Życie na krawędzi wcale nie musi oznaczać uprawiania ryzykownych sportów, wchodzenia w równie ryzykowne jak skok bez spadochronu związki, ani też kompulsywnego stawiania oszczędności życia na czarną dziesiątkę w ruletce.

Życie na krawędzi zdarza się każdej z nas, o czym mogą świadczyć takie zachowania jak prokrastynacja na najwyższym poziomie lub zaniechanie w podjęciu ważnej, życiowej decyzji. Czy da się nie zwariować, kiedy kolejny raz coś nam nie wychodzi? Da się przejść obojętnie obok porażki? Moim zdaniem nie.

Może wychodzę właśnie na pesymistkę z turbodoładowaniem, ale szczerze?

Nie wierzę w te wszystkie coachingowe gadki typu: wyjdź ze strefy komfortu, wszechświat Ci sprzyja… Bla, bla, bla. Oczywiście, fajnie by było, gdyby jakaś mistyczna koniunkcja Saturna z Jowiszem rzeczywiście pomogła rozwiązać problemy, ale życie niestety nie opiera się na tymczasowym układzie planet na niebie. Tak samo, nie zmieni się nic, jeśli zaczniesz kompulsywnie niedojadać na rzecz wiader kiełków, by zrzucić tu i ówdzie nadmiary tłuszczyku.

Tak naprawdę, rzeczy, które są modne i stanowią zbiór tzw. Musthave’ów, to jeden wielki pic na wodę, lub będąc bardziej dosadną, że zacytuję klasyka z podstawówki – du*a Jasiu kultywator.

Wiecie, żeby znaleźć swoje Zen trzeba czasami doznać strzaskania tyłka, czasem porządnie rąbnąć się w mały palec naszego ego o kant tego zimnego, okrutnego świata, a nawet przeżyć śmierć kliniczną własnej świadomości i naiwności. Zen to nie jest tylko jakiś tam chiński znaczek równości, ani nawet skomplikowana arytmetyka emocji. To proste jak obsługa cepa.

Jeśli za kimś tęsknisz, odezwij się, daj o sobie znać.

Halo, jestem tutaj i bardzo mi Ciebie brakuje! Jeśli jesteś o coś lub na kogoś zła, mów o tym. Proste komunikaty ułatwiają życie, ale nie dają nigdy gwarancji na powodzenie. Nie nazywaj złości, jeśli ona rzeczywiście jest, rozdrażnieniem. Jeśli coś Cię wkurza, mów, że Cię wkurza, a nie, że sam diabeł usiadł tą częścią ciała, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę, na rozżarzone węgle. Jeśli czegoś chcesz, to poproś o to, do cholery. Nikt nie czyta Ci w myślach, nikt również nie będzie się pierdyliard razy zastanawiał, o co może chodzić. A jeśli z jakiegoś powodu oczekujesz zrozumienia, to wyjaśnij wszystkie wątpliwe kwestie. Człowiek w końcu został wyposażony w cudowny narząd zwany językiem. Użyj go, najlepiej na spółkę z mózgiem.

Być może brzmię teraz jak stara, sfrustrowana baba, ale serio, przez ostatnie dziesięć lat swojego życia właśnie przez to, że nie komunikowałam się jasno ze światem, nadszarpnęłam wiele nerwów, a nawet zjadłam jedną plombę. I po co?

Dało mi to poczucie spokoju? Nie. Więc Zen szlag trafił zanim w ogóle wypowiedziałam to krótkie słowo. Zen masz właśnie wtedy, kiedy nie komplikujesz sobie życia i nie zatruwasz się niepotrzebnymi myślami, które nie prowadzą do jakiegoś jasnego celu. Co więcej, nie robisz zawieruchy w życiu drugiej osoby, nie wprowadzasz stanu wojennego na potrzebę swojego widzimisię.

Nie jestem ani psychologiem, ani nawet psychiatrą, nie znam się też jakoś mocno na zależnościach społecznych. Ale wiem jedno – jeśli wystarczająco jasno mówisz o tym, czego oczekujesz, pragniesz, chcesz, bardzo możliwe, że to dostaniesz.

Albo sobie to wypracujesz. Kiedyś jedna moja znajoma, po rozstaniu z facetem, ogromnym kredytem na koncie, ogólnym rozwaleniem całego życia powiedziała jedną, ważną rzecz, która powtarzam jak mantrę. Choćby skały defekowały, to sobie trzeba samej narysować, pokolorować i wyciąć szczęście. Poleganie w tym względzie na drugiej osobie może nas doprowadzić jedynie do frustracji turbo, zawodu życia, a może nawet i depresji. Zen się pielęgnuje jak kwiatki na balkonie, mówi do niego, głaska za uchem, daje się mu przestrzeń i chroni jak najcenniejszy skarb. Bo pewnego dnia może się okazać, że tylko spokój nam pozostaje. I wewnętrzne bogactwo, na które pracowałyśmy latami. Nie ma sensu wyzbywać się siebie dla kogoś, choćby ta osoba była najcudowniejsza na świecie. I tym, może lekko trącącym egoizmem aspektem, zakończę. Dbajcie o siebie. Bo kto, jak nie wy?

 

Miało być optymistycznie, mam nadzieję, że będzie. Chociaż pewnie niewielu jest do śmiechu. Ale postanowiłam, że postaram się, bo przecież „life goes on”, a Titanic wcale nie zatonął.

Chciałabym, by nie wyszło pompatycznie, z nadmuchanym do granic ego, żeby było spokojnie, normalnie, jakbyśmy sobie usiadły na kanapie i mogły powiedzieć, co i gdzie boli lub wprawia w niedowierzanie.

Może uda mi się złapać myśli tak wielu z nas, w te dni, pełne niedowierzania i okropnego poczucia przegrania z niesprawiedliwymi wyrokami, wydawanych przez osoby, które w mniemaniu wielu, nie powinny nigdy nie opuszczać pewnych zakładów. Ale nie zamierzam bawić się w komentatora politycznej sceny naszego pięknego nadwiślańskiego kraju. Zamierzam zmierzyć się z tematem odchodzenia, na wielu płaszczyznach.

Odchodzenie drogich nam ludzi jest nierozerwalną częścią życia.

Musimy się na to przygotować, zrozumieć, pogodzić się, że pewnego dnia, z przyczyn mniej lub bardziej naturalnych, zniknie nam z pola widzenia ktoś bliski. Śmierć to temat trudny, ale dziwnie nam znajomy. Stykamy się z nim w rodzinach, wśród przyjaciół, w pracy, w mieście, w którym mieszkamy. I zwykliśmy mówić: szkoda człowieka. Tak, szkoda, bo dopiero jak kogoś zabraknie, zaczynamy odczuwać jego nieobecność. I dzieją się dziwne rzeczy. Jeśli wcześniej się nie lubiliśmy lub nawet nie tolerowaliśmy, nagle zaczynamy mówić ludzkim głosem.

Nagle dostrzegamy, że w sumie… było dobrze.

I odczuwamy brak. Pustkę. Ta pustka to naturalna kolej rzeczy. Po kimś trzeba posprzątać, oddać jego rzeczy, coś zachować na pamiątkę. Czasami oddać klucze do mieszkania. Czasami pójść odwiedzić go na cmentarzu. Czasami pomyśleć, czasami zapłakać. W kontekście odejścia p. Adamowicza mam nadzieję, że tak będzie. Że czasem o nim pomyślimy, że przypomni nam o sobie w postaci różnych cudownych inicjatyw, które Gdańsk zamierza kontynuować. Może ta pustka pewnego dnia zapełniona zostanie dobrem…?

Bo to dobro rozkwitło w ostatnich dniach do olbrzymich rozmiarów.

Zebrane prawie tylu milionów na zbiórce p. Patrycji, powrót Jurka Owsiaka do prezesowania Fundacji. Słowa, ważne i potrzebne, p. Adamowicz podczas pogrzebu. I „Sound of Silence”, które miało przypomnieć nam, że nadal jesteśmy ludźmi, nadal jesteśmy narodem i jeśli nie przestaniemy robić tego, co robimy od lat (złego!), to przyjdzie nam się modlić do neonowego bożka nie słysząc niczego wokół. I może rzeczywiście – potrzebna była tragedia? Może potrzebujemy takich wstrząsów, by się ocknąć. Czy tym razem na dłużej? Bardzo sobie tego życzę. Pamiętam, że dzień po tym, jak dowiedzieliśmy się, że Paweł Adamowicz nie żyje, bardzo intensywnie przyglądałam się osobom w tramwaju i autobusie. Patrzyliśmy na siebie, jakby przebudzeni z koszmaru. Że oto w lunatycznym letargu narobiliśmy mnóstwo zła. Nie róbmy tego więcej.

Odchodzi człowiek, zostaje po nim miejsce, którego pewnie nigdy nie da się wypełnić.

Małe apokalipsy, które dotykają nas samych. Dostajemy naprawdę „w pysk” od rzeczywistości. I co robimy? Tulimy się do siebie, szukamy bliskości. Bo zło zbliża do siebie, bo już tak było, kiedy umierali wielcy i ważni. Kiedy umierali ludzie dla nas ważni. Chciałabym móc wierzyć, że od teraz będzie lepiej. Że się nie znajdzie już nikt, kto rozetnie czyjeś serce na oczach tysięcy ludzi. Że nie będziemy musieli oglądać festiwalu obrzucania się błotem jednych na drugich. Szukania winnych. Pogrążania się w chorej chęci zemsty. Chciałabym, by teraz to „Sound of Silence” było alternatywą do krzyku. Żebyśmy czasami po prostu zamknęli usta, a otworzyli głowy. Naród to ludzie, ludzie to my. Czy naprawdę straciliśmy wiarę w naszą super moc?

Chciałabym by było optymistycznie.

Zatem… Zbierajmy kasę na tych, co jeszcze z nami, a bardzo jej potrzebują. Dajmy od siebie więcej niż przeciętnie. Zostawmy bez komentarza czyjeś jadowite komentarze. Nie bójmy się zgłosić zachowań, które odbiegają daleko od tzw. „dekalogowych”. Bądźmy ludźmi, zwłaszcza teraz, kiedy odchodzi człowiek, który próbował być kimś lepszym.

 

Kochana kobieto. Kimkolwiek jesteś, cokolwiek w życiu robisz, dokądkolwiek nie zmierzasz i z czymkolwiek walczysz codziennie, usiądź na chwilę. Napij się ze mną kawy, uspokój nerwy, te pięć minut nie zbawi Ciebie ani świata, a może zastanowisz się na chwilę i dasz sobie szansę na przemyślenie kilku spraw? Może potrzebujesz teraz właśnie tego kilkuminutowego oddechu, chwili, by na nowo coś poukładać i zrozumieć?

Kochana kobieto, wiesz, że jesteś wyjątkowa? Ktoś Ci to dzisiaj powiedział? Mam nadzieję, że tak, że masz to szczęście, że jest obok Ciebie osoba, dla której jesteś kimś cudownie niezwykłym i sprawiasz, że jego/jej życie jest lepsze. Jeśli nie, pozwól, że ja Ci to powiem. Tak, jesteś wyjątkowa, bo codziennie zmagasz się z czymś, walczysz z demonami, dokonujesz niemożliwego i szkoda Twojego zdrowia, by nie doceniać tak istotnych spraw jak odnajdywanie zagubionej skarpetki do pary, prasowania sterty ubrań co niedziela, pieczenia pysznego ciasta, przedzierania się przez korki, płacenia rachunków na czas, pamiętania o tym, by ogarnąć wycieczkę szkolną, przetarcia kurzy z komody, czy zaniesienia butów do szewca. Małe rzeczy, mówisz, bez większego znaczenia. Jesteś pewna? Spróbuj ich nie wykonać…

Kochana kobieto, dlaczego czasami siadasz i chowasz w dłoniach głowę?

Bo wstyd? Bo mogłaś przewidzieć, zapobiec, uniknąć? Mogłaś, ale tego nie zrobiłaś. Czy to skazuje Cię na wieczne potępienie i krucjatę na swoje poczucie wartości? Kto Ci wmówił, że dajesz ciała i nie ma ze złej sytuacji wyjścia? Kto Cię oznaczył, naszył metkę, stygmatyzował, aż uwierzyłaś, że jesteś taka czy owaka? Głupia? Naiwna? Beznadziejna? Niedostateczna? Usiądź ze mną i pomyśl.

Po pierwsze… zdanie innych nie definiuje nas jako ludzi

Już tak jest w tym naszym małym-wielkim świecie, że zdanie innych osób wpływa na nas jak aloesowy olejek na suchą skórę. Potrzebujemy aprobaty, często też pocieszenia lub utwierdzenia w kwestiach, które są dla nas ważne. I ok, nic w tym złego, ale musisz wiedzieć, że nie wolno Ci pozwolić, by zdanie drugiego człowieka definiowało Ciebie od początku do końca. Nieważne, czy mowa o matce, ojcu, babce, bracie, siostrze, mężu, chłopaku, kuzynce… Nikt nie ma prawa Ciebie osądzać, jeśli nie przeszedł tego co Ty. Jeśli nie ma pojęcia z czym zmagasz się codziennie. Żaden problem nie jest zbyt ważny lub najmniej istotny, jeśli rzeczywiście spędza Ci sen z powiek. Zdanie innych nie może powodować, że spoglądasz na siebie ich oczami. Powinnaś wiedzieć doskonale kim jesteś, dokąd zmierzasz i dlaczego Twoja droga jest taka, a nie inna. Nie pozwól, by ktoś Ci wmawiał, że powinnaś robić coś inaczej, gdy czujesz, że tak nie jest. Nikt nie jest Tobą, Ty nie jesteś nikim innym, tylko sobą.

Po drugie… to, że z czymś sobie nie radzisz, nie znaczy, że zawsze tak będzie

Wszystko płynie, nawet wszechświat. Serio martwisz się tym, że nie umiesz kodować w HTML-u? Albo, że sąsiadka ma fajniejsze kwiatki na balkonie? Ewentualnie, że Twój facet znowu ogląda się za innymi kobietami na ulicy? Zamiast kłaść się na katafalku udręczenia, dam Ci takie sprytne narzędzie do ręki – nazywa się ogarniacz. Ja też nie umiem HTML-a, ani innego języka kodowania i żyję. Całe szczęście można się tego nauczyć i nie jest to jakaś wiedza tajemna zarezerwowana tylko dla wybrańców tego świata. Podobnie jeśli chodzi o kwiatki – ok, może nie masz do nich ręki? Ale za to robisz cuda na drutach? Albo świetnie Ci idzie z fotografią? No to dalej, wykorzystaj to! Ewentualnie, skocz do sąsiadki i podpytaj, jak to się dzieje, że ma takie cudne pelargonie, a u Ciebie wszystko schnie na pieprz. Może sprzeda Ci kilka magicznych sztuczek i się zakumplujecie? Sprawa z facetem też wydaje się mieć wyjście. Zawsze warto rozmawiać, wsłuchać się w potrzeby drugiej strony, jeśli jednak mimo dobrej woli, dyskusji i jawnego mówienia wprost, że jego zachowanie może Cię boleć, on nadal świdruje wzrokiem inne panienki, cóż. Zastanów się, czy rzeczywiście na to zasługujesz? Bo przecież nic nie jest wieczne, nic nie jest na pewno, ale zawsze masz wpływ na to, co dzieje się wokół Ciebie i w sobie.

Po trzecie… to, że ktoś próbuje podkopać Twoje poczucie własnej wartości świadczy o tym, jak niskie jest jego własne

Wiesz, że osoby, które lubią poniżać lub umniejszać czyjeś dokonania, tak naprawdę prowadzą grę zwaną projekcją? Na czym ona polega? Jeśli padasz ofiarą dziwnych, niemających nic wspólnego z rzeczywistością oskarżeń lub poniżaniem, agresor dosłownie wylewa na Ciebie wiadra pomyj, wiedz, że to są słowa, które mógłby skierować sam do siebie. Po prostu przerzuca na Ciebie wszystko to, co mógłby najczęściej sobie zarzucić. Dotarcie do takiej wiedzy i świadomości może spowodować u Ciebie zupełny zwrot ku sobie. Obwinianie się o czyjeś gorsze nastroje, agresję, przemoc to najgorsze co można sobie zrobić. Warto też poszukać odpowiedniej pomocy, by skuteczniej bronić się przed zalewem czyjejś frustracji. Pamiętaj – nie jesteś Matką Teresą z Katapulty. Nie musisz zbawiać świata!

Po czwarte… jesteś odpowiedzialna tylko za swoje decyzje

Masz tendencję do robienia czegoś za kogoś? Takie nieodparte wrażenie, że bez Twojej sprawczej ręki świat rozsypie się w drobny mak? Witaj w klubie. Jestem z tych kobiet, które kosztem własnego życia i zdrowia uchyliłyby drugiej osobie nieba. Pytanie jednak, po co? Naprawdę trzeba napierdzielać te kotleciki nowopoznanemu facetowi? Udowadniać w pracy jaka to jesteś zdolna i wspaniała? Konkurować z matkami innych dzieci wypiekając cuda wianki na szkolny kiermasz kosztem przemęczenia i żylaków? Nie trzeba i nie można. Musisz wiedzieć, że wszystko to co robią inni, niekoniecznie musi dotyczyć Ciebie. Jesteś odpowiedzialna za swoje decyzje, za to, jak kierujesz swoim życiem i nikt ani nic nie będzie Ci za to dziękował w pokłonach. Bo naprawdę ludzi niewdzięcznych nie brakuje. Efekt może okazać się opłakany – nerwica, tarczyca, rak jelita czy zwykłe załamanie nerwowe. Tak wiem, czarnowidztwo stosowane to nienajlepszy doping. Ale wiesz co? Cokolwiek ludzie robią wokół Ciebie, a wiesz, że Ty masz inne zdanie, po prostu podążaj za swoim światłem. Rób tak, byś to Ty budziła się codziennie rano uśmiechnięta, a nie zmierżona czyimś niezadowoleniem, bo akurat nie wypełniłaś rubryczki z cyklu: spełnij moje życzenie, a ja spełnię Twoje. Jeśli cokolwiek masz spełniać to niech to będzie obowiązek i prawo do własnego, świętego spokoju.

Po piąte… ciesz się chwilą, bo ta może nigdy się nie powtórzyć

Jestem wręcz patologicznie optymistycznie nastawiona do świata. Nie zawsze tak było. Ale w momencie, kiedy otarłam się naskórkiem świadomości o nieuleczalny nowotwór (całe szczęście, w stadium bardzo początkowym) to zrozumiałam, że nie można wiecznie się martwić. Nie można brać na barki całego zła świata. Nie można wiecznie podkładać pod dziubki frustratów wszystkiego co najlepsze. Bo oni nie podziękują, tylko jeszcze zaczną marudzić, że mogłaś to czy tamto zrobić lepiej. Unikanie frustracji i rozczarowania jest niemożliwe, ale jeśli możesz sobie pomóc, to ciesz się tym co masz. Ciesz się, że możesz swobodnie zrobić sobie kąpiel, bez problemu upiec dobre ciasto, pobiegać z psem po parku. Ciesz się, bo jutro może tego nie być. Może to wyświechtany frazes, jednak wiem, co mówię. Codziennie mam poczucie, że wygrałam. Że kolejny dzień jest po to, by go nie zmarnować.

Z całego serca chciałabym Cię teraz przytulić i powiedzieć, że jesteś cudem. Prawdziwym cudem. I nikt poza Tobą nie ma tak sprawczej mocy jak Ty sama. Pamiętaj o tym, gdy będziesz zaklinała kolejny dzień.

Ludzie zwykle mówią, by przygotować się na to, co najgorsze. Że dobrze, gdy masz na podorędziu różnego rodzaju kaftany bezpieczeństwa, dmuchasz na zimne, a kiedy mleko się rozleje, to powinnaś zacząć krzyczeć, że przecież nic się nie stało, pomimo że przecież mogła to być ostatnia szklanka tego mleka w życiu i nie dostaniesz szansy na naprawę sytuacji.

Mówią Ci też od zawsze, że nawarzone piwo należy wypić (i jeszcze podziękować), a w przypadku wystąpienia pecha – splunąć kilka razy przez ramię. Że lepiej się nie wychylać, bo licho nie śpi (i chrapie, co gorsza!). I tak oto tkwimy latami w swojej uroczo urządzonej strefie komfortu, otoczone zabobonami, a w oknach naszych oczu wieszamy firanki i czosnek, by żadne zło nas nie dotknęło. Przygotowujemy się na najgorsze, zbierając w płucach drogocenne powietrze, gdy tylko wychwycimy swoim trzecim okiem jakąś choćby ułudę niebezpieczeństwa. Bo coś przecież zawsze może pójść nie tak. I tak odziane w dmuchane koła ratunkowe wypływamy w życie, napojone niepokojem. Boimy się, by czasem nie ubrudzić sukienki albo przypadkowo nie wychylać  się za barierkę. Mam wrażenie że zupełnie zapominamy o tym by być ubezpieczonym na wypadek nadejścia… najlepszego.

Optymiści żyją dłużej!

Znajdź swoje hygge! Slow life! Bądź minimalistą. Codziennie przeglądając Facebooka dostaję na twarz coś w rodzaju pigułki na wszystkie bolączki. Tabun koleżanek repostuje coachingowe hasła spod znaku ,,bądź lepszą wersją siebie’’. A gdyby tak pomyśleć głębiej, to może wystarczyłoby po prostu zmienić myślenie, a nie spazmatycznie rzucać się na sałatę i jarmuż tuż po tym, jak postanowimy wybrać się na krucjatę z nadwagą? Moje myślenie zmieniły trzy wydarzenia. I wiem, że może na początku były totalnym przekleństwem. Jednak patrząc z perspektywy czasu… Wiele mnie nauczyły.

Była sobie naiwność

Bycie naiwną jest spoko, kiedy ma się 15 lat. Kiedy jednak przekraczając próg liczby 30 na początku swojej daty urodzin nadal cierpisz na bycie rozhisteryzowaną i rozproszoną przez życie kobietą, to wiedz, że coś się dzieje! Naiwność to cecha, która skutecznie obalała rządy, rozbijała małżeństwa, doprowadzała do tragedii na skalę sypialni, domu, miasteczka, powiatu, kraju, a nawet świata. Pewnego dnia dowiedziałam się, że byłam na tyle naiwna, że spokojnie mogłabym konkurować z niejedną gimnazjalistką. A było to wtedy, kiedy wreszcie ocknęłam się z letargu, że mój były wysadził mnie w powietrze doprowadzając do finansowej ruiny, a ja naiwnie wierzyłam przez lata (!), że mi się tylko tak wydaje, że wyjdziemy ze spirali zadłużeń. Nie, z tego nie wychodzi się ot tak. Pewnego dnia więc spakowałam delikwenta i poprosiłam, byśmy się rozstali jak ludzie. Naiwność kazała mi wierzyć, że rzuci się na kolana i będzie prosił o wybaczenie mnie i moje konto bankowe. Tak się nie stało. Wtedy dotarło do mnie – najgorsze już mam. Teraz pora szukać lepszego. A lepsze nie chciało nadejść, bo…

Była sobie niedojrzałość

Nie tylko ta fizyczna, ale przede wszystkim psychiczna. Ta psychiczna przychodzi po momentach, w których wielu słabszych chwyta za sznur i szuka w miarę stabilnej gałęzi. Ok, rozlałam mleko, nawarzyłam piwa, ale wszystko to starłam i wylałam do zlewu, którego odpływ prowadzi prosto do morza głupoty. Systematycznie, krok po kroku, powoli stawałam na nogi. Psychiczna siła przychodziła, gdy trzeba było NA JUŻ coś zrobić. Na już załatwić lekarza, na już napisać pismo do urzędu, na cito zdecydować, czy iść w prawo, czy w lewo. Niedojrzałość, którą się charakteryzowałam, blokowała moje myślenie. Najlepsze nie przyjdzie, jeśli sobie będziesz robić pranie mózgu w stylu: to nie dla mnie, nie dam rady i idąc w gorsze lamenty – booooszz co teraz? A teraz królewna sobie przycupnie i obmyśli plan. Jeśli ma szczęście, to pozwoli bliskim i przyjaciołom sobie pomóc. Jeśli jest całkiem sama – odpali wreszcie swoje szare komórki i poszuka wsparcia w instytucjach, u specjalisty, czy też zacznie czytać. Czytanie uratowało mi nie raz tyłek – nie kosztuje nic. A w głowie otwierają się jakieś zapadnie i przechodzisz o poziom dalej, by wreszcie…

Powiedzieć sobie dość

Dość z wykorzystywaniem, dość z byciem uległą, dość z byciem zimną i nieprzystępną mieszanką ambicji i strachu. Dość bycia kimś innym, dla kogoś innego. Dopiszcie sobie cokolwiek chcecie. Odkryłam ten algorytm przypadkowo. Jeśli pozwolicie sobie na przechodzenie na kolejne poziomy, będzie Wam lżej. Kto powiedział, że zawsze trzeba płynąć z prądem? Kto powiedział, że wieczny bunt jest oznaką niezależności? Złoty środek to taki, kiedy wreszcie czujecie się ze sobą dobrze, kiedy wiecie, że ten moment, to miejsce, ci ludzie to są wasze punkty zaczepienia. Gdy jednak coś Was ciągnie w dół – jak można oszukiwać, że jest ok? Najlepsze przychodzi, kiedy jesteście pogodzone ze swoim byciem tu i teraz. Bo jak wiadomo – w życiu nic nie stoi w miejscu, nawet kosmos. Więc dlaczego Wy musicie? Nie musicie. Ewentualnie możecie. Takie myślenie leczy i pozwala odkryć piękno w tym, że to co najlepsze zawsze czai się obok. Zauważyłyście?

 

 

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia spada na Was jak grom z jasnego nieba wiadomość, że w Waszym ciele mieszka „kosmita”, nieproszony gość, który jest na tyle cwany, że nigdy nie ogłosił wszem i wobec o tym, że właśnie się wprowadził i zamierza przewrócić Wasze życie do góry nogami. Owy „kosmita” nazywa się HCV (wirusowe zapalenie wątroby typu C), a jego ukryta działalność prowadzi do marskości lub w ostateczności raka wątroby. Na szczęście nieproszonego lokatora można się pozbyć na zawsze dzięki nowym lekom, które obecnie dają nadzieję na całkowite wyleczenie.

Szacuje się, że Polsce na wirus HCV choruje ok. 190 tysięcy ludzi, co i tak jest wskaźnikiem dużo mniejszym niż kilka lat wcześniej, gdy szacowano, że zakażonych nosicieli wirusowego zapalenia wątroby typu C jest ok. 300 tysięcy. Sama byłam wśród nich, kiedy w czerwcu 2016 roku, po badaniach krwi usłyszałam od lekarza: ma pani wirusa. Chciałabym Wam opowiedzieć o mojej drodze do wyzdrowienia, perypetiom, przez które musiałam przejść przed i w trakcie leczenia oraz fakcie, że jest nadzieja dla każdego.

Mnie to nie dotyczy!

Wirus HCV atakuje komórki wątroby, a droga zakażenia wydaje się być banalna – przez kontakt z krwią zakażonego. To nie musi być od razu wiadro czy talerz takiej krwi – wystarczy kropla. Jak? Najczęściej poprzez zabiegi z naruszeniem ciągłości tkanki, tatuowanie, ale też w trakcie wizyty u kosmetyczki, czy nawet przy zwykłym pobieraniu krwi. Powiecie – ale przecież istnieją standardy higieny, przecież pielęgniarka ma obowiązek noszenia rękawiczek lateksowych podczas wykonywania badań, a dentysta używa jednorazowych wierteł. Wszystko to prawda. Ale czy tak było zawsze? Ja pamiętam gabinet stomatologiczny z lat 90-tych, kiedy chodziłam leczyć swoje pierwsze stałe zęby i uwierzcie – nie było tam specjalnie sterylnie. Najprawdopodobniej wtedy zaraziłam się wirusem, bo ówczesna wiedza oraz profilaktyka HCV praktycznie raczkowała.

I tak miałam w sobie tego kosmitę ładnych kilkanaście lat nie wiedząc o tym, że skutecznie niszczy mi wątrobę.

Bo wirus ten nie daje praktycznie żadnych! symptomów. Owszem, w ostrej fazie zakażenia można czuć się co najmniej jak podczas infekcji grypopodobnej, ale kto zwraca uwagę na zwykłe łamanie kości, lekko podwyższoną temperaturę ciała albo gorsze samopoczucie? Szczęście mają Ci, którzy w kilka tygodni po otrzymaniu „prezentu” mają takie objawy jak zżółcenie skóry i białek ocznych! Wtedy można powiedzieć, cytując klasyka „wiedz, że coś się dzieje!”. HCV więc w czasie, kiedy jesteśmy nieświadomi jego bytowania w nas, powoduje zwłóknienie komórek wątroby, czyli prowadzi do jej niewydolności. Powoli… Do rozwinięcia się marskości potrzeba nawet 20 lat! Kiedy zaczęłam poznawać „wroga” byłam przerażona – tyle lat żyłam w nieświadomości, pewna, że przecież mnie to nie dotyczy! A dotyczyło i to bardzo, ponieważ dzięki bezbolesnej biopsji (FibroScan działa podobnie do USG) dowiedziałam się, że moje zwłóknienie jest na poziomie F1/F2 czyli mówiąc ludzkim językiem – miałam zaczątki marskości (maksymalna wartość to F4, która oznacza, że Twojej wątroby praktycznie nie ma).

Prawda w oczy musi zakłuć

O HCV dowiedziałam się przypadkiem, kiedy z powodu złego samopoczucia wylądowałam na ostrym dyżurze w szpitalu. Miałam objawy silnego zatrucia ze zżółceniem skóry i oczu, swędzeniem i ogólnym rozbiciem. Diagnoza była przewidywalna – nabawiłam się żółtaczki typu A, czyli pokarmowej. Tak, ona nadal istnieje! Wykonano mi również badania na obecność wirusa typu B i właśnie C. Wynik wyszedł wątpliwy, drugie badanie, trzecie i w końcu ze względu na stan zdrowia przewieziono mnie na oddział zakaźny. Trzy tygodnie pompowania we mnie leków, sprawdzanie stanu wątroby i oczywiście potwierdzenie obecności wirusa we krwi. Diagnozę usłyszałam w drugim tygodniu pobytu w szpitalu. Wirus HCV jak malowany. Potem oznaczenie genotypu (jak się okazuje, drań ma kilka odmian) i wiremii, czyli ilości kopii wirusa we krwi. Wyobraźcie sobie – kiedyś słyszałyście o czymś takim jak HCV. Kojarzycie to z HIV. Sumujecie wszystko co ewentualnie wiecie na ten temat i wychodzi Wam jedno – pora umierać. Miałam duże szczęście, że trafiłam na wspaniałego lekarza, który cierpliwie opowiadał mi o mechanizmie działania tego wirusa, że umrzeć, umrę, ale na pewno nie za rok czy dwa. Że są nowe leki…  i tu pojawiła się we mnie iskierka nadziei. Zaczęłam czytać, chociaż doktor Google i tak był pesymistą. Trafiłam na rzetelne źródła informacji i kamień spadł mi z serca – od 2015 roku w Polsce można dostać refundowane leki na HCV przy genotypie 1b (ja ten miałam!), skuteczność leczenia – prawie 100%, pewność na brak nawrotu choroby – tylko w momencie ponownego zakażenia się (niestety, nie nabieramy odporności). I tu pojawił się kolejny problem…

Czekanie jest cnotą

W szpitalu, w którym byłam, czas oczekiwania na leczenie to… pięć lat! Całe pięć lat. Byłam za zdrowa na natychmiastowe otrzymanie leków, ale już dostatecznie chora, by wpisano mnie na listę oczekujących. Po trzech tygodniach wróciłam do domu, bez  HAV, ale za to nadal z HCV. Miałam dbać o swoją dietę, ograniczyć alkohol i… czekać. Czekałam pół roku, ponieważ po tym czasie mój lekarz prowadzący prosił o kontakt w sprawie ewentualnego sprawdzenia jak się miewa kolejka, w której czekałam po leki i zdrowie. Okazało się, że NFZ nie przekazał nowej puli pieniędzy na województwo i trzeba czekać nadal. Niewiele myśląc, chwyciłam za telefon, wyszukałam wszystkie najbliższe ośrodki zajmujące się leczeniem HCV nowymi lekami i szukałam miejsca, gdzie kolejka jest mniejsza. Byłam w Zielonej Górze, kontaktowałam się ze szpitalem w Poznaniu, w Warszawie, nawet w Gdańsku. Wybawieniem okazał się Mielec – małe miasto na podkarpaciu, 50 km od Rzeszowa. I tak po prawie roku od diagnozy ruszyłam w swoją podróż po zdrowie. Ten maleńki szpital powiatowy przywitał mnie praktycznie natychmiastowym otrzymaniem leków, opieką, badaniami i po trzech miesiącach dostałam najlepszy prezent na wakacje – zdrowie! Diagnoza potwierdziła się jeszcze raz w grudniu.

Tabletki szczęścia

Leczenie nowymi lekami przypomina branie antybiotyków. Dwie duże tabletki i dwie małe. Dwa razy dziennie. Rano i wieczorem. Przez pierwszy tydzień czułam się trochę ospała, ale potem było już tylko lepiej. Miałam coraz lepsze wyniki badań enzymów wątrobowych, a po trzech miesiącach zupełnie zapomniałam, że coś mi było. Porównując samopoczucie sprzed leczenia i po nim mogę Wam powiedzieć, że moje zmęczenie, ciągłe niewyspanie, łamanie w kościach ustało, a bywało dokuczliwe. W między czasie poznałam wiele osób, które chorują na HCV, zaprzyjaźniłam się z kilkoma dziewczynami takimi jak ja dzięki świetnej grupie wsparcia na Facebooku. Kilku osobom pomogłam w załatwieniu wizyty w Mielcu. To był czas pełen wiary i nadziei, że się uda. Tabletki szczęścia zadziałały skutecznie, tak jak obiecał producent i lekarz. Miałam dużo szczęścia, gdyż przed 2015 rokiem w naszym kraju stosowano jedną, słuszną metodę leczenia HCV – interferon. Jest to lek, który działa podobnie, w uproszczeniu, do chemii podawanej przy nowotworze. Wyniszcza organizm, a nie daje praktycznie żadnej skuteczności. Chyba, że trafi się gentoyp 3, wówczas szanse na wyzdrowienie są dużo wyższe. Można było również pokusić się o sprowadzenie leków generycznych z Indii i wiele osób robi tak do dzisiaj, mając w perspektywie długoletnie czekanie na leczenie. Na szczęście, Ministerstwo Zdrowia wynegocjowało już pojawienie się leków również dla genotypu 3, które podobnie jak moje, mają podobne działanie i skuteczność.

Zanim wpadniesz w panikę

Niestety, smutne jest to, że w naszym kraju nadal niewiele mówi się o HCV. Niewiele lekarzy dokształca się z wiedzy na temat tego wirusa oraz możliwości leczenia go. Można również trafić na zupełny ciemnogród, kiedy dowiesz się od swojego lekarza specjalisty, że skoro masz HCV to na pewno umrzesz (true story!). Jednak popadanie w panikę jeszcze nikomu nie pomogło. Warto sięgnąć po odpowiednie źródła informacji, zdobywać wiedzę o profilaktyce i badać się. Test anty-HCV można zrobić bezpłatnie lub prywatnie, za około 30 zł. Dzięki niemu możesz zacząć działać lub spać spokojnie. Moja historia pokazuje, że wroga należy najpierw oswoić, a potem zlikwidować. Zwłaszcza, że badania są bezbolesne, a mogą uratować życie. HCV to JUŻ nie wyrok, a to jest zdecydowanie optymistyczna wiadomość!

 

Anna Boleyn, druga żona króla Anglii, Henryka VIII, skończyła marnie. Chociaż początek tego szalonego romansu, który odwrócił losy nie tylko samego kraju, ale też życia zainteresowanych, nie wskazywał, że to kobieta będzie głównym motorem do przemian, które do dzisiaj w najlepsze sobie funkcjonują we współczesnej Wielkiej Brytanii.

Anna była bowiem sprawczynią faktu, że Król wziął rozwód ze swoją pierwszą żoną, Katarzyną Aregońską, a wcześniej podziękował za współpracę Watykanowi. Anna miała być silną, piękną, niezwykle inteligentną jak na tamte czasy kobietą, idealną wręcz kandydatką do spłodzenia i urodzenia królowi upragnionego syna. I mimo że małżeństwo zostało okrzyknięte skandalem na miarę całego XVI wieku, mimo, że Anna posiadała wszystkie przymioty nowoczesnej królowej, to niestety, los okazał się dla niej mało łaskawy. Oskarżona o konszachty z samym diabłem, powinowactwo z czarownicami, kazirodztwo i klątwę, została ścięta na rozkaz Króla. Szkoda mi tej Anki… Może gdyby…

Gdyby Anna Boleyn żyła współcześnie, zapewne była by albo znaną aktorką, albo gwiazdą estrady, albo aktywistką na rzecz kobiet?

Może przekuła by swoje zdolności negocjacyjno-uwodzicielskie w sukces na miarę współczesnych biznesswoman? Trudno powiedzieć. Jej historię bowiem naznaczył bardzo ambitny ojciec, który upatrywał w córce nikogo innego jak monetę przetargową, by zdobyć względy u króla, a więc i uczknąć nieco władzy z pańskiego stołu. Dzisiaj Anna Boleyn pewnie by opowiadała w wywiadach-rzekach o tym, jak dzieciństwo u boku ambitnego ojca wpłynęło na jej postawę społeczną, jak wiele mu zawdzięcza albo jak ogromnym przekleństwem była dla niej praca nad tym, by uwolnić się spod jarzma ojca-despoty. Może by wzięła udział w kolorowej sesji zdjęciowej z szumnym tytułem – Wreszcie wolna! Opisywałaby swoje perypetie rozwodowe z mężem tyranem, kipiałaby pewnością siebie i namawiała inne, zagubione kobiety do podobnego kroku.

Anna jednak miała gorzej, w czasach jej współczesnych.

Jako kobieta, może i silniejsza i bardziej sprytna od innych dwórek, nadal była jednak tylko kobietą. Mogła użyć swojego czaru i umiejętności flirtu, których nabyła podczas przebywania na francuskim dworze, ale zapomniała biedaczka o jednym – Anglia w tamtych czasach była krajem, w którym nikt nie oddałby władzy kobiecie. A ona, jak z kart historii wynika, była bardzo głodna sprawowania faktycznej władzy, takiej, na jaką zasługiwała królowa. Zgubiła ją własna ambicja, chciwość, a może i nawet pewność siebie. Miała Henryka na wyłączność – doprowadziła bowiem do faktu, że król zerwał jakiekolwiek stosunki z Watykanem, stając tym samym na czele nowego kościoła anglikańskiego, a więc mógł też swobodnie rozwodzić się z potencjalnymi żonami. Król co prawda liczył się z jej zdaniem, ale raczej tylko do momentu, kiedy chciał ją mieć tylko dla siebie. Potem zajął się tym, co umiał najlepiej – sprawował władzę absolutną, polował, uwodził i płodził kolejne dzieci z dwórkami.

Gdyby Anna Boleyn żyła współcześnie, zapewne zażądała by rozwodu z orzeczeniem o winie współmałżonka, zawalczyła o ogromne alimenty dla siebie i córki (Elżbiety I) i zażyczyła by sobie ogromnego odszkodowania, o którym pisały by wszystkie kolorowe magazyny.

Może była by jak Księżna Diana, która zasłynęła z działań charytatywnych i stała się kolejną Królową Ludzkich Serc? Anka wzbudzała by podziw, sympatię, może nawet inspirację na kobiet na całym świecie. I wiele z nas brało by przykład z jej poczynań. Gdyby nie była tylko taka butna i arogancka…

Od współczesnych kobiet wymaga się charyzmy, postawy proaktywnej, zaradności, samodzielności, sprytu, odwagi i delikatności zarazem.

Każda z nas może być jak Anna, każda z nas ma w sobie na tyle energii i motywacji, by osiągnąć coś znaczącego. Cechą, która wydaje się kłaść cień na jej sukcesie była niewątpliwie ogromna, wręcz chorobliwa pewność siebie. Pannie Boleyn zabrakło w pewnym momencie hamulcu, by zatrzymać się, wziąć głęboki wdech i obmyśleć strategię dalszego działania na własnym podwórku. No i zabrakło jej szczęścia w wypełnieniu największego szaleństwa króla – nie urodziła mu syna. Na tym punkcie Henryk miał prawdziwego fioła. Dzisiaj pewnie nie skończyło by się to tak drastycznie, ale wtedy Ani po prostu nikt nie słuchał, nikt nie znał się na medycynie w takim stopniu, by stwierdzić, że po prostu genetycznie byli niedopasowani i stąd częste poronienia.

Takich Ań jest bardzo wiele dzisiaj. Kobiety charyzmatyczne, odważne, pełne wdzięku i klasy, z cudowną aurą przyciągającą mężczyzn.

Takie Anie często też wpadają w pułapkę własnej zachłanności. Warto być odważną kobietą, warto umieć wykorzystywać swoją pozycję, umiejętności, talenty, ale tak samo dobrze jest znajdować złoty środek, by nie popaść w niełaskę, już nie tyle króla, co świata. Od Anny Boleyn można pobrać pewną lekcję – warto walczyć o swoje, warto być otwartą na możliwości i z nich korzystać. Nie warto jednak zaprzysięgać całego swojego życia w imię źle pojętej zachłanności. Trzymanie nomen omen głowy na karku to zdecydowanie ta cecha, której jej zabrakło… Ale nie może zabraknąć jej Tobie.

 

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo