zmęczenie, bezsilność, niejednokrotnie złość. Ale tak bywa też w “standardowych” rodzinach. Relacje między dziećmi są różne, a mamy trójki dzieci z pewnością każdego dnia przeżywają momenty zwątpienia. W dodatku tę historię czeka kolejny zwrot akcji: Za moment w naszej rodzinie pojawi się następny maluch. Nie planowaliśmy kolejnego dziecka, ale życie jest pełne niespodzianek. Mam w sobie dużo nadziei, ale jeszcze więcej we mnie obaw. Niedługo przekażemy tę informację dzieciom. Jak zareagują? Jak się poczują? Nie wiem, ale mam nadzieję, że będzie dobrze.

 

Kasia

Rodzina Kasi składa się z dwojga dorosłych oraz czwórki dzieci: Kiedy składaliśmy nasz patchwork z kawałków starej codzienności, dzieci miały kolejno 3, 15, 11 i 12 lat. Początkowo wydawało mi się, że będzie jak w bajce, a my będziemy żyli długo i szczęśliwie. Bez planu , na spontanie poznawaliśmy się wzajemnie. Były wspólne wyjazdy, wieczory spędzane na graniu w gry planszowe, oglądaniu seriali, słuchaniu muzyki i czytaniu książek. Wszystko było jak sen: dwoje zakochanych dorosłych zaczynających od nowa i gromadka dzieci.

Niestety, życie w zrekonstruowanej rodzinie niesie za sobą pewne wyzwania i rzadko układa się jak w bajce. Z perspektywy czasu Kasia dostrzega, że im bardziej się starała, tym więcej było niezadowolenia po każdej ze stron. Sygnałów należało dopatrywać się między wierszami, bo rzadko ktokolwiek wyrażał je wprost: Czasem to była krzywa mina, a czasem „foch”. Po pierwszej fali wielkich emocji każdy zaczął trochę tęsknić za czasami, kiedy nikt nie musiał się niczym dzielić. Ani czasem, ani smakołykami z lodówki, ani rodzicami. Szybko okazało się, że nasze dzieci, a także my sami jesteśmy przyzwyczajeni do różnych sposobów spędzania czasu w domu. M.in. na tym tle doszło do różnych przepychanek i małych konfliktów. Jak to często bywa, sprawy nie ułatwiali pozostali rodzice dzieci. Była żona partnera Kasi często wyrażała o niej niepochlebne zdanie, a jej eks-mąż próbował rywalizować z nową rodziną swoich pociech, fundując im coraz lepsze i droższe atrakcje.

Oczywiście, jedne dzieci adaptowały się do nowej sytuacji lepiej, inne gorzej. Największe problemy sprawiała 12-letnia córka partnera Kasi, która nigdy do końca nie zaakceptowała swojej macochy. Nasza bohaterka podkreśla, że bardzo zależy jej na dobru dzieci, ale już nie próbuje za wszelką cenę wkupić w ich łaski: Nie staram się jakoś specjalnie, nie oczekuję niczego, ale zrobiłabym dla nich wszystko. Po prostu jestem, kiedy mnie potrzebują. Z drugiej strony, na co dzień żyjemy swoim życiem i nie koncentrujemy się wyłącznie na dzieciakach. Jestem dumna z tego, że udało nam się poskładać kawałki różnych historii w całość. Nie zawsze idealną, nie zawsze wesołą, ale naszą. Dostaliśmy po dodatkowe trzy osoby do kochania. A to zawsze jest coś dobrego – nawet, jeśli czasem nie widać tego na pierwszy rzut oka.

Podobnie jak patchworkowe narzuty, od których to zjawisko wzięło swoją nazwę, patchworkowe rodziny stanowią barwne, często zaskakujące mieszanki bardzo różnych od siebie elementów. Choć stworzenie z nich jednej, spójnej całości bywa niełatwe, efekt z pewnością wart jest wysiłku. Jedno nie ulega wątpliwości: codzienność w takiej rodzinie z pewnością nie jest nudna.

 

Designed by stock-world-on / Freepik

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo