Change font size Change site colors contrast
Styl życia

Całe życie w telefonie, czyli aplikacje idealne dla współczesnych kobiet

16 grudnia 2019 / The Mother Mag

Jestem fanką nowoczesnych technologii.

Nie śmiem zaprzeczać. Co prawda mam analogowy, papierowy kalendarz, który wypełniam piórem, ale to raczej moja fanaberia i fetysz, więc się nie liczy.

Pamiętam doskonale czasy, kiedy na rynek wchodziły pierwsze smartfony.

Były obrzydliwie drogie, obiektywnie wcale nie takie rewelacyjne i dodatkowo kojarzyły mi się głównie z dużymi aglomeracjami miejskimi, gdzie zarobieni yuppies wydają swoje pieniądze na niepotrzebne gadżety. Zarzekałam się wówczas, że ja nigdy taka nie będę i aż do śmierci zamierzałam korzystać z telefonu z guziczkami, dosyć zbliżonego do kultowej Nokii 3310, ale z kolorowym wyświetlaczem .

Te czasy minęły. Koniec, kropka. Dosyć szybko się poddałam pod naporem wszechobecnej technologii. Przeraziło mnie to, że jeśli już teraz wypadnę z tego głównego nurtu, za kilka lat zupełnie nie zrozumiem, o czym mówią do mnie dzieci. Co więcej, nie miałam pomysłu, jak je bezpiecznie przeprowadzić w przyszłości przez rewolucję technologiczną, kiedy sama się od niej odcinam.

I takim sposobem wpadłam po uszy, gdyż jak wszyscy na pewno doskonale wiecie, nowoczesna technologia jest wybitnie pociągająca, niebywale intuicyjna i szalenie przyjemna w użyciu.

Kiedy tak zaczęłam testować smartfony (założę się, że mieliście podobnie) zachłysnęłam się niezmierzoną ilością dostępnych aplikacji. Moje aparaty nie były w stanie udźwignąć wszystkiego, co instalowałam, a co wydawało mi się wówczas niezbędne. Dochodziłam w tym do granic absurdu, ale na szczęście poszłam po rozum do głowy i od dłuższego już czasu podchodzę do instalowania aplikacji o wiele rozsądniej.

Istnieją bowiem na świecie aplikacje naprawdę użyteczne. Takie, które ułatwiają wprowadzanie w życie złotych zasad Mother-life balance.  Takie, które sprawiają, że życie współczesnej kobiety staje się zwyczajnie łatwiejsze. Oto 10 z nich:

 

Empik Go

 

W zasadzie nie wiem, czy w ogóle powinnam przedstawiać Empik Go, to taka cudowna aplikacja, która zawiera dostęp do niemalże niezmierzonej ilości ebooków i audiobooków. Po co to kobiecie, może zapytacie? Odpowiadam- sama uwielbiam czytać książki, a mam dosyć niewielką torebkę, w którą i tak zazwyczaj próbuję zmieścić jeszcze chleb kupiony pod drodze z pracy, jakieś zagubione na tylnym siedzeniu pluszaki i najpewniej stos kamieni i patyków, które koniecznie trzeba zabrać do domu, bo zmarzną. A wtedy, kiedy masz pełną torebkę, na 100% przydarzy się samotne, długie oczekiwanie w kolejce do lekarza…

Wówczas wyciągam  telefon (grunt, żeby pamiętać o tym, aby był naładowany) i czytam sobie w tej poczekalni do woli. Czytam na przykład “Czapkinsa. Historię Tomka Mackiewicza.” Dominika Szczepańskiego, która w życiu nie zmieściłaby mi się w torebce! Albo przypominam sobie sagę o Wiedźminie, żeby być zwarta i gotowa do krytykowania nowej ekranizacji tego dzieła, która niebawem pojawi się w formie serialu na pewnej platformie 😉 Aż się nie chce wchodzić do gabinetu. 

Audiobooki natomiast przydają się rewelacyjnie na przykład podczas cotygodniowej akcji „prasowanie”. Wtedy jestem tylko ja, sterta prania, żelazko i dobra lektura… To taka odskocznia od szarej codzienności. Szeroki świat, ucieczka od trudu i znoju na ekranie telefonu.

Aplikację Empik go można pobrać stąd KLIK i wypróbować zupełnie za darmo w kilku opcjach. I teraz taki PROTIP:  która z matek dzieci szkolnych usłyszała w niedzielę niehandlową wieczorem, że na jutro trzeba przeczytać np. „Karolcię”? Jedna z opcji Empik Go daje dostęp do lektur szkolnych za śmiesznie  małe pieniądze. I już nie będzie, że się nie da.

 

Blix

 

Znacie takie dziwne uczucie, że wiecie coś o jakiejś promocji, słyszałyście, obiecałyście sobie zapamiętać i wyleciało z głowy? Albo że przezornie zabieracie gazetkę promocyjną z ulubionego sklepu, a druga połówka wywala ją natychmiast razem z paragonami, podczas rozpakowywania zakupów? Ja mam jedno i drugie.

Ze względu na stan błogosławiony moje neurony niekiedy nie pracują, jak powinny. Swoją drogą mam nadzieję, że to stan błogosławiony, a nie przedwczesna demencja… tak czy inaczej, bardzo staram się wyłapywać okazje, by żyć oszczędnie, a jednak szczęśliwie. By móc być dumną z siebie, że oto teraz mogę na przykład kupić dwa lakiery do paznokci w cenie jednego i uzasadnić przed sobą ten zakup, nawet jeśli obiektywnie patrząc lakierów do paznokci mam już w bród. I wtedy w sukurs przychodzi mi aplikacja Blix, którą można pobrać TUTAJ. To tu, w jednym miejscu znajdę wszystkie gazetki promocyjne do najważniejszych dla mnie sklepów, więc planowanie zakupów, jest o wiele łatwiejsze. Oprócz gazetek, w aplikacji można odnaleźć też jednorazowe, okazjonalne informacje o obniżkach i kody rabatowe. Grzech nie skorzystać 

OLX

 

Dlaczego nie wyobrażam sobie życia bez aplikacji OLX? Ponieważ stale jest coś do załatwienia w moim prywatnym lub służbowym życiu i nagminnie wprost zdarzają się przypadki, że jakieś oferty muszę znaleźć na teraz, zaraz. Jak już wspominałam wyżej, bardzo zależy mi na tym, żeby budżet domowy się spinał. Akurat OLX jest miejscem, w którym najczęściej szukam rzeczy potrzebnych dzieciom.

Otóż kiedy rozpoczynałam swoją rodzicielską drogę, okazało się, że istnieje mnóstwo gadżetów niezbędnych matce i dziecku, które wprost muszę mieć, a na które często mnie nie stać. Dodatkowo dochodziły obawy o racjonalność takich zakupów. W końcu na przykład kosz Mojżesza to coś, z czego dziecko korzysta przez około cztery miesiące swojego życia, trzeba za niego zapłacić niemało, a jego zużycie jest żadne. W drodze takiej dedukcji odkryłam, że istnieje niezliczona ilość przedmiotów, które są wyprzedawane po dzieciach w stanie niemalże idealnym, za ułamek swojej wartości.

Oprócz przedmiotów dla dzieci na OLX znalazłam także takie perełki jak niemalże nieużywana bieżnia, którą sprzedawano jeszcze na gwarancji, bo jednak nie przyjęła się w domu. Okazuje się, że to niezwykle częsta sytuacja, kiedy my o czymś marzymy, a ktoś tuż obok z jakiegoś powodu nie pokochał wymarzonego przez nas telewizora czy suszarki elektrycznej i będzie wdzięczny, gdy uwolnimy go od zalegającego w  domu balastu. Aplikację OLX można pobrać TUTAJ. Podczas wyszukiwania przedmiotu naszych marzeń i snów wybieramy spośród określonych kategorii, możemy także zawęzić teren poszukiwań do określonego miasta lub województwa. OLX jest serwisem ogłoszeń lokalnych i w tym przypadku to zazwyczaj kluczowe, aby kupować po sąsiedzku.  Szukajcie, a znajdziecie, jak mawiał klasyk.

 

Allegro

 

Ponieważ lubię wiedzieć, co w trawie piszczy, nigdy nie ograniczam się w poszukiwaniach do jednego miejsca. Moją ulubioną aplikacją zakupową, która obejmuje także przedmioty nowe, jest Allegro. Jeżeli czegoś nie możesz kupić na Allegro, to chyba znaczy, że nie istnieje.

Aplikację Allegro można znaleźć TUTAJ, a następnie już szukać tego, czego akurat potrzeba. W moim przypadku mogę Wam zdradzić w tajemnicy, że to właśnie na Allegro Mikołaj vel. Gwiazdor dokonał większości świątecznych zakupów- wiem, bo na mojego maila spływały potwierdzenia zamówień i dziwnym trafem obciążana była moja karta kredytowa. Dodam jeszcze, że Allegro ma bardzo przejrzyste sposoby płatności i dostawy, a informacje o każdorazowym zakupie są dostępne na moim profilu, w związku z czym mogę bez trudu znaleźć dawne zakupy i na przykład zapomniane gwarancje! 

Po pobraniu aplikacji, można przebierać wśród kategorii, zaznaczać czy interesują nas produkty nowe czy używane, wybierać lokalizacje. Jedną z moich ulubionych metod jest także przeszukiwanie wszystkich przedmiotów poszczególnych sprzedających, aby jeszcze zminimalizować koszty przesyłki. Co więcej, jeśli kupujecie dużo i regularnie za pośrednictwem Allegro, aplikacja przygotowała dogodny abonament miesięczny, dzięki któremu koszty przesyłki przestają być jakimkolwiek utrapieniem. Nic, tylko kupować.

 

Booksy

 

W tej aplikacji znajdziemy to, co podobno kobiety lubią najbardziej, czyli miejsce dostępu do chwili relaksu i odpoczynku w samotności.

Prawie w samotności Aplikacja BOOKSY pozwala na umawianie wizyt do ulubionych salonów fryzjerskich czy kosmetycznych w kilka chwil, z poziomu telefonu. Na pewno znacie ten schemat, kiedy prosicie domowników o chwilę spokoju, aby wykonać telefon, a w zamian otrzymujecie istny Armagedon? Albo ten moment, kiedy właśnie w pracy (tylko ciiiiiiichoooo) przypomina Wam się, że odrost już wygląda jak agresywne ombre, a nie ma jak zadzwonić? Wtedy właśnie dyskretnie wyjmujecie telefon, włączacie aplikację BOOKSY i jakby nigdy nic, niepostrzeżenie, umawiacie się na wymarzoną wizytę, w dogodnym dla Was terminie. Brzmi bosko? Bosko to dopiero będzie, jak już się położycie na tej kozetce, w tle będzie słychać cichutką muzykę relaksacyjną i jakaś przemiła osoba po prostu o Was zadba… Nie muszę chyba więcej namawiać, prawda?

 

Fixly

 

Dlaczego wśród aplikacji niezbędnych kobietom umieściłam FIXLY? Bo mamy XXI wiek! I już wiemy, że skoro mąż czy konkubent powiedział, że naprawi pralkę, to to zrobi i nie trzeba mu o tym co miesiąc przypominać!

Pokażcie mi proszę kobietę, która nigdy w życiu nie stanęła przed koniecznością zorganizowania naprawy czegokolwiek w domu na wczoraj? Fixly to aplikacja, w której znajdziemy fachowców od wszystkiego. To także aplikacja, która ma w sobie bardzo dużo z tak cenionej poczty pantoflowej! Wszak nie od dziś wiadomo, że najlepszy fachowiec, to taki z polecenia, który już kiedyś dał się poznać z jak najlepszej strony. W FIXLY mamy takie same polecenia jak w prawdziwym życiu, tylko przedstawione w formie cyfrowej poprzez system ocen i opinii, które użytkownicy wystawiają fachowcom, w związku z czym tym ostatnim zależy na tym, żeby wypaść jak najlepiej. Koniec z nieznanymi złotymi rączkami, rodem z telewizyjnej Usterki! Niech żyją wiarygodni, godni zaufania fachowcy! Od teraz zorganizowanie kompleksowego remontu czy szybkiej naprawy nie będzie już przyprawiało o ból głowy.

Fixly znajdziecie TU.

 

Flo

 

Nie wiem, jak Wy, ale ja całe swoje życie byłam elementem wyjątkowo opornym w tematyce kalendarzyka miesięcznego. Długość cyklu, dni płodne brzmiały dla mnie jak czarna magia. Zawsze miałam dobre intencje, mnóstwo papierowych narzędzi, a jednak docelowo brakowało mi zapału, aby konsekwentnie monitorować ten aspekt mojego życia.

WSTYD. Przy nieregularnych (jak mi się wydawało) cyklach, zawsze musiałam być gotowa na niezapowiedzianą miesiączkę i byłam przekonana, że to jedyna konsekwencja mojej ignorancji. Optyka naturalnie zmienia się, kiedy staramy się bezskutecznie o powiększenie rodziny. Wówczas to liczenie dni zaczyna nabierać sensu. Do czasu poznania aplikacji FLO, mówiąc wprost i bez ogródek, strzelaliśmy na oślep . A teraz, nawet ja, skrzętnie zaznaczam w aplikacji co i jak dzieję się z moim organizmem. 

Aplikacja FLO to narzędzie do monitorowania cyklu. Wpisujemy, kiedy była nasza ostatnia miesiączka, ile zazwyczaj taka trwa i tyle. Aplikacja sama wylicza nam, kiedy powinnyśmy spodziewać się następnej, określa wstępnie dni płodne i te, kiedy teoretycznie nie ma żadnej szansy na dziecko. Im dłużej używamy aplikacji, tym ma ona więcej danych, aby jeszcze trafniej przewidywać nasz cykl i ułatwiać nam życie. A kiedy już wprowadzimy do niej informacje o ciąży, regularnie monitoruje wiek dziecka i dostarcza dosyć szczegółowych danych na temat aktualnego etapu rozwoju naszego dziecka (po polsku i z całkiem przyjemną wizualizacją). Aplikację znajdziecie TU.

Family link

 Jest to aplikacja przeznaczona do sprawowania tak zwanej kontroli rodzicielskiej nad pociechami hulającymi sobie w internecie.  Aplikacja pozwala przede wszystkim sprawdzać aktywności naszych dzieci w sieci, przyznawać im (nawet zdalnie) limity na korzystanie z internetu, decydować o tym, jakie aplikacje można zainstalować na urządzeniu dziecka czy blokować całe urządzenie w porach przeznaczonych na inne aktywności.

Obserwuję obecnie jak ostatnie bastiony rodzicielskiej stanowczości upadają i kolejni z moich znajomych w końcu poddają się i kupują lub przekazują dzieciom telefony. Obawiam się, że mimo moich solennych zapewnień, taki dzień kiedyś nadejdzie także w moim życiu i będę potrzebowała wsparcia. Aplikację można pobrać stąd KLIK jest bezpłatna. 

 Aplikacja według mnie jest dosyć kontrowersyjna, niemniej jednak uważam, że w jakiś sposób konieczna. Już spieszę wyjaśnić, skąd biorą się kontrowersje wokół tej i podobnych aplikacji. Aplikacja jak typowy system, ma luki i sprawniejsze multimedialnie dziecko z pewnością w końcu znajdzie sposób, aby go obejść. W związku z czym zainstalowanie aplikacji nie zdejmie z naszych barków całego ciężaru odpowiedzialności. Przede wszystkim nadal koniecznie musimy być czujni na to co i kiedy robi nasze dziecko. Przekazanie mu zabezpieczonego telefonu nie zwalnia nas z obowiązku bycia przy nim i tłumaczenia mu świata. Wyjaśniania, jakie zagrożenia może spotkać w internecie, jak może się przed nimi ustrzec i że w każdej sytuacji służymy mu pomocą i radą. Dlatego instalujemy aplikację “na wszelki wypadek”, ale bądźmy obecni, bo kontrola bez wychowania nie zda się na nic.

Rossmann

Rossmann to kolejna instytucja wśród aplikacji na telefon. Aplikacja nazywa się Rossmann.pl i jest do pobrania TUTAJ i przede wszystkim ułatwia zakupy!

Poprzez aplikację zapisujemy się do Klubu Rossmann i możemy już śmiało korzystać z promocji przeznaczonych specjalnie dla klubowiczów, których warunki często zapierają dech w piersiach. Aplikacja jest także miejscem, w którym możemy spokojnie przeglądać aktualną ofertę i  dokonać zakupów z domowego zacisza, z opcją ich odbioru w dogodnym dla nas lokalizacyjnie sklepie Rossmann. To jedna z moich ulubionych opcji, gdyż staram się wizyty z dziećmi w sklepach stacjonarnych ograniczyć do minimum i maksymalnie skrócić czas ich trwania (mniej czasu na znalezienie przez dzieci czegoś, co absolutnie muszą mieć).

Jeżeli już o dzieciach mowa, w aplikacji podpinamy sobie kartę Rossnę i mamy także od razu dostęp do promocji na wybrane artykułu dziecięce!

Aplikacja to także szansa na pomaganie- przy każdym zakupie zbieramy i wspieramy wybraną organizację charytatywną w ramach programu „Pomagamy jak umiemy”. 

Skycash

Kiedyś żyłam w wiekach ciemnych i kiedy chciałam zaparkować w strefie płatnego parkowania, naiwnie szukałam kiosku ruchu, w którym rozmienię banknot wyjęty z bankomatu, aby następnie wrzucić monety, w liczbie odpowiedniej, do parkomatu. Te czasy minęły! Dziś mam aplikację Skycash!

Po kolei- w moim skromnym życiu skupionym wokół centrum Bydgoszczy, strefa płatnego parkowania to codzienność. Teraz zamiast szukać sprawnego parkomatu i drobnych, włączam aplikację w telefonie i stąd opłacam parking. W aplikacji mam zdefiniowane kilka samochodów i nie, nie jestem królem nafty, po prostu w ten sposób opłacam parking bliższych i dalszych znajomych, kiedy znajdą się w mojej okolicy. Doładowanie konta Skycash to poezja i nawet ci spośród znajomych, którzy także nigdy nie mają drobnych, mogą bez trudu uregulować wobec mnie należność na przykład przy pomocy BLIKA. Dodatkowo w SKyCash dostępne są także bezpośrednie przelewy między użytkownikami (peer-to-peer).

Przy dalszych wyjazdach w mniej lub bardziej bezpieczne rejony dobrze wiedzieć, że w aplikacji można szybko i sprawnie kupić ubezpieczenie turystyczne obowiązujące w Polsce i za granicą, a także w wybranych miastach dodatkowe, incydentalne ubezpieczenie naszego samochodu.

W aplikacji oprócz parkowania, można zapłacić za bilety komunikacji miejskiej czy na przykład kupić sobie bilet na pociąg, do kina czy do…. Tatrzańskiego Parku Narodowego! Czad! Aplikacja się rozrasta i pozyskuje coraz to nowych partnerów, więc warto trzymać rękę na pulsie! Skycash można pobrać STĄD.

 

Mam nadzieję, że  nadal ze mną jesteście, gdyż moim skromnym zdaniem, każda z wymienionych aplikacji zasługuje na Waszą uwagę. Myślę, że nie trzeba już bardziej udowadniać, że postęp cywilizacyjny, to coś, co zdecydowanie lepiej oswoić! Oprócz wspomnianych aplikacji, na rynku istnieje jeszcze mnóstwo innych, wśród których możecie przebierać do woli. Do dzieła, acz z umiarem 😊.

Kultura

Piekłem kobiety jest jej ciało

13 stycznia 2020 / Marta Osadkowska

Jak to możliwe, że w XXI wieku, gdy Elon Musk przygotowuje turystę do zwiedzania kosmosu, kobiety nadal nie mają podstawowych praw?

Jesienią do Polski przyleciała Kabula, adoptowana córka Martyny Wojciechowskiej, albinoska z Tanzanii. Osiem lat temu trzech mężczyzn odrąbało jej maczetą rękę, bo wierzyli w magiczną moc takiego talizmanu. Osiem lat temu – to nie są zamierzchłe czasy, to 2010 rok. W 2010 roku, podobnie jak w 2018, na świecie panuje zacofanie, ignorancja i coraz większa nierówność społeczna. Co będzie z nami za kolejnych osiem lat? W jakim kierunku zmierzamy?

 

Rewolucja w Iranie miała przynieść wolność i demokrację, przyniosła jednak religijny ucisk, represje i niewolę.

W tym świecie rządzą surowi szyiccy duchowni, którzy w naukowych traktatach roztrząsają najdziwniejsze problemy, jak choćby ten, czy mężczyzna, który współżył ze swoją kurą, może ją potem zjeść. Ulice są tam strefą wojny między surowymi zasadami a pragnieniami młodości. Kobiety, które nie podporządkowują się przepisom dotyczącym stroju (zakrywającego wszystko, poza fragmentem twarzy i dłońmi) czy zachowania (zero śmiechu, zero jakiegokolwiek kontaktu z mężczyznami) są aresztowane, bite, karane grzywną i upokarzane. Azar Nafisi, autorka książki „Czytając Lolitę w Teheranie”, zaprosiła do swojego domu najlepsze studentki, żeby omawiać z nimi dzieła światowej literatury. Rozmowy o literackich bohaterach są tylko pretekstem do opisania dramatycznej rzeczywistości Iranu. Nafisi obserwowała rewolucję pracując na uniwersytecie, z którego została wyrzucona za odmowę noszenia chusty. Tylko wyrzucona, nie było większych konsekwencji. Poznała je Szirin Ebadi, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla z 2003 roku, która poświęciła życie na opór przeciw reżimowi republiki Islamskiej. Państwo odebrało jej prawo do wykonywania zawodu, prześladowało jej córki i męża. Ebadi walczy o kobiety, których sytuacja jest coraz gorsza. Od 2014 roku rządowy plan segregacji płciowej, mający na celu wyrugowanie kobiet z życia publicznego, nabrał rozpędu. Kobiety nie mogły pracować w restauracjach, oglądać publicznie finałów piłki nożnej (co w Iranie jest ważną tradycją) i pracować w urzędach razem z mężczyznami. Pewnej jesieni piętnaście kobiet zostało na ulicach zaatakowanych i oblanych kwasem. Policji nie udało się znaleźć winnych. Ani jednego. Ebadi musiała uciekać z Iranu w obawie o życie swoje i swoich bliskich.

 

Dla tych, którym Nepal jawi się jako kolorowa kraina uśmiechniętych ludzi, którzy wspomagają wyruszających na Mount Everest, mam bardzo złą wiadomość.

To kraj, w którym są rejony, gdzie kobiety nie powinny istnieć. Urodzić się kobietą w Nepalu to oznaka złej karmy. I jest to im wyraźnie pokazywane od dnia przyjścia na świat. Jeśli do tego w ogóle dojdzie: wiele kobiet dokonywało aborcji po niezadowalającym wyniku badania USG. Skala aborcji zdrowych płodów żeńskich była tak ogromna, że w Indiach wprowadzono zakaz badań ultrasonograficznych. To doprowadziło do uśmiercania noworodków, procederu tak powszechnie zrozumianego w tym rejonie, że nie podlegającego żadnej karze. Dziewczynki są duszone lub topione od razu w szpitalu. Potem można wyjść i zacząć się starać o lepsze potomstwo. Wśród trochę starszych dzieci umieralność dziewczynek jest dużo wyższa niż u chłopców. Powód jest prosty: są zaniedbywane, niedożywione, nie leczy się ich chorób. Gdy dziewczynka dorośnie do menstruacji, nikt nie wyjaśnia jej, co się dzieje, tylko jest zamykana w ciemnym pokoju, bez dostępu do światła słonecznego. I tak co miesiąc. W tym czasie kobiety nie mogą zbliżać się do jedzenia, wody i pozostałych członków rodziny. Są nieczyste, grzeszne. Na wsiach nadal praktykuje się chhaupadi, czyli izolowanie kobiet podczas miesiączki w oborze lub szopie. Są tam traktowane gorzej niż zwierzęta: nie dostają wystarczająco jedzenia i wody, mają szczęście, jeśli mogą okryć się kocem podczas mroźnych nocy. Nie są w żaden sposób chronione przed atakami dzikich zwierząt i gwałtami.

 

Matki są smutne, gdy rodzą im się córki, to syn jest błogosławieństwem.

Syn zapewnia ciągłość rodu, przekazując potomstwu swoje nazwisko. Syn to inwestycja w przyszłość, ponieważ pozostaje w domu rodziców, żeby zająć się nimi na starość. Jest więc pożądany z wielu powodów: religijnego – dopełni rytuałów pogrzebowych (kobiecie nie wolno), ekonomicznego – będzie wspierał finansowo rodziców, a wreszcie społecznego – jako męski potomek zapewni rodzinie prestiż. Kobieta nie może liczyć na szacunek w rodzinie, dopóki nie pocznie syna

 

Nepalska kobieta nie istnieje jako istota ludzka, która może coś czuć, czegoś pragnąć, do czegoś dążyć.

Ona ma wypełniać (najlepiej po cichutku) swoją rolę: córki, żony, synowej, matki. Tego nauczy się w domu, więc nie traci się czasu i pieniędzy na jej edukację. A nawet jeśli to się zdarzy, niezależna finansowo i wykształcona kobieta rzadko zdecyduje się na samodzielne życie i mieszkanie ze względu na złą opinię, jaka przylgnęłaby do niej i do jej bliskich. Wychodzi więc za mąż, trafia do domu teściów, gdzie zwykle jest traktowana podle, wykorzystywana, poniżana i często bita. Najczęstszą przyczyną śmierci Nepalek jest samobójstwo. A tajemnicą poliszynela jest, że większość z nich nie odebrała sobie życia, a została zamordowana lub zakatowana przez rodzinę męża. 

 

No i jeszcze polowania na czarownice. Dosłownie.

Kilkadziesiąt kobiet rocznie cierpi prześladowanie i tortury na podstawie zarzutu o uprawianie czarów. Skąd się biorą takie zarzuty? Najczęściej choruje ktoś z rodziny, czyjeś ego zostało zranione odrzuceniem zalotów lub oskarżona ma ładny majątek, na który są już chętni. 

I oczywiście można postawić tutaj tezę, że Iran i Nepal to inny świat, inne kultury, inna sytuacja. Ale ten argument nie ma żadnej mocy, bo kobiety prześladowane są także w rozwiniętych krajach, tylko narzędzia tortur są trochę inne.

Według rządowych statystyk przemocy partnera doświadczyła w Japonii co czwarta kobieta. Jednak Japonki wielu zachowań wcale nie uznają za przemoc. Dla co piątej nie jest nią zakaz rozmowy z innymi niż mąż osobami płci przeciwnej, dla co dziesiątej – krzyk. Również co dziesiąta godzi się na komentarze w stylu: „Jesteś do niczego” i emocjonalny szantaż: „No i kto cię utrzymuje?”. Przemoc ma zazwyczaj wiele wymiarów, a kobiety szybko uczą się, że jest ona nieodłączną częścią ich codzienności. Przemocy doświadczyła w związkach co trzecia dwudziestolatka. Policja przez lata nie traktowała zjawiska przemocy domowej poważnie, raczej jako domowy, a tym samym prywatny kłopot. Kobiety słyszały, że nie można w tej kwestii nic zrobić, dopóki ich mężowie ich nie zabiją

 

W pracy kobiety mają jasno powiedziane, że nie zrobią takiej kariery jak ich koledzy.

To nie znaczy, że mogą pracować mniej. Żeby w ogóle utrzymać stanowisko, Japonki wyrabiają niezliczone nadgodziny (oczywiście niepłatne). A przecież w domu czeka dziecko, którym zajmować musi się matka, mężczyźni nie robią takich rzeczy. Kobieta bardzo rzadko może sobie pozwolić na zrezygnowanie z pracy, bo życie w Japonii jest bardzo drogie. Mężczyzna poświęca życie pracy, rodzinę widuje rzadko, wszystko ma podane, uprasowane, ugotowane. Ogromna presja i tempo życia przyczyniają się do porzucania przez matki niemowląt. Popularnym zjawiskiem było zostawianie ich w schowkach na dworcu. (W Japonii istnieje tylko jedno okno życia, od 2007 roku w chrześcijańskim szpitalu). To nie jest po prostu nieodpowiedzialność, to efekt osiągnięcia przez kobietę granicy rozpaczy i bezradności. Dziś w tym temacie jest lepiej, dostęp do antykoncepcji jest większy. Ale nadal jest ona droga, nadal nie dla wszystkich dostępna. Lekarzom bardziej się opłaca przeprowadzić aborcję (bardzo w Japonii popularną) niż propagować wkładki domaciczne. Czterech na pięciu lekarzy to mężczyźni.

 

Powszechnie znanym zjawiskiem w japońskich środkach transportu publicznego jest chikan. To molestowanie dziewczynek i kobiet w zatłoczonym wagonie.

Dotykanie, głaskanie, ocieranie, wkładanie rąk pod spódnicę i w majtki – to codzienność. Dopiero w 1994 roku nazwano te zachowania przemocą, wcześniej były uznawane za „kłopot”.

W japońskich szkołach nie ma edukacji seksualnej, nie ma informacji o chorobach wenerycznych ani o seksualnej przemocy. Dla sfrustrowanych, zestresowanych mężczyzn chwila dominacji nad bezbronną kobietą w metrze jest sposobem na poprawienie humoru. Na wyładowanie się choć troszkę. Na chwilę czuje się silny, zanim szef mu udowodni, że wcale taki nie jest.

 

I jeszcze te mundurki, które otwarcie kojarzą się z pornografią.

Wykreowane w mediach wyuzdane licealistki, w białych majtkach widocznych pod krótkimi spódniczkami i podkolanówkach. Idealna mieszanina egzotyki i niewinności. Sponsoring w Japonii ma się świetnie, a turyści szukający przygody z wyjętą prosto z mangi dziewczynką, zostawiają w tym kraju niemałe pieniądze. Dziewczynki wydają się zblazowanymi, chętnymi do zabawy licealistkami, które lubią seks i chętnie go uprawiają. O niewolnictwie, handlu żywym towarem i stręczycielstwie się nie mówi, to psuje obrazek. Dopiero w 2017 roku Japonia ratyfikowała konwencję ONZ przeciwko międzynarodowej przestępczości zorganizowanej, wcześniej była w jednej lidze z Iranem czy Sudanem.

 

A co z USA? Z liberalną Ameryką, ucieleśnieniem swobód obywatelskich i bastionu praw człowieka?

Co tam się wyprawia? Czy jest tu ktoś, kto wyniki wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych przyjął inaczej niż opadającą ze zdziwienia szczęką? Czy ktokolwiek w ogóle brał pod uwagę pajaca, ignoranta i rasistę jako przywódcę tego potężnego kraju? Jak to się mogło stać? A potem przyszły konsekwencje tego najgorszego z możliwych wyborów. „Wszystkie kobiety wychodzą za mąż dla pieniędzy” – żartuje sobie przywódca świata zachodniego. Na wieść o gwałtach w wojsku reaguje słowami: „Co ci geniusze sobie myśleli, wpuszczając tam kobiety?”. Ostentacyjnie demonstruje swój stosunek do płci pięknej, nawet nie udaje, że się wstydzi molestowania ich. Jednym z haseł wyborczych Trumpa była walka z aborcją. W 2017 roku podpisał dekret, na mocy którego w życie weszła ustawa, której celem jest zablokowanie finansowania z budżetu federalnego organizacji pozarządowych, oferujących lub propagujących usługi aborcyjne poza granicami Stanów Zjednoczonych. Rozszerzono też restrykcje, które mają zmniejszyć przychody organizacji promujących aborcję o prawie 9 miliardów dolarów. Zamykają się pozarządowe kliniki Planned Parenthood.  Celem tej organizacji non profit jest propagowanie świadomego rodzicielstwa, kompleksowej edukacji seksualnej, szerokiego dostępu do legalnej antykoncepcji i aborcji, walka z chorobami przenoszonymi drogą płciową. Nie ma dla nich już miejsca w Ameryce Trumpa. 

O konsekwencjach tych działań napisała Leni Zumas w książce „Czerwone zegary”. To historia czterech kobiet, których na różny sposób dotyka temat macierzyństwa. Dla dwóch z nich decyzje prezydenta będą miały bolesne konsekwencje. Nie na tyle tragiczne, żeby je nagłaśniać. Świat się nie skończy, nie wywołają rewolucji. Będą tylko cierpieć. Jak miliony innych kobiet.

 

Gdzie na tej mapie kobiecych krzywd znajduje się Polska?

Nierówne traktowanie płci jest u nas powszechne i ogólnie wiadome. Ustawa antyaborcyjna, przemoc domowa, molestowanie, poniżanie w pracy, seksizm. Codziennie to się dzieje, codziennie to widzimy, codziennie o tym czytamy. Codziennie mijam plakat ze zdjęciem zakrwawionego płodu – taka kampania antyaborcyjna. Czemu to wisi legalnie? Co z zakazem publikowania drastycznych treści? Co czują kobiety, które zdecydowały lub musiały poddać się zabiegowi? W żadnym wypadku nie uważam, że „aborcja jest OK!”. Widzę w niej dramat, cierpienie, bolesną decyzję podjętą w różnych, często bardzo dramatycznych okolicznościach. Okrucieństwem jest robienie z tego billboardu. Nieludzkie jest prawo, które na to pozwala.

Globalnie kobiety zarabiają średnio ponad połowę wynagrodzenia mężczyzn, mimo iż generalnie każdego dnia pracują od nich dłużej. Według kalkulacji Międzynarodowego Funduszu Walutowego z 2016 roku, jeśli utrzyma się tempo, w jakim przebiega proces wyrównywania różnic w wysokości wynagrodzenia, dostępie do edukacji, opieki zdrowotnej i do wysokich stanowisk, zarówno w biznesie, jak i w polityce, równość płci zostanie osiągnięta za sto siedemdziesiąt lat

Ciekawe, ilu ludzie będzie już wtedy mieszkało w kosmosie…

 

Bibliografia:

  1. Szirin Ebadi, Kiedy będziemy wolne, wyd. Znak Horyzont.
  2. Azir Nafisi, Czytając Lolitę w Teheranie, wyd. Świat Książki.
  3. Edyta Stępczak, Burka w Nepalu nazywa się sari, wyd. Znak.
  4. Karolina Bednarz, Kwiaty w pudełku, wyd. Czarne
  5. Leni Zumas, Czerwone zegary, wyd. Czarna Owca.
This error message is only visible to WordPress admins

Error: API requests are being delayed for this account. New posts will not be retrieved.

There may be an issue with the Instagram access token that you are using. Your server might also be unable to connect to Instagram at this time.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo