Change font size Change site colors contrast
Kultura

Buddyzm o śmierci

31 października 2019 / Marta Osadkowska

,,Przemija to, co mamy, natomiast to, czym jesteśmy – przeżywający wszystkie zjawiska – żyje dalej, poza przestrzenią i czasem.'' Lama Ole Nydahl

Ponieważ każda chwila może być ostatnią, z pewnością powinniśmy sensownie wykorzystywać swój czas.

 

Za wszystkimi przeżyciami, nawet tymi wyjątkowymi i szczególnymi, kryje się zawsze bolesna prawda, że ostatecznie nic nie jest trwałe.

 

Jak patrzeć w oczy śmierci bez lęku i złych emocji?

Nicią przewodnią powinno być tutaj zrozumienie prawa przyczyny i skutku – to myśli, słowa i działania kształtują przyszłość. Wszystkie wrażenia, które „zasiewamy” w świecie i własnej świadomości, prędzej czy później dojrzewają i prowadzą do doświadczeń o tym samym ładunku uczuciowym. Dlatego dobrze, gdy człowiek pozbywa się starych obciążeń, kiedy się pojawiają i zamiast nich gromadzi wrażenia przynoszące szczęście.

W czasie umierania wszystkie nagromadzone wrażenia dotychczasowego życia kumulują się i w ten sposób określają nasze wewnętrzne doświadczenia. To za życia decydujemy więc, czy w chwili śmierci będziemy rozluźnieni i nieustraszeni. Z buddyjskiego punktu widzenia szczęście i radość nie zależą od warunków zewnętrznych, które nieustannie się zmieniają, lecz od przeżywającego wszystkie zjawiska – od samego umysłu. Różne sytuacje będą nam się przydarzać i tylko od nas zależy, jaką nadamy im moc. Czy pozwolimy im decydować o nas, o naszym zachowaniu i uczuciach, czy będziemy wolni i zobaczymy w nich dokładnie to, czym są: sytuacjami, na które nie mamy wpływu i którym nie pozwolimy sobą sterować.

 

Budda rozpoczął swoje nauki od czterech podstawowych prawd:

Istnieje cierpienie. Ono jest częścią naszego świata i nie da się go uniknąć.

Cierpienie ma przyczynę. Jest nią nasze błędne myślenie. Wszystkie doświadczenia odbieramy bardzo osobiście, odczuwamy niechęć wobec zjawisk, które utrudniają nam radość ze wszystkiego, co uważamy za źródło szczęścia.

Istnieje koniec cierpienia. Wszystko przemija.

Istnieje droga do końca cierpienia. Jest nią wzięcie za siebie odpowiedzialności.

Nawet gdy jesteśmy zdrowi, bogaci, szczęśliwi i spełnieni musimy pamiętać o tym, że nic nie jest na zawsze. Przemijanie nie ominie nikogo. Jeśli już za życia potrafimy stać z faktem śmierci twarzą w twarz i nie wypieramy się go, żyjemy bardziej świadomie w Tu i Teraz. Najłatwiej umiera się wtedy, gdy można rozpuścić w umyśle przywiązanie do własnego ciała, bliskich i posiadanych rzeczy. Takie podejście pomaga również rodzinie i przyjaciołom.

Buddyzm o śmierci: ŻAŁOBA

Buddyści dowiadują się już na początku drogi, że wszelkie uwarunkowane szczęście jest przemijające i że każdy związek kończy się na płaszczyźnie fizycznej w chwili śmierci. Dlatego ważne jest, aby cieszyć się pięknem życia. Dzięki takiemu podejściu każde spotkanie staje się czymś drogocennym, ponieważ może być ostatnim.

Wielu osobom, w obliczu śmierci bliskiej osoby, nie jest łatwo stosować buddyjskie nauki, które nie zawsze są w stanie ukoić ból po stracie. Zgodnie z poglądem buddyjskim żałoba jest bardzo silnym, bolesnym i przejmującym uczuciem. Czas żałoby tworzy naturalne przejście do kolejnego etapu życia, już bez zmarłego. Potrzebujemy wówczas dość długiego czasu, żeby w umyśle rozpuściły się pewne przyzwyczajenia i byśmy mogli budować nowe związki. W tej fazie bardzo pomocna jest medytacja.

Każdy przechodzi mniej więcej cztery etapy żałoby. Najpierw jesteśmy jakby „zawieszeni”, nie chcemy zaakceptować faktu odejścia kogoś bliskiego, nie chcemy się z tym pogodzić. Potem powstaje poczucie straty i szukanie wyjaśnień. Po dłuższym okresie samotności otwieramy się znowu coraz bardziej na otoczenie. Wreszcie na koniec potrafimy nadal „utrzymać w sobie” osobę, którą utraciliśmy, lecz jednocześnie cieszyć się znów życiem.

Niezależnie od tego, w której jesteśmy fazie, ważne jest zrozumienie, że śmierć i utrata przydarzają się każdemu, nie są więc czymś osobistym.

Podczas żałoby towarzyszy nam ból i tęsknota i są to uczucia, które należy w tym czasie oswoić. Dobrze jest dać sobie czas na medytacje, oddech, spokojne rozmyślania. Żałoba jest procesem, który wymaga czasu i przestrzeni.

Buddyzm o śmierci: MEDYTACJE

Medytacje to te chwile, kiedy radość pojawia się sama z siebie i wszystko ma sens. Umysł się uspokaja. To on daje nam spełnienie, nie potrzebując niczego z zewnątrz.

Medytacja na oddech: siadamy prosto – albo na krześle, albo ze skrzyżowanymi nogami na podłodze, w przyjemnym, cichym pomieszczeniu. Plecy mamy wyprostowane, ale nie jesteśmy sztywni, broda jest lekko cofnięta. Ręce trzymamy złożone na podołku lub na kolanach. Oddychamy spokojnie i głęboko, na tym oddechu skupiamy uwagę. Czujemy bezkształtny strumień powietrza, który wchodzi i wychodzi przez czubek nosa. Jeśli pojawiają się w głowie myśli niemające nic wspólnego z medytacją (a zwłaszcza na początku jest ich sporo), nie zajmujemy się nimi, wtedy się rozpuszczają. Oczy lekko przymknięte, wargi stykają się ze sobą. Przenosimy uwagę na oddech. Możemy liczyć wdechy od 1 do 21 i potem od nowa, albo za każdym razem myśleć: wdech, wydech. Jeżeli nasze myśli odbiegają od przedmiotu koncentracji, po prostu sobie to uświadamiamy i powracamy do skupienia na oddechu. Gdy pojawiają się myśli, uświadamiamy je sobie i wracamy uważnością do oddechu.

Medytację kończymy otwierając powoli oczy i wracając do otaczającego nas świata.

Medytacja trwa tyle czasu, ile możemy jej poświęcić, nawet kilka minut daje rezultaty.

Felieton

A ja żem jej powiedziała…

21 czerwca 2018 / Marta Osadkowska

…Kaśka, starość, jako nieatrakcyjny koniec życiowego cyklu, od jakiegoś czasu jest zakazana.

Wkrótce z tych samych powodów wyeliminowane zostaną: jesień, zima i niedziela. Kaśka Nosowska jest w moim życiu, odkąd pamiętam. Miałam dziesięć lat, gdy starszy brat przyniósł do domu kasetę „Fire”. Słuchałam jej z zachwytem, choć wiele tekstów było dla mnie niezrozumiałych albo z powodu języka, albo mojego wieku. Ale głos wokalistki...

…Kaśka, starość, jako nieatrakcyjny koniec życiowego cyklu, od jakiegoś czasu jest zakazana. Wkrótce z tych samych powodów wyeliminowane zostaną: jesień, zima i niedziela.

Kaśka Nosowska jest w moim życiu, odkąd pamiętam.

Miałam dziesięć lat, gdy starszy brat przyniósł do domu kasetę „Fire”. Słuchałam jej z zachwytem, choć wiele tekstów było dla mnie niezrozumiałych albo z powodu języka, albo mojego wieku. Ale głos wokalistki poruszał we mnie struny, o których do tej pory nie wiedziałam. Czułam, że ktoś postrzega świat, jak ja, ma na niego podobną wrażliwość. To było dla mnie wielkie odkrycie. Kolejne kasety kupowałam już sama. Płakałam, gdy wciągał je magnetofon. Jeśli akurat brakowało kieszonkowego na odkupienie, słuchałam w zniekształconej formie. Musiałam jej słuchać. Dorastałam, rozumiałam coraz więcej tekstów, przez co stawała mi się coraz bliższa. Kiedy w liceum pojechałam na koncert HEY i zobaczyłam, jak nieśmiała i wycofana jest na scenie, poczułam jeszcze większą sympatię. Dobrze rozumiałam jej niechęć do występowania przed ludźmi, lęk przed wyjściem na scenę. I podziwiałam jej odwagę. Bo jednak wychodziła dla nas, pokonywała swoje blokady. Jaką cenę za to płaciła, mówi dopiero teraz, gdy zawiesiła działalność zespołu. Po 25 latach.

Gdy założyła profil na Instagramie, natychmiast się na nim zameldowałam.

Pękałam ze śmiechu przy krótkich filmikach, odkrywając nowe oblicze Nosowskiej. Gdy dotarła do mnie wieść, że wydaje książkę ze zbiorem felietonów, obiecałam sobie, że będę czytać maksymalnie dwa dziennie, delektując się całymi tygodniami. Zacierałam rączki na tę rozciągniętą w czasie ucztę. A potem wciągnęłam na raz, bez popijania. Ot, nie ma jak silna wola! Ale nie da się odstawić, po prostu. Na szczęście te teksty można czytać wielokrotnie, bez straty na zachwycie. Są jak magiczne lekarstwo na wszystko. Na wkurzającego męża, chamskie zagrywki koleżanek z pracy, na głośne sceny robione przez dzieci, na wrogie akcje wagi i każdy inny czynnik wychylający wahadło nastroju na czerwoną stronę z napisem „wkurw!!!”. Zanim puścisz parę z uszu – zażyj Nosowską w potrzebnej ci dawce. Zalecam stosować regularnie – lepiej zapobiegać niż leczyć, wiadomo.

Nie bez powodu zaczęłam wyznaniem uczucia do Kasi Nosowskiej.

Nie jestem obiektywna w odbiorze tej książki, nawet nie próbuję. Te teksty to autorka w literkach. Jej dystans do siebie trzeba by mierzyć w latach świetlnych. Sama będąc osobą publiczną, bez hipokryzji opisuje świat, w którym bywa, a który nam podawany jest po przepuszczeniu przez upiększające filtry. To są jej obserwacje, jej komentarze, jej żarty i szpileczki. Nie oszczędzałam siebie w tych felietonach, więc to nie jest pierdzielenie kocopołów, żeby tylko akt taki mieć na koncie. Dałam dużo z siebie i zapraszam. To jest lekkie, kategoria raczej: plaża, pociąg, lotnisko, poranek niedzielny. Naprawdę będzie mi miło, nawet jeśli moja książeczka zafunkcjonuje w toalecie, wiem, że tam jest chwila czasu. Mam nadzieję, że znajdą się osoby, którym to podejdzie. Uśmiechną się. – powiedziała w wywiadzie dla Urody życia.

Ta książka to nie tylko śmichy chichy i ironiczne poszturchiwanie absurdów codzienności.

To nie tylko Kaśka z instagramowego profilu, punktująca hipokryzję dzisiejszych czasów. Jest w autorce też Katarzyna Nosowska, poważna i doświadczona, która dzieli się swoimi przeżyciami, także bolesnymi. Przemoc, alkoholizm, własna niemoc, konfrontacja przekonań na swój temat z bezlitośnie weryfikującymi je zdarzeniami. Bez upiększania, bez tłumaczenia. Raczej jasny komunikat: nie ma mocnych na ciosy od losu. Nikogo nie omijają i nie ma na nie gotowej recepty, nawet dla pani z telewizji. Nosowska nie rozgrzebuje tutaj swoich dramatów, jedynie mówi, czego doświadczyła i z czym musi walczyć: Mam 50 lat, dużo przeżyłam, dużo zobaczyłam, zaczęłam trochę rozpoznawać mechanizmy, które tym życiem rządzą. Może jest jakaś kobiet, która nie znajduje w sobie siły, aby uratować się z sytuacji, w której jest, może brakuje jej motywacji? Daję jej siebie, swoją historię, może coś z niej będzie mogła wziąć dla siebie?

Ja jestem za tę książkę i za całą działalność artystyczną bardzo Kasi Nosowskiej wdzięczna. Była dla mnie drogowskazem, tłumaczką i pocieszycielką. Biorę jej twórczość w każdej odsłonie, pisaną czy śpiewaną. Chylę czoła i cierpliwie czekam na więcej.

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo