Change font size Change site colors contrast
Styl życia

Bezrobotne ciężarne, czyli o co właściwie cały ten szum z Kodeksem Pracy 2018

21 marca 2018 / Magdalena Droń

„Rewolucyjne zmiany w prawie pracy.

Kobietę w ciąży będzie można zwolnić!” – grzmią nagłówki newsów na większości portali internetowych. Jeśli i Ty dałaś się wciągnąć w tę szarpaninę, falę hejtu, wyzwisk pod adresem autorów ustawy i słowną przepychankę z tymi, którzy są za, a którzy przeciw, zatrzymaj się i popatrz na całą tę sprawę z boku. Być może zauważysz coś więcej niż tylko...

„Rewolucyjne zmiany w prawie pracy. Kobietę w ciąży będzie można zwolnić!” – grzmią nagłówki newsów na większości portali internetowych. Jeśli i Ty dałaś się wciągnąć w tę szarpaninę, falę hejtu, wyzwisk pod adresem autorów ustawy i słowną przepychankę z tymi, którzy są za, a którzy przeciw, zatrzymaj się i popatrz na całą tę sprawę z boku. Być może zauważysz coś więcej niż tylko bezrobotne ciężarne stojące w kolejne do pośredniaka…

O co tak właściwie chodzi

Kilka dni temu do sieci wyciekły informacje o zmianach mających zajść w Kodeksie Pracy 2018. Tak naprawdę nie są to jednak jakieś głęboko skrywane rządowe dane, tylko efekt niemal dwuletniej pracy specjalnej komisji, złożonej z niezależnych ekspertów, przedstawicieli związków zawodowych i pracodawców, którzy mieli za zadanie dostosować przestarzały już Kodeks Pracy (liczy blisko 40 lat!) do dynamicznie zmieniających się warunków na rynku pracy. 16 marca PROJEKT nowego kodeksu złożony został w resorcie. To ważne słowo, gdyż od uchwalenia czegokolwiek i wprowadzenie w życie dzielą go jeszcze kroki milowe, których zdaniem specjalistów, nawet nie pokona. Jeśli nawet Ministerstwo zaakceptuje projekt, kodeks trafi do Rady Dialogu Społecznego. Jednak zarówno związki zawodowe, jak i organizacje pracodawców już na tym etapie nie zgadzają się z wieloma zapisami w nim zawartymi. Co ważne, specjaliści podkreślają, że kodeks nie zostanie uchwalony przed wyborami w 2019 roku (byłoby to nie na rękę wielu grupom społecznym), więc zapewne nie wejdzie w życie nigdy.

Cóż takiego kontrowersyjnego znajdziemy w środku?

Zmiany dotyczą w dużej części urlopów i związków zawodowych (np. koniec umów cywilnoprawnych, nowe rodzaje umów, 26 dni urlopu dla każdego niezależnie od stażu, możliwość wybrania urlopu tylko w dużych partiach itp). Drwa do ognia dorzuca jednak kwestia kobiet ciężarnych w kontekście zmian w Kodeksie Pracy 2018. Co jego pojawienie oznaczałoby w praktyce? Czy naprawdę ograniczałoby prawa i zmniejszało ochronę kobiet w stanie błogosławionym?

Nie wszystko jest czarne albo białe

Powiedzmy sobie szczerze – kobieta w ciąży nigdy nie była w 100% chroniona przed utratą pracy. Wprawdzie aktualnie Kodeks pracy nie pozwala wypowiedzieć ani rozwiązać umowy o pracę w okresie ciąży i urlopu macierzyńskiego, jest to jednak możliwe w przypadku zaistnienia przyczyn uzasadniających rozwiązanie umowy bez wypowiedzenia z winy pracownicy (ciężkie naruszenie obowiązków pracowniczych, przestępstwo, utrata uprawnień koniecznych do wykonywania pracy) i za zgodą zakładowej organizacji związkowej, która ją reprezentuje. Zgodnie z proponowanymi zmianami w kodeksie pracy będzie można zwolnić kobiety w ciąży pracujące na zastępstwo, tak jak to było to tej pory (umowy na zastępstwo nigdy nie ulegają przedłużeniu do dnia porodu). W przypadku pracodawców zatrudniających do 10 osób zwolnienie ciężarnej też będzie możliwe, ale wyłącznie za zgodą Państwowej Inspekcji Pracy. Jak widać więc, każdy zapis ma swoje odcienie szarości dopisane drobnym druczkiem, w które warto się wczytać zanim zaczniemy wylewać pomyje na tych, którzy chcieli coś zrobić i zmienić.

Kto tak naprawdę na tym zyska?

Z całą pewnością nie pracodawca, który zwolniłby swoją ciężarną pracownicę. Popatrzmy na to z perspektywy wizerunkowej – cóż to za człowiek, który kobietę w stanie błogosławionym wyrzuca na bruk? Co to za firma, która pozbywa się nie jednej, a de facto dwóch osób, zwalniając przyszłą matkę?! Skandal! Swoiste łamanie praw człowieka! I o to właśnie chodzi moje drogie panie i panowie… O to, że jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. A konkretnie o te, które ZUS wypłaca zamiast pracodawcy kobietom przebywającym na L4 w trakcie ciąży. Czy zaczyna Wam się to wszystko układać w jakąś sensowniejszą całość? A może stańmy jeszcze bardziej z boku – skoro ustawa nie weszła w życie i jeszcze długa droga przed nią, której (jak zapowiadają eksperci) z całą pewnością nawet nie pokona, to może i cały szum wokół niej jest „przykrywką”, „zasłoną dymną” dla innej ważnej sprawy, która gdzieś po cichu przemycana jest za naszymi plecami?

Odpowiedzi na te pytania pozostawię otwarte, a Wam życzę wnikliwszego obserwowania nie tylko samego problemu, ale i kontekstu, który dzieje się wokół niego.

Styl życia

Less waste i minimalizm – czy do tanga potrzeba dwojga?

18 lutego 2020 / Agnieszka Jabłońska

Dwie idee, dwa nurty.

Minimalizm – mieć mniej, żyć bardziej i less waste – marnować mniej, przetwarzać więcej, nie kupować i nie marnować.

Tak się składa, że w codziennym życiu łączę minimalizm z less waste. Staram się zachować balans i równowagę. 

Po kilku latach mogę powiedzieć jedno: jest to spokojnie możliwe i – jak wszystko w życiu – wymaga wypracowania nawyków. Trochę uwiera na początku, a później staje się przyjemną rutyną. Pomyślałam, że może Cię to zainteresuje.

Pewnie zastanawiasz się teraz, co drogie czarno-białe meble mają wspólnego z gotowaniem obiadów z resztek i używaniem płatków kosmetycznych ze starego ręcznika. 

Być może ja po prostu obracam się w takich kręgach, ale znam ludzi i domy, gdzie less waste i minimalizm dobrze ze sobą grają. Sprawdź koniecznie książkę – reportaż Marty Sapały „Mniej”- wypożycz, posłuchaj, ściągnij na czytnik, przeczytaj! 

 

Po co Ci to całe zamieszanie? 

Chociażby po to, żeby spać spokojniej, budzić się bardziej wypoczętą. Iść drogą, która ma jasno określony kierunek z lekką głową i ciężkim portfelem. Być „tu i teraz” i cieszyć się wolno płynącym czasem. Pielęgnować relacje i dbać o swoje sumienie. Robić dla innych coś bez wysiłku i stąpać po Ziemi ostrożnie, nie robiąc nikomu świadomej krzywdy. Chciałabym Ci to ułatwić, więc przygotowałam listę punktów wspólnych dla minimalizmu i less waste. Szybko przekonasz się, że żyjąc zgodnie z ideą niemarnowania, masz dużą szansę zostać minimalistką. A jeśli już deklarujesz się, jako osoba, która nie potrzebuje wiele, przy odrobinie wysiłku i zaangażowania, możesz stać się specjalistką od less waste. 

Po 6 latach postanowiłam – nareszcie! – nazywać siebie minimalistką. Stwierdziłam, że mogę mieć coś do powiedzenia w temacie, który jest mi bliski. Dlatego teraz dzielę się moimi pomysłami, jak można połączyć minimalizm z less waste. Po co mi to wszystko? Żeby przynależeć i żeby się odnaleźć. Chcę żyć w środowisku, w którym ludzie rozumieją, jaką zgrozą napawa mnie chodzenie po galeriach i zakupy. Jak bardzo nie lubię kupować i ile czasu zastanawiam się, zanim wybiorę jakiś przedmiot lub usługę. Nie lubię tłumaczyć, że jestem w stanie zainwestować spore pieniądze w podróże, czy w hobby, a mimo że noszę zimowe buty trzeci sezon. Chcę otoczyć się etykietką „minimalistka” i znaleźć ludzi, którzy czują podobnie. 

 

Jak to się zaczęło? 

O less waste zrobiło się głośno za granicą. U nas widzę, że ten trend się rozwija od 2017 roku, powolutku, ale teraz zaczynamy już doświadczać efektu kuli śnieżnej. Przyczyniła się do tego na pewno zmiana przepisów dotyczących segregacji śmieci oraz rosnąca świadomość społeczna. Coraz więcej słyszę o organicznej bawełnie, o niemarnowaniu, gotowaniu z resztek. 

Minimalizm to obecnie mainstream, ha! Minimalistką jestem od 6 lat. Zaczęło się w Japonii – oni to mają we krwi, prostotę kulturową. Do nas trend przyszedł w 2012 roku i… zniknął. Może dlatego, że jego głośnym ambasadorem był Leo Babauta ze swoimi 100 rzeczami? Z dużym zainteresowaniem śledziłam, jak z trendu, który mógł pomóc w codziennym życiu, powstała dziwna hybryda. Minimalizm w swoje szpony szybko złapał przemysł modowy, następnie wnętrzarski. Obecnie to takie skrzyżowanie ograniczenia posiadania do 100 przedmiotów z drogimi meblami i dodatkami w określonym stylu. Dla mnie – osoby, która przeczytała na ten temat kilka książek, wysłuchała kilkudziesięciu godzin podcastów – jest to co najmniej interesujące. 

 

Jak minimalizm łączy się z less waste? 

Nie kupuję

– less waste mówi o tym, żeby nie tworzyć zapasów, których nie będzie można zużyć i rozsądnie gospodarować surowcami oraz nie przyczyniać się do zaśmiecania planety, a minimalizm, żeby otaczać się tylko tym i tylko w takiej ilości, jak to jest naprawdę potrzebne. 

Myślę przed zakupem

– będąc less waste, sprawdzam składy, kraje, z jakich podchodzi dana rzecz, będąc minimalistką, analizuję, czy dana rzecz jest mi naprawdę potrzeba, czy na pewno, do czego i czy długo posłuży.

Inwestuję w jakość

– jestem gotowa zapłacić więcej za produkty tworzone etycznie tak jak ubrania szyte w Polsce, bo kupię tylko tyle, ile dokładnie potrzebuję np. jedną spódnicę na lato, jedne buty na sezon i jeden plecak na kilka lat. 

Nie marnuję

– less waste to zużywanie rzeczy do końca i dawanie drugiego życia przedmiotom, minimalizm to zaspokajanie faktycznych potrzeb poprzez przedmioty, słowo klucz: użyteczność. Jeśli czegoś już nie potrzebuję – sprzedaję to lub oddaję, w minimalizmie wyrzucenie jest ostatecznością. 

Mam mało i zużywam do końca

– mam mało kosmetyków, produktów do pielęgnacji i do makijażu, a te, które mam, zużywam do ostatniej kropelki lub oddaję, jeśli już mi nie pasują. Zużyte opakowania przemieniam na funkcjonalne słoiczki lub świeczniki, które rozdaję bliskim. 

Kupuję rzeczy potrzebne

– unikam tego przyjemnego dreszczyku, który towarzyszy wyprawom do centrum handlowego w weekend wyprzedaży, wolę zakupy online. Wybieram rzeczy, które potrzebuję w ściśle określonej ilości – jeśli szukam jednej bluzki, to kupię jedną bluzkę lub jeden lakier do paznokci. 

Nie kupuję emocjonalnie

– zakupy to nie lekarstwo na doła i nudę. Wolę poczytać książkę, iść na spacer do parku, zagrać w planszówkę lub pouczyć się języka obcego. Transferuję swoje zasoby – energię i czas tam, gdzie da mi to jakąkolwiek korzyść. Zakupy zostawią Cię z poczuciem winy, pustym kontem i brakiem miejsca w szafie lub w łazience. 

Nie chomikuję

– noszę ubrania – na co dzień również te ładne na specjalne okazje – używam wszystkich kosmetyków, gotuję z zapasów i extra składników ze sklepiku kontynentalnego, jeśli czegoś nie używam, to oddaję. Uwaga, tutaj może być pułapka, bo less waste zakłada, że ponownie wykorzystywać np. gdy otrzymasz paczkę zostawić pudełko, papier i sznurek do kolejnej wysyłki – świetne rozwiązanie, jeśli wysyłasz paczki. Jeśli nie, oddaj ten zestaw komuś, kto będzie miał z niego użytek lub połóż na klatce schodowej z opisem „zestaw do wysyłki paczki”, na pewno ktoś skorzysta. 

Inwestuję w hobby

nie oszczędzam na moim hobby, ale nie chwytam pięciu srok za ogon. Zanim przekonam się do czegoś, spróbuję pożyczyć potrzebny sprzęt i przeanalizuję, czy nowe zajęcie jest dla mnie wystarczająco rozwojowe. Później zobaczysz mnie w super butach do biegania, w markowej koszulce, z japońskim nożem kucharskim lub formą do wypieku magdalenek za kilka stówek doskonałej jakości. Pamiętaj, że minimalizm zakłada, że masz dokładnie tyle rzeczy, ile potrzebujesz, więc spokojnie stwórz własny zestaw do malowania farbami, gry na gitarze, czy robienia na drutach. Jeśli po jakimś czasie stwierdzisz, że to nie dla Ciebie, zamiast chować rzeczy na dno szafy, sprzedaj jej lub zrób komuś prezent – to takie proste! 

Oczekuję jakości

– chcę, aby rzeczy, które wybieram, reprezentowały doskonałą jakość. Ubrania nie mechaciły się, kosmetyki nie uczulały, a pokrywki od garnków nie pękały. 

Inwestuję w emocje i doświadczenia

– bardziej ucieszę się z biletów na wydarzenie niż z kolejnego kurzołapa na półce. Sama chętniej wydam na podróż niż remont – w moim odczuciu – wciąż ładnej i zadbanej kuchni. Zamiast piątej pary jeansów wybiorę koncert. 

Pielęgnuję relacje

częściej zobaczysz mnie z przyjaciółką w restauracji lub na herbacie niż w galerii. Lubię randki z mężem, lubię dobre jedzenie i miłe towarzystwo. W „starej” bluzce bawię się lepiej niż w nowej tunice od projektanta – zużywam, pamiętasz? 

Mam porządek w domu

mam mało przedmiotów, więc sprzątanie zajmuje mało czasu. Zmywanie zajmuje niewiele czasu, prasowanie, czyszczenie łazienki – naprawdę polecam. Im więcej produktów w Twoim domu będzie miało swoje stałe miejsce w szafce lub szufladzie, tym mniej czasu zmarnujesz na ich bezsensowne przestawianie, a pusta przestrzeń, będzie sprawiała wrażenie schludnej. 

Ograniczam się i nie ograniczam się

– możesz pomyśleć, że żyję w ciasnym gorsecie, który krępuje moją radość życia, przecież cholernie się ograniczam – tego nie kupuję, tamtego też nie, tam nie chodzę, ale – uwierz, proszę – czerpię z życia pełnymi garściami. Mam wolne środki, żeby inwestować w rzeczy lub doświadczenia, o których marzę i które sprawiają mi wielką radość. 

 

 

Tak jak widzisz, jedno wynika z drugiego, miesza się i przenika. Momentami ciężko jednoznacznie określić, czy jestem minimalistką, czy żyję pro ekologicznie. Jedno jest pewne, wciąż czerpię pełnymi garściami ze stylu życia, który wybrałam, a tango gra mi w duszy nieprzerwanie!

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo