Change font size Change site colors contrast

 

Kiedy dowiedziałaś się, że nie możesz mieć dzieci?

Już w wieku 16 lat wiedziałam, że moja droga do rodzicielstwa będzie inna. Tak naprawdę miałam bardzo dużo czasu na oswojenie się z diagnozą i zaakceptowanie jej. W jakimś sensie dobrze się stało, że tak wcześnie się dowiedziałam. Pomyśl, mam 30 lat, idę do lekarza, wciąż podejmuję próby, a dziecka nie ma. I co? Nagle pan w białym fartuchu mówi ci: ,,Nie może pani mieć dzieci w sposób naturalny”. Jak myślisz, ile czasu zbierasz się po takiej informacji? Ile czasu potrzebujesz na zaakceptowanie takiego stanu?

 

Nie możesz mieć dzieci i co wtedy?

Trzeba zadać sobie pytanie – czego chcę? Czy pragnę być w ciąży, czy pragnę, żeby dziecko było podobne do mnie z wyglądu? Czy po prostu chcę być mamą i przygotować do życia w społeczeństwie małego człowieka i samemu doświadczyć wzlotów i upadków, jakie niesie ze sobą macierzyństwo. Gdy zaakceptujemy swoje położenie, możemy szukać rozwiązań. Jednym z nich jest adopcja. 

 

Adopcja – słowo, które przeraża.

I powoduje lęk, tysiące pytań i niewiadomych. Ale czy tego samego nie doświadcza mama będąca w ciąży? Czy nie zastanawia się, czy będzie dobrą mamą? Czy dobrze wychowa dziecko, czy pokocha je od razu? Takie same lęki dotyczą wszystkich mam, nie ważne, czy chodzi o biologiczne rodzicielstwo, czy adopcyjne.

 

Czy Twoje dzieci wiedzą, że są adoptowane?

Nie wyobrażam sobie sytuacji, że nasze dzieci dowiadują się od kolegów w piaskownicy, że są adoptowane. Od początku z mężem ustaliliśmy, że będziemy mówić maluchom, że wzięły się z serduszka, a nie z brzuszka, że długo na nie czekaliśmy i jak bardzo są dla nas wyjątkowe. Już teraz zbieramy zdjęcia, choćby z procesu powstawania ich pokoików, żeby pokazać, jak wyglądało nasze oczekiwanie na nie.

 

Jak Wasze dzieci na to reagują?

Gosia bardzo się ze mną utożsamia. Ona nie może przeżyć, że nie było jej w moim brzuchu, że jej nie urodziłam. Nie wie, że ta inna osoba nazywa się ,,mamą biologiczną’’, nie ma to znaczenia, bo oni nie mają i nie mieli żadnej relacji. Na Piotrku ten temat nie robi żadnego wrażenia, a Antek jest za mały, by to zrozumieć.

 

 

Myślisz, że maluchy będą chciały kiedyś poznać swoich biologicznych rodziców? 

Mają do tego prawo. Wydaje mi się jednak, że jedyną osoba, która może być w przyszłości ciekawa, kto ją urodził, będzie Gosia. 

 

 A Ty nie chciałabyś jej zobaczyć?

Szukałam jej kiedyś na Facebooku, ale bezskutecznie. Chciałam ją zobaczyć, choć nie wiem, czy chciałabym ją poznać. Jestem jej bardzo wdzięczna, dzięki niej mam dzieci, ale z drugiej strony – nie wiem, jakiej reakcji mogłabym się spodziewać. To jest obca kobieta, która zostawiła dzieci w szpitalu, nawet nie nadała im imion. 

 

Masz jakieś kompleksy z tego powodu? 

Żadnych. Mama to nie ta, która urodziła, ale ta, która wychowała. Jak kochasz, to kochasz. 

 

Co jest ważne podczas procesu adopcyjnego?

Bardzo ważne w adopcji jest wyłączenie litości, nie można adoptować z litości, to największy błąd, jaki przyszli rodzice mogą popełnić. Decyzja o adopcji musi być bardzo przemyślana i świadoma. Nie ma odwrotu, pojawia się dziecko, odpowiedzialność na całe życie. W adopcji ważna jest też tolerancja, biorąc dziecko akceptujemy całą jego przeszłość i nie ma tu miejsca na żadne „ale”, ono do nas przychodzi z czymś. I to ,,coś’’ to jest jedyne co ma z poprzedniego życia. Z jednej strony my rodzice chcemy zacząć od nowa, a z drugiej strony już historia się zaczęła bez nas. To bardzo trudne, ale wiem, że jesteśmy mądrymi ludźmi i razem z mężem sobie świetnie poradzimy. Takie dzieci jedyne czego potrzebują, czego są spragnione, to miłości, wręcz jej nadmiaru.

 

Niestety często adopcja kojarzona jest z tak zwanym ,,genem zła’’. 

Rozumiem obawy ludzi, ale to wszystko jest wyłącznie brakiem wiedzy i mocno krzywdzące dla dzieci. Rozmawiałam z panią pediatrą na temat genów i zapytałam, czy geny dają nam predyspozycję do pewnych zachowań. I odpowiedziała mi tak: geny są ważne, ale w dziedziczeniu chorób i w wyglądzie. To, czy wasze dziecko będzie dobrze wychowane, czy źle, to już wasza odpowiedzialność i rola, niestety łatwiej jest zwalić na geny. To są jej słowa, są dla mnie jak Biblia.  

 

To Wy wybraliście dzieci, czy to dzieci wybrały Was?

To działa w dwie strony. Ktoś tam na górze siedzi i nieźle tą adopcją kręci. Ale faktem jest, że ja sama znalazłam nasze maluchy. 

 

Jak to sama znalazłaś swoje dzieci?

Pojechaliśmy do domu dziecka, bo jednym z elementów kursu przygotowawczego było szkolenie na rodzinę zastępczą i staż w rodzinnym domu dziecka. Poszłam na salę noworodków. Siostra zakonna, która tam pracowałą, nie chciała mi pozwolić tam wejść, bo nie byłam uprawniona. Stanęłam i powiedziałam: albo wchodzę na noworodki, albo w ogóle nigdzie nie idę. Pamiętam, że dano mi do potrzymania kilkutygodniowego chłopca, gdy przyszła jedna z opiekunek i zapytała, czy nie chcę bliźniaków, bo akurat są szykowane do adopcji. Zapytam, jaka data urodzin. 21 stycznia – jak mój tata. Bez namysłu poszłam zobaczyć Gośkę, bo Piotrek był wtedy w szpitalu, złapał rotawirusa. Pierwsza myśl – to moja córka. Pobiegłam do Łukasza i mówię: słuchaj, znalazłam nasze dzieci. Najśmieszniejsze jest to, że w tym czasie, gdy ja mówiłam Łukaszowi o naszych dzieciach, właśnie one były przygotowywane do adopcji, dla nas!  Wybrane dla nas, jako nasze dzieci, dokładnie w tym czasie. Znalazłam dzieci, które były dla nas przeznaczone. Magia. 

 

Często mówisz o magii!

W 2016 roku powiedziałam do męża, że chcę mieć jeszcze jedno dziecko, syna Antoniego. Chcę, by był spod znaku ryby. Łukasz był sceptyczny, ale ja wiedziałam swoje. Mówię – zobaczysz, będzie Antek. No i jest. W dodatku biologiczny brat bliźniaków. 

 

Pamiętasz, jak zobaczyłaś dzieciaki pierwszy raz? 

Jak pani w ośrodku adopcyjnym wniosła Piotrka, to wpadłam w histerię. Gosię widziałam już wcześniej, więc widok tego chłopczyka zadziałał na mnie bardziej. I on był taki malutki. Miał 6 miesięcy, a wyglądał na 3. Nie mogłam się uspokoić. Pani go trzyma i mówi: to twój syn, uspokój się, weź go na ręce! To było bardzo, bardzo wzruszające. Nazwałam Piotrka najsmutniejszym dzieckiem świata. Był bardzo smutny. 

 

A Gosia?

Gośka była uśmiechnięta, a Piotrek – smutek w oczach. Miał minę dziecka, które nie wierzy. Kilkumiesięczne dziecko z oczami dorosłego człowieka. On nie wierzył w to, co się dzieje. Nie chciał, żeby go przytulać, jakby się asekurował, jakby nie chciał się przyzwyczaić i potem rozczarować. Pozbawiony wręcz wiary i nadziei. Przez te miesiące w domu dziecka on się wyjałowił z emocji, zrobił się bierny. My czekaliśmy dlugich 7 lat, ale one też czekały, całe 6 miesięcy swojego życia. 

 

Kiedy uwierzył, że ma rodziców?

Jest takie zdjęcie, jak bliźniaki wpięte w foteliki leżą pod drzwiami naszego domu, w dniu, w którym zabraliśmy je na stałe. Tak bardzo uśmiechnięte. To było dokładnie 4 lata temu. 

 

Co jest takiego w adopcji, że oczy Ci się świecą, jak o niej mówisz?

To jak uzależnienie. Bardzo mocne przeżycie, którego nie może doświadczyć każdy, bo przecież nie każdy z ulicy może wejść do ośrodka adopcyjnego. To doświadczenie nie ma sobie równych. Trudne, choć piękne, pełne sprzecznych emocji. Czasem mi się wydaje, że jestem uzależniona od tych emocji. 

 

 

Co było najtrudniejsze?

Oczekiwanie. Nie wiesz, kiedy zadzwonią, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka. 

 

Mieliście wybór?

Pytają, czy chcesz niemowlę. Mówisz, że chcesz roczne dziecko. Wtedy pada pytanie – no dobrze, a jak będzie miało rok i tydzień, to też możemy zadzwonić? No tak, pewnie! A co, jeśli będzie miało rok i miesiąc, to też możemy zadzwonić? W ten sposób z roku robią się dwa lata. Sprawdzane są twoją granice. 

 

Dlaczego chcieliście adoptować niemowlę, a nie starsze dziecko? 

Chciałam tworzyć więź z naszym dzieckiem od pierwszych minut, pierwszych dni jego życia. Nie chciałam, by umknął mi pierwszy świadomy uśmiech, pierwszy ząbek czy pierwsza marchewka. Chcę mieć świadomy wpływ naszych zachowań i reakcji na nasze dziecko, od

samego początku.  

 

Mając taką wiedzę, jak teraz, adoptowałabyś starszaka?

Nie podjęłabym się adopcji starszego dziecka, nie potrafiłabym udźwignąć już tego, co ma zasiane w głowie. A nie chciałabym skrzywdzić takiego dziecka, tylko dlatego, że wydawało mi się, że kto jak kto, ale ja potrafię wszystko!  Staram się mierzyć siły na zamiary i stawiać sobie rozsądnie granice. 

 

 

Adoptowalibyście chore dziecko?

W adopcji nie ma zdrowych dzieci. Z reguły są to dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Mowa o patologii, narkotykach, alkoholu, innych uzależnieniach rodziców. Większość maluchów ma jakieś braki wynikające z niezaspokojenia ich podstawowych potrzeb. Są to dzieci z

dużą niedowagą, dzieci cofnięte w rozwoju emocjonalnym, w mowie. Wszystkie te

defekty wynikają z braku miłości, czasu, którego potrzebuje każde dziecko. Ośrodek zadaje pytanie: jakie dziecko jesteście państwo w stanie przyjąć do swojej rodziny? Mając na myśli chore, widzę też dzieci upośledzone umysłowo, takie też czekają na adopcję i bardzo trudno jest im znaleźć dom.

 

Jak Wasza rodzina przyjęła dzieciaki?

Zakochani po uszy, wszyscy, od razu. Mają fioła na ich punkcie, kochają je bardzo. 

 

Jak wygląda procedura adopcyjna?

Jest żmudna, a państwo polskie niestety nie pomaga, a wręcz utrudnia na każdym kroku. Żeby przystąpić do procedury adopcyjnej, trzeba przygotować ogromną ilość dokumentów. Ogromną! Niektóre pary już na wstępie, wiedząc, ile żmudnej pracy będzie ich to kosztować, rezygnują. Poddają się. Mówią: ,,Ok, to jednak weźmiemy 20-ste in vitro’’. 

 

Co trzeba zrobić na początku?

Etap pierwszy to zapisanie się na kurs adopcyjny. My z mężem czekaliśmy 9 miesięcy, zanim nas zapisano. Kurs prowadzony jest metodą PRIDE i w naszym ośrodku trwał 9 tygodni. Spotkania po 3,5 godziny, raz w tygodniu. Tematyka opiera się na poznaniu emocji, potrzeb, uczuć dziecka, na tworzeniu więzi z dzieckiem, ale i również na tworzeniu relacji ze współmałżonkiem.

 

Co jest wymagane na tym etapie?

Żeby móc przystąpić do kursu, wymagany jest odpowiednio długi staż małżeński, w katolickim ośrodku adopcyjnym uznają na przykład tylko ślub kościelny. W czasie trwania kursu pani z ośrodka odwiedza w domu przyszłych rodziców, by sprawdzić warunki mieszkaniowe.

 

Co potem?

Drugi etap, czyli oczekiwanie na kwalifikacje. Zbiera się komisja w składzie: dyrektor ośrodka, psycholog, pedagog i dyskutują, czy się nadajesz, czy nie. Głównym punktem,

który biorą pod uwagę, jest relacja z małżonkiem. Po pozytywnej opinii oczekuje się na TEN telefon. Że czeka na nas dziecko.  

 

Po jakim czasie dzwoni ten wyczekany telefon?

Najkrócej czeka się na dzieci powyżej 2. roku życia i rodzeństwa, ośrodki dbają o to, żeby

ich nie rozdzielać. Za co im cześć i chwała. 

 

Ile siły trzeba mieć, by przez to przejść? 

Mimo że zaczynasz nowy rozdział w życiu, droga, którą rodzice adopcyjni muszą przejść, jest długa i trudna. Nie każda osoba jest na tyle silna, by się na nią zdobyć. To jest procedura, która bardzo narusza Twoje poczucie godności osobistej, intymność. Gdy idziesz do sądu na ostateczną rozprawę, sędzia na głos czyta, że ,,Pani Justyna z powodu takiej i takiej niepłodności adoptuje…’’ Coś, co było powiedziane za zamkniętymi drzwiami ginekologa, o czym wiedziałaś tylko ty, ewentualnie mąż, jest przeczytane głośno, słyszane przez wiele obcych osób i zaprotokołowane. 

 

 

Jest coś, czego się boisz?

Boję się, że odniosę porażkę wychowawczą i zawiodę moje dzieci. Boję się pytań o rodzinę biologiczną, czy będę umiała stanąć na wysokości zadania i pokonać własne lęki, zazdrość, aby pomóc im w poznawaniu swoich korzeni, wspierać i być przy nich w tych zapewne trudnych chwilach.

 

Czujesz się bohaterką wiedząc, że stworzyłaś dom trójce niechcianych maluchów? 

Nie lubię słów „podziwiamy was”. Bardzo mnie to drażni i zawsze odpowiadam, że podziwiać można małpę w zoo, ja nie czuję się bohaterką, nie chcę, żeby ktokolwiek mnie podziwiał. Jestem mamą jak miliony innych. To nie jest heroizm czy litość, to jest moja droga do rodzicielstwa. Świadoma, przemyślana, trudna, z wybojami, ale prawdziwa i jedyna w swoim rodzaju.

 

 

ZDJĘCIA: Bogna Ekowska

Lubimy podcasty. Bo można ich słuchać wszędzie. Bo mogą nam towarzyszyć podczas spacerów z dzieckiem, podczas podróży, stania w korkach i w kolejkach, podczas tworzenia tabelek w excelu, gdy czekamy na klienta i gdy gotujemy pyszną zupę. Dziś przedstawiamy polskie podcasty, których nie tylko fajnie się słucha, ale które są zabawne, mądre i inspirujące.

 

Polskie podcasty, które matka poleca!

 

tu Okuniewska

Podcast Joanny Okuniewskiej, która nagrywa w swoim mieszkaniu w Reykjaviku. Jest lekki, zabawny, ironiczny, bezpretensjonalny. Nazwałabym go codziennym – bo nie musi mieć w Twoim życiu żadnej innej funkcji, prócz relaksacyjnej. ,,Tu Okuniewska” to przyjemność do słuchania.

 

Słuchowisko. Pogadajmy o życiu. / Piąte: nie zabijaj

Justyna Mazur nagrywa dwa podcasty. Jeden jest o życiu, a drugi – o historiach kryminalnych. Myślę, że spodobają Wam się oba!

,,Pogadajmy o życiu” zaczęłam słuchać od pierwszego odcinka, rano. Robiłam rano kawę i włączałam głos Justyny.  A Justyna ma ciepły, radiowy głos, mówi spokojnie i jest rewelacyjna w przeprowadzaniu człowieka z trybu ,,śpię” do trybu ,,działam”. Podcast jest o rzeczach bliskich każdemu z nas. O przyjaźni, śmierć, ale też pracy czy przyjemnościach.

,,Piąte: Nie zabijaj” to nieco cięższy kaliber. Justyna przedstawia historie kryminalne, które wstrząsnęły ludźmi. A przy tym nie epatuje krwią, nie straszy słuchacza. Jeśli lubisz takie historie – spodoba Ci się na pewno.

 

Życie pełne pasji

To podcast Jakuba B. Bączka. Człowieka, który umie pomysły wcielać w życie, który dzięki swojej pracy oraz dobrym inwestycjom może sobie pozwolić na kilka mini-emerytur w roku i który pokazuje, jak to zrobić!

Bardzo inspirujący podcast dla osób, które chcą przekuć swoją pracę nie tylko w pieniądze, ale w szczęśliwe, interesujące życie.

 

Ja i moje przyjaciółki idiotki

Masz ochotę na coś zabawnego i bardzo lekkiego? Joanna Okuniewska nagrywa drugi podcast (kilka zdań wcześniej pisałam o ,,Tu Okuniewska”). Jest o relacjach, związkach, facetach, byciu wrażliwym, dobrym i… naiwnym. Pełno w tych nagraniach odniesień do muzyki pop i klimatów, które pamiętamy z podstawówki. Brawo Girl w wersji audio. Dużo śmiechów, rewelacyjne poczucie humoru, historie, które bardzo dobrze znamy, ale wstydzimy się przyznać.

Polecam serdecznie!

 

Mała wielka firma

Prowadzisz biznes? To znaczy, że na pewno znasz ten podcast, albo przynajmniej o nim słyszałaś.

To jest podcast o prowadzeniu firm, o współpracach, budowaniu swojej marki i tworzeniu komunikacji. Godziny wiedzy do słuchania!

 

Jogapdejt

Podcast o jodze, ale nie tylko. O ciele, dobrym samopoczuciu, relaksie, emocjach. Przede wszystkim to relaks dla uszu, bo tych nagrań po prostu bardzo przyjemnie się słucha. Moim zdaniem to może być doskonała kontynuacja codziennej praktyki jogi.

 

Więcej niż zdrowe odżywianie

To nie jest podcast, który włączysz sobie przed snem dla relaksu. Albo po to, by coś ,,poplumkało” w tle. Te treści, o bardzo określonej tematyce, potrzebują Twojego skupienia.

Wiem, że tysiące z nas codziennie szukają w Google odpowiedzi na pytania dotyczące zdrowia, diety, różnych dolegliwości itp. W tej audio formie jeszcze ich nie słuchałam.

 

 Katarzyna Bieleniewicz

Katarzyna mówi nie tylko o biznesie. Tak, jak ,,Mała Wielka Firma” jest skupiona na biznesie (z mojego punktu widzenia), tak podcast ,,Tuż Przy Uchu” to audycja, która skupia się też na bardziej ,,miękkich” tematach, jak odwaga, praca zdalna czy czytanie książek. To także rozmowy z ciekawymi gośćmi. Wielki plus za miły głos!

 

7 metrów pod ziemią

Jestem przekonana, że znacie cykl na YouTube Rafała Gębury. To są te same rozmowy, te same historie, tylko w formie audio. Wzruszające przejmujące rozmowy. Uwielbiam prowadzącego za takt i klasę. Za tematy, które porusza i rozmowy, które prowadzi bardzo delikatnie. Bez zbędnej sensacji.

 

 

W sieci jest coraz więcej dobrych podcastów. To są też często cykle dostępne na YouTube ale w formie audio – też fajna opcja dla tych, którzy akurat w ciągu dnia nie mogą poświęcić godziny na oglądanie nagrań. Ale mogą słuchać!

Jestem fanką audiobooków i podcastów.  Bo pozwalają mi robić kilka rzeczy jednocześnie.

 

A Ty? Jakich podcastów słuchasz?

Karina Kończewska to jedna z bohaterek 5 numeru The Mother MAG.

Jakimi hasztagami podpisałaby swoje życie? Na pewno #cancersurvivor #mommy #blogger #tattoo. Ale to przecież tylko ułamek.

Ta dziewczyna marynarza to silna babka. Nie lubi mdłych emocji, nie lubi mdłego makijażu. Lubi mocno żyć, mocno kochać, bo wie, że los rozdaje różne karty.

Ale póki jest dziś, to trzeba żyć tak, by to życie smakowało jak szampan na jej własnym weselu.

Karina Kończewska – rozmowa o miłości


Marta Szulawiak-Turska. Kilka lat temu była i na Pudelku, i w telewizji. Sporo szumu zrobiło się wokół jej osoby, choć wybrnęła z tego koncertowo. Po prostu zaczęła żyć tak, jak zawsze chciała. Dziś jest mamą trójki dzieci, żoną Mariusza i kobietą, która ma plan – na wszystko, a szczególnie na siebie.  

MOTHER

Olek robi mikstury. Tosia ma inhalacje. Leonard leży na podłodze. Pies Amber wskakuje na parapet w kuchni, ale ten od zewnątrz. Jak kot, który zrobi wszystko, by go wpuszczono do środka. Aktualnie kur nie ma, ale będą już niedługo, wrócą na ,,Wiochę u Turskich’’ na Wielkanoc. A dziś? Dziś jest niedziela i tak wygląda u Marty w domu.

Pierwsze dziecko to panika, a trzecie? To, co kiedyś wydawało jej się ogromnym wyzwaniem, teraz daje jej komfort. – Pamiętam, że gdy zostawałam sama z małym Olkiem, stresowałam się wszystkim. Teraz, gdy zostaję z samym Leosiem, czuję spokój. Czy ty wiesz, że jak Olek się urodził, a mieszkaliśmy wtedy w dwupokojowym mieszkaniu na Woli, przez pierwsze miesiące moja mama mieszkała razem z nami? Tak bardzo byłam zestresowana – wspomina Marta i dodaje, że teraz już wie, że emocje mamy przenoszą się na dziecko. – Byłam przestraszona, bałam się i płakałam i dokładnie to samo robił mój syn.

LIFE

– 11 grudnia 2010 dzwoni do mnie koleżanka z Top Model. Jest praca! Za dwie godziny mam się stawić jako hostessa na 30. urodzinach jakiegoś warszawskiego biznesmena. Mówię jej, że chyba zwariowała! Śnieg po pas, mój 20-letni samochód na bank nie odpali. Na co ona, że płacą 500 zł. Idę! – śmieje się Marta. Wspomina, że wtedy miała średni finansowo czas i takie zlecenia były fajną opcją. Na Placu Trzech Krzyży czekał na nie wielki Hammer na 15 osób. Ekipa miała przejechać nim na imprezę urodzinową. – Nagle otwierają się drzwi i wchodzi Mariusz. Pierwsze co widzę to buty z zawijanym czubkiem całe w soli – mówi Marta  i ze śmiechem dodaje: – To był mój Mariusz. Gdy wychodziliśmy na miejscu z samochodu, już byłam w nim zakochana.

WORK

Gdy Marta dała się poznać w pierwszej edycji Top Model, wszyscy dowiedzieli się, że tańczy w nocnym klubie. Program dał jej odwagę do tego, by zmienić swoje życie. Przecież taka przebojowa, odważna, bystra dziewczyna poradzi sobie w każdej sytuacji!

Marta wspomina, że pół roku po urodzeniu Olka, starszego syna, siedziała w domu, bała się wyjść nawet na spacer. Bała się tłumu. – Miałam baby blues. Nie chciałam wracać do pracy, bo czułam, że ten proces mnie przerośnie – tłumaczy. Ale przyjęła zaproszenie jednej z internetowych stacji telewizyjnych na prowadzenie programu o showbiznesie. – Zanim wyszłam z domu, płakałam, że nie dam rady. Gdy już udało mi się to zrobić, poczułam, że wracam do siebie. Trzy tygodnie po drugim porodzie byłam już na planie produkcji TLC ,,Sex – kup teraz’’! – opowiada Marta.

Niedługo potem zaprzyjaźniła się z Nataszą Urbańską i Agnieszką Komornicką, artystkami stojącymi za marką Muses. – Dziewczyny wolały sferę biznesową projektu powierzyć osobie trzeciej. Podjęłyśmy współpracę – mówi Marta. Zajmowała się księgowością, sprzedażą, dystrybucją. – Czy się na tym znałam? A skąd! Korepetycje z biznesu brałam u męża – śmieje się. W tym czasie bardzo pomogła jej mama. Marta mówi o niej ,,cudowna kobieta’’.

Gdy była w ciąży z Tosią, dostała propozycję udziału w casting do programu produkowanego przez TLC ,,Seks – kup teraz ’’. – Byłam w 7. miesiącu ciąży, a zadaniem castingowym było przeprowadzenie wywiadu z prostytutką. Z jednej strony ja i mój brzuch, a z drugiej dildo. Patologia! – śmieje się Marta. Wygrała go, a po chwili okazało się, że zdjęcia zaplanowano na końcówkę jej ciąży. Producenci nie zgodzili się jednak, by serię o seksie prowadziła kobieta w tak zaawansowanej ciąży. To by było zbyt kontrowersyjne. – Wyobraź sobie, że 5 tygodni przed planowanym terminem porodu odkleja mi się łożysko. Zdecydowano o cesarce. Z sali porodowej zadzwoniłam najpierw do męża, a później do producentki, by jej powiedzieć, że jestem w grze! – wspomina.

– Dwa lata temu świata nie widziałam poza Business Link. Rozkręcałam to miejsce do rozwoju biznesu na Stadionie PGE Narodowy – mówi Marta i wspomina, że to był hardcore. Trzeba było zapełnić, skomercjalizować i sprzedać 5000m2 powierzchni biurowej. Marta zaczęła swoje działania jeszcze na placu budowy. Uwielbiała to. – Jestem w tym po prostu dobra. Eskimosom śnieg też bym sprzedała – mówi. Jednocześnie był to dla niej bardzo wymagający czas. – To było coś. Kontakt z przedsiębiorczymi, inspirującymi ludźmi i ja, jako spoiwo między biznesami. Ale pracowałam od 8:00 do 22:00, więc gdy wychodziłam z domu, dzieci jeszcze spały, a gdy wracałam, już spały. Gdyby nie moja mama i rodzice Mariusza, nie miałabym takiej możliwości – opowiada Marta i pyta, czy byłam kiedyś na Sylwestrze Tantrycznym. – Po tym całym intensywnym roku wyjechaliśmy do miejsca, które pozwoliłoby nam odpocząć – mówi. W 2016 roku czuła się jak chomik w kołowrotku, a tam powtarzała mantry, medytowała, wyciszyła się, zatrzymała. – I tak się zatrzymałam, że zaszłam w trzecią ciążę.

BALANCE

Śmieje się, że do większego dbania o siebie zmobilizował ją znajomy, który zapytał, czy jest w czwartej ciąży. – A ja dopiero co urodziłam trzecie dziecko! – Marta właśnie skończyła detoks sokowy, regularnie ćwiczy, unika węglowodanów, chodzi na regeneracyjne zabiegi. Ale ma też w sobie dużo spokoju i pewności siebie. Pewności, który przychodzi razem z macierzyństwem.

Im ma więcej zajęć, tym więcej ma czasu. Może niekoniecznie na to, by poczytać w wannie, bo kąpiele to teraz owszem, ale z dwójką maluchów. Ale gdy starsze dzieci są w przedszkolu, umie dobrze wykorzystać te chwile, na planowanie i pracę, na swojego vloga i rozwój.

Marta to kobieta, na którą patrzysz i myślisz, że jest już kompletna i nic jej więcej nie potrzeba. Jest piękna, choć można się zastanawiać, czy chodzi tylko o uśmiech czy o coś nieuchwytnego, pochodzącego z wewnątrz. Ma energię, która sprawia, że dobrze się czujesz w jej towarzystwie. Jest zabawna, otwarta, ciepła, spontaniczna. Płynnie przechodzi z jednej roli w drugą. Uważna, choć spokojna mama, urocza żona swojego męża, kobieta, która wie, że szczęśliwa i spełniona mama to dzieci, które mają wszystko, czego im potrzeba. To się właśnie nazywa mother-life balance!

 

Plac Zbawiciela. Kilkupiętrowa kamienica w centrum Warszawy. Ostatnie piętro. Gdy była w pierwszej ciąży oglądała takie samo, niżej. Cena w porządku, ulica w porządku, ale czasu na remont brak, poza tym mieszkanie miało dziwny układ… Kolejne ogłoszenie. Ta sama klatka,  właściciele mają dobrą energię, a Justyna czuje, że widok z okna jest jej, to miejsce jest jej. Zresztą zawsze było, jeszcze zanim tu zamieszkała. Słynny Plan B, gdzie kończyła się każda impreza. Coffee Karma, gdzie Justyna pisała scenariusze, jeszcze jako prezenterka w jednej ze stacji muzycznych. Czy myślała o tym, by zamieszkać w innej części Warszawy? Nie, nie było takiej opcji.

-Mamooooo – krzyczy Jadzia.
-Słucham?
-Ja spadneeeeeee – Jadzia siedzi na łóżku piętrowym.
-Nie spadaj, zaraz Ci pomogę!

Drzwi do mieszkania Justyny, Sambora, Basi, Jadzi i Romka są otwarte. Już na klatce słychać lekki gwar, a to dlatego, że drzwi do domu są otwarte – na progu stoi wózek ze śpiącym Romkiem.

Kawa. Najpierw kawa, obowiązkowo. Przygotowuje dwa kubki, kręci się po kuchni, razem z nią Jadzia i Basia, Romek jeszcze śpi. Jest i sobotni domowy zgiełk, jest i kłótnia dwóch kilkulatek, radio cicho gra. Justyna pyta, czy z mlekiem. Poproszę.

Justyna Kozłowska, potrójna mama, autorka kanału ,,10 minut spokoju’’.

Dziewczyna, która ma spokój wymalowany na twarzy. Pytam, jak zwycięża nad codziennością. Mówi, że jest mistrzem logistyki. I wielką fanką komfortowego stylu życia, który sobie wymyśliła kilka lat temu i jest mu wierna. Wszystko robi się samo. Nie ma wolnych przebiegów. Jeśli to jest przepis na spokój, Justyna jest w tym świetna. Kuchenka ma pięć palników. Jednocześnie piecze się tarta i warzywa na pastę do chleba. Czy mieszkanie w centrum ułatwia życie? I to jak! Gdyby nie to, jej logistyka byłaby kiepska.

Kawa na stole, dziewczyny pod stołem, a Justyna karmi Romka.

Wygląda świetnie. Mówi, że koszula plus dres to jej ulubiony wyjściowy zestaw. Do tego zadbane paznokcie i włosy, minimum makijażu i jest gotowa. Zastanawiam się, jak to jest ogarniać trójkę dzieci, i to jeszcze z takim spokojem…

Pytam, co robi, gdy ma wszystkiego dość. Wychodzi. Idzie zjeść tajskie jedzenie, zabiera psa na spacer i kawę na wynos, idzie posiedzieć z laptopem w kawiarni – wystarczy wyjść z klatki i skręcić w prawo. Nie robi żadnego ,,comford food’’, nie zamyka się w łazience – odpręża się spacerując po Mokotowskiej.  A żeby zrobić sobie przyjemność, zamawia pomarańczową bezę w Ministerstwie Kawy. I robi wszystko, by wypić ciepłą kawę.

 

CZIPSY Z JARMUŻU

Umyj jarmuż, osusz i porwij na małe kawałki. Oczywiście możesz kupić w paczce taki już umyty i gotowy do spożycia.

Wrzuć liście do miski i skrop jarmuż oliwą z oliwek, dodaj sól, odrobinę soku z cytryny i gotowe. Możesz też dodać ostrą lub słodką paprykę, granulowany czosnek.

Liście rozłóż na papierze do pieczenia jeden obok drugiego i wrzuć do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piecz 8-12 minut. Trzeba być czujnym, żeby czipsy się nie przypiekły za bardzo, bo inaczej będą gorzkie i nie będą się nadawać do jedzenia.

 

PASTA Z PIECZONEJ MARCHEWKI

Jeżeli pieczesz coś na obiad, to wykorzystaj to, wrzuć zawiniętych w folię aluminiową kilka buraków czy marchewek – przydadzą się na pastę. Ta z pieczonej marchewki, choć brzmi niepozornie, smakuje mistrzowsko.

SKŁADNIKI:

  • 4-5 upieczonych marchewek
  • oliwa z oliwek – kilka łyżek
  • ząbek czosnku
  • nasiona słonecznika – kilka łyżek
  • sól i pieprz do smaku

Wszystko wrzucamy do blendera i po dwóch minutach mamy gotową pyszną i zdrową pastę.

Magdalena Statucka, wiceprezes Stowarzyszenia Wzornictwo Przemysłowe Warmii i Mazur (WPWiM). Pracuje na rzecz wzrostu innowacyjności w regionie Warmii i Mazur, bo według niej Warmia i Mazury to prawdziwy cud natury i nie zamieni ich na nic innego.

Jaki masz pomysł na swoje macierzyństwo?

Po pierwsze, daję sobie prawo do popełniania błędów. Wszystkiego trzeba się nauczyć, a macierzyństwo to jedna z najtrudniejszych szkół. Mam nadzieję, że będę mogła kiedyś, patrząc na mojego syna, powiedzieć sobie, że zaliczyłam tę szkołę na 5. Na razie, nie udaję, że jestem superbohaterem, jak mi brakuje mocy to proszę o pomoc.

Do drugie, cały czas mam w głowie, że jesteśmy odrębnymi jednostkami, które łączy wspaniała miłość. Zarówno ja, jak i mój syn, nie możemy zapominać o sobie samych. Każde z nas potrzebuje trochę przestrzeni dla siebie, na razie on mniej, ja więcej, ale też wiem, że te proporcje się zmienią.  

Twoje dziecko pyta – mamo, co robisz w życiu? – co odpowiadasz?

To co lubię. 🙂 Długo szukałam pracy, która dałaby mi satysfakcję, w końcu praca zajmuje 1/3 każdej doby, więc szkoda poświęcać czas zawodowy zmuszając się do pracy. Kilka lat temu miałam wielkie szczęście spotkać na swojej drodze zawodowej wspaniałych ludzi, z którymi tworzymy Stowarzyszenie Wzornictwo Przemysłowe Warmii i Mazur. Działamy na rzecz zwiększenia świadomości i wykorzystania wzornictwa w życiu i w biznesie.

Jaki jest twój ulubiony kobiecy rytuał?

Babski wieczór. Czas tylko dla mnie i moich przyjaciółek na plotki, śpiewy i mnóstwo śmiechu. 🙂 Przyjaźń, sama w sobie, w przypadku moich czarownic jest rytuałem, który czasem jest zrozumiały tylko dla nas.

 

Które trzy rzeczy czy sytuacje dały Ci ostatnio najwięcej satysfakcji?

Seweryna, mojego syna nie liczę, bo to nieskończona ilość satysfakcji.

Z sekcji zawodowej – udało nam się w Stowarzyszeniu pozyskać środki EU na realizację projektu ‘Design to dobre dla MŚP’, prawie 2 mln dofinansowania dla przedsiębiorstw z branży meblarskiej na zainicjowanie współpracy z projektantami. Będą z tego wspaniałe projekty, piękne meble. W końcu mamy najlepszych projektantów w Polsce: Szymon Hanczar – Hanczar Studio, Zosia Strumiłło-Sukiennik – Beza Projekt, Agata Kulig-Pomorska – Malafor, Maja Ganszyniec – Studio Ganszyniec, to tylko część wspaniałych projektantów, którzy będą tworzyć w ramach projektu. Już się nie mogę doczekać!!!

Z sekcji społeczno-przyrodniczej – podróżując pociągiem z Warszawy do mojego ukochanego Olsztyna przeniosłam się w czasie. Straszny tłok, brak miejsc, a podróż taka cudowna. Siedziałam na schodach pociągu, a za szybą takie piękne widoki, piękny jest ten kraj pomyślałam. 🙂 Nikt się nie złościł, że gorąco, ciasno, niewygodnie. Ludzie byli uśmiechnięci i serdeczni. I tak się poczułam, jakbym jechała na wakacje.

Z sekcji życie codzienne – w końcu udało mi się wstać rano po 1 alarmie budzika, zrobić i zjeść śniadanie, pobawić się z Sewkiem i dojechać do pracy na czas. Można? Można!!

Spontanicznie czy z kalkulatorem? Jak warto wg Ciebie podchodzić do życia?

Czasem sponton, czasem kalkulacja, każda sytuacja wymaga czegoś innego, w innych proporcjach.  Po prostu do życia podchodzę z umiarem. Granice są ważne, tylko trzeba je rozsądnie określić, żeby nie były barierą tylko poczuciem bezpieczeństwa.  

Czym jest według Ciebie hasło Mother-Life Balance?

Dobra matka to szczęśliwa matka.  Idę do kina z uśmiechem i bez wyrzutów, czasem nie posprzątam mieszkania na błysk, bo wolę spędzić czas z synem, mężem. Czasem siedzę w pracy do 2.00  w nocy bo trzeba złożyć wniosek, ale to przecież moja praca, na której mi zależy więc spoko, bez wyrzutów. Wstaję i czuję, jaki to będzie dzień – czy „Mama Magda” czy „Magda Mama” i każda opcja jest wspaniała;-)

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo