Change font size Change site colors contrast

Kilka lat temu wyrzucono mnie po tygodniu pracy ze spożywczego sklepu. Dlaczego? Bo byłam rzekomo zbyt inteligentna.

 

Koszmar. Ale teraz wiem, że to był najważniejszy czas w moim życiu. Wariatka, pomyślisz. Niekoniecznie.

 

Wyobraź sobie, że masz 24 lata. Jesteś ambitną, atrakcyjną i całkiem inteligentną kobietą, która od 3 lat nie może znaleźć stałego zajęcia. Kiedy rozstawałaś się z poprzednim miejscem pracy, które miało coś w sobie z dementora, czułaś się jak pani świata. 21 lat, 4 lata ze stałą umową, sensowne stanowisko, skończony licencjat. Rynek pracy miał być twój.

Ale coś nie wyszło.

Czułam się coraz mniejsza, kiedy kolejna odnosząca sukcesy osoba z rodziny usiłowała mnie instruować. Kiedy wysyłałam setki CV, a odzew był minimalny. Właśnie wtedy dostałam posadę w sklepie spożywczym. Ciężka, fizyczna praca, bez komórki i przerw co kilka minut. To była euforia. Nędzne pieniądze, ale w końcu coś stabilnego.

Po tygodniu dostałam informację, że mam więcej nie przychodzić. Kiedy zapytałam „dlaczego”, wyjaśniono mi, że jestem zbyt inteligentna do tej roboty i tylko zniszczę sobie życie. Wtedy to był dramat. Teraz mam ochotę wysłać im dobry alkohol.

Dlaczego piszę, że to był najważniejszy czas w moim życiu? Kiedy mam już do tego dystans, wiem, ile ten okres mnie nauczył. Te trzy lata kombinowałam. Nałogowo.

Nigdy nie byłam zupełnie bez środków do życia, bo się uparłam, że dam sobie radę. Zajmowałam się niemal wszystkim. Robiłam biżuterię, sprzedawałam swoje rysunki, fotografowałam, pilnowałam dzieci, byłam kelnerką, asystentką, grafikiem, wizażystką, stylistką rzęs, copywriterem, stażystką w Urzędzie Wojewódzkim, pracownikiem fizycznym – często równolegle i skończyłam dwie szkoły policealne. Na etacie wystarczyło mi 200 godzin miesięcznie i stała wypłata. Kończyłam zaoczne studia i nie myślałam o tym, że coś jeszcze mogę robić.

Nie czułam, że jest trudno, gdy trzeba było o świcie łapać stopa, niezależnie od pogody, by dojechać z mojej miejscowości na 7:30 na staż. Nie myślałam o tym, gdy z mrozu ledwo czułam moje stopy idąc na kolejne zajęcia, gdy musiałam kupić auto i było mnie stać jedynie na wysłużone Twingo, gdy toczyłam to Twingo niedługo po zakupie do mechanika, ani gdy musiałam pokonywać codziennie ponad 60 km na rowerze, żeby dojechać do pracy.

Po trzech ciężkich latach kombinowanie weszło mi w krew tak bardzo, że kiedy w końcu dostałam się na stabilne stanowisko, nic się nie zmieniło. Dalej szukałam sposobów na zarobienie dodatkowych pieniędzy. Dziś, cztery lata później, jestem samodzielna, wolna i spełniam się coraz bardziej. Nie byłoby tego bez umiejętności tej ekwilibrystyki, jakiej się w swoim czasie nauczyłam.

Na Uniwersytecie Życia prowadziłabym zajęcia z Kombinatoryki Stosowanej.

Myślę, że każda z nas powinna zaliczyć chociaż jeden semestr. Nie żeby rozruszać szaloną, feministyczną rewolucję, ale po to, żebyśmy czuły, że choćby było totalne dno – i tak damy sobie radę.

Bo niezależnie od tego, jak ciężkie życie się nam aktualnie wydaje, mamy siłę, by je zmienić. Mamy moc, by ułożyć je tak, jak chcemy, mieć czas dla siebie, pieniądze od 1-go do 1-go, grono wiernych przyjaciół i auto, które nie psuje się pod byle pretekstem.

Uda się, na 100%. Przecież nie ma nic bardziej skutecznego niż zdeterminowana kobieta, wspomagana słowiańskim wkurwem na rzeczywistość.  

 

 

Designed by Freepik

Prawo Murphy’ego mówi „jeżeli coś może się nie udać – nie uda się na pewno”. Jego najbardziej powszechną postacią jest moment gdy pokazujesz się publicznie w stanie dalekim od ideału, a los stawia ci na drodze osobnika wybitnie trafiającego do twojego gustu. Dziś będzie o tym jak dać sobie radę z przekleństwem Murphy’ego.

W związku z tym, że jestem osobą posiadającą bardzo bogate doświadczenie w sytuacjach maksymalnie kompromitujących, zdążyłam już wypracować mechanizmy umożliwiające mi życie w społeczeństwie, na przekór wszystkiemu. Muszę przyznać, że idzie mi to dość niesamowicie. Wiem jednak, że kompromitujące sytuacje mogą człowiekowi dać w kość. Stąd też moja misja by uczyć mniej doświadczonych, tak by nie zostali doświadczeni bardziej.

Przygotowując się do tego tekstu przeprowadziłam szeroko zakrojone* badania na temat występowania opisanego wyżej przypadku prawa Murphy’ego. Jak się okazało, mimo mojego świętego przekonania, iż jestem jednostką wyjątkową, takie sytuacje zdarzają się wszystkim. Bez względu na płeć, wiek, kolor skóry czy orientację seksualną. Za każdym razem gdy zaczynałam zadawać pytanie badany kończył je za mnie i szczegółowo opisywał kilka bardziej tragikomicznych przypadków. Co ciekawe, większość badanych przyznała, że często te sytuacje kończą się randką. Niby happy end, ale ile stresu!

Wyobraź sobie, że wracasz z kilkugodzinnych zakupów, obładowana siatkami, spocona ze wspomnieniem umytych włosów. Jest szansa, że to dzień, w którym masz na sobie swój najlepszy dres. W końcu przygotowałaś się do tego rajdu porządnie. I nagle zza rogu wyłania się ON. Ucieleśnienie marzeń, Adonis o przeszywającym spojrzeniu, zniewalającym uśmiechu z cudowną sugestią niebywałej inteligencji. Ty masz ochotę uciekać byle by cię nie zauważył, ale ON oczywiście widzi. Lepiej! Na pewno właśnie obcina cię wzrokiem i uśmiecha zachęcająco. Idziesz o zakład, że kpi. Dramat.

Zastanawiasz się pewnie, jaki magiczny sposób mogę polecić na tę małą katastrofę. Coco Chanel proponuje: „zawsze wyglądaj tak, jakbyś miała spotkać miłość życia albo największego wroga”. Jednak umówmy się, ciężko wyglądać jak milion dolców 365 i ¼ dnia w roku. Poza tym, naprawdę chce ci się tak spinać? Mój sposób jest prosty.

Wyluzuj.

Pozwól sobie na niedoskonałość. Może się okazać, że dla tego kogoś właśnie w tym wydaniu wyglądasz obłędnie. Naprawdę chcesz się skazać na codzienne pobudki w celu lekkiej korekty, by ktoś  nie widział cię rozczochranej, z resztkami tuszu na policzkach? Serio? Nie żartuj!

Następnym razem, jak wyjdziesz w swych najlepszych dresach i jakiś przystojniak poprosi cię o numer, uśmiechnij się i mu go daj. Tak po prostu. Bo najwyraźniej wyglądasz BOSKO!

 

*około 30 osób, nie wliczając rodziny

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo