Change font size Change site colors contrast

Uważność jest procesem aktywnego dostrzegania nowych rzeczy. Kiedy to robisz, zaczynasz żyć w chwili obecnej. Stajesz się wrażliwszy na kontekst i perspektywę. To jest istota zaangażowania. Proces ten wcale nie jest energochłonny – wręcz przeciwnie, dodaje ci energii. Tym, co naprawdę nas stresuje, jest bezmyślne formułowanie negatywnych ocen, a także zamartwianie się, że nie będziemy w stanie rozwiązać problemów, które napotykamy na swojej drodze.

Należy pamiętać, że stres nie jest skutkiem wydarzeń, lecz tego, jak my je postrzegamy.

Myślisz, że coś może się stać, a wtedy będzie strasznie. Ale przewidywanie to iluzja. Nie jesteśmy w stanie się domyślić, co się wydarzy. Dlatego podaj pięć powodów, dla których np. nie stracisz pracy. Potem wymyśl pięć argumentów na to, że gdy tak się stanie, to taki obrót sytuacji będzie dla ciebie korzystny (nowe możliwości, więcej czasu dla rodziny itd.) W ten sposób odejdziesz od myślenia „na pewno tak się stanie” i zamienisz je na myślenie „może tak się stanie – a jeśli tak, to dam sobie radę”.

Najnowsze badania pokazują jednoznacznie, że praktykowanie świadomości, która jest wolna od oceny i skupia się na chwili obecnej (czyli uważności lub tzw. mindfulness), bardzo zmienia mózg. Wpływa regularnie na co najmniej osiem obszarów mózgu. Jednym z nich jest kora mózgowa, odpowiedzialna za samoregulację, czyli zdolność do celowego kierowania uwagi i zachowywania się w określony sposób, a także tłumienia odruchowych reakcji i elastycznego zmieniania strategii.

Osoby, które regularnie medytują uzyskują doskonałe wyniki na testach z samoregulacji – potrafią zignorować czynniki rozpraszające uwagę i udzielać prawidłowych odpowiedzi. Wykazują również większą aktywność w obszarze, który jest odpowiedzialny za wyciąganie nauki z przeszłości, aby wspomóc optymalne podejmowanie decyzji.

Neurobiolodzy potwierdzają, że ćwiczenie uważności wpływa też na obszary mózgu związane z percepcją, świadomością ciała, tolerancją bólu, regulowaniem emocji, introspekcją, złożonym myśleniem i poczuciem własnego „ja”.

Jak praktykować mindfulness w pracy?

– Przede wszystkim dobrze zacznij dzień. Badania wykazały, że już w ciągu kilku minut od przebudzenia nasze organizmy uwalniają większość hormonów stresu. Dlatego kiedy się obudzisz, poleż na łóżku jeszcze dwie minuty, po prostu obserwując własny oddech. Gdy w twojej głowie będą się pojawiać myśli związane z tym, co ma się niedługo wydarzyć, pozwól by odpłynęły i powróć do oddechu.

– Gdy dotrzesz do firmy, przez 10 minut (przy biurku albo jeszcze w samochodzie) wykonuj ćwiczenia wspomagające mózg. Chodzi o to, by poćwiczyć przez chwilę uważność, zanim wpadniesz w nurt codziennych obowiązków. Zamknij oczy, rozluźnij się i usiądź prosto. Całkowicie skup się na swoim oddechu. Za każdym razem, gdy poczujesz, że twoje myśli zaczynają gdzieś krążyć, powróć uwagą do oddychania. Przez resztę dnia o twoją uwagę będą walczyć różni ludzie i rozmaite pilne sprawy. Ale przez te 10 minut należy ona wyłącznie do ciebie.

– Uważność w akcji to wspaniała alternatywa dla iluzorycznej wielozadaniowości. Uważna praca polega na włączaniu skupienia i świadomości we wszystkim, co robisz, od momentu wejścia do firmy. Skup się na wykonywanym zadaniu i naucz się wewnętrzne i zewnętrzne czynniki rozpraszające twoją uwagę, a następnie świadomie je ignoruj.

– W późniejszej porze dnia, gdy rozpoczną się nieuniknione spotkania i zebrania, uważność może Ci pomóc w przeprowadzaniu krótszych, bardziej owocnych rozmów. Aby nie wchodzić na spotkanie z głową w chmurach, poświęć dwie minuty na ćwiczenie uważności, możesz to zrobić nawet w drodze na spotkanie.

– Z upływem dnia, gdy Twój mózg staje się coraz bardziej zmęczony, uważność może ci pomóc w zachowaniu ostrości myśli i ustrzeżeniu się przed złymi decyzjami. Po zjedzeniu lunchu ustaw w telefonie budzik tak, aby dzwonił co godzinę. Gdy usłyszysz dźwięk dzwonka, przerwij aktualnie wykonywaną czynność i przeznacz minutę na ćwiczenie uważności. Te przerwy pomogą ci się ustrzec przed wejściem w tryb autopilota.

– A kiedy twój dzień w pracy dobiegnie końca, a ty wyruszysz w drogę powrotną do domu, ponownie uruchom uważność. Wyłącz telefon i radio na co najmniej 10 minut i po prostu bądź. Pozwól, żeby myśli swobodnie przepływały przez twój umysł, nie zatrzymując się w nim na dłużej. Obserwuj swój oddech. Dzięki temu uwolnisz stres nagromadzony w ciągu dnia, a po powrocie do domu i rodziny będziesz w pełni obecny, zamiast odbiegać gdzieś myślami.

 

Sprawność emocjonalna. W jaki sposób skuteczni liderzy zarządzają swoimi myślami i uczuciami?

Skuteczni liderzy nie angażują się w swoje emocje ani nie starają się ich tłumić. Zamiast tego podchodzą do nich w uważny, wydajny sposób, którego fundamentem są określone wartości. Jak uwolnić się z haczyka negatywnych myśli i emocji? Jak nie być niewolnikiem własnych uczuć?

⦁ Rozpoznaj u siebie schematy. Pierwszym krokiem w budowaniu sprawności emocjonalnej jest to, by nauczyć się zauważać, kiedy nasze myśli i uczucia biorą nas na haczyk. To nie jest proste zadanie, ale istnieją pewne znaki, których można wypatrywać. Jednym z nich jest to, że twoje myśli stają się sztywne i powtarzalne. Druga wskazówka jest taka, że historia, którą opowiada twój umysł, wydaje się stara – jakby dotyczyła czegoś, co już kiedyś przeżyłeś.

⦁ Nazwij swoje myśli i emocje. Nazwij myśl myślą, a emocję emocją. W ten sposób stwierdzenie nie robię wystarczająco dużo zmienia się na mam taką myśl, że nie robię wystarczająco dużo. Dzięki nazwaniu zaczynasz widzieć we własnych myślach i uczuciach to, czym naprawdę one są: nietrwałe źródła danych, które mogą się okazać pomocne lub nie.

⦁ Zaakceptuj je. Przeciwieństwem kontroli jest akceptacja, czyli niepodejmowanie działań pod wpływem każdej myśli i niepoddawanie się negatywności, lecz reagowanie na własne pomysły i emocje w sposób otwarty, zwracanie na nie uwagi i pozwolenie sobie na ich przeżywanie. Weź 10 głębokich oddechów i zwróć uwagę na to, co się dzieje w danym momencie. Możliwe, że poczujesz ulgę, ale nie ma gwarancji, że twoje samopoczucie znacząco się poprawi. Może być tak, że uświadomisz sobie, jak zdenerwowany jesteś.

⦁ Podejmij działania zgodne z twoimi wartościami. Kiedy uwolnisz się z haczyka trudnych myśli i emocji, możesz podjąć działania. Zachęcamy liderów, by skupiali się na koncepcji wykonalności: czy twoja reakcja przyniesie korzyści? Czy zrobisz krok do przodu? Emocje zmieniają się, jak pogoda. Wartości natomiast są czymś stałym, do czego możesz się odwołać w każdej chwili i dowolnej sytuacji.

 

Nie da się zablokować trudnych myśli i emocji. Skuteczni liderzy zwracają uwagę na swoje wewnętrzne przeżycia, ale nie dają się złapać na haczyk. Umieją uwolnić swoje wewnętrzne zasoby i podjąć działania, które są zgodne z ich wartościami.

Mindfulness (uważność) nie polega na tym, żeby żyć w zwolnionym tempie, lecz na wzmocnieniu skupienia i świadomości zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Chodzi o to, by umiejętnie ignorować czynniki rozpraszające uwagę i nie zbaczać z drogi, która prowadzi do osiągnięcia twoich prywatnych i zawodowych celów.

 

 

Fragmenty tworzące tekst pochodzą z książki Mindfulness. Inteligencja emocjonalna. Seria „Harvard Business Review” o inteligencji emocjonalnej. Wydawnictwo HELION.

Nie wszystkie atakują silnym uderzeniem, nie zawsze trafia się do szpitala czy choćby lekarza. W wielu przypadkach wydaje się, że to osłabienie, spadek formy, lenistwo, wymyślanie problemów, próba zwracania na siebie uwagi. Żyjemy w świecie, z którego tempem i oczekiwaniami ludzki mózg często sobie nie radzi, bo nie jest przystosowany do tak wysokiego poziomu stresu. I tak często doświadczanego, właściwie bez przerwy. A stres to tylko jedna z przyczyn.

Odkąd pamiętam, miałam poczucie, że jest we mnie jeszcze jedna osoba. Taki wewnętrzny bliźniak, który czasami podejmuje decyzje za mnie. Jego wybory nie zawsze mi pasowały, często kosztowały mnie dużo złych emocji i wstydu. Przede wszystkim jednak, ta jego obecność odbierała mi pewność siebie. Świadomość, że on może przejąć stery, odbierała mi spokój. Od niedawna mój towarzysz ma nazwę, to zaburzenia afektywne dwubiegunowe (CHAD).

Marta Osadkowska: Nie wyglądasz na chorą.
M: Jestem teraz w stanie, który nazywa się eutymią. Po ludzku oznacza to, że teraz jestem po prostu sobą, bez najmniejszego śladu choroby. Wszystko działa prawidłowo, kontroluję swoje decyzje, a moje emocje są ustabilizowane i … po prostu moje.

MO: Mogą być nie twoje?
M: O tak. Przez całe życie towarzyszyło mi poczucie, że nie mam nad sobą pełnej kontroli. Jakby był we mnie ktoś jeszcze, kto podejmuje decyzje. Postaram się to wytłumaczyć. Pamiętasz bajkę „W głowie się nie mieści”? Człowiek w głowie miał konsoletę, którą sterowały emocje. Ja czułam się, jakby czasami ktoś mnie odsunął od tego centrum dowodzenia. Czułam i widziałam, że nie ja rządzę swoimi reakcjami, ale też miałam świadomość, że to nie dzieje się gdzieś poza mną. Na przykład rozmawiałam z kimś dla mnie ważnym i ciekawym. Bardzo chciałam się dowiedzieć, co ma do powiedzenia. I nagle słyszę siebie, jak przerywam zdania tego człowieka i wylewam z siebie potok słów. Wcale tego nie chcę, ale nie umiem przestać. W takich chwilach doznaję uczucia rozdwojenia, jakby było mnie dwie. To jest element hipomanii, jednego ze stanów doświadczanych w tej chorobie.

MO: Opowiedz o tych stanach.
M: Wcześniej wspomniałam o eutymii, to jest stan prawidłowego funkcjonowania. W nazwie choroby mamy depresję i manię. Czym jest ta pierwsza, mniej więcej każdy sobie wyobraża. To obniżona energia, smutek, brak zainteresowania czymkolwiek. Nie ma siły na najprostsze czynności, konieczność ich wykonywania przynosi rozdrażnienie. W cięższych przypadkach to totalna niemoc, człowiek nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Wszystkie te pomysły, żeby wtedy skupiać się na pozytywach, tylko dobijają. Świadomość, że masz cudowne dzieci, tylko pogłębia poczucie własnej beznadziejności. Nie myśli się wtedy: mam takie super dzieci, warto dla nich żyć, wstanę i ruszam. Nie, to jest stan, w którym idzie się w kierunku: biedne te moje dzieci, że muszą żyć z taką matką. Byłoby im lepiej beze mnie, jak wszystkim zresztą. Pojawiają się myśli o śmierci, myśli samobójcze. Depresja tak bardzo boli, że jeśli jej zakończeniem ma być odebranie sobie życia, to ten krok jawi się jako ratunek od cierpienia.
I żadne zachęcanie do pozytywnego myślenia nie ma tutaj racji bytu, bo pozytywne myślenie jest kompletnie poza zasięgiem.

Po przeciwnej stronie skali mamy manię. To jest absolutny high life! Czujesz, że możesz latać. Mam mnóstwo energii, potrafię w kilka dni zrobić pracę na miesiąc, posprzątać mieszkanie, zaplanować wakacje i weekendy na pół roku do przodu. To czas wielkiego pobudzenia, masz poczucie, że jesteś nadczłowiekiem. Myśli są jasne i przejrzyste, zdania układają się w doskonałe wypowiedzi, jesteś królem wystąpień publicznych, nie ma barier typu wstyd czy brak pewności siebie. Oczywiście to, jak sam widzisz siebie, odbiega od tego, jak faktycznie wyglądasz. Ktoś, kto dobrze cię zna, może być wystraszony. Bo nagle jesteś wyzywająca, odważna, nadpobudliwa, nie dajesz nikomu dojść do słowa, a te słowa, które uważasz za odkrywcze i mądre, mogą być zwyczajnym bełkotem. Jest się wtedy pobudzonym seksualnie, bardziej chętnym do kontaktów niż normalnie. Wiele osób uprawia wtedy zupełnie przypadkowy seks, nawet jeśli z natury są cnotliwe i żyją w celibacie. Manię charakteryzuje takie ostre nakierowanie na cel. Dążysz, żeby go za wszelką cenę osiągnąć, nie oglądasz się na koszty. Jak sobie wtedy wkręcisz, że bierzesz kredyt i kupujesz luksusowy samochód, to dążysz do osiągnięcia tego, nie ma miejsca na rozsądek. Pół biedy, jak się odbijesz od pani w banku i w tym uniesieniu, jej naurągasz wyprowadzany przez ochronę. Gorzej, jak ten kredyt dostaniesz i kupisz auto, którego wcale nie potrzebujesz i na które cię nie stać. Ludzie potrafią w tym stanie zaciągać potężne kredyty, przegrywać budowane całe życie firmy w karty lub lecieć na wakacje, na które nie mają pieniędzy.

MO: Czemu atakujesz panią w banku, która odmawia ci pieniędzy? Przecież ona robi ci przysługę.
M. Przy ataku manii tak tego nie postrzegasz. Masz wtedy cel i każdy, kto stanie ci na drodze, jest największym wrogiem. Czujesz, że masz misję, która zmieni na lepsze całe twoje życie więc jest jakaś logika w tym, że nienawidzisz osoby, która próbuje ci to uniemożliwić.

MO: A co potem? Budzisz się pewnego dnia z kredytem, którego nie masz z czego spłacić?
M: Albo w jakimś obcym mieście, bez pieniędzy. Albo dociera do ciebie, że właśnie przegrałeś w kasynie dom, w którym mieszka twoja rodzina. Wtedy często przychodzi depresja. Uświadamiasz sobie własną beznadziejność, jesteś w złej sytuacji finansowej, z której nie widzisz wyjścia. W moim przypadku zawsze najpierw była atak manii, a później depresja dociążona wyrzutami sumienia. Z tego, co wiem, to najczęstszy cykl.

MO: I co wtedy?
M: Wtedy powinieneś iść do lekarza. W ogóle takie impulsywne wydawanie pieniędzy to powinna być jasna wskazówka, że coś jest nie tak.

MO: Ty poszłaś do lekarza. Na początku zdiagnozowano u ciebie inną chorobę.
M: To była podręcznikowa historia. Przejmowałam się stanami depresyjnymi, którym w moim przypadku towarzyszyły lęki i ataki paniki. Ponieważ miałam skomplikowane i mało przyjemne dzieciństwo, łatwo było pójść w tym kierunku. Zdiagnozowano u mnie stany depresyjne wynikające ze stresu pourazowego i w tym kierunku prowadzono terapię.

MO: Lekarz się pomylił?
M: Nie, lekarka zrobiła wszystko, jak trzeba. To ja nie mówiłam jej o stanach manii, z tej prostej przyczyny, że nie odczuwałam ich jako coś złego. To jest rewelacyjny stan i cieszyłam się, kiedy nadchodził. Dopóki się nie przekroczy pewnej bariery w ataku manii, trudno jest ją postrzegać jako problem. Sama pomyśl: masz mnóstwo energii, czujesz się silna i wspaniała, nie musisz wiele spać, za to chce ci się pracować, spotykać z ludźmi, organizować imprezy. Wszystko się chce. Cały świat jest po twojej stronie, nie ma rzeczy niemożliwych.

MO: Kiedy się zorientowałaś, że to nie jest dobry stan?
M: Kiedy obudziłam się po jednej z imprez i zdałam sobie sprawę, że prawie nic nie pamiętam. A wypiłam może dwa lekkie drinki. Miałam mgliste wspomnienie, że dużo rozmawiałam, że sporo się działo. Nie umiałam sobie nic przypomnieć. Kiedy opowiedziałam o tym lekarce, zaczęła zadawać kolejne pytania. Najpierw o to, czy zdarza mi się nagle wydać dużą sumę na coś, czego jeszcze dzień wcześniej wcale nie chciałam. Zdałam sobie sprawę, że to dzieje się regularnie, ale myślałam, że po prostu nie umiem oszczędzać. Albo że sobie rekompensuję fakt, że kiedyś niczego nie miałam, a teraz mnie stać na wiele rzeczy. Człowiek umie sobie wszystko wytłumaczyć.

MO: Wtedy usłyszałaś diagnozę. I co poczułaś?
M: Z jednej strony ogromną ulgę. Wreszcie ten cały chaos we mnie, te wszystkie dziwne stany, ten wewnętrzny bliźniak miały jakąś nazwę. Mój wróg został zebrany w jedną całość i nazwany. Ta choroba wyjaśniała tak wiele moich akcji, których nie potrafiłam zrozumieć. Nagłe napady agresji, myśli o śmierci, podejmowanie dziwnych decyzji, pozbawiony przyczyny głęboki smutek, zmęczenie życiem… Nagle to zostało uporządkowane i mogłam to jakoś poznawać i próbować kontrolować. Ale obok tej ulgi czułam zagrożenie. Jakby ktoś naruszył moje granice bezpieczeństwa. Czułam potrzebę bycia z ludźmi. Z natury jest solidnie introwertyczna i lubię być sama, ale wtedy nie mogłam tego znieść. Kiedy mój mąż pracował w domu, siadałam obok niego i nic nie robiłam. Po prostu potrzebowałam być blisko niego. Trwało to kilka dni, ale wreszcie się unormowało. I została tylko ulga. Myślę, że mnie było o tyle łatwiej przyjąć diagnozę, że usłyszałam ją w znajomym gabinecie, od lekarki, do której chodziłam od dawna. Z tego, co wiem, jestem w mniejszości w tej kwestii. Częściej zdarza się tak, że w wyniku potężnego ataku manii lub depresji, trafia się do szpitala psychiatrycznego i tam dopiero, po podaniu leków i uspokojeniu, poznaje się swój stan. To musi być potężny cios.

MO: Dla ciebie nie był?
M: Nie. Ja zawsze czułam, że coś jest ze mną nie tak. Od zawsze byłam bardzo wrażliwa, wyczulona na wszystko, każdy nerw na wierzchu. Przeżywałam głęboko sytuacje, które innych kompletnie nie poruszały. Byłam wychowywana w klimacie ukrywania uczuć, do tego często słyszałam od mamy, że jestem dziwna i mam się zachowywać jak inne, normalne dzieci. Szybko nauczyłam się ukrywać emocje i udawać kogoś, kim nie jestem. Stworzyłam sobie bardzo rozbudowany świat wewnętrzny, często żyłam w nim bardziej niż w tym realnym. Odkąd pamiętam miałam też takie poczucie, że moje życie niebawem się skończy więc nie ma się co zakorzeniać. Te myśli towarzyszyły mi nawet, gdy byłam małym dzieckiem. To też jedna z oznak choroby.

MO: Urodziłaś się z tą chorobą? Ona jest dziedziczna?
M: Z chorobami psychicznymi jest tak, że dziedziczy się raczej skłonność do nich. A chory rodzic może mieć zdrowe dziecko, które nigdy nie doświadczy żadnego z epizodów manii czy depresji. Jeśli w rodzinie był ktoś chory, ryzyko wystąpienia chorób psychicznych jest większe, oczywiście. Można urodzić się z tą chorobą, ale ona nigdy się nie odpali. Najczęściej pierwszy stan powodowany jest przez bardzo emocjonalne wydarzenie, które nas przerasta, jak śmierć kogoś bliskiego czy jakieś duże załamanie w sferze zawodowej. U kobiet bardzo często zapalnikiem jest ciążą i poród. W takich sytuacjach zwykle jest to potężny atak, który kończy się w szpitalu. Zwykle tych łagodniejszych po prostu nie zauważamy. Cieszymy się ze wzrostu energii, jej spadek zrzucamy na pogodę, brak słońca czy zmęczenie. A potem przychodzi epizod, który nie pozostawia wątpliwości. W moim przypadku choroba musiała włączyć się, kiedy byłam bardzo mała i była ze mną od zawsze. Moja pani doktor mówi, że gdyby dzisiaj usłyszała o dziecku, które bez żadnego powodu jest doskonale oswojone z faktem rychłej śmierci i ta myśl nie wywołuje w nim smutku, ale podekscytowanie, to wszystkie lampki by się jej zapaliły. Ale, nie oszukujmy się, kto o tym myślał trzydzieści lat temu?

MO: Mówiąc o stanach, których doświadcza się chorując na psychozę maniakalno- depresyjną, wspomniałaś o hipomanii.
M: Hipomania to stan podwyższenia energii, pobudzeniem, impulsywnością, który nie spełnia kryteriów manii. To w większości te same zachowania, ale trwają od niej krócej i nie są aż tak silne. Nie doświadcza się psychoz, nie traci całkowitej kontroli. Pamięta się później swoje działania, choć może nie ich intencję, czy towarzyszące im myśli. Ja to pamiętam bardziej jako widz, jakbym obserwowała to z boku. Kiedy mania połączona jest z psychozą, często nie pamięta się swoich działań. I ciężko w nie uwierzyć.

MO: Jak to ocenić, czy zachowanie jest jeszcze gorszym samopoczuciem, czy już symptomem choroby?
M: Nie jestem lekarzem, nie umiem fachowo tu odpowiedzieć. Moim zdaniem, to się czuje. Coś jest nie tak. Reakcje są często nieadekwatne do sytuacji. Ja czuję dużo smutku, choć nie mam do niego powodu. Zdarzało mi się odczuwać wielki ból w radosnych momentach i nie umiałam powiedzieć, dlaczego. Nie rozumiałam, czemu nie umiem się cieszyć. Myślę, że trzeba słuchać intuicji, która podpowiada nam zwykle dobrze. No i te stany będą się powtarzać. To nie będzie jedna czy dwie sytuacje, raczej cykl. Koleżance odpowiedziałam kiedyś tak: jeśli jest co smutno w obiektywnie radosnej chwili i nie możesz już dłużej zasłaniać się PMS, to warto wybrać się do psychologa. Zawsze warto, to na pewno nie zaszkodzi.

MO: Czytałam badania, że ludzie chorzy na CHAD, nawet ci doświadczający psychoz i ciężkich stanów, nie oddaliby tej choroby, gdyby mogli.
M: Tak, też o tym czytałam. Może to kwestia manii, które są tak silnym doświadczaniem doskonałości, że trudno byłoby z nich zrezygnować? A może dlatego, że ta choroba jest jakąś częścią człowieka, bardzo uwrażliwia i wzmacnia czujność na innych? A może to oswojony towarzysz, z którym ciężko się rozstać? Pewnie jest kilka powodów.

MO: Ty byś oddała CHAD?
M: Może kiedyś… na pewno jeszcze nie teraz.

 

 

________________

 

Tutaj szukaj pomocy:

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym

800 70 2222 – Linia wsparcia dla osób w stanie kryzysu psychicznego

 

Współczesny świat niespecjalnie zachęca do refleksji, nie tylko nad uczuciami. Polityka, media społecznościowe, media w ogóle oczekują od nas błyskawicznej, najczęściej właśnie emocjonalnej reakcji. Naszymi emocjami się pogrywa, manipuluje: strachem, nienawiścią, ale też współczuciem, zachwytem. Zanim się obejrzymy, już jesteśmy w środku tej gry, cali rozemocjonowani. Z jednej strony o uczuciach mówi się praktycznie bez przerwy, z drugiej strony, coraz mniej o nich wiemy, coraz gorzej je rozumiemy.

Człowiek emocjonalnie dojrzały dopuszcza do siebie całą gamę uczuć: radość, zachwyt, ale też przeżycia trudniejsze: złość, urazę – potrafi je od siebie odróżnić, wytrzymać, nie wszystko musi od razu wyrażać.

Dojrzałość emocjonalną można zdefiniować także inaczej: to efekt przepracowania najważniejszych faktów życiowych, ułożenia się z nimi – z tym, że nie jesteśmy samowystarczalni i wszechmocni, nie możemy też zatrzymać upływu czasu. Warto mieć taką przestrzeń w głowie, w której można myśleć o tym, co się czuje. Dzięki myśleniu o uczuciach otwierają się różne rzeczy. Rzeczywistość się poszerza i zaczyna się ją rozumieć w bardziej złożony sposób: można coś dać innym, można coś od innych wziąć, czymś się podzielić. Łatwiej jest znaleźć rozwiązanie swojego problemu. Książka „Czując” pełni rolę korytarza prowadzącego do tej przestrzeni. 

W rozmowach z psychologami autorka omawia uczucia, których wszyscy doświadczamy i wśród których wszyscy się czasami gubimy.

Zakochanie, jak wiele innych fascynacji czy inspiracji, które nam się przytrafiają, to jest coś na kształt kredytu. Pewna szansa czy też okazja do tego, żeby zbudować coś solidniejszego. Zakochanie to nie jest miłość. To jest zaproszenie do niej. Uczucia stanowią paliwo, są warunkiem koniecznym miłości, bo trudno sobie wyobrazić, że będzie pani kochała kogoś, kto panią odstręcza, czy kogoś, kto się pani nie podoba. Coś musi panią chwycić za serce, ale uczucia same nie wystarczą. Nie da się z nich zbudować czegoś trwałego. Faza zakochania trwa od dwóch do czterech lat. Żeby inne uczucia – bliskość, przywiązanie, przyjaźń, lojalność – „weszły” i dalej wiązały się z miłością, trzeba nad tym trochę popracować. Ludzie są niepowtarzalni i w związku z tym relacje między nimi są niepowtarzalne. To, jak utkamy relację między nami, to będzie część naszej wewnętrznej, niepowtarzalnej podróży. 

Nie znaleziono kultury, w której nie ma zazdrości. Miejsca takie istnieją jedynie w romantycznej wyobraźni optymistycznych antropologów. Zawiść i wstyd zawsze się ze sobą splatają. I to jest błędne koło – bo im gorsza się czuję, tym bardziej widzę, że ja nie mam, a inni mają, i tym bardziej jestem zawistna. Trudno z tego wyjść. Czym różni się zawiść od zazdrości? Zawiść pojawia się wcześniej w naszym rozwoju i jest bardziej pierwotna. Zwykle dotyczy jakiejś cechy, atrybutu: ktoś coś ma, a ja nie i jest mi z tym źle. Człowiek chorobliwie zawistny niszczy w sobie zdolność do bycia zależnym. I nie chce uznać rzeczywistości, tego, że nie można mieć wszystkiego. Tych, którzy pozornie mają, spotykam w gabinecie. Mają pieniądze, świetną pracę, urodę, charyzmę, ale cierpią tak, że nigdy by się pani z nimi nie zamieniła. Nie ma ludzi, którzy mają wszystko. Jak zdrowo doświadczać zawiści? Trzeba dopuścić do siebie to, co się czuje. Nie oceniać. Jeśli naprawdę chcę tego, co budzi moją zawiść, to może jednak coś w tej sprawie mogę zrobić? A jeśli nie, to trudno. Muszę przeżyć żałobę i ułożyć się z tym, co mam. Na wiele rzeczy nie mamy wpływu: na geny, na to, w jakiej rodzinie się urodziliśmy, więc zamiast pogrążać się w czarnej dziurze wstydu i gorszości, lepiej godzić się z tym, czego zmienić nie możemy i skupić się na tym, co mamy dobrego, fajnego. 

Zazdrość to jest przeczucie, że możemy stracić obiekt naszej miłości. Zawiść jest o coś, zazdrość prawie zawsze o człowieka. W zazdrości patologicznej pojawiają się dwa charakterystyczne elementy: bardzo obniżone poczucie własnej wartości, ogromny wstyd i ogromna nienawiść. Zdrowa zazdrość nadal jest gryząca i nieprzyjemna, ale nie staje się obsesją. Da się z nią ułożyć i wytrzymać. Czasami zdrowa zazdrość pomaga wyczuć, że coś jest na rzeczy.

Złość sama w sobie nie jest żadnym problemem. Jak większość uczuć jest naturalna. W naszej kulturze złość jest obarczona oceną moralną. Niefortunne też słowo „zły” niesie w naszym języku określone skojarzenia: być złym na coś, na kogoś oznacza automatycznie być złym człowiekiem. I niektórzy rodzice mają to, niestety, w głowie, więc zamiast powiedzieć dziecku: rozumiem, że jesteś zły, bo chłopiec walnął cię łopatką w głowę mówią: nie wolno ci się złościć. W ten sposób dziecko się dowiaduje, że uczucie, które jest adekwatną reakcją na to, że zostało źle potraktowane, jest nie w porządku. A każdy ma pełne prawo do złości. Jak mądrze obchodzić się z dzieckiem, które się złości? Trzeba mu pomóc, nazwać to, co przeżywa, a potem następuje trening radzenia sobie ze złością. Niektórzy tulą dzieci, pokazują, że to uczucie, które minie. I że można próbować nad nim zapanować. Jeśli dziecko nie ma ochoty na fizyczny kontakt, można z nim rozmawiać. Ważne, żeby dziecko wiedziało, że jest obok ktoś spokojniejszy, kto jest w stanie to wszystko ogarnąć, kto nie odrzuca. Można też opisać, co się stało, pokazać, że złość nie jest czymś, co dopada nagle i nie wiadomo skąd. Czasami pomaga podsunięcie pomysłu na fizyczne rozładowanie złości. Dorośli też czasem mają potrzebę odreagowania: biegają, idą na siłownię albo muszą sobie pokrzyczeć. W relacji z dziećmi najtrudniej jest, gdy ich złość spotka się z naszą. Zdarza się wybuchnąć i jeśli nie zdarza się to nagminnie, to należy sobie po prostu wybaczyć. Trzeba to potem jakoś naprawić, ale to nie jest najgorsza rzecz, jaka się może dziecku przydarzyć. Może się z tego dowiedzieć, że rodzice też mają swoje granice, że jak się na kimś wyładuje złość, to się potem przeprasza.

Smutek jest emocją nieporuszającą. Raczej człowieka spowalnia. Sprawia też, że się wycofuje. I w przeciwieństwie do wielu emocji, które „rzucają” człowieka w objęcia świata, jest skierowany do wewnątrz. Refleksyjny. Człowiek zaczyna się zastanawiać, zadaje sobie różne pytania. One zwykle prowadzą do niewesołych wniosków, bo smutek jest selektywny. Skupia się na tym, co ciemne, przytłaczające, ale nie odbiera logiki, a czasem również i poczucia humoru. Jest emocją nieprzeszkadzającą w myśleniu, a często je nawet wspomaga. Nasza kultura nie ceni smutku, bo uniemożliwia on realizowanie jej najbardziej podstawowego celu, czyli handlu. Człowiek smutny nie kupuje, nie uprawia aktywności, nie dzieli się nimi na portalach społecznościowych. A w kulturze, która smutku nie akceptuje, ludzie, którzy go doświadczają, sami mają poczucie, że coś jest z nimi nie tak, że powinni coś z „tym” zrobić. Wstydzą się. W świecie, w którym wartością jest świetne samopoczucie, wydajność, sukcesy, orgazm piętnaście razy dziennie i pięciocyfrowa pensja, człowieka smutnego należy się wystrzegać jak ognia. A smutek jest jedną z najinteligentniejszych emocji, w tym jest jego ogromna wartość. Możemy potraktować go jako poznanie. Dać sobie czas, spokój. Pamiętać, że nasze dzieci też mają prawo do tej emocji, pozwolić im na nią. Nie ma lekarstwa na smutek, każdy musi sobie znaleźć swój sposób na przeżycie go. 

Kłopotliwe są te uczucia. Bywają nieprzyjemne, bolesne, wstydliwe, czasem sprawiają, że życie wymyka się spod kontroli. Ale bez nich nie byłoby także tych wszystkich magicznych chwil bliskości, euforii, momentów, których nie da się „objąć rozumem”.

 

Cały tekst składa się z fragmentów książki „Czując. Rozmowy o emocjach”, Agnieszka Jucewicz, Wydawnictwo Agora.

Początki artystycznej kariery Muncha otaczały skandale. Jeden z pierwszych obrazów, zainspirowany najpewniej sytuacją siostry, Chore dziecko, został uznany za prowokację. Szczególnie w kręgach artystycznych skandal wzbudził tupet artysty, który wystawił obraz namalowany niedbale i przypominający szkic. Artysta wykorzystał rozcieńczoną farbę, grube rysy widoczne w warstwach farby sugerują intensywną pracę i nerwowe pociągnięcia pędzla. Wielu współczesnych krytyków opisywało ten obraz jako „chaotyczne plamy farby”. Inny uznali za „przerażająco brzydki”.

Munch należał do grupy artystów, którzy opowiadali się za indywidualizmem i walczyli przeciwko obłudnemu pod względem moralnym kodeksowi społecznemu. Opowiadali się za społeczną i intelektualną liberalizacją, poddawali krytyce powszechnie akceptowane wartości i dążyli do wprowadzenia w życie swojego ideału lepszego kodeksu społecznego, kodeksu bardziej żywotnego i uczciwszego.

Krzyk należał do zbioru Fryz życia.

To dzieło miało obejmować każdy aspekt ludzkiej egzystencji.  Przedstawia strach i samotność człowieka w naturze. Natura nie dostarcza żadnego pocieszenia, ale podchwytuje krzyk, który echo wynosi ponad zatokę do krwistego sklepienia niebios. W dzienniku Muncha znajdujemy notatkę: poszedłem na spacer z dwójką przyjaciół, słońce zaczynało zachodzić, nagle niebo przybrało kolor krwi. Poczułem zmęczenie, zatrzymałem się i oparłem o balustradę. Nad niebiesko-czarnym fiordem oraz miastem płynęła krew i sunęły języki ognia. Moi przyjaciele kontynuowali spacer, a ja nadal stałem, trzęsąc się ze strachu. I poczułem niekończący się krzyk przebiegający przez Naturę.

Dla Muncha krajobraz zawsze musiał być przesłaniem jakichś wiadomości odnoszących się do ludzi.

Teorii na temat obrazu jest wiele. Są historycy sztuki, którzy uważają, że za model głowy na obrazie, posłużyła Munchowi peruwiańska mumia. Inni doszukują się literackich inspiracji, przede wszystkim w dziełach Dostojewskiego, ulubionego pisarza Muncha. Poeta Rainer Maria Rilke napisał o dziełach malarza: Linie Muncha zawierają już w sobie tę konstruktywną siłę strachu. Zawsze potrafił on pogodzić sprzeczności między ochroną i destrukcją w czysto przestrzennych kategoriach stępiających swoje ostrza w wizji czy obrazie.

Krzyk stał się bohaterem najbardziej śmiałej kradzieży dzieł sztuki w ostatnich dekadach.

Wraz z Madonną został skradziony z Muzeum Muncha w Oslo 22 sierpnia 2004 roku, w biały dzień, przez zamaskowanych i uzbrojonych złodziei na oczach tłumu zwiedzających. Za odnalezienie dzieł władze miejskie, będące właścicielem muzeum, oferowały dwa miliony koron (ok. 250 tys. euro) nagrody. Finalnie oba dzieła zostały odnalezione w wyniku akcji policyjnej.

 

Na podstawie książki Edvard Munch 1863-1944, Ulrich Bischoff.

B – Badania

Na wstępie kobieta wykonuje następujące badania: ocenę stężenia AMH, FSH, estradiolu, TSH i prolaktyny. W tym czasie jej partner bada nasienie – próbka jest poddawana rozszerzonej analizie, która pozwala na wykrycie ewentualnych nieprawidłowości w budowie lub funkcjonowaniu plemników oraz na dostosowanie przebiegu leczenia do parametrów nasienia.  U mężczyzn wykonuje się: badanie grupy krwi, przeciwciała anty-HBc,, przeciwciała anty-HIV 1,2, przeciwciała anty-HCV, antygen HBs oraz VDRL (WR).

B – Badanie nasienia

Rutynowe badanie obejmuje:

  • ocenę właściwości nasienia – objętość, czas upłynnienia
  • ocenę mikroskopową plemników – liczba plemników, rodzaj ruchu plemników, procent żywych plemników
  • ocenę mikroskopową preparatu nasienia po specjalnym jego wybarwieniu – budowa plemników

Badanie nasienia służy ustaleniu przyczyn niemożności posiadania potomstwa przez mężczyznę i stanowi punkt wyjściowy do dalszego precyzyjnego postępowania z parą. Niepłodność to choroba pary. Jeśli wynik badania nasienia mężczyzny odbiega od normy, nie przekreśla to szansy na posiadanie potomstwa w sposób naturalny. Należy zestawić go z wynikami partnerki, której znaczny potencjał rozrodczy może zniwelować pogorszone właściwości nasienia.

B – Bezpieczeństwo

Kluczowy podczas przeprowadzania procedury in vitro jest stały kontakt z lekarzem. Tylko w ten sposób jest pewność, że stosowanie leków będzie bezpieczne. Codzienne robienie sobie
zastrzyków nie jest przyjemne i często wywołuje lęk, jako intensywna ingerencja we własne ciało. Dostęp do informacji i lekarza jest bardzo istotnym elementem całego procesu. Czasami zdarza się pomylić dawkę lub pojawiają się niepokojące objawy. Poczucie bezpieczeństwa i pewność, że ktoś to wszystko zrobi, wytłumaczy i poinstruuje, pozwala uniknąć później niepotrzebnego stresu.  W czasie, gdy robione są zastrzyki, może się zdarzyć miejscowe podrażnienie i zaczerwienienie, bóle jajników, uderzenia gorąca.

B – Ból

Zabiegi podczas procedury in vitro wykonywane są w krótkotrwałym znieczuleniu ogólnym. W zasadzie nic nie boli, może trochę zastrzyki, które robi się w brzuch; z czasem po prostu dochodzi do zrostów, skóra twardnieje, pojawiają się sińce. Punkcje są robione w znieczuleniu ogólnym, nic wtedy nie boli, tyle że potem można odczuwać pewien dyskomfort – ja miałam spuchnięty, obolały brzuch. Sam transfer też teoretycznie nie boli – to zresztą zależy, jaki kto ma próg bólu. Wszystko jest do przeżycia – mówi Monika w rozmowie z Małgorzatą Rozenek.

W naszym kraju w ciągu roku przychodzi na świat ok. 5 tysięcy dzieci poczętych dzięki IVF. In vitro zostało uznane za największe osiągnięcie nauki XXI w., a jego twórca Robert Edwards, odebrał w 2010 roku Nagrodę Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny.

Z czym łączy się in vitro? Co nas czeka, gdy się na nie decydujemy? Co zrobić zanim podejmiemy decyzję o poddaniu się temu zabiegowi? Mamy dla was alfabetyczny przewodnik po tym temacie.

A jeśli coś jeszcze Was ciekawi, zastanawia lub budzi wątpliwości, zapraszamy do zadawania pytań. Oficjalnie, prywatnie, anonimowo – każda forma jest właściwa. Zbierzemy je wszystkie i zadamy konsultującemu nasze teksty doktorowi Andrzejowi Bręborowiczowi, który jest ekspertem w dziedzinie leczenia niepłodności, zaburzeń endokrynologicznych związanych z rozrodczością, jak również zastosowaniem chirurgii mini-inwazyjnej  w ginekologii. Pracuje w klinice MedArt w Poznaniu.

Możecie pytać również mamę, która kilka lat temu poddała się zabiegowi in vitro i teraz, dzięki niej, wychowuje dwóch wesołych łobuziaków.

Zagadnień jest sporo, dlatego tekst podzielony jest na części. Pisząc go korzystałam z książek i tekstów naukowych, aby jak najlepiej wyjaśnić omawiane zagadnienia. Bibliografię umieszczę na końcu alfabetu.

A – AMH

Hormon produkowany zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet. Poziom AMH, który jest związany z płodnością kobiety, pozwala ocenić jej “rezerwę jajnikową” i potencjalną odpowiedź na stymulację, a w przypadku  pacjentek korzystających z metody wspomaganego rozrodu (IVF), dobrać odpowiednią dawkę leków. . Norma AMH jest wartością orientacyjną, zależną także od wieku. Dla uproszczenia przyjmuje się, że wartości pomiędzy 1 ng/ml, a 3,0 ng/ml są referencyjne dla kobiet w wieku rozrodczym. Oznaczenie poziomu AMH we krwi jest pierwszym krokiem, który powinna wykonać kobieta, która bezskutecznie stara się o dziecko.

A – Adopcja prenatalna

Zajście w ciążę dzięki adopcji prenatalnej jest skierowane do kobiet ze stwierdzoną przedwczesną menopauzą-, w sytuacji znacznie obniżonej rezerwy jajnikowej lub skrajnej niepłodności typu męskiego.. Ponadto na adopcję prenatalną mogą zdecydować się kobiety po przebytej terapii onkologicznej, która spowodowała u nich niepłodność. Kolejnym wskazaniem są uwarunkowania genetyczne, które uniemożliwiają zajście w ciążę lub jej donoszenie.

Trzy drogi adopcji prenatalnej:

– dawstwo komórki jajowej, które polega na przyjęciu przez przyszłą matkę komórki jajowej
innej kobiety (anonimowej dawczyni),

– dawstwo nasienia, czyli umieszczenie w macicy kobiety nasienia jej partnera lub
anonimowego dawcy,

– adopcja zarodka innej pary, czyli wykorzystanie zarodków nadliczbowych pozostawionych
przez inne pary w klinice leczenia niepłodności.

Jak wygląda adopcja zarodka możecie przeczytać tutaj.

W Polsce istnieje anonimowość dawcy. Od kliniki zależy, jak wiele informacji na temat dawcy, może uzyskać biorca. W Wielkiej Brytanii dawstwo jest częściowo jawne, ujawnia się wszystkie możliwe informacje, bez danych osobowych. W Polsce m.in. stowarzyszenie Nasz Bocian walczy o to, aby każde dziecko miało prawo do poznania własnej tożsamości.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo