Change font size Change site colors contrast

Myślę sobie, że to wielki zaszczyt, móc uczestniczyć w takim wydarzeniu. W chwili, która jest przełomem. W najbardziej intymnym momencie w życiu. Fotografia porodowa to piękna pamiątka, choć bardzo emocjonująca. Już samo oglądanie tych zdjęć dostarcza sporych wzruszeń… Agnieszka Mocarska robi zdjęcia w czasie porodów. A raczej – pomaga rodzicom przypomnieć sobie szczegóły, których nigdy nie chcieliby zapomnieć.

Jakie emocje towarzyszą Ci podczas podpatrywania rodziców, gdy rodzi się ich dziecko?

Wszystkie odcienie zachwytu, podziwu oraz wzruszenia. Mimo że sama mam czwórkę dzieci urodzonych naturalnie, za każdym razem w obliczu mocy rodzicielskiej staję się malutka i pytam samą siebie: jak to w ogóle jest możliwe?  

Lecz przede wszystkim towarzyszy mi adrenalina. Dzięki temu działam, nie rozpadam się na emocje, jestem tam w konkretnym celu i koncentruję się na swoich zadaniach. Szukam różnych miejsc, na które mogę się wspiąć, szczelin, w które mogę się wcisnąć, węszę za najdrobniejszą smugą światła i czekam, aż pojawi się tam jakiś bohater.

Emocje się uwalniają później, gdy dzidziuś jest na brzuchu mamy i gdy wszyscy już wiemy, że kolejny świat został stworzony bezpiecznie i szczęśliwie. Rodzice pozostają ze swoimi emocjami, ja ze swoimi i są one zupełnie odmienne. To, jak wielkie jest to napięcie, odczuwam, intensywnie odsypiając każdy “swój” poród.

Czy to napięcie, chaos, zdenerwowanie nie odbijają się na Tobie?

Szczerze mówiąc, nie są to słowa, które jako pierwsze przychodzą mi na myśl, gdy myślę o porodzie. Raczej: spokój, wsparcie, relaks. Oczywiście napięcie cały czas rośnie, im bliżej narodzin główki, tym jest gęściej, lecz czuję w tym odświętność, wielką uroczystość – chaos i zdenerwowanie mniej. Z jednej strony wchodzę w te emocje, w tę sytuację porodową całkowicie. Ile razy łapałam się na tym, że oddycham tak samo jak mama tylko dlatego, że położna zaproponowała taki rytm oddechów! Z drugiej jestem taką osobą, która zachowuje zimną krew w granicznych warunkach, także rzadko daję się wybić z rytmu w sprawach naprawdę ważnych.

 

Podczas jednego porodu tata kompletnie stracił głowę, odłożyłam wtedy w ogóle aparat i pomogłam mu przejść przez kawałek dla niego bardzo trudny. W młodości byłam związana z PCK i pracowałam jako młodszy ratownik medyczny. Wtedy dowiedziałam się, że mam stabilne mechanizmy świetnego funkcjonowania w czasie wielkiego stresu. Myślę, że tu działa ta sama siła, która pozwalała mi myśleć błyskotliwie podczas dyżuru w karetce Pogotowia Ratunkowego. Pozostaję opoką. Zresztą zauważyłam, że mam nadrzędny odruch bardzo empatyczny: wesprzeć człowieka, a nie sfotografować to, jak się pogubił. Nie mam takich zdjęć, chociaż może z dokumentalnego punktu widzenia byłyby ważne. Gdy osoba zyskuje spokój, wracam do swojej pracy, jednocześnie nadal kontrolując sytuację. 

Czy nikt nie ma nic przeciwko, byś była na sali porodowej? Mam na myśli personel szpitala? 

Zanim pojawię się w szpitalu z aparatem, rodzice jeszcze w ciąży starają się o oficjalne pozwolenie na dodatkową osobę towarzyszącą. Każdy szpital ma swoje procedury, często jest to po prostu formalność. Taki mejl zawiera listę zastrzeżeń, np. że personel może nie wyrazić zgody na bycie fotografowanym. Ja i tak zawsze, gdy przyjeżdżam na oddział, idę do dyżurki położnych przedstawić się, wyjaśnić, co tu robię, zapoznać się i dopytać o to, jaki mają stosunek do bycia na zdjęciach. To jest całe spektrum reakcji: od prośby o niepokazywanie niczego poza dłońmi po entuzjastyczną radość i prośbę o podesłanie odbitek. 

 

Dla mnie relacja z położnymi jest szalenie ważna, więc szanuję ich oczekiwania, zawsze. Jeśli mam wątpliwości, pokazuję później fotę i pytam, czy takie ujęcie może zostać. Nie spotkałam się jeszcze z negatywnymi reakcjami. Zwłaszcza podczas porodów domowych każda dodatkowa osoba jest mile widziana, każda para rąk jest parą rąk do ewentualnej pomocy. To w moim odczuciu jest to trochę powrót do takiej gromady porodowej, do czasów, gdy była to sprawa kobiet, i to nie dwóch, a części wioski.

Fotografia porodowa to temat kontrowersyjny. Bo poród to jednak intymność… Co jeszcze budzi kontrowersje? 

Rodzenie jest starsze niż wszystkie rzeczy, które nas otaczają, rodzenie jest podstawą istnienia świata. Dla mnie trochę kontrowersyjne jest to, że poród budzi kontrowersje. O wiele bardziej kontrowersyjne i zdumiewające jest według mnie pokazywanie porodów w filmach. W moim domu rodzinnym bezustannie był włączony telewizor i kilka porodów filmowych zapadło mi w pamięć – oglądałam je jako dziecko i budziły moje przerażenie. Wyjąca kobieta w sali szpitalnej, leżąca na wznak, przykryta po szyję białą kołdrą w końcu zalewa się krwią, koniec sceny. Można rozważać, kto jest odpowiedzialny za takie oderwane od rzeczywistości prezentowanie porodu, osobiście uważam takie wizje za wysoce szkodliwe. Osoby nakarmione takimi horrorami zachodzą potem w ciążę i przypominają sobie to, co oglądały… 

Poród został przejęty w XX w. przez opiekę zdrowotną i stał się sprawą mężczyzn w sterylnych fartuchach. Obecnie często rodząca kobieta nie miała możliwości uczestniczyć w porodzie swej siostry, ciotki, przyjaciółki, jak dawniej, trafia do szpitala kompletnie zdumiona i nieprzygotowana. Nie wie, że poród to może być czyste szczęście oraz radość, że ból tylko towarzyszy naprawdę karmiącemu procesowi, że to jest przede wszystkim współpraca z ciałem, kontakt ze sobą, że można rodzić w kompletnej ciszy, że można rodzić bez krwi, poród to spektrum. 

Trudno pominąć rolę patriarchatu w takiej polaryzacji, poród, miesiączka, zostały uznane za sprawy ciemne, mroczne i odrażające, w związku z czym zepchnięte na margines. Dlatego teraz próbuję w nurcie odzyskiwania porodu i kobiecości dla kobiet dołożyć swoją cegiełkę. Każda kontrowersja to pokłosie tego, co zostało przekłamane setki lat temu. 

Czy planujesz pracę, czy podczas porodu działasz spontanicznie?

Trudno o bardziej dynamiczną i rozwojową sytuację niż poród, w zasadzie wiadomo o nim tyle, że się odbędzie. Zaczynając od terminu, który jest określany jako miesiąc dookoła przybliżonego dnia porodu, dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po są przyjmowane za normę. A potem sama wiesz… jest tylko wielka niewiadoma przygoda. 

Planuję pracę o tyle, że dwa, trzy tygodnie przed orientacyjnym terminem mam spakowaną torbę ze sprzętem i moja rodzina uwzględnia w swoich planach, że w każdej chwili może nastąpić nagły zwrot akcji. Normalnie się umawiam na zlecenia, z zastrzeżeniem jednak, że gdzieś w tle jest cały czas coś o wyższym priorytecie i mogę nie dotrzymać umów. Ludzie zazwyczaj cudownie na to reagują, jakby naprawdę poród dla był świętością, której należy się bezwzględne posłuszeństwo. 

Także poród to moc taka kapryśna, której należy się pokora oraz elastyczność. Podstawą jest bycie w kontakcie, w ciągłej relacji. Zawsze umawiam się z parami, że dają mi znać o wszystkim, podobnie jak położnej. Że każdy fałszywy alarm jest lepszy niż niezdążenie na poród, co też się zdarzało. Naprawdę wolę przyjechać za wcześnie. 

Dlaczego w większości Twoje zdjęcia porodowe są czarno-białe?

Na co dzień otacza nas świat w kolorze, jest już trochę opatrzony, czasem tak bardzo, że trudno go zauważyć. Czarno-biel to sposób na lekkie odrealnienie życia, na przetworzenie go w sposób taki, by spojrzeć na niego inaczej. Jakkolwiek fotografuję także w kolorze, to w duszy jestem stanowczo fotografką czarno-bieli, najbardziej lubię tę formę konwersji rzeczywistości ze wszystkich.

Druga przyczyna to taka, że fotografia porodowa to fotografia emocji, one nie potrzebują wizualnych rozpraszaczy z rzeczywistości bieżącej, wiesz, tam stoi czerwony wazonik, dookoła są kolorowe ściany – tu najważniejsi są rodzice i to, co ich dotyczy, dotyka, co ich porusza. Moim zdaniem fotografia czarno-biała jest stworzona do uwypuklania emocji bohaterów. No i powód trzeci – światło. Moje porody odbywają się w głównej mierze nocą, przy oświetleniu często bardzo niekorzystnym fotograficznie, OK, ujmę to inaczej: światła przy porodzie wręcz nie ma, co sprawia, że robię moje reportaże na naprawdę ekstremalnych ustawieniach aparatu. Te zdjęcia chcą być czarno-białe, ziarniste, lekko zmęczone. 

 

Co jest pięknego w porodach?

Wszystko. Niektórzy pięknem nazywają kąty proste, niektórzy pastelowy wystrój, inni szukają go w standardach epoki, ja piękno definiuję jako prawdę. Posłużę się słowami, którymi na co dzień nie operuję. W zbiorowej świadomości oznaczają one jakąś normę, trochę modną, trochę reklamowaną, nieodstającą, bezpieczną. To słowa ładny oraz jego przeciwieństwo – brzydki. Są rzeczy “ładne”, one mogą nie być być piękne, bo są banalne. Są też rzeczy “brzydkie” i one są piękne o wiele częściej. Fotografia porodowa to prawda. 

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że piękny poród to być może nawet dla większość ludzi oksymoron. A dla mnie to jest coś z ciągu oksymoronów rzeczywistych: Bóg się rodzi, moc truchleje, piękny poród – niby pogranicze niemożliwego, a przecież się stało i ktoś to dostrzegł. Długo szukałam odpowiedzi na to pytanie i to są siła i moc, piękno i prawda. To, co prawdziwe, zawsze jest piękne. 

 

Nie chodzi też o celowe uskuteczniane naturalistycznych wizji, fotografia reportażowa to zadanie wymagające, fotografia reportażowa w ciemności, którą preferują rodzące mamy, to zadanie karkołomne. Dlatego staram się pokazywać prawdę tak, by portretowane osoby mogły się zachwycić. By mama ujrzała swą dzielność oraz w samej sobie prawdziwą mistrzynię kreacji. Którą jest. 

 

Niewykluczone, że spotkanie z czymś tak prawdziwym w obrazie fotograficznym jest nadal efektem świeżości, w końcu porodów się nie tak dawno jeszcze w ogóle nie fotografowało. Fotografia porodowa, podobnie jak dokumentalna fotografia rodzinna, jako usługi to nowości tak wielkie, że nadal nie każdy o nich słyszał. Dzięki temu każde zdjęcie narodzin jest mocnym strzałem, jest przyczyną olbrzymich emocji. Do tego jest to temat wyciągany spod ziemi, w czasach, w których ludzie nadal się czerwienią, wymawiając słowo miesiączka, a co dopiero narodziny. Efekt tabu jest bardzo silny. 

Dobrze znasz pary, którym towarzyszysz podczas narodzin ich dziecka? Twoja obecność podczas porodu musi wiązać się z zaufaniem. 

Najczęściej przed porodem spotykamy się raz: jeśli para planuje poród domowy, to najchętniej u niej w domu, rozmawiamy o celach, oczekiwaniach, a także takich prozaicznych, lecz kluczowych sprawach jak oświetlenie i kierunki świata za oknami. Mam też za sobą spotkania w kawiarniach, obiad rodzinny, a także… zdjęcia z porodu domowego bez wcześniejszego zapoznania się na żywo. Dla mnie ważne są oczekiwania rodziców i pewność, że rozumieją moją wizję oraz ograniczenia.

 

Jest jedna rzecz, która pozwala ludziom mi ufać. Mam talent do słuchania. Od najwcześniejszych lat szkoły podstawowej przeróżni ludzie przychodzili mi się zwierzać. To mi jako pierwszej outowali się znajomi geje, to przy mnie osoby pozwalały sobie na kompletną rozsypkę, płacz i załamania. Długo zastanawiałam się, o co chodzi, skoro nikogo nie namawiam na żadne wyznania. Teraz wiem, że to są dwie jakości: umiejętność słuchania oraz pełna dyskrecja. Dzisiaj patrzę na to jako właśnie jak na talent: jeden jest przebojowym menedżerem, drugi jest mistrzem small talków, a ja łączę empatię z nieocenianiem, co pozwala wchodzić w relacje, nie tylko kolekcjonować znajomych. 

 

Jest coś metafizycznego we wspólnym przeżyciu porodu, ten kontekst sprawia, że wszelkie bariery znikają, poród nie jest wspomnianym small talkiem, to najgłębsza rozmowa, jaką można odbyć z drugim człowiekiem. 

Gdy rozmawiasz ze swoimi klientami, jakie oczekiwania najczęściej się pojawiają? Czego chcą przyszli rodzice?

Marzą o uwiecznieniu relacji, emocji, o pamiątce intymnej, lecz wykonanej w taki sposób, by można było pokazać tę intymność rodzinie i znajomym. Najwygodniej rodzi się nago, moim zadaniem jest pokazać poród tak, by nie był pornografią, lecz serią obrazów, które można powiesić na ścianie w salonie. Czasem rodzice proszą o zdjęcia z położną, kładą nacisk na to, by pokazane były konkretne, wymarzone sceny, ważne jest także często zdjęcie łożyska. W większości jednak rodzice widzieli wcześniej moje zdjęcia i pokładają we mnie duże zaufanie.

 

Porodu się nie powtórzy, to nie jest sytuacja w studio, gdzie można ujęcia dopracowywać, a nawet w razie czego powtórzyć całą sesję. To jest reportaż, gatunek tak unikalny, jak to tylko możliwe, nie ma pozowania, nie ma powtarzalnych momentów, nie ma grama ingerencji w materię sytuacji. Każda mama poszukuje podczas porodu innych miejsc i pozycji, w których czuje się komfortowo podczas skurczów, za każdym razem ta relacja siłą rzeczy jest kompletnie odrębna, odmienna i skrajnie osobista. 

Czy Twoje zdjęcia, oprócz reportażu rodzinnego, mają jeszcze jakiś cel?

Równolegle z komercyjną porodową fotografią rodzinną pracuję nad dokumentalnym projektem fotograficznym o porodach. Planuję podsumować go fotoksiążką oraz większą wystawą. Już wiem, że książka będzie łączyła obraz z tekstem i oba elementy będą równoważne. Na kilka lat porzuciłam pisanie na rzecz wyłącznie fotografowania, tymczasem niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszy talent wcale nie usnął i zdecydowanie dopomina się o ponowne otworzenie furtki.

 

Mówię o większej wystawie, bo jedna już była. W lipcu 2019 r. zorganizowałam swoim zdjęciom wystawę mniejszą. Na festiwalu Mama Gathering powiesiłam foty w wymiarach 100/70 cm na drzewach, w lesie sąsiadującym z polaną. Zależało mi na efekcie przepływu energii, na znalezieniu właściwego miejsca dla obrazów z wydarzenia tak doniosłego, a zarazem tak oczywistego i zwyczajnego jak poród. Gdy przechodziłam obok przez kilka dni, za każdym razem dreszcz wzruszenia biegł mi po plecach. Widok cudu narodzin na drzewie, na symbolu życia i odradzania się, był niebywały, to czysto symboliczne połączenie ze źródłem, z korzeniami, a jednocześnie czyste sięganie w górę, po przyszłość, po skrzydła, po absolut. Trudno mi sobie obecnie wyobrazić lepsze miejsce na tę wystawę niż las, majestatyczny i wyciszający, tak jak emocje porodowe. Mam też jednak pewien szczególny pomysł na prezentację w zwykłej sali o białych ścianach, także nie zamykam się na żaden scenariusz, zwłaszcza że nowe pomysły cały czas przychodzą. 

 

Jaki był najbardziej wzruszający moment w Twojej pracy?

Jest taki moment, gdy mama po raz pierwszy bierze dzidziusia w ramiona – na jej twarzy pojawia się taki uśmiech tego rodzaju, którego nie da się powtórzyć, bardzo zawsze poluję z aparatem na ten moment. Dziecko się materializuje i nareszcie można je poczuć zmysłami innymi niż dotyk, w tym uśmiechu jest informacja, jak wielką nagrodą jest maluszek, jest przeszłość, przyszłość i miłość. Myślę, że zdjęcie tego uśmiechu powinno wisieć w największej ramie w mieszkaniu – jeśli tylko przyjdzie mamie i dziecku powiedzmy nastoletniemu wejść w spór o coś, cokolwiek, by na końcu zawsze mogli przypomnieć sobie, od czego zaczęła się ta relacja, co jest najważniejsze. Żebyśmy żyli, i to razem.

 

Ojcowie instynktownie chyba wyczuwają, że pierwsze sekundy tych dwojga są ich i są święte, zazwyczaj dają się nasycić mamie i maleństwu, zanim do nich podejdą jeszcze bliżej przywitać się. Ta czułość, ta duma oraz podziw malujące się na buziach tatusiów to kolejny must have z takiego reportażu. Myślę, że te emocje, które się ujawniają w chwilach tak silnie granicznych jak poród, granica życia i śmierci, to najniezwyklejsze podsumowanie relacji, jakie może istnieć…

 

No i jeszcze anegdota, pierwszy poród, który sfotografowałam, był wyczekany nie tylko przeze mnie, napięcie rosło jeszcze w ciąży. Zaraz po narodzinach ryczałam jak bóbr, zaparowały mi okulary, przestałam widzieć cokolwiek, przez zasłonę pary i łez trudno mi było fotografować, no i moja propozycja zdjęć zaraz po narodzinach była cokolwiek skąpa. Teraz nadal się ogromnie wzruszam, nie wpływa to już jednak na moją technikę pracy. 

Jak reagują rodzice, gdy po raz pierwszy widzą zdjęcia z dnia narodzin ich dziecka? 

Głęboko oraz szczerze. Zwykle zawożę pierwszą prezentację zdjęć porodowych moim rodzinom osobiście, także dlatego, że interesują mnie pierwsze słowa, spontaniczne reakcje. W czasie porodu, by mógł on przebiegać w swoim rytmie i tempie, kobiety schodzą głęboko w siebie. Odpadają kompletnie z rzeczywistości i mimo że na pozór trzymają kontakt z otoczeniem, są bardzo w sobie i to jest rodzaj świętości. Dlatego też patrzą na fotografie i zdarzenia towarzyszące narodzinom zupełnie na świeżo. Często są zachwycone tym, jak bliskim i intensywnym wsparciem był tata, bo podczas porodu przyjmowały pomoc partnerów z wdzięcznością, nie zarejestrowały tego jednak w sposób świadomy. Przyznaję, że to dla mnie jest drugi najważniejszy argument za tym, by jednak zapraszać fotografa na narodziny. Aby skonfrontować pamięć z faktami i złożyć z obu kompletny obraz. 

 

Oczywiście gdy się pojawiam z fotami, dzidziuś jest już zazwyczaj – w porównaniu z momentem narodzin – olbrzymem. To jest ta druga część wizyty, śmiechy i porównania, zdumienie, jak bardzo widać upływa kilku tygodni w ciele takiego malucha. Gdy rodzi się w rodzinie dziecko, świat zwalnia, zatrzymuje się, połóg oraz wiele miesięcy dłużej to jest stopklatka, wydaje się, że nic się nie zmienia, rutyna i powtarzalność czynności pielęgnacyjnych mogą wprowadzać takie wrażenie. A tu niespodzianka, w trzy tygodnie ich maluch zmienił się diametralnie. Fotografia porodowa za każdym razem funduje serię czystych cudów.

 

____________-

Zdjęcia użyte w materiale są autorstwa Agnieszki Mocarskiej. Serdecznie zapraszamy Cię na jej stronę internetową.

Napisałabym, że amerykańscy naukowcy wymyślili sposób na integrację kobiet. Ale to byłaby ściema, bo kobiety same na to wpadły i to jeszcze w czasie II Wojny Światowej. A potem wyszła nasza wrodzona potrzeba tworzenia społeczności i uczestniczenia w grupie. Stitch ‚n’ Bitch to nazwa kobiecych grup, które spotykają się regularnie w różnych częściach świata, by… robić na drutach. W 1999 roku Debbie Stoller zorganizowałą taką grupę w East Village. Opisała to w artykule w magazynie BUST który z kolei przeczytała Brenda Janish z Chicago. Tak powstała grupa Chicago Stitch ‚n’ Bitch. Później  Vickie Howell założenia grupę Los Angeles Stitch ‚n’ Bitch. Dziewiarska lawina ruszyła. 

Dziś kobiety spotykają się w różnych miejscach, często publicznych, jak kawiarnie czy parki, by wspólnie robić na drutach. How simple is that? Podobno takich grup na świecie jest aż 700. 

Gdyby Monika Wejman stworzyła lokalną grupę Stitch ‚n’ Bitch, byłabym pierwsza w kolejce, żeby dołączyć. Choć w życiu nie zrobiłam ani jednego ściegu. 

 

 

Monika mieszka w Olsztynie. Jest mamą 4-letniej Hani i prawie rocznego Kuby. To nasza zaprzyjaźniona Czytelniczka, która wzięła udział w wyzwaniu We Are Knitters i The Mother MAG: ,,Czy robienie na drutach jest jak jazda na rowerze?’’.

miałam długą przerwę w robieniu na drutach, byłam ciekawa jak sobie poradzę. Potraktowałam to jak wyzwanie… a ja lubię wyzwania. Wstyd się przyznać, ale ostatnią rzeczą, jaką zrobiłam na drutach, to szalik dla męża, Marcina, jakieś 2 lata temu… także dawno. Ale szalik ,,żyje” cały czas, jest w użyciu i Marcin twierdzi, że to jego ulubiony. Albo tak się tylko podlizuje. :))

 

Robienie na drutach kojarzy mi się z odpoczynkiem. Dziś, gdy mamy telefony przylepione do dłoni, odłożenie smartfona i wzięcie do rąk drutów to nie lada wyzwanie. To wręcz detoks od mediów społecznościowych, detoks od scrollowania i sprawdzania feedu co minutę. 

 

 

Gdybym miała wypisać kolejną turę 100 sposobów na Mother-Life Balance, robienie czegoś na drutach byłoby w pierwszej dziesiątce. Choć oczywiście nie jest to takie proste, jak mogłoby być.

 

kiedy próbowałam dziergać w ciągu dnia, Kuba zabierał mi włóczkę i memłał ją w buzi albo zaczepiał o druty. Wieczorami znów Hania domagała się uwagi, chciała uczestniczyć w pracy, pomagać, trzymać włóczkę i patrzeć. To było akurat fajne, bo lubię z Hanią robić różne prace, pokazywać jej różne techniki, itd. Ale w efekcie siadała na robótce, przez co materiał się ciągnął, bawiła się włóczką i niekiedy ciągnęła ją, co też nie pomagało, a raz niestety też zgubiłam oczko, co zauważyłam dopiero jakieś 10 rzędów dalej, więc musiałam spory kawałek robótki rozpleść i dziergać ponownie. Także ,,spokój” do pracy miałam tylko późnym wieczorem i w nocy. Ale udało się. Była to mieszanka pracy, przyjemności i niewyspania, ale z efektu jestem bardzo zadowolona. 

 

 

We Are Knitters to miejsce, gdzie możesz zacząć uczyć się robić na drutach. Dostajesz z dostawą do domu pakiet niezbędny do tego, by zrobić swój pierwszy sweter. Tak, razem z instrukcją obsługi! 

tego się nie zapomina, pamięć w rękach zostaje! 

Jeśli wierzyć Monice, wystarczy kupić sobie zestaw początkowy i próbować. I choć chodzi o to, by mieć piękną, ciepłą, naturalną i własnoręcznie zrobioną narzutę, ja widzę tu coś jeszcze. Pretekst, by odciąć się od świata i być tu i teraz. Pretekst, by dołączyć do nowej społeczności. Sposób na to, by zdobyć nowe umiejętności albo rozwijać dawno zapomniane hobby. 

Sposób na to, by zrobić coś samemu. A potem być z tego bardzo dumnym.

Wejdź na stronę www.weareknitters.pl i zobacz, czego możesz się nauczyć. 

Monika zrobiła narzutę (lub szalik, jak kto woli) The Kilim Blanket , a ma na sobie sweter Simone Cardigan. Jak jej wyszło? 

 

 

Film i zdjęcia: Emilia Pryśko

Modelka: Monika Wejman

Miejsce: Playschool w Olsztynie

Specjalne podziękowania Joli Paradnik za pomoc w realizacji artykułu.

Mam ochotę krzyknąć – na Boga! – gdy widzę to, co znajduje się w zakupowych koszykach ludzi, których mijam w grudniu. Zdaje się, jakbyśmy byli mistrzami prezentów ,,na ostatnią chwilę’’, ,,byle jakich’’ czy ,,nie wiem, co kupić, kupię to, co wszyscy’’. Zestaw czekolada + książka z półki ,,polecane’’ z Empiku to grudniowy szlagier. Można by powiedzieć – evergreen. A to nie są wcale najlepsze prezenty. 

I tym oto sposobem w grudniu stajemy się posiadaczami przedmiotów, o których nie marzyliśmy i z którymi nie wiemy, co zrobić. Oddać? Sprzedać? Wyrzucić? Tym oto sposobem nasze bliskie osoby znowu dostają skarpetki i krawat, co gwarantuje nam, że w Boże Narodzenie 2020 roku nikt na prezenty od nas czekać nie będzie.

A szkoda! Bo dawanie prezentów to świetna sprawa. A jeszcze lepsza, gdy są one trafione.

Oto moje 4 strzały w dziesiątkę, najlepsze prezenty dla kobiet. Rzeczy, które, jestem pewna, zachwyciłyby bliskie memu sercy kobiety. Moją siostrę, przyjaciółki, współpracowniczki…

Najlepsze prezenty dla bliskich kobiet

JEDEN, czyli Looks by Luks 

Jeśli widzisz dziewczynę w pięknym turbanie na głowie, na 90% jest on z Looks by Luks. Jestem o tym przekonana!

Ta polska (trójmiejska!) marka, która kilka lat temu stworzyła modę na turbany – nie tylko dla małych dziewczynek, ale dla ich mam, zamieszała w stylizacjach. Co mnie bardzo cieszy, kibicuję matce-założycielce Sylwii Luks – ta dziewczyna ma nie tylko styl, ale i intuicję oraz odwagę. 

Śmieję się, że pomysł Looks by Luks, by tworzyć zestawy matchy-matchy dla mamy i córki został wchłonięty przez przyjaciółki, które też chcą być matchy-matchy. A co!

Nie mogę nie wspomnieć o innych dodatkach, które obok turbanów podbiły kreatywne kobiece serca. Turbandy i twistbandy, czyli opaski do włosów z wbudowanym drucikiem, dzięki czemu można je dopasować i dowolnie ją układać, to kolejny pomysł na najlepsze prezenty pod grudniowym słońcem! 

PS Są ręcznie wykonane, w przepięknych kolorach, szyte w Polsce z tkanin ekologicznych, pozyskiwanych w zgodzie z etyką. 

DWA, czyli poduszki i pościele Hug The Stuff

Są rzeczy, które niby nie są do życia niezbędne, ale jednak nie możemy się bez nich obyć. No i hasło: co za dużo, to niezdrowo, jakoś nie chce nam przejść przez gardło. 

Najlepsze prezenty to miłe prezenty, a poduszki, na których odpoczywamy, do których się przytulamy i w dodatku te, które pięknie wyglądają – są najlepsze! I pościel – miękka, gładka, made in Poland.

Ta poduszka na zdjęciach to Pościel Tropikalna. To dobra, fragment pościeli. 🙂 W każdym razie już ten mały element może pokazać, czemu najlepsze prezenty to takie, które są użyteczne.

Widzę jeden trend. Zaczynamy dbać o to, czym otaczamy się w domu  -choć nikt tego nie widzi. Kiedyś najważniejsze było to, co widzieli inni ludzie. A to, co ukryte w domowych pieleszach, nie musi być najpiękniejsze, ważne że jest!

Zmieńmy to. Pościel, czyli coś tylko dla nas, można by powiedzieć – intymnego – powinna być piękna i komfortowa. Jeden z najlepszych wyborów na święta!

TRZY, czyli bluza #motherlifebalance

Uwielbiam tę bluzę. Może dlatego, że jest zaprojektowana przez nas, ekipę The Mother MAG.

To hasło Mother-Life Balance to nasza idea i spoiwo łączące nasze działania w Internecie. Nie było więc dylematu – ten napis ma się pojawić na naszych bluzach. Bluzach, które są wygodne, ciepłe, neutralne, nienachalne, szyte w Polsce!

Nasze bluzy mają po bokach zameczki, które można rozpiąć, gdy chcesz poczuć się swobodniej. Albo gdy jesteś w ciąży i nie chcesz, by żaden ściągacz uwierał Twój brzuch. Albo gdy karmisz piersią i właśnie przyszedł czas na posiłek.  

I dlatego uważam, że to świetny prezent. Ja dałam go sobie sama. Ale gdybym miała wybrać coś z całej listy miłych rzecz, które chciałabym znaleźć pod choinką. Albo dostać na urodziny. Wybrałam bluzę #motherlifebalance.

CZTERY, czyli złoty długopis Kaweco Brass Sport

Nigdy nie byłam gadżeciarą. Nawet celowo nie kupuję notesików i kalendarzy, bo wiem, że nie będę z nich korzystać, choć są piękne i chciałabym je mieć. Tak samo było z tym złotym długopisem…

Jest cudny. Niewielki, dość ciężki. Zdecydowanie nie jest to gadżet, który wrzucasz luzem do torebki. To jest długopis, o którym pamiętasz i o który dbasz!

Doczytałam dziś, że można na tym długopisie coś wygrawerować, więc pomyślałam, że to jest dobry pomysł na prezent nie tylko na Boże Narodzenie. Ale też z okazji wygranego przetargu, zdobytej nowej pracy. Dobry sposób, by pogratulować, by podziękować.

 

Najlepsze prezenty to takie, którymi nie chcemy się nikomu oddać! To takie, które same chcemy mieć. Pomyśl o tym, gdy będziesz myślała o tym, by kogoś obdarować prezentem. 

Dobrze?

Zdjęcia: Emilia Pryśko / The Mother MAG    |    Modelka: Monika Wejman

Czy kobiety są za głupie, by prowadzić własny kobiecy biznes?

(Pytanie jest zaczepne, ale odnoszę wrażenie, że kobiety uczą się, jak robić biznes, a faceci po prostu go robią.)

 

Moim zdaniem w ogóle kobiety nie są głupie, więc na pewno nie mogą być w czymś „za głupie”. Faktem jest jednak, że mamy większe ograniczenia niż mężczyźni, jeśli chodzi o własny biznes. Zawsze jest jakaś wymówka: jeszcze nie teraz, to nie jest odpowiedni moment, nie mam odpowiedniej wiedzy, doświadczenia, nie poradzę sobie, itp. Skupiamy się na tym, czego nie mamy, zamiast na tym, co mamy. Facet wpada na pomysł i działa, a babka – dopracowuje pomysł do perfekcji. A podkreślić należy, że jest to proces ciągły, nieskończony, bo przecież zawsze wszystko da się zrobić lepiej. Ostatecznie więc… nie robi nic. A przynajmniej nic, co przybliżyłoby ją do otwarcia własnego biznesu.

Nawet najlepszy produkt czy usługa są bezwartościowe, jeśli nie podzielisz się nimi ze światem. Często jest też taki oto scenariusz: kobieta dopracowuje ten swój produkt do perfekcji (powiedzmy już od roku), a w tak zwanym „międzyczasie” ktoś wypuszcza na rynek coś podobnego, i wtedy ona odpuszcza. Tylko dlaczego? O ile to nie był produkt na skalę wielkiej innowacji, to czy naprawdę wierzyła, że na rynku jeszcze tego nie ma?

Pewnie było, tylko, że ona tego nie wiedziała, bo nie zrobiła analizy rynku. Ale jeśli wycofuje się z działania tylko dlatego, że na rynku już coś jest, to obawiam się, że taki biznes faktycznie nigdy nie powstanie. Bo w dzisiejszych czasach na rynku mamy już prawie wszystko! A przecież klient nie kupuje wyłącznie produktu. Kupuje również sposób podania tego produktu, obsługi, podejście sprzedawcy, itp.

 

Jak bardzo kobiecy biznes różni się od tego tworzonego przez mężczyzn?

Podobnie jak Ty, również odnoszę wrażenie, że kobiety uczą się biznesu, a faceci robią biznesu. Doszukuję się tutaj winy w stereotypowym myśleniu i przekonaniach. Niestety często, nie naszych. 

Weźmy na przykład moje stare przekonanie, że biznes wiąże się z ryzykiem, i stereotyp temu przypisany, że gdzie ryzyko, tam zagrożenie, a gdzie zagrożenie, tam potrzebny jest obrońca. A obrońca kojarzył mi się z facetem, dlatego przez trzy czwarte swojego życia byłam przekonana, że biznes dedykowany jest wyłącznie mężczyznom.

A przecież ryzyko, to również szansa! Szansa na lepsze pieniądze, na wolność, ale przede wszystkim, szansa na szczęście, bo możemy robić w życiu to co kochamy. Jak powiedział Konfucjusz „wybierz pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia więcej w Twoim życiu”. Zgadzam się z tym w 100%!

Często słyszę opinie wśród kobiet, że własny biznes, to ciągła praca, brak czasu dla rodziny, stres i niepewność o przyszłość, w przeciwieństwie do etatu, na którym jest bezpiecznie. Zastanawia mnie wtedy, kto zaszczepił w nich te przekonania.

Zupełnie się z nimi nie zgadzam. Ciągła praca i brak czasu dla rodziny, to nasz wybór. Widzę tutaj raczej problem z asertywnością i balansem w życiu, a nie posiadaniem własnego biznesu. Co do niepewności o przyszłość, większe zagrożenie dostrzegam jednak w pracy na etacie. O ile nie masz szefa, który jest z Tobą szczery w zakresie finansów firmy, to możesz stracić pracę z miesiąca na miesiąc. Dzisiaj umowa o pracę na czas nieokreślony nie jest już tak wielkim zabezpieczeniem dla pracownika, jak to było kilka lat temu.

Przepraszam, ale mogłabym o tym opowiadać godzinami, a przecież pytanie było zamknięte. Wystarczyło odpowiedzieć: nie 🙂

Strasznie ubolewam, że tyle wspaniałego potencjału się marnuje przez brak wiary w siebie, ograniczające przekonania i zbytni perfekcjonizm. 

 

 

Co nas, kobiety, blokuje przed tym by założyć firmę, by wyjść ze schematu etat-dom?

Na pewno ograniczające nas przekonania i brak wiary w siebie, ale również lęk przed krytyką i brak wsparcia bliskich. 

„Po co Ci własny biznes? Powinnaś się cieszyć z tego, co masz”, taki tekst często słyszałam na początku swojej przygody z biznesem. 

Ale przecież ja się cieszę z tego, co mam! A z własnego biznesu najbardziej. 🙂

I gdybym wtedy posłuchała tych złotych rad, to pewnie dalej byłabym w tym samym miejscu, co 5 lat temu, i pewnie nawet w tej samej pracy i na tym samym stanowisku, narzekając na wysokość zarobków i brak możliwości rozwoju, „ciesząc się z tego, co mam”.

Dlatego, żeby wyjść ze schematu etat-dom, trzeba, po pierwsze, uświadomić sobie, że jesteśmy w tym schemacie, a po drugie, zatrzymać się na chwilę i odpowiedzieć na pytanie, czy życie, którym żyję jest naprawdę moje, tzn. czy jest oparte na moich przekonaniach?

Czy schemat, w którym jestem mi odpowiada? Czy to w jaki sposób żyję daje mi szczęście? I ostatnie, chyba najważniejsze pytanie (przynajmniej dla mnie), czy chcę przeżyć życie spełniając marzenia innych?

Oczywiście, nie generalizujmy. Nie każdej z nas szczęściem będzie posiadanie, prowadzenie i rozwój własnej firmy. 

Tu trzeba pogrzebać głębiej i dotrzeć do wartości. Dla przykładu, jeśli dla danej kobiety kluczową wartością jest bliskość, którą przypisuje do swojej rodziny, to mając negatywne przekonania dotyczące biznesu, niekoniecznie będzie się do niego rwała.

I to jest ok. Uważam, że nic na siłę. Najważniejsze, abyśmy nie bały się marzyć, spełniały te marzenia i były szczęśliwe. Niestety rzadko kiedy spotykam kobiety, które są w stanie odpowiedzieć na pytanie, czym dla nich jest szczęście, nie odwołując się przy tym do abstrakcji. 

Często słyszę, że szczęście jest wtedy, gdy „nie dzieje się nic złego, dzieci są zdrowe, jest za co jeść i żyć”. Aaaa, no i jeszcze, że „jest dach nad głową”.

I to jest z jednej strony super – faktycznie takie docenianie tego co mamy, ale z drugiej strony, to jest złe, bo przesuwamy własne szczęście na koniec kolejki. 

Mamy więc pewien paradoks: przed tym by założyć firmę i wyjść ze schematu dom-praca, blokuje nas właśnie bycie w tym schemacie, bo bardzo łatwo wpada się wtedy w pułapkę „ostatniego w kolejce” po szczęście.

Bierzemy, co mamy będąc za to wdzięczne, i nie dochodzi do nas, że możemy żyć inaczej.

I powiem Ci, że ja uważam, że nie wystarczy, że będziemy się cieszyć z tego, co mamy. Uważam, że należy wziąć życie we własne ręce, zdefiniować słowo szczęście i podążać za nim. Może po drodze okaże się, że jest tam miejsce na własny biznes 🙂

 

 

Kiedyś pytałam Czytelniczki, z czym im się kojarzy hasło ,,kobiecy biznes’’. Odpowiedzi były różne, ale wśród nich – mały biznes, błahy, nieopłacalny, niepoważny, na chwilę. Czy tylko mi się wydaje, czy same sabotujemy nasze działania, nadając im mniejszą rangę?  

Pamiętam ten post. Również się wtedy wypowiedziałam. 🙂

Pamiętam również odpowiedzi. Przyznam, że przykro mi było czytając niektóre z nich. 

Jednak takie definicje „kobiecego biznesu” nie wzięły się z powietrza. Zbudowane zostały na bazie przekonań – nabytych, i tych własnych. 

Być może w rodzinie była kobieta, której biznes nie wypalił. Albo przyjaciółka ma firmę sprzątającą, która nie zatrudnia pracowników, a wszystkie obowiązki wykonuje osobiście. A może partner w codziennej rozmowie rzuca mimochodem, że „Janek to robi prawdziwy biznes!”.

Ale Ty również masz rację. Sabotujemy nasze działania i strasznie sobie umniejszamy. Dla przykładu, jeśli coś poszło nie tak jak planowałyśmy, to mówimy „zawaliłam”, a jeśli osiągnęłyśmy świetny wynik, to mówimy, że nam „się udało”. No jasne, z pewnością SAMO SIĘ udało.

Przedziwne jest to, z jaką chęcią zbieramy baty, ale żeby się docenić, powiedzieć sobie coś miłego, to nieeee…

Moim zdaniem, problemem jest niska samoocena, która wpływa przecież na pewność siebie. Gdybyśmy nie miały z nią problemu, to nie miałybyśmy również problemu z oddzieleniem, co jest naszym przekonaniem, a co narzuconym. 

 

Jak myślisz, skąd w nas kobietach taka mała pewność siebie? A to właśnie brak tej pewności jest głównym czynnikiem, który zatrzymuje nas w miejscu i uniemożliwia rozwój. 

Zdecydowanie się zgadzam, że właśnie mała pewność siebie, lub nawet jej zupełny brak, jest głównym czynnikiem naszego „zastoju”. 

Pytasz skąd? Myślę, że z domu. Zwróć uwagę na to, że będąc dziećmi, nie miałyśmy takich problemów. To był świat zabaw, testów i wiecznej kreacji. Ale w pewnym momencie zaczął być światem ograniczeń. „Nie rób tak, bądź grzeczna, to nieładnie, a to nie wypada”. 

Skutek jest taki, że w dorosłym życiu boimy się wykonać jakikolwiek krok, bo boimy się oceny. Już nie ze strony dorosłych, a otoczenia. 

Wyjścia są dwa. 

Pierwsze, to terapia i przepracowanie dzieciństwa. Pójście do terapeuty nie oznacza bycie szaloną, choć mam wrażenie, że wiele kobiet tak uważa. Moim zdaniem, szaleństwem jest tego nie zrobić, gdy sama sobie nie radzę z przeszłością. 

Drugie, to zmienić otoczenie. Zdaję sobie sprawę z tego, że potrzeba przynależności jest jedną z naszych głównych potrzeb. Chodzą nawet słuchy, że powinna być zrównana z potrzebami fizjologicznymi w Piramidzie Maslowa. 

Ale do jasnej ciasnej, niech nie liczy się ilość, a jakość, zawiązywanych przez nas relacji.

Warto więc otoczyć się ludźmi, którzy pociągną nas w górę, a tych którzy ciągną w dół, przepraszam za brutalne nazewnictwo, należy się pozbyć.

Z prostego zresztą powodu – to oni sprawiają, że nasza pewność siebie jest taka mała. Jeśli więc nic z tym nie zrobimy, będzie jeszcze gorzej.

Często słyszę od kobiet „ale ja sobie nie poradzę sama” i wtedy wiem, że jej to wmówiono. 

Nie zrozum mnie źle. Nie namawiam do bycia niezależną super kobietą, co to jest taka samowystarczalna. Nic z tych rzeczy. Cenię sobie niezależność, ale we współzależności. Uważam jednak, że tylko ktoś o małej pewności siebie uzna, że sobie nie poradzi, bo po prostu w siebie nie wierzy. 

Dlatego tak ważne jest to, kogo mamy przy siebie. 

Warto również od czasu do czasu skoczyć na jakieś szkolenie, gdzie na pewno spotkamy ludzi podobnych do siebie. W końcu coś sprawiło, że spotkaliśmy się właśnie w tym miejscu.

To nie tylko wiedza, ale i energia, której rzadko kiedy można doświadczyć siedząc w domu.

Z doświadczenia Ci powiem, że power jaki dostaje na szkoleniach, pozwala mi po powrocie z nich, na wykonanie tygodniowej pracy w ciągu 2 dni 🙂

Głowa pełna pomysłów, dużo inspiracji, chęć do działania i ta pewność, że mogę góry przenosić. 

Przyznaję, że można się uzależnić 🙂 

 

 

A jak Ty wzięłaś sprawy w swoje ręce? Jaki ciąg zdarzeń sprawił, że to Ty dziś inspirujesz inne kobiety i uczysz je, jak wykorzystać potencjał i działać, jak prowadzić kobiecy biznes? 

Zaczęło się niewinnie od przypadkowego szkolenia. Przypadkowego, bo zdecydowałam się na nie z dnia na dzień, a jedyny cel jaki miałam, to zdobyć papierek trenerski. Już od kilku lat byłam czynnym trenerem, ludzie mnie lubili i chętnie przychodzili na moje szkolenia. Jednak w branży, w której działałam papier często był wymogiem i kilka zleceń musiałam przez to odpuścić.

To był czas, gdy działałam jak maszyna. Od zlecenia do zlecenia, od faktury do faktury. Nie miało to niestety przełożenia na wysokie dochody. 

Moje relacje z partnerem, rodziną, znajomymi były, delikatnie to ujmując, słabe. Można nawet powiedzieć, że ich nie było. 

Uważałam, że nikt mnie nie rozumie, nie kocha, i te sprawy.

I na tym szkoleniu mieliśmy moduł poświęcony pracy nad sobą. Byłam w szoku. Pamiętam, że chciałam zrezygnować. Przyszłam po papierek trenerski, a tu zupełnie nie o tym mowa!

Zostałam jednak. I tak się zaczęło. Pracowaliśmy wtedy nad odkryciem własnych życiowych wartości, nad komunikacją, zrozumieniem drugiego człowieka, ale przede wszystkim nad zrozumieniem siebie i swoich potrzeb. Doszło do mnie, że nie jestem w życiu szczęśliwa. Z partnerem jest poprawnie, ale bez szału, pracuję dużo, ale efektów finansowych brak, a w dodatku już dawno nie mieszczę się w moją ukochaną „eskę” i wyglądam jakbym była co najmniej 10 lat starsza!

Zrozumiałam wtedy, że nic się nie zmieni, jeśli ja czegoś nie zmienię. Zaczęłam więc od zmiany nastawienia do siebie. Przyznałam głośno, że „istnieje takie prawdopodobieństwo”, że to właśnie we mnie tkwi problem, a nie w otoczeniu.

Wróciłam po szkoleniu do domu i zaczęłam testować zdobytą wiedzę (jestem zadeklarowanym praktykiem!). 

Efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania! Okazało się, że powiedzenie drugiej osobie bez powodu „jestem z Tobą szczęśliwa” sprawia, że dzień jest dużo przyjemniejszy. I to dla każdej ze stron.

Na szkoleniu poznałam style komunikowania się i typy osobowości. I nie była to wiedza jedynie teoretyczna. Nagle rozmowy z partnerem stały się jakby.. lżejsze. 

Tak zaczęła się moja przygoda z samorozwojem. Każde kolejne szkolenie, to wiedza, którą od razu wprowadzam w życie. Testuję. Jeśli mi odpowiada i się sprawdza, zostawiam. Jeśli to jednak nie dla mnie rozwiązanie, parkuję na przyszłość, bo może się przydać np. moim kursantom.

Można więc powiedzieć, że wzięłam sprawy w swoje ręce, dopiero gdy zrozumiałam, że żyję w świecie nie swoich przekonań.

Na przykład w przeszłości nauczyłam się, że obrażeniem się na kogoś załatwię wszystko, więc gdy tylko coś szło nie po mojej myśli, był foch przez duże „F”.

Miałam też takie przekonanie, że „prywaciarz” na pewno dorobił się kantując, a uczciwi ludzie muszą ciężko (w znaczeniu dużo) pracować, aby do czegoś dojść. 

Były również lęki, typu „jeśli dzwoni klient, to znaczy, że coś na pewno (!) zrobiłam niezgodnie z umową” oraz zalatujące o fanatyzm, bronienie swojego zdania (niekoniecznie zawsze miałam rację, ale wtedy wkraczał do akcji foch).

Nigdy nie mówiłam o swoich potrzebach i oczekiwaniach, i miałam pretensje, że druga strona się tego nie domyśla.

A już zupełnym hitem było przyklejenie łatki „nie kochasz mnie” do każdego zachowania partnera, w którym odbiegał od tych wszystkich filmowych romansideł. No wiesz, kwiaty, czekoladki, spacery o zachodzie słońca, serenady pod oknem, itp.

Dzisiaj mam swoje przekonania, które są przede wszystkim oparte o fakty. Ale nie powiem, że było to łatwe, bo nie było. 

Trzeba przyznać się do popełnionych błędów i wziąć odpowiedzialność za swoje życie. 

Przestać zwalać winę za niepowodzenia na innych lub na otoczenie. Zrozumieć, że mamy w życiu to na co się godzimy. A jeśli się jednak na to nie godzimy, to musimy coś z tym zrobić, bo „samo się” nie zrobi. 

Zrozumiałam bardzo ważną rzecz wtedy: chcesz zmieniać innych, zmień najpierw siebie.

Później trochę to poszerzyłam o: chcesz kochać innych, pokochaj siebie. I właśnie z tym miałam chyba największą trudność. Ale to już opowieść na inny wywiad 🙂

A co sprawiło, że dziś to ja inspiruję i uczę inne kobiety?

Wydaje mi się, że to jest naturalna kolej rzeczy. Okazało się, że jak poukładałam siebie, to poukładały się również sprawy wokół mnie. Oczywiście nie same. To ja je poukładałam, ale wiem, że nie byłoby to możliwe bez pracy nad sobą.

W między czasie zrozumiałam, że bieganie od celu do celu i osiąganie ich dla samego osiągania, nie ma większego sensu. Poszukiwania wizji i misji w życiu doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Moją wizją było stworzenie najlepszej wersji siebie. Wiem, że brzmi to dość abstrakcyjnie, ale nadałam temu swoją interpretację. 

W moim odczuciu, każdego dnia tworzę najlepszą wersję siebie. Nie perfekcyjną, ale najlepszą – na dany moment. Poprzez ciągłą pracę nad sobą, cały czas się zmieniam. Podoba mi się, że to taki nieskończony proces, który wymusza, abym nie spoczęła na laurach.

Moją misją z kolei jest edukowanie. Nie chcę trzymać wiedzy, którą zdobywam wyłącznie dla siebie, bo szkoda marnować taki potencjał. Sama jestem przykładem, że warto pracować nad sobą, dlatego chcę zarażać swoją wizją. Każdego dnia zróbmy mały krok ku lepszej JA, a gwarantuję, że zyska na tym więcej niż jedna osoba. 

Cieszę się, gdy widzę, że moja wiedza zmienia czyjeś życie. Lubię pomagać. Tym bardziej, że mam taką możliwość.

 

Boisz się zmian?

Nie. Choć przyznam, że kiedyś panicznie się ich bałam. Kojarzyły mi się z zagrożeniem. Dzisiaj dostrzegam w nich szanse. 

Nie zawsze zmiany, które zachodzą w moim życiu mi się podobają. Czasem zdarza się coś, co zupełnie nie jest po mojej myśli. Ale zamiast rozpaczać, myślę sobie „jakie otwiera mi to możliwości?”.

Patrzę na to co przede mną, a nie na to co za mną. 

Wiele kobiet, które spotykam na swojej drodze boi się zmian. 

Nie dziwię się, bo z reguły zmiana kojarzy się ze stratą czegoś. Powtarzam wtedy, że życie nie lubi próżni i gdy coś stracą, to coś innego zyskają. Zresztą tak samo jest w drugą stronę. Każdy zysk niesie za sobą stratę. No chyba, że mowa o bilansie np. spółki 🙂

 

 

Uwielbiam pracować w grupie. Uważam, że jako element zespołu jestem dużo bardziej efektywna. Czy dlatego pracujesz z kobietami na szkoleniach, a nie spotkaniach indywidualnych? 

 

Od kilku lat pracuję z kobietami indywidualnie oraz w grupie. Różnica jest kolosalna. Pracuję w formule jeden na jeden, wyłącznie wtedy, gdy drugiej stronie zależy na szybkich rozwiązaniach (jestem doradcą biznesowym), ale przyznaję, że wolę prowadzić szkolenia. Nie chodzi jednak o mój komfort, a o to co dzieje się na sali szkoleniowej. Podczas indywidualnych sesji, pracuję na zasobach i potencjale tej konkretnej kobiety. Na sali szkoleniowej, każda kobieta pracuje w oparciu o swoje zasoby i potencjał, jak i o zasoby i potencjał innych kobiet. Nie raz powstaje z tego prawdziwa petarda!

Dodatkowo, nagle okazuje się, że „oooo, to nie tylko ja mam taki problem?” i pewność siebie wzrasta. Uwielbiam na to patrzeć.

Plus to o czym Ty wspomniałaś. Każda z tych kobiet jest jednostką, ale razem tworzą całość, i to co wychodzi z tego połączenia, często jest zdziwieniem nawet dla nich samych.

 

Osobiście uważam, że kobietom często brakuje odwagi. Niby w teorii wszystko jest jasne, ale w praktyce – brakuje tej odwagi, która pomoże zrobić pierwszy krok. Wciąż, generalizując, czekamy na pozwolenie, że możemy, że jesteśmy gotowe. Czekamy, aż ktoś zrobi ten pierwszy krok za nas. Bo brakuje nam odwagi. Też to zauważyłaś?

Niestety tak. Co dziwne, gdy los spłata nam figla, jakoś zadzieramy kiecę i działamy. I często na koniec mamy takie podsumowanie: „eee no, nie było nawet tak strasznie”.

Tylko po co czekać, aż los za nas zdecyduje? 

Brak odwagi wiąże się z brakiem pewności siebie. Po prostu boimy się, że nie wyjdzie. W sumie logiczne, bo jeśli byłybyśmy pewne, że wyjdzie, to pewnie byśmy działały.

W przypadku małej pewności siebie wspominałam już wyżej, że warto rozważyć terapię i zmianę otoczenia.

Ale ważne jest również, aby codziennie wzmacniać swoją pewność siebie. 

Pomóc mogą afirmację, choć znam Twoje zdanie na ten temat 🙂 Wzmocnienie samooceny również pomaga uwierzyć w siebie, a w konsekwencji, odważyć się na więcej.

 

Do kogo kierujesz Szkolenie „Nowy Start… Czas Start!”?

Szkolenie nie bez powodu nazwa się „Nowy Start.. Czas Start!”. Zastanawiając się nad nazwą przyświecał mi dawno temu zasłyszany tekst „to będzie pierwszy dzień reszty Twojego życia”. Takie symboliczne przebudzenie. Nowy Start.

Dlatego szkolenie kieruję do kobiet, które są na takim etapie swojego życia, że czują, że coś je uwiera, że coś jest nie tak jak powinno być, mają poczucie stania w miejscu, i zdecydowanie nie mają poczucia, że są szczęśliwe, a jednocześnie chciałyby to zmienić i odkryć własną definicję szczęścia.

To szkolenie dla kobiet, które straciły wiarę w to, że ich marzenia są możliwe do zrealizowania, mają wyrzuty sumienia, że zbyt wiele czasu poświęcają na życie prywatne lub zawodowe, czują, że brakuje im odwagi do działania, a ich relacje z bliskimi pozostawiają wiele do życzenia, bo dokładnie nad tym będziemy pracować podczas szkolenia. 

Wreszcie, to szkolenie skierowane do kobiet, które poszukują motywacji i przysłowiowego „kopa” do działania. 

 

Czujesz, że to jest to wsparcie, którego kobiety potrzebują na start?

Czuję, że to jest wsparcie, którego kobiety potrzebują cały czas. 

Choć przyznaję, że to odpowiedź przez pryzmat mojej osoby. Mam nadzieję, że nie będzie w moim życiu takiego momentu, w którym powiem „już nie potrzebuję wsparcia”. A jeśli tak będzie, to liczę, że ktoś mną mocno potrząśnie.

Tematy, które wybrałam na szkolenie nie są przypadkowe. Przeprowadziłam setki rozmów z kobietami na temat ich zadowolenia z życia prywatnego i zawodowego. Tylko co trzecia kobieta odpowiedziała, że jest w pełni zadowolona ze swojego życia. Ale nawet te kobiety przyznały, że niskie poczucie własnej wartości zabija nasz potencjał, a zbytni perfekcjonizm powoduje, że czasem „nie wyrabiamy”, co stanowi dla nas potwierdzenie, że się „nie nadajemy”.Przyznajemy się również do problemu łączenia obowiązków rodzinnych z pracą i do tego, że czasami brak nam umiejętności skutecznego zarządzania sobą w czasie. 

Celowo piszę „nam”, ponieważ również miewam gorsze dni.

Wchodzę w coraz śmielsze projekty i często stoję przed dylematem „czy jestem wystarczająco dobra, żeby spróbować?”, a potem dostaję wsparcie, które motywuje mnie do działania, i działam. Po kilku miesiącach pukam się w głowę i zastanawiam, skąd wzięły się tamte obawy 🙂

Mam poczucie, że każdego dnia robimy jakiś mały czy może nawet mikro start w nieznane, dlatego właśnie uważam, że wsparcie, które chcę dać kobietom poprzez to szkolenie, to wsparcie, którego my kobiety potrzebujemy cały czas.

 

 

____________________________________________________

Zapraszam Was serdecznie na szkolenie stworzone i prowadzone przez Dankę Piasecką.

 

Wyobraź sobie, że trafiasz do miejsca, gdzie inne kobiety, podobnie ja Ty, mierzą się ze swoimi słabościami. Szukają sposobu na wzmocnienie samooceny. Chcą odnaleźć balans między życiem prywatnym a zawodowym. Mają plany, cele i marzenia, ale brak im pomysłu lub wiedzy, jak zacząć działać. A dodatkowo zależy im, aby ich relacje były trwalsze i bardziej wartościowe.

To właśnie szkolenie „Nowy Start.. Czas Start!”.

 

LINK do BILETÓW 

Jesienią 2017 roku ruszyła kampania społeczna ,,Dziecko w Rozwodzie’’, która zwraca uwagę na sytuację dziecka, gdy rozpada się jego rodzina oraz uwrażliwiająca rodziców na dziecięce emocje.    

Z mediatorem rodzinnym Agnieszką Tulin-Kardaś i psychologiem Agnieszką Dżaman, inicjatorkami akcji ,,Dziecko w Rozwodzie’’ ze Stowarzyszenia Rodzin Pelikan w Gdańsku rozmawiała redaktor naczelna TMM Monika Pryśko. 

 

Monika Pryśko: Czy rodzice, z którymi macie kontakt, lubią swoje dzieci?

Agnieszka Dżaman: Nie widzą swoich dzieci. Widzą swój problem, swoje emocje związane z osobą, z którą się rozstały. 

Agnieszka Tulin: Gdy rodzice mówią, że kochają swoje dzieci i robią wszystko dla ich dobra, to ja im wierzę. Ostatnio przywiązałam się do hasła ,,obraz wroga’’, które określa, jak postrzegamy drugą osobę, poprzez filtry, które nakładamy. Jeżeli dzieje się coś złego w relacji, to nasz mózg robi wszystko, byśmy siebie samych postrzegali jako dobrą osobę. A skoro dzieje się coś niedobrego, ktoś musi być za to odpowiedzialny. To jest przerzucanie odpowiedzialności na drugą osobę. Jeśli wychodzi się z założenia, że jestem ,,ta dobra’’, a druga strona jest przyczyną konfliktu, wybiórczo przyjmujesz słowa czy zachowania drugiej osoby. Odbierasz tylko to, co pasuje do negatywnego obrazu osoby. 

MP: Czyli wszystko, co potwierdza naszą rację.

AT: Żeby mieć poczucie, że jest się w porządku. Ten ,,obraz wroga’’ powoduje, że skupiamy się, by sobie i innym udowodnić, że druga strona ma złe intencje, że kłamie. Zacierają się dobre wspomnienia, bo przestają pasować do tego obrazu, a wtedy dobro dziecka staje się tylko pojęciem. Człowiek nie ma świadomości, że to, co robi, dziecku nie służy. 

MP: Jaka sytuacja była impulsem do zainicjowania akcji ,,Dziecko w Rozwodzie’’? 

AD: Agnieszka, pamiętasz tego mejla?

AT: ,,Nic, nikt, nigdy i w żaden sposób nie przekona mnie do żadnych mediacji, negocjacji, ugód…

AD: ,,…  nie zawracaj mi głowy, bo jestem zajęta patrzeniem na błękitne niebo.’’ 

AT: To była odpowiedź matki na propozycję ojca, żeby spotkać się na mediacjach. Ten sam ojciec chciał zapisać ich wspólne dzieci na warsztaty, na co owa kobieta też się nie zgodziła. 

AD: ,,Dziecko w Rozwodzie’’ powstało z bezradności wobec sytuacji dziecka w obliczu rozpadu rodziny, które nie dość, że często pozostaje niewidzialne, to jeszcze jego dobro rodzice utożsamiają z własnym dobrem. A to nie są te same dobra.   

MP: Z czym kobiety na warsztatach czy mediacjach mają największy problem? 

AD: Z odłączeniem emocji. Żeby zauważyć więcej, trzeba chociaż spróbować te emocje puścić. 

AT: Dlatego na naszych warsztatach najpierw mówimy o potrzebach dzieci. Potem mówimy o konsekwencjach zaniedbania tych potrzeb, a na końcu tłumaczymy rodzicom, że do mediacji trzeba być gotowym. Nawet jeśli nie mogą czegoś zaakceptować, to powinni umieć wysłuchać argumentów drugiej strony, dopuścić możliwość, że ta druga strona też ma prawo mieć i okazać jakieś swoje potrzeby czy oczekiwania. 

AD: Ogromną siłą naszych warsztatów jest to, że rodzice nie widzą siebie nawzajem, bo rodziców, jeżeli zgłaszają się oboje, rozdzielamy do odrębnych grup, natomiast poznają osoby innej płci o podobnej historii. Okazuje się, że ten mężczyzna i ta kobieta mają ludzką twarz. Nie zobaczyliby tego, gdyby na tych warsztatach mieli wysłuchać np. swojego partnera. 

MP: Wyobrażam sobie, że tej motywacji do porozumienia może z czasem zabraknąć. 

AD: Trudno przyjąć, że druga strona też chce dobrze dla dziecka. I to jest blokada, która uniemożliwia myślenie o tym, że konsekwencje wynikające z rozstania często nie są winą i intencją drugiej strony. Większość energii ucieka kobietom na notowaniu potknięć i szukania błędów. 

MP: Trudno jest rozmawiać?

AD: Myśląc o dziecku, najważniejsze jest porozumienie między rodzicami, w każdej sytuacji. Przejścia tych ludzi są różne. Jedna strona wyszła ze związku, druga została z ogromnym bagażem emocji, bo np. została zdradzona albo porzucona. W dodatku nie zdawała sobie sprawy, że coś złego się dzieje. Ludzie do tego stopnia nie rozmawiają, że jedna strona nie wie, że druga myśli o rozstaniu. 

MP: Mnie osobiście uderza schemat, że rozstanie równa się wojna. 

AT: Niektórzy nie mogą uwierzyć, że można układać się ze skonfliktowaną osobą. 

AD: Tu powinno się zadać pytanie – gdzie w tym wszystkim jest dziecko? Dziecko jest niewidoczne, natomiast widoczny jest nasz konflikt, nasze emocje, związane z tym, co druga strona nam zrobiła.

AT: Subiektywne poczucie sprawiedliwości domaga się, żeby ktoś został ukarany. Ta złośliwość, ten odwet to tak naprawdę oczekiwanie, że będzie sprawiedliwie, że ta druga strona też poczuje ból. Sami chcemy wymierzać tę sprawiedliwość, a ta potrzeba jest bardzo ludzka. 

AD: Człowiek potrzebuje zadośćuczynienia, tylko pytanie za jaką cenę. Czy tą ceną jest dalsze spokojne życie dziecka? Pytam skonfliktowanych rodziców, czy rozumieją, co czuje dziecko. Czy oni widzą i rozumieją, że to dziecko ma dwoje rodziców, którzy się nienawidzą, nie rozmawiają ze sobą. A dziecko ma ciężar tej sytuacji na sobie. Pytam też, jak chcą, żeby dziecko ich oceniło, gdy już będzie dorosłe. Dopiero wtedy zmieniają perspektywę widzenia.

MP: Czy trafia do rodziców argument, że dziecko kopiuje zachowania rodziców i że w przyszłości może powielić ich schemat?  

AD: Jeśli widzą te schematy, to tak.

MP: A jeśli tylko jedna osoba zaczyna zdawać sobie z tego sprawę?

AT:  Nawet jeśli tylko jedna osoba jest aktywna, uczęszcza na warsztaty i zdobywa wiedzę, jej zmiana nastawienia inicjuje jakiś proces. Drugi rodzic zaczyna być po prostu ciekawy, o co chodzi. A nawet jeśli motywacją jest sam fakt, żeby ta druga strona nie była w czymś lepsza przed sądem, to to też jest dobre. Bo jak już ci rodzice przyjdą na warsztaty, życie ich i ich dziecka się zmienia. 

AD: Miłe są chwile gdy dzwoni telefon, a w słuchawce słyszymy, że była żona czy były mąż był na warsztatach i ja też chcę przyjść. Widać, że pomimo konfliktu, gdzieś w tych ludziach zaczynają się zmiany. 

MP: Od czego zwykle zaczyna się zmiana, gdzie jest punkt A?

AT: Zwykle zaczyna się od problemów w szkole. Dziecko nie radzi sobie emocjonalnie z tym, czym jest obciążane. Więc zanim rodzice trafią na warsztaty, zwykle obeszli już dwóch, trzech terapeutów, i za każdym razem słyszą, że dziecku potrzebne jest działanie rodziców. Terapia dziecka nie pomoże, jeśli nie będzie zmiany w nastawieniu dorosłych.  A większość naszych kursantów to osoby przysłane przez MOPR, z niebieskimi kartami, z akcjami wzywania policji na siebie nawzajem, z kłopotami z dziećmi.

MP: I wtedy zaczynają się problemy?  

AT: Rodzice bardzo chcą wspierać swoje dzieci, tylko na początku oczekują, że to się odbędzie poza nimi. Myślą, że zaprowadzą je do specjalisty, który gładko przeprowadzi dziecko przez kryzys. Przerzucają odpowiedzialność za problem na dziecko. 

AD: A problem jest wynikiem ich zachowania. Sama sytuacja rozwodu dla dziecka jest trudna, ale ona nie jest na tyle zaburzająca, żeby nie można było wyprowadzić z niej dziecka. Zaburzające jest to, co się dzieje później. 

MP: Chodzi też o przerzucanie się odpowiedzialnością? 

AD: Kto z nas chce myśleć o sobie jako o przyczynie złych zdarzeń? Chcemy widzieć, że ta druga strona jest odpowiedzialna. I tu jest pytanie o gotowość i dojrzałość tych ludzi. Matka, która przeżywa rozstanie, nie zdaje sobie sprawy, że jej emocje trafiają bezpośrednio w dziecko, co później powoduje objawy. Dziecko czuje się niepewnie, chce wspierać matkę, na co nie jest gotowe ani psychicznie, ani emocjonalnie. Często nie jest też gotowe na wiedzę, którą dostaje. Bardzo ciężko jest się powstrzymać od komentarzy na temat np. ojca dziecka. 

MP: Rodzinne rozmowy to skarbnica wiedzy, która często trafia do osób, które nie powinny ich słuchać. 

AD: Matki mówią, że to wręcz dobrze, że dziecko wie, jaki jest ojciec. 

AT: Albo że szanują to, że dziecko nie chce z nim utrzymywać kontaktu. Że one nie mogą w to ingerować.  

AD: Mówią, że to jest forma ochrony dziecka. 

AT: Dziecko, nawet jak odrzuca ojca stając za matką, przeżywa potem wielkie wyrzuty sumienia, bo ono czuje sie nie w porządku. 

AD: Ono chce zabezpieczyć matkę i jej uczucia, chce ją wesprzeć. 

AT:  Czytałam o tym, że czasem to taka nieświadoma strategia, że dziecko walczy w ten sposób o przetrwanie, czyli wybiera tego opiekuna, który jest bardziej dostępny, co do którego ma nadzieję, że będzie zawsze. Żeby nie stracić obojga rodziców, opowiada się po stronie jednego. 

AD: Nie zapominajmy, że dziecko przeżywa też własne emocje i problemy. Ma problem ze stałością obiektu, nie wie, że jeśli jedno z rodziców się wyprowadziło i porzuciło – bo to jest porzucenie – to drugie tego zaraz nie zrobi. Gdy rodzic wyprowadza się w domu, u dziecka automatycznie włącza się uczucie porzucenia. Gdy jest już nastolatkiem, rozumie sytuację, a mimo to często czuje się zranione, odrzucone. Bezpośrednią konsekwencją są problemy z zaufaniem wobec płci przeciwnej oraz lęk przed tworzeniem związków.

MP: Co jest jeszcze bardzo typowe dla takich sytuacji? 

AD: Niechęć wobec rodzica, który odchodzi. 

AT: Nie zawsze jest tak, że matki manipulują dziećmi. Czasem jest to strategia wybrana przez dziecko, ale i tak rodzic, który jest przez dziecko odrzucany, oskarża swojego byłego partnera. Czasami psychika dziecka kieruje się swoimi prawami. 

AD: Rodzice dopatrują się złych intencji drugiej strony. Bardzo łatwo jest zacząć myśleć, że skoro dziecko nie chce iść do taty, to znaczy, że ten ojciec jest zły. Z drugiej strony ojciec myśli, że matka nastawia dziecko przeciwko niemu i koło się zamyka. To jest właśnie strefa komfortu niektórych rodziców, z której ciężko im wyjść. 

MP: Kiedy rodzice wychodzą z tej strefy komfortu. Kiedy nastolatek ma za sobą próbę samobójczą, a trzecioklasista notorycznie wagaruje?

AT: Wcześniej. Rodzice kochają swoje dzieci i widzą, co się z nimi dzieje, ale zanim spojrzą na siebie, robią pielgrzymki po poradniach, psychologach, wychowawczyniach. Ze wszystkimi rozmawiają, angażują wiele osób, by pokazać, jak im zależy na dobru dziecka, ciągle nie przyjmując swojej odpowiedzialności za to, co się dzieje. Szukają wsparcia z zewnątrz. Natomiast takie zachowania skrajne mogą zmobilizować rodziców do spojrzenia na siebie. Skoro wszystko zawiodło, a problemy się pogłębiają, to czas wziąć się za siebie. 

AD: Niekoniecznie od razu dziecko ma objawy traumy, którą rodzice mu zgotowali przez eskalację swojego konfliktu. 

AT: Byłyśmy na konferencji, gdzie głos zabrała pani ordynator ze szpitala psychiatrycznego. Mówiła, że w tej chwili na oddziale ma tam dwa przypadki anoreksji, trzy próby samobójcze, przypadek bulimii i samookaleczania. To są dzieci 12-15 lat, które nie radzą sobie z emocjami, skrajne przypadki.

MP:  Jestem przekonana, że gdyby rodzice byli świadomi tych konsekwencji, nieszczęśliwych dzieci byłoby o wiele mniej. Mamy jeszcze wiele lekcji do odrobienia.

AT: W prawie rodzinnym mają się pojawić zmiany, to znaczy, że mediacja pierwsza, pojednawcza ma być obowiązkowa. Bo do tej pory była dobrowolna. Strony szły na nie bez entuzjazm, na zasadzie – idę bo muszę, bez intencji, żeby faktycznie szukać porozumienia. I wydaje mi się, że ta zmiana w prawie niewiele zmieni. Ja bym bardziej zaproponowała taką opcję, że w momencie, gdy jakiś pozew wpływa do sądu, rodzice odbywają warsztaty edukacyjne. Dostają porcję wiedzy na temat potrzeb dzieci, możliwych skutków i zagrożeń, i tego, co mogą z tym zrobić. To jest to, co robimy teraz.

MP: Czyli mediacje to kolejny krok? 

AD: Najpierw buduje się gotowość do podjęcia działań, edukacja. 

MP: Czy można skutki zaniedbania rodzicielskiego naprawić? 

AD: Nigdy nie jest za późno. Być może to, czego nie da się do końca naprawić, można jakoś zniwelować, zawsze jest na to dobry czas. Na szczęście coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że dziecku należy pomóc. Gorzej ze świadomością, że pomóc należy się również nam, dorosłym. Żeby pomóc dziecku, trzeba najpierw pomóc sobie.

 

____________________________________________________________

Weź udział w warsztatach dla rozwodzących się bądź rozwiedzionych rodziców.

Więcej informacji: www.dzieckowrozwodzie.pl 

____________________________________________________________

zdjęcia: Robert Sęk  / Melonure Collective

Jesteśmy jako Polacy pruderyjni, często zawstydzeni choćby pytaniem o seks w ciąży i bardzo podatni na internetową manipulację faktami medycznymi. Szczególnie będąc w ciąży!

 

Czy kobiety w ciąży mogą uprawiać seks? Oto jedno z pierwszych pytań, które zadałam dr. n. med. Maciejowi Socha, lekarzowi specjaliście położnictwa i ginekologii, ginekologii onkologicznej oraz perinatologii, Kierownikowi Oddziału Położniczo-Ginekologicznego w Szpitalu Św. Wojciecha w Gdańsku-Zaspie. 

 

Panie doktorze, czy seks w ciąży jest bezpieczny?

Czy naprawdę te pytania się jeszcze pojawiają? Ciągle? Znowu? 

 

Podobno kobiety w ciąży nie chcą kochać się ze swoimi partnerami. 

Jeżeli kobieta źle się czuje, czyli ma np. ból brzucha, bo pojawiły się skurcze, które mogą być objawami porodu albo odpływa płyn owodniowy lub ma obrzęknięte krocze, dodatkowo cała zmiana stanu hormonalnego doprowadza do tego, że się źle czuje, to ciężarna nie ma ochoty na współżycie. Nikt by w takiej sytuacji nie miał!

Jednak poza stanami chorobowymi, nie mam przeciwwskazań medycznych do seksu w ciąży.

Każdy z nas, jak jest chory, to mniej je, po to, by zmniejszyć metabolizm i zahamować rozprzestrzenianie się bakterii po organizmie. Gdy się źle czujemy, nie chce nam się uprawiać seksu, bo matka natura nie chce, byśmy dalej rozsiewali zarazki. Jest mnóstwo takich zachowań, których zbiór nazywamy ,,sickness behaviour’’, a które towarzyszą  chorobie. Podświadomie, biologicznie, zachowujemy się tak, a nie inaczej. 

Więc jeśli ciężarna nie chce się kochać ze swoim partnerem, powodem może być własny system ostrzegawczy organizmu i to akurat sytuacja w pełni akceptowalna.

 

Czyli mamy słuchać naszego organizmu?

Jako ludzie, jesteśmy po prostu zwierzętami. Warto czasem spojrzeć, jak zachowują się inne ssaki, zwierzęta działają bardzo instynktownie. Samice w trakcie porodu i tuż przed nim ,,dziwnie” się zachowują, szukają sobie ustronnego miejsca, są trochę spokojniejsze, chcą się zaszyć i to jest ostatni moment, w którym pomyślałyby, że jest to dobry czas na zbliżenie seksualne. Kiedy źle się czujemy, to seks nie jest naszym priorytetem. Ale warto posłuchać swojego ciała, bo w większości sytuacji życiowych nie ma przeciwwskazań do normalnych ludzkich zachowań, w tym seksu. 

 

Czy pana pacjentki w gabinecie poruszają temat seksu w ciąży? 

Oczywiście! Co ciekawe, często mówią zdziwione: panie doktorze, ten seks to jest jakiś inny. Pytam, co to znaczy. Okazuje się, że tak naprawdę nie jest gorszy czy lepszy, tylko… po prostu inny niż kiedyś. 

Ciąża wymaga czasem zmiany pozycji, zmiany przyzwyczajeń seksualnych. To nowy stan dla pary, więc może wymagać przystosowania.

 

Która pozycję wybrać?

Taką, która jest najwygodniejsza. A najczęstsza wybierana to tzw. pozycja na łyżeczkę. 

Większość kobiet fizjologicznie położy się na boku i będzie wolała współżyć właśnie w takiej pozycji, tyłem do partnera, i prącie znajdzie się w takim miejscu, że nie zrobi krzywdy ani dziecku, ani ciężarnej. A jak kobieta wygodnie się czuje, jej partner wygodnie się czuje, to znaczy, że jest dobrze.

Nikt nie ma wdrukowanego jedynego dobrego wzoru postępowania. Jesteśmy jak idealnie zbudowane maszyny, że jak coś się dzieje złego, to mamy wbudowany system alarmowy pod postacią na przykład bólu, niepokoju, pobudzenia. Więc jeśli kwestią jest tylko zmiana pozycji, proszę ją zmienić i dobrze się bawić. 

 

A jeśli seks w ciąży boli?

Jeśli boli, to znaczy, że organizm daje znać, żeby zmienić pozycję lub sposób współżycia. Generalnie seks powinien być przyjemny, a ból zwykle jest sygnałem alarmowym.

 

Mówi się jednak, że seks w ciąży skraca szyjkę macicy, a to źle. 

Jako ginekolodzy mamy narzędzia, dzięki którymi możemy zbadać, co się dzieje z szyjką macicy. Zauważyliśmy, że gdy szyjka macicy się skraca, to w fizjologicznej ciąży jest to jeden z elementów jej dojrzewania, który prowadzi wprost do porodu. Ale to, co zabawne, to to, że zapomnieliśmy, że dojrzewanie szyjki macicy jest procesem zarówno jej skracania, jak i zmiany konsystencji oraz ustawienia. Kierowaliśmy się tylko jednym z elementów – długością obserwowaną w USG. I na przestrzeni wielu lat zabranialiśmy pacjentkom współżycia – biorąc pod uwagę tylko długość szyjki macicy.

Pamiętam, że gdy zaczynałem pracę, to taka optymalnie wyglądającą szyjką macicy była ta długa, twarda, zamknięta. I wszystkim pacjentkom mówiliśmy, żeby nie współżyły, bo faktycznie, jak kobieta w ciąży uprawia seks, to szyjka macicy zaczyna dojrzewać. To pokazuje nasze ograniczenia i właściwie głupotę. Po pierwsze, wzięliśmy za pewnik tylko jeden z elementów, jakim jest długość kanału szyjki macicy, albo naszych palców, po drugie zapomnieliśmy, że fizjologicznie szyjka musi dojrzeć, a to wymaga czasu. Poród to proces, który rozpoczyna się nawet trzy dni przed pojawieniem się dziecka na świecie. A faktycznie to całość ciąży jest czasem, w którym dochodzi do zmian, których po prostu finałem jest poród. I jednym z tych elementów jest dojrzewanie szyjki macicy, która w przeciągu tygodni musi zmienić swoją konsystencję, skrócić się, ustawić. Jeśli mamy długą, twardą, zamkniętą szyjkę macicy, i nawet rozpocznie się już czynność skurczowa, a dziecko napiera na tkanki macicy, to strasznie to boli. Nawet mnie, na samą myśl, co musi czuć pacjentka. Jak ta szyjka ma dojrzeć? Nagle w ciągu kilku godzin? Tak się nie da!

 

No właśnie, jak ma dojść do tych zmian dzięki współżyciu?

W nasieniu są zawarte między innymi prostaglandyny, substancje, które wpływają na zmiany strukturalne tkanek szyjki macicy. Pewne włókna kolagenowe zamieniają się w inne, dochodzi do ich uwodnienia, i szyjka macicy zaczyna dojrzewać. Dodatkowo prostaglandyny z nasienia mogą spowodować delikatne skurcze macicy, bezpieczne dla ciąży, ale jednocześnie doprowadzające do zmian w szyjce, dzięki jej pociąganiu przez kurczącą się macicę

W Japonii przeprowadzono ciekawe badanie. Pacjentki zagrożone porodem przedwczesnym z krótkimi szyjkami podzielono na dwie grupy. W jednej grupie mogły współżyć, w drugiej nie.

Okazało się, że w tej grupie, w której kobiety współżyły, stało się coś strasznego – 

ta szyjka macicy jeszcze bardziej się skróciła, mimo to więcej porodów przedwczesnych było w grupie, która nie uprawiała seksu w ciąży. Szyjka się skróciła, ale stała się bardziej zbita, zmieniły się włókna, a sama szyjka była bardziej kompetentna do utrzymania ciąży.

 

To o co chodzi z tą szyjką macicy i całą aferą dotyczącą jej skracania?

Odpowiem na przykładzie ciąży bliźniaczej. Ciąża mnoga jest pewnym odstępstwem od fizjologicznych planów matki natury. Jeżeli macica ma ,,zaplanowaną” pewną granicę objętości i tym samym rozciągliwości, to w sytuacji, kiedy dwójka dzieci wymaga zwiększenia tej objętości, włókna mięśnia macicy, które są ze sobą w specjalny sposób spięte, musiałyby albo się rozerwać – na co biologicznie nie ma zgody. Wobec tego co ma zrobić macica, skoro jest takie mocne napięcie? Zaczyna się kurczyć. I wtedy dochodzi do porodu przedwczesnego. 

 

Więc co zrobić, by tej macicy było więcej, by zapobiec przedwczesnemu porodowi?

Macica ,,pożycza sobie” niejako tkanek z szyjki. Ona się skraca, a wtedy macica ma większą możliwość rozciągnięcia, ale pojawia się rozwarcie… 

Kiedyś w takich okolicznościach zakładano szwy szyjkowe, po latach okazało się, że założenie szwu szyjkowego w ciąży bliźniaczej zwiększa ryzyko porodu przedwczesnego o 215%. Czyli aż ponad dwukrotnie. Bo jeśli tę szyjkę ściągniemy, to macica nie ma sobie skąd pożyczyć tkanek, by się rozciągnąć, a wtedy organizm doprowadza do skurczów. Tak w prosty sposób można to zobrazować.

 

Czyli zbyt krótka szyjka to mit?

Nie, absolutnie. Czasem zbyt krótka szyjka, w pewnych tygodniach ciąży, jest objawem zagrażającego porodu i należy włączyć odpowiednie leczenie. Ja próbuję tylko powiedzieć, że mitem jest to, że najlepsza jest długa, twarda i zamknięta szyjka do dnia przed porodem, a później nagle jak supernova ma ulec ona rozwarciu. To niemożliwe. Faktem jest to, że szyjka dojrzewa, a seks w znakomitej większości przypadków nie szkodzi szyjce ani ciąży. Przeciwnie!

 

Może to głupie, ale wydaje mi się, że kobiety boją się uprawiać seks w ciąży, bo penis może zrobić krzywdę dziecku.  

W medycynie mamy różne ciekawe badania. Są też takie, które pokazują w rezonansie magnetycznym, jak ludzie współżyją i gdzie to prącie się wtedy znajduje. I z całym szacunkiem do nas facetów, ekstremalnie ciężko jest mi sobie wyobrazić, że penis dostanie się przez szyjkę macicy do jamy macicy i uszkodzi dziecko. Jest w stanie dotykać szyjki, ale zwykle pochwa w ciąży się wydłuża, zmienia też swój kąt, i prącie znajduje się po prostu w innym miejscu pochwy, najczęściej w sklepieniu tylnym. 

 

Mówi się, że seksem można przyspieszyć poród. 

Były kiedyś badania sprawdzające, czy współżycie z ejakulacją w pochwie to dobry pomysł na indukcję porodu, na zasadzie – chcielibyśmy już urodzić, to idziemy do łóżka. I to też pokazuje, jakimi wszyscy jesteśmy naiwnymi ignorantami, jeśli myślimy, że para, która nie współżyła przez całe 9 miesięcy, i teraz nagle zaczyna ze sobą sypiać w okresie okołoporodowym, może spowodować indukcję porodu. Nie!

Taki seks, to znaczy seks tylko w okresie przedporodowym, nie zwiększa szansy na wcześniejszy poród. Natomiast możemy inaczej – bardziej fizjologicznie! Gdybyśmy porównali pary nie współżyjące przez całą ciążę ze współżyjącymi przez cały ten okres, czyli u tych, gdzie ta szyjka macicy miała szansę dojrzeć, dzięki między innymi współżyciu, to u tych par będzie mniej ciąż przenoszonych powyżej np. 42. tygodnia. Te pacjentki urodzą częściej w terminie – w szacowanym terminie porodu. 

 

Czy polskie pary spodziewające się dziecka prowadzą aktywne życie seksualne?

Różnie. Statystycznie jest lepiej niż 10 lat temu i już rozkłada się to po połowie. Zmądrzeliśmy jako lekarze! Zrobiliśmy badania pokazujące, że medykalizacja przegrywa z podejściem naturalnym i już nie straszymy pacjentek seksem. Ale dalej do gabinetu przychodzą pary, które na pytanie, czy współżyją, odpowiadają – nie. Okazuje się, że taką decyzję podjęła kobieta. Pytam – nie chce pani?. Słyszę: – No chce, ale gdzie tam on będzie ze mną… z taką mną wielką… i… 

 

To znaczy, że kobieta decyduje? 

Kobiety w ciąży często nie pytają partnerów, tylko decydują za nich. Bo w ich ocenie mogą być nieatrakcyjne dla partnera. Ale nawet nie pytają go o to. Choć oczywiście bywa też i odwrotnie. Na przykład faceci nie chcą współżyć, bo się naczytali różnych rzeczy i się boją, że właśnie zrobią krzywdę dziecku albo krępuje ich sama myśl, że w seksie ,,uczestniczy” ich potomek. 

 

Ale ogólnie seks w ciąży to dobry pomysł?

My wiemy, że na poród wpływ ma wszystko, co działo się z kobietą w czasie ciąży. I też to, czy współżyła. Jeśli para nie uprawiała seksu w ciąży, to już jeden z tych elementów fizjologicznego zachowania (zaplanowanego przez naturę) jest zaburzony. 

Wyobraźmy sobie pacjentkę, która jest w 6. tygodniu ciąży, przestaje od razu pracować, kładzie się w domu owinięta folią bąbelkową i leży. Nie chodzi do pracy, nie ćwiczy. Oczywiście, że przytyje, a otyłość jest jednym z głównych czynników ryzyka powikłań zarówno śródciążowych, jak i okołoporodowych. I jeżeli ta kobieta przez kilka miesięcy nie jest aktywna, przytyła, nie współżyje, a potem przychodzi na salę porodową, na której wszystko dzieje się bardzo dynamicznie i musi ,,przecisnąć melona przez otwór wielkości cytryny’’, to pojawia się problem.

 

Jaki problem ma pan na myśli?

Chcemy, żeby pacjentka rodziła w pozycji stojącej albo jakiejkolwiek innej, ale nie leżącej, choćby dlatego, że grawitacja sprzyja temu procesowi. Kobieta ma być np. w pozycji kucznej, gdy krocze się otwiera, a tkanki się rozciągają. Proszę sobie teraz wyobrazić, że właśnie rodzi pacjentka, która przez całą ciążę nic nie robiła, nawet seksu z mężem nie uprawiała. Tylko kanapa i telewizor, bo ktoś nierozsądny zaszczepił w niej przekonanie, że jest chora i musi się oszczędzać. Duże uda i ciężki  brzuch utrudniają kucanie na płaskich stopach. Zwyczajnie trudniej się ruszać, kiedy przybrało się 30 kilogramów. Nie może się podnieść, kolana odmawiają posłuszeństwa. Gdy położna prosi, by ciężarna się położyła i np. zarzuciła na siebie nogi, a potem je przytrzymała, ona nie ma siły. Wszystko ją ciągnie i boli, bo jest nierozciągnięta i ciężko odwieźć szeroko uda. Pochwa jest ciasna, zamknięta, bo od 9 miesięcy poza palcami lekarza nic w niej nie było. Rodząca nie ma siły wziąć wdechu, więc jak ma przeć? Szyjka jest twarda, niedojrzała, bo skoro ciężarna nie współżyła, każdy skurcz piekielnie boli. To jest straszliwy ból! Pacjentka leży, krzyczy z bezsilności, jest zdemotywowana, nie ma siły, grawitacja jej nie wspiera. Gdy pacjentka podczas porodu leży, w skali od 0 do 10 odczuwa ból na poziomie 6/7, natomiast  gdy staje i np. kuca w trakcie skurczu, to ból zmniejsza się do 3/4. To standard. Ale żeby rodzić w pozycji stojącej, mniej bolesnej, trzeba być w formie fizycznej i psychicznej, a brak seksu w ciąży na pewno w tym nie pomaga.

 

Czyli sam żel do masażu krocza nie wystarczy?   

Naiwne podejście. Po co żel do masażu, gdy ciężarna ma w domu faceta, który ma najlepszy masażer na świecie, a uniesienie seksualne będzie działało znieczulająco. Prostaglandyny z nasienia wesprą dojrzewanie szyjki, a prącie rozmasuje krocze. Hormony szczęścia uwalniane podczas orgazmu spowodują uczucie szczęścia zarówno u ciężarnej, i dziecku.

 

Czyli jeśli mam do wyboru seks lub masowanie, wybierajmy seks? 

Gdyby porównać cztery grupy: 1. kobiety współżyjące w ciąży, 2. współżyjące w ciąży i masujące krocze, 3. kobiety nie współżyjące w ciąży, 4. nie współżyjące w ciąży ale i masujące krocze, to w grupie współżyjących masaż w niczym nie pomoże, jest po nic. Pomoże natomiast u tych ciężarnych, które nie współżyły w ciąży, ale dalej jest to słabym substytutem i blado wypada porównanie do tych, które uprawiały seks.

 

Czy seks ciężarnych jest w Polsce tematem tabu? 

Mamy mnóstwo ograniczeń i seks ciężarnych to faktycznie temat trudny. Gdy rozmawiam o seksie z kobietami w ciąży, one wydają się być czasem wręcz zniesmaczone moim pytaniem.

W Polsce gdy kobieta zachodzi w ciążę, to od razu realizuje ten mit Matki Polki, już jest naszym dobrem narodowym i świętym ciałem.

 

To znaczy?

,,Weź poleż’’, czyli proponujemy leczenie łóżkiem, które tylko zwiększa ryzyko żylnej choroby zakrzepowo-zatorowej, pogarsza przepływ maciczno-płodowo-łożyskowy, zmienia naczynioruchowość, to znaczy, że naczynia krwionośne stają się ,,leniwe’’ a ciało tyje, po prostu same szkody. Ale mamy Matkę Polkę, prawie świętą kobietę, a to ciężko już w naszej głowie połączyć z seksem.

 

Jakie jeszcze ograniczenia czują ciężarne? 

Libido jest w głowie. Ciężarnym wbija się do głowy, że są za grube, brzydkie i nie powinny uprawiać seksu. Albo że nie powinny współżyć w takim błogosławionym stanie, lub koleżanki mówią, że facetowi ten seks nie będzie się podobał. A nawet jak tego nie słyszały wprost, to i tak mają gdzieś z tyłu głowy, że każda kobieta z brzuszkiem jest brzydka, więc skoro w ciąży zwiększą się jej rozmiary, to źle. 

Oczywiście otyłość w ciąży jest dalej chorobą i szkodzi, ale z drugiej strony fizjologiczny przybór masy ciała i ciążowy wzrost brzucha powodują, że kobieta pięknieje! 

 

Głęboko nie rozumiem pojawiającej się niechęci do kształtów ciężarnej. To też piękny czas i warto z niego korzystać. Ciężarne pary mogą i powinny współżyć!

 

_________________________________________________

 

Dr n. med. Maciej W. SOCHA, lekarz specjalista położnictwa i ginekologii, ginekologii onkologicznej, perinatologii. Kierownik Oddziału Położniczo- Ginekologicznego Szpitala Św. Wojciecha w Gdańsku. 

 

 

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo