Change font size Change site colors contrast

Przypuszczam, że każdy lub każda z nas zna historię biednego, porzuconego faceta, któremu zła kobieta złamała życie.

Odłóżmy na bok historie prawdziwie złych kobiet, które zupełnie bezpodstawnie rzuciły się w wir romansu z bogatymi playboyami i opuściły kochanego Mietka, który w domu przewracał właśnie schabowe na drugi boczek. 

Nie mówmy też o kobietach, które po latach ciemiężenia wybiły się na wolność i niepodległość. Bo ten kochający i kochany Mietek to był zwykły tyran, wyzyskiwacz, bawidamek, a już najgorzej damski bokser. 

Mówimy o przykładzie, kiedy ta Zołza była zupełnie normalną kobietą, a i Mietkowi niewiele można zarzucić. Owszem każde z nich miało swoje za uszami. Swoje wady, ale też szeroki wachlarz zalet, które te wady skutecznie niwelowały, przynajmniej na pierwszy rzut oka.

A taka ładna para…

Jak wyjaśnić ludziom, że związek z pozoru idealny właśnie się rozpadł? Jak wytłumaczyć, że ktoś od nas odszedł tonem pełnym szacunku dla tej drugiej strony?

Wydaje mi się, że żyjemy w dziwnych czasach. Kiedyś instytucja małżeństwa była święta, a każdy słyszał z ust starszych ciotek i babć, że „w naszej rodzinie nigdy nie było rozwodów”. Ile znamy tragicznych sytuacji, kiedy żony i mężowie zainspirowani podobnymi poglądami z pokorą nieśli swój krzyż i marnowali (tak, nie bójmy się tego tak określać) swoje życie?

Teraz wydawać by się mogło, że jest odrobinę lepiej, choć jestem przekonana, że to temat na osobny, bardzo długi wpis. Niemniej jednak zdarzają się sytuacje, że związek się rozpada.

Często przed rozpadem partnerzy byli ze sobą latami, mają wspólnych przyjaciół,  zdążyli już zapoznać się wzajemnie z większością rodziny, czasem nawet uwić wspólne gniazdko, aż tu nagle taka informacja! To koniec.

I być może faktycznie jest to sprawa jedynie samych zainteresowanych. To z kim są, byli lub będą, niemniej jednak rodzina i znajomi muszą się jakoś ustosunkować do zaistniałej zmiany, wszak teraz będą zobowiązani wybierać, którego z byłych państwa Smith wolą. A to już stwarza szerokie pole do wyrażania swojej opinii.

I teraz wchodzę ja, cała na biało i mówię „nie musisz wybierać!”, nie musisz nic deklarować, to przyjdzie samo. 

Tylko szkoda, że wielu zaangażowanych, a jednak drugoplanowych bohaterów tego przedstawienia w ogóle nie słyszy mojego apelu, bo zamiast tego już zawzięcie obrzuca błotem osobę, która to właśnie porzuciła kogoś bliskiego.  Bo jakoś się tak utarło, że kiedy ktoś Ci się żali, że rozstał się z drugą połówką, ale nie ma w jego głosie euforii, to z marszu stawiamy się na stanowisku kipiącym nienawiścią wobec tej drugiej osoby. A może niepotrzebnie? 

Myślę sobie, że nie ma chyba nic gorszego niż wysłuchiwanie litanii zarzutów pod kątem osoby, którą jeszcze niedawno kochaliśmy. Bo jak to odbierać? Do tej pory wszyscy nas oszukiwali, mówiąc, że taka piękna i dobrana z nas para? Dlaczego nikt z bliskich nie zdobył się na szczerość wcześniej, a teraz nie może przestać wymieniać wad poprzedniego wybranka lub wybranki?

A gdyby tak uszanować wolę osób, które się właśnie rozstały i docenić ich odwagę i szczerość we wkraczaniu na nową drogę życia? Bo nie oszukujmy się, odejście ze związku, który jest w porządku, któremu nie można wiele zarzucić, a jedynie tyle, że coś się wypaliło, a priorytety się rozjechały, wymaga nie lada odwagi. 

Zrobienie tego kroku, odbycie tej rozmowy, w której z pewnym smutkiem, a jednak ulgą, wyjaśniacie sobie, że tego się już nie da posklejać, wymaga nie lada heroizmu. I chyba lepiej teraz, kiedy jeszcze wiele można zmienić, niż za 5- 10 lat? Świadczy też o szacunku wobec partnera, skoro ktoś potrafi rozejść się z godnością, zanim zacznie żywić do drugiej osoby jawną niechęć.

Doceniaj, a nie oceniaj, jak mawiają niektórzy bankierzy!

Myślę, że to hasło jest właśnie kluczem i cenną informacją, jak ustawić swoje żagle, kiedy wieje nam prosto w twarz wiatr rozstania bliskiej nam pary. Doceniajmy to co było w nich, w pojedynczych osobach dobre, w trakcie trwania związku i co dobrego w nich pozostanie później. Czas sam pokaże, do którego z byłych partnerów jest nam bliżej, a i oni sami taktownie usuną się w cień, w relacjach, które nie rokują.

A co więcej- (najpewniej amerykańscy) naukowcy stwierdzili, że ogromny odsetek byłych partnerów jednak do siebie wraca, a to oznacza, że lepiej nie palić za sobą mostów wylewając wiadro hejtu na głowę czyjegoś eks. Jeżeli mamy jakieś uzasadnione zastrzeżenia i obiekcje po prostu rozmawiajmy o tym na bieżąco. Ale pamiętajmy- uzasadnione. 

 

Temat nawet na czasie, przyznaję. Wokół magia Świąt, tych trochę innych, wiosennych, ale zawsze. Jajeczka, zajączki i pisanki.  Środa popielcowa, droga krzyżowa, Śmierć i Zmartwychwstanie. Normalnie, jak co roku trzeba uwarzyć żur, kupić białą kiełbasę, a tu tak z grubej rury. Każdy, kto ma dzieci, doskonale wie, że tak to właśnie działa. Dzieci po prostu pytają.

Od słowa do słowa

Refleksja dopadła mnie znienacka w trakcie rozmowy z przyjaciółką. Taka zwykła rozmowa, z gatunku „a jakie książki dla dzieci polecasz?”. Że wiecie, idą Święta, czas pomyśleć o prezentach, bo podobno Zajączek też coś przynosi, a książki to prezenty, których nigdy dość. Zupełnie naturalnie, wprost z automatu, poleciłam Muminki. Bo Muminki kocham i Muminkom będę wierna po grób. Niestety świat i życie innych nie kończy się na Muminkach i dlatego poproszono mnie o polecenie czegoś jeszcze…

O co chodziło temu Andersenowi?

Jako kolejne z moich standardowych poleceń pojawiają się klasyczne Baśnie Andersena. Wydanie, które czytuję swoim dzieciom to dokładnie to samo, które milion lat temu, w odległej galaktyce czytywała mi moja mama. Odpadł grzbiet, tej książce, niczym „oko temu misiu” 😉, ale poza tym trzyma się znośnie. I zawsze kiedy wspominam o Baśniach trochę się waham. Wiem, że moi znajomi, zwłaszcza Ci, którzy łakną poleceń, to świadomi rodzice. Rodzice, których może zaskoczyć, a nawet zszokować to, o czym pisał duński bajkopisarz.

Czy dzieci się nie boją?

To pytanie padło z ust przyjaciółki, zaraz po tym, jak wspomniałam, mimo chodem właśnie o okultyzmie i śmierci, którym przepełniona jest jego twórczość. Wspominam tak zawsze, na wszelki wypadek, żeby nie było, że nie ostrzegałam. Że ktoś radośnie zacznie czytać baśń klasyka, a tu zaraz jakieś trupie czaszki zaczną się spomiędzy kartek wysypywać i człowiek już nie wie czy czytać dalej czy uciec z pokoju z krzykiem, tłumacząc, że sorry, ale zostawiłam włączone żelazko.

I kiedy tak zapytała, ja dopiero zaczęłam się zastanawiać, dlaczego w ogóle nie przyszło mi to do głowy?

Moje dzieci wysłuchały całej, kompletnej wersji w zupełnym spokoju. Historie o śmierci łyknęły zupełnie na miękko, jak młode pelikany i o dziwo, nawet nie zadawały zbyt wielu pytań dodatkowych. Słuchały, uważały i zdawały się rozumieć.

Dlaczego nie pomyślałam, że mogą się bać?

Bo czytanie tych baśni było dla mnie najbardziej naturalną z opcji. Bo pamiętam, jak czytała mi je mama, doskonale pamiętam te historie, natomiast zupełnie nie pamiętam, abym doznała w związku z nimi jakiejkolwiek traumy. Były ciekawe, poruszające, zastanawiające, momentami groźne, ale nie zdruzgotały mojej psychiki. Nie sprawiły, że boję się zajrzeć pod łóżko w nocy. Dobra- kłamałam- boję się spojrzeć, ale raczej dzięki filmom, które obejrzałam przez kolejne lata mego życia.

Jak to działa?

Baśnie Andersena naszpikowane są czarami, okultyzmem i śmiercią. Za każdym rogiem na bohaterów mogą czaić się czarownice, diabły czy inne duchy. Andersen prawdopodobnie niewiele czytał o psychice dziecięcej, za to doskonale znał prostą zasadę. Za zbrodnię zbrodniarza spotka kara. Im bardziej dotkliwa i brutalna, tym lepiej. Tego wręcz wymaga dziecięce pojęcie sprawiedliwości. Opowiada o tym wspaniale np. Katarzyna Miller w „Bajkach rozebranych”.

I pewnie z tego powodu, dzieci nie umierają ze strachu, a słuchają z uwagą. I wyciągają wnioski…

Śmierć jest naturalna.

Analizując ten stan rzeczy, doszłam do przekonania, że śmierć jest dla dzieci zupełnie naturalna. Że one nie mają w sobie przed nią strachu, dopóki my im nie powiemy, że powinny się bać. Nie boją się trupich czaszek ani krwi, dopóki ktoś im nie powie, że to straszne. W końcu to dzieci z zupełną beztroską miedzy pytania o to, co na obiad, potrafią zapytać zwyczajnie o to, kiedy umrze mama i kto umrze pierwszy?

Przypuszczam, że to chwilowe. Niedługo i moje dzieci zaczną analizować głębiej, myśleć o przyszłości i stracą tę dziecięcą umiejętność odbierania świata takim, jakim jest- z dobrodziejstwem inwentarza. Do tego czasu zamierzam jednak delektować się ich podejściem i choćby spróbować wyciągnąć jakieś wnioski dla siebie. Może skoro oni się nie boją, ja też zdołam kiedyś w nocy zajrzeć pod łóżko z przekonaniem, że nawet jeśli jest tam coś, oprócz skarpet, to trzeba się z tym faktem pogodzić. Zaakceptować i nie wnikać 😉

Tymczasem z wymaganym spokojem odpowiadam im, że nie wiem, kiedy umrę ani kto umrze pierwszy.

Tłumaczę, że naturalnie pierwsi powinni umierać najstarsi, ci którzy nażyli się już wystarczająco. A jak to będzie? Nikt nie wie. I nikt nie wie, ale to jest „wystarczająco”. I wcale po mnie nie widać, że pytanie o własną śmierć przyprawia o palpitację serca. Co to, to nie 😉 Ważne, żeby odpowiedź zakończyć poleceniem posprzątania pokoju – wtedy znajdzie się czas, na uspokojenie skołatanych nerwów schowanych pod pokerową twarzą.

 

Podróż pociągiem

Te z nas, które są matkami i żonami lub konkubinami, i w pełni oddają się domowym pasjom takim jak gotowanie i prasowanie, doskonale wiedzą, jaki dreszcz emocji przebiega po plecach na myśl o samotnej wyprawie przez pół Polski. Dreszcz co najmniej jak stado karaluchów czy innych myszy. Pamiętam dokładnie czasy studenckie, kiedy decyzje o krótkim wypadzie do Trójmiasta podejmowało się zupełnie spontanicznie i po prostu wsiadało do pociągu, nawet w kapciach. To jednak zamierzchła przeszłość i swoją wyprawę przygotowywałam z taką pieczołowitością, z jaką przedszkolaki w październiku przygotowują listę prezentów od Świętego Mikołaja. Z należytym namaszczeniem rezerwowałam bilety PKP całe tygodnie wcześniej i cieszyłam się, że z poziomu przeglądarki internetowej mogę wskazać, czy chcę siedzieć przy oknie, czy jednak wolę być otoczona ze wszystkich stron przez obcych ludzi. Wiem, że sam wyjazd to już było wystarczające szaleństwo, więc dla spokoju ducha wolałam wtulać się w zaparowaną szybę. Wybierając miejsce solennie postanowiłam powstrzymać się od wykonywania szeroko znanego gestu odciskania łapy na szybie rodem z Titanica na każdej stacji. Jestem dorosła i już umiem się zachować.

Gotowi do startu…

Nocy przed wyjazdem niemalże nie przespałam. Głównie z obawy, że zaśpię i stanę przed dylematem, czy umyć, wysuszyć i wystylizować włosy czy wyjść z psami. Nie zapominajmy, że zostawiałam rodzinę, ale nie obowiązki. Udało mi się wszystko zrobić w tempie i nawet, niczym rasowy turysta, zdążyłam nawet przygotować termos z herbatą i… sic! Kanapki z serem zawinięte w folię aluminiową. Czułam się jak królowa wiochy, ale progres można przynajmniej odnotować w dziedzinie wyboru menu – nie zabrałam jajek na twardo i pęta kiełbasy myśliwskiej.

Stoi na stacji lokomotywa…

Wyszłam z domu, taka umalowana i pachnąca, i dziarsko skierowałam swe kroki w stronę dworca. To z jednej strony wspaniałe, że mieszkam tak blisko, z drugiej jednak mam wrażenie, że im bliżej dworca mieszkam, tym bardziej bagatelizuję dzielącą nas odległość i tym łatwiej o spóźnienie. Tym razem obeszło się bez katastrofy. Dotarłam na czas i nawet nie dałam się nabrać na dwa podstawione na tym samym torze pociągi pośpieszne, jadące w zgoła przeciwnych kierunkach! Mam Was! Już umiem czytać tabliczki na drzwiach pociągu. Tu nadmienię, że niby mamy XXI w., niby świat się zmienia, a jednak drzwi do pociągów TLK od dziesięcioleci niezmiennie otwierają się tak samo beznadziejnie i często zaczynam wątpić, czy uda mi się wsiąść lub wysiąść na czas…

Pierwsze koty za płoty

Kontynuując moje prywatne pasmo porannych sukcesów z radością zauważyłam, że wsiadłam przypadkowo do mojego wagonu! Nic tylko znaleźć przedział i wygodnie zająć miejsce przy oknie. Tu poszło nawet gładko, ale po wejściu okazało się, że na moim miejscu, a w zasadzie na całej ławeczce ktoś sobie leży. Dawna ja pewnie odwróciłaby się na pięcie i przeczekała całe zajście oraz kilkadziesiąt kolejnych kilometrów na korytarzu. Nowa ja jednak postanowiła zawalczyć o swoje. Wszak jestem matką i muszę dawać przykład asertywności. Nawet samej sobie. Odchrząknęłam i stanowczym (a może łamiącym się głosem) zakomunikowałam młodemu chłopakowi, który leżał na moim miejscu, że oto w ręku trzymam bilet i na nim, jak wół napisane jest, że miejsce 125 jest moje i zamierzam na nim usiąść. I wygrałam. Co więcej, wspomniany chłopak tak się widać przejął moją asertywnością i wojowniczością, że postanowił sobie znaleźć inny, lepszy przedział. Tutaj z żalem muszę zaznaczyć, że zrobiło mi się nawet przykro. W końcu byłam umalowana i miałam wystylizowane włosy i doprawdy nie rozumiem, dlaczego opisywany młodzieniec nie chciał napawać się moim widokiem przez dalszą część podróży.

Tu jest moje miejsce

W tym fragmencie chciałabym napisać, że na konferencji odnalazłam swoje miejsce w społeczeństwie. Stety bądź niestety miejsce to odnalazłam na jednej z kolejnych stacji pociągu relacji Bydgoszcz- Warszawa. Co przystanek do pociągu dosiadali się kolejni pasażerowie. Mój przedział dosyć długo pozostawał moją samotną twierdzą (i mimo, że ogrzewanie działało jak szalone i musiałam regularnie wietrzyć, udało mi się nawet zmrużyć oko).  W momentach kiedy nie spałam, przeglądałam prasę branżową popijając herbatą z termosu i czułam się niemalże bardziej światowa niż coca-cola. W pewnym momencie do mojego przedziału wsiadły dwie kobiety. Na oko dobijające do czterdziestki (prawie rówieśnice :P). Były równie światowe jak coca-cola i ja, bo też jechały na szkolenie w stolicy. Tak sobie światowo rozmawiały i wymieniłyśmy nawet kilka grzecznościowych frazesów, bo przecież na światowych ludzi tutaj padło i wtedy… zadzwonił telefon jednej z nich.

I ten jeden telefon, ta jedna podsłuchana rozmowa, sprowadziła nas wszystkie w tym światowym przedziale na ziemię. Bo moja współpasażerka płynnie przeszła z rozmowy na tematy służbowe z koleżanką, do ważnej rozmowy telefonicznej. Oczywiście przeprosiła, ale musiała odebrać, bo to ważne. Odebrała, wsłuchała się w głos po drugiej stronie i powiedziała coś w stylu….

„No przecież naszykowałam jej rajstopy. I strój na basen też. Jest na trzeciej półce od góry w drugim rzędzie od lewej”.

I wtedy zrozumiałam, że to wszystko jest bez znaczenia.

Że bez względu na to, co każda z nas o sobie myśli i jakich mądrości napchają nam do głów w tej stolicy, to i tak bezwzględnie zawsze będziemy tymi matkami, które wiedzą, gdzie co leży. Tymi matkami, które przed wyjazdem na konferencje przygotują pudełka śniadaniowe dla swojej rodziny. Tymi, które zostawią instrukcję co do obiadu i harmonogramu zajęć. I bez względu na to, czy nauczymy się nowych technik sprzedażowych i nowych specyfikacji produktowych, do końca pozostaniemy centrum dowodzenia dla naszych najbliższych…

 

Uprzedzam lojalnie, że to może być tekst z gatunku memento mori i raczej taki, po którego przeczytaniu sama chciałabym schować się pod kocem i nie wychodzić do wiosny. Mimo że jesień taka piękna…

Wczoraj odmówiłam oglądania „Aleksandra”…

Abstrahując od sympatii lub antypatii do obsady aktorskiej oraz do kontrowersyjnych, w niektórych momentach, aspektów związanych z samą ekranizacją. Odmówiłam obejrzenia tego filmu, gdyż przypomniano mi, że Aleksander Macedoński dokonał żywota w wieku lat 33.

Straszliwie mnie to ubodło, bo on, mój rówieśnik, władał antycznym światem i za życia zasłużył na przydomek „Wielki”, a to tym bardziej każe się zastanowić nad sobą.

Kolejnym trzydziestotrzylatkiem, który od razu nasuwa się na myśl jest także Jezus Chrystus, który poprzeczkę zawiesił jakby jeszcze wyżej. Do Niego nawet nie mam zamiaru się porównywać, gdyż wiadomo, pochodzenie zupełnie inne. Ja w wieku chrystusowym zdecydowanie jestem w dalece innym położeniu.

Klub 27 latków

To nawet nie chodzi o spektakularne dokonania. Przeżyłam w końcu jakoś świadomość, że sześć lat temu, w wieku 27 lat było mi bardzo, bardzo daleko do rzeszy fanów, jakimi mogli się poszczycić Amy Winehouse czy Kurt Cobain. Branża trochę inna. Czasy także. O fanów także nie chodzi. Nie każdy w końcu musi robić karierę, a dodatkowo sześć lat temu macierzyństwo znajdowało się najwyżej na mojej liście priorytetów.

Mamo wybacz

Dziś, kilka dni przed moimi urodzinami, zdałam sobie sprawę, że zupełnie niepostrzeżenie, nie wiadomo kiedy, zamieniłam się we własną matkę. Nie zrozumcie mnie źle. Moja matka jest super. Najgorsze jest to, że doskonale pamiętam, jak w podstawówce i liceum myślałam, że po trzydziestce człowiek jest stary, nudny i w zasadzie powinien już zamykać ziemskie sprawy, bo to przecież nigdy nic nie wiadomo. Co więcej, kiedy moja mama była w moim wieku, ja byłam już nastolatką. Dlatego właśnie z marszu jestem sobie w stanie przypomnieć ją z tego okresu. Według mnie, od tamtej pory niewiele się zmieniła. I teraz ja, wyglądam podobnie, ubieram się podobnie, pewnie mam podobne gesty i ton głosu. Stałam się swoją matką…

Nie jestem już dziewczyną

Najsmutniejsze z tego wszystkiego, jest to, że z bólem serca konstatuję, iż prawdopodobnie nie przystoi mi już nawet mówić i myśleć o sobie per „dziewczyna”. Dzieci sąsiadów nie bez przyczyny mówią w końcu „psze pani”… Kiedy to wszystko się stało? Kiedy z dziewczyny w glanach, popijającej ukradkiem piwo w rejonach olsztyńskiej starówki, stałam się panią? Kiedy z szalonej studentki, z głową pełną marzeń i pomysłów zostałam matroną? Żoną, matką, panią zza biurka? Taką, która kupuje sobie buty pasujące do garsonki, bo na obcasie nauczyła się chodzić lata temu? Taką, która rozsądnie wybiera obcas nie wyższy niż 7cm, bo kto by się katował na szpilkach? W imię czego?

Na pocieszenie

Na pocieszenie samej siebie, postanowię dodać odrobinę miodu do całej beczki dziegciu. Nie mogę przecież teraz siedzieć i ryczeć, bo to co było, minęło. Przypuszczam, że jest tu więcej osób w moim wieku i nie chcę w żadnym wypadku namawiać do zbiorowego samobójstwa. Chcę znaleźć światełko w tunelu, choć jeszcze nie koniecznie podążać w stronę światła. Chcę tchnąć w siebie i w nas odrobinę nadziei…

Z takich pozytywnych aspektów zaawansowania wiekiem (postaram się wymyślić co najmniej 10, żeby było mi raźniej), o którym mowa, przychodzą mi do głowy następujące:

 

  1. Nawet jeśli zapomnę dowodu osobistego, alkohol sprzeda mi KAŻDY sprzedawca i nie będzie robił o to awantury! Dobre, co? Mogę sobie wieczorem wypić lampkę wina i nawet znam liczne teorie, które potwierdzą, że ma to korzystny wpływ na moje zdrowie.
  2. Przez wszystkie lata życia poeksperymentowałam już trochę z modą, jestem o wiele bardziej świadoma tego, w co się ubierać, żeby wyglądać dobrze i czuć się wygodnie. Nie muszę nikomu udowadniać, że moje nogi nadają się jeszcze do miniówy, ani że jestem w stanie poruszać się w butach na 15 cm szpilce.
  3. Przeżyłam dwie ciąże i dwa porody, dlatego jestem wybitnie liberalna jeśli chodzi o formę mojego brzucha. Niech brzuch robi sobie co chce, zasłużył.
  4. Mam ustabilizowaną sytuację finansową. O ile nie strzeli mi coś głupiego do głowy, mogę sobie po prostu korzystać z pieniędzy i nawet odrobinę pofolgować.
  5. Mogę pojechać na koncert Pidżamy Porno (pierwszy raz po 10 latach) i świetnie się bawić, a później przenocować w dobrym hotelu. Co więcej, mogę być pewna, że na koncercie nie powinnam spotkać wielu dzieciaków, których gładkie buźki wpędzą mnie w kompleksy. Tu zaczynają się rozrywki dla dorosłych 😉.
  6. Mogę się rozwijać. I docenić to o wiele bardziej niż kiedy pierwszy raz byłam na studiach. Mogę się doskonalić w kierunkach, które naprawdę przynoszą mi frajdę i satysfakcję. Co więcej, łatwiej mi wybrać kierunek, w którym chcę iść, bo wiem o świecie i prawach, które nim rządzą więcej niż 15 lat temu.
  7. Mogę podróżować! Z dziećmi i bez dzieci. Tanio i czasem mniej tanio. Mogę wybierać absurdalne kierunki, w które chciałabym dotrzeć i realizować te pomysły.
  8. Mogę urządzać wnętrza, w których mieszkam, po swojemu. Nie mam nad głową rodziców ani paskudnych współlokatorów lub wynajmujących, którzy wiedzą lepiej, co powinno mi się podobać. Mogę powiesić ulubione plakaty na ścianach i w zasadzie nikomu nic do tego. Mogę mieć ściany pomalowane na dowolne kolory, także ten bezbożny czarny, bo jestem u siebie!
  9. Mogę czytać, co chcę, a nie to, co muszę lub powinnam. Nie mam listy lektur obowiązkowych. Jestem wolna w doborze literatury.
  10. Tu się zrobi gorąco może odrobinę, ale to totalnie ważny aspekt. Mam świetny seks! Jestem o wiele bardziej świadoma tego, co chcę i potrzebuję, co sprawia mi przyjemność. Mogę też otwarcie powiedzieć, że czegoś nie chcę i nie lubię.

Z tych odmętów rozpaczy udało mi się jednak wyciągnąć coś ku pokrzepieniu serc.

Jestem nawet gotowa uwierzyć, że raczej powinnam się cieszyć niż smucić z powodu upływającego czasu. Konkluzja, najlepsza jaka przychodzi mi do głowy, jest taka, że w byciu tak zaawansowaną wiekiem, jak ja obecnie, najfajniejsze jest to, że można być sobą. Opinie i uwagi innych są w zasadzie nieistotne. Mogę być sobą i mogę być czasem w tym wszystkim nawet egoistką. Muszę być dobra dla siebie, bo przecież tylko z sobą na pewno spędzę resztę życia. I mimo, że nie jestem wielka jak Aleksander (a może wielka inną wielkością), mogę być z siebie dumna! Nie sztuką jest w końcu podbijać świat, sztuką jest zmierzyć się z własnymi problemami i złapać swoje życie za rogi.

Tymczasem kupię czekoladę… na wypadek, gdyby znowu depresja próbowała się podkraść…

 

Brzmi jak polityczna agitacja, ale zupełnie niesłusznie. Co prawda kanwą do napisania tego felietonu jest postać mojej znajomej, która w zbliżających się wyborach samorządowych kandyduje na stanowisko wójta swojej gminy. Generalnie mnie nic do tego i co kto lubi. Jedni w wolnych chwilach lubią robić na drutach, a inni czytać projekty uchwał samorządowych i teoretycznie droga wolna. Ja społecznikiem nigdy nie byłam, ale przecież nie każdy musi być jak ja, prawda?

Zasadniczo można by też przypuszczać, że wspomniana osoba, jako jedyna kandydująca kobieta, powinna mieć zwycięstwo w kieszeni, wygrywa w cuglach. Mając czterech kontrkandydatów można by założyć, że głosy męskiej części elektoratu mogłyby podzielić się na panów, a panie, w ramach solidarności jajników, powinny zagłosować na panią. Teoria brzmi świetnie, ale w praktyce wiemy, że tak się nie stanie. Dlaczego? Dlatego, że kobiety nie głosują na kobiety! A solidarność jajników wytykana przez wielu mężczyzn po prostu nie istnieje.

2000 lat patriarchatu

Być może spowodowane jest to kulturą, w jakiej żyjemy. Co prawda archeologowie zapewne zaraz mnie poprawią i przytoczą przykłady kultur matriarchalnych występujących dawniej na naszych terenach, ale wiemy dokładnie, że to dawno i nieprawda. Sam fakt, że nie uchowały się do dziś na ziemiach polskich niech świadczy o ich ułomnościach, jasne?  Żyjemy w  społeczeństwie, w którym chcąc nie chcąc wiodąca rola przypada mężczyźnie. To na nim spoczywa obowiązek zapewnienia bytu rodzinie, to on śmiało może podejmować trudne decyzje i przejawiać zachowania ryzykowne. To do jego rytmu dnia i sposobu pracy dostosowuje się teoretycznie cała rodzina. To mężczyzna, jako że przewodzi rodzinie, może także śmiało przewodzić społeczności lokalnej. On się przecież na tym zna!

Mężczyzna głową, a kobieta szyją?

Tezę o patriarchalnych naleciałościach i uzależnieniu od męskiej władzy można także dosyć łatwo podważyć. Nie bez powodu powstało bowiem powiedzenie, że mężczyzna może i owszem, jest głową rodziny, za to z całą pewnością szyją tejże jest kobieta i to ona zręcznie i sprawnie kieruje poczynaniami swojego samca alfa. Każda gospodyni domowa, także taka w wieku naszych babć, przyzna to w miarę otwarcie, o ile naturalnie męża nie ma w pobliżu. Dlaczego zatem w kobietach tak mało wiary w kobiece kompetencje na innym froncie niż ten domowy?

Blamaże poprzedniczek

Najnowsza historia polskiej polityki nie była dla kobiet zbyt łaskawa. Przypuszczalnie nie jest to kwestia historii samej w sobie, tak zwanej historii materialnej, a raczej medialnej papki, którą nas karmią serwisy informacyjne. Wiadomo, merytorycznie poprawne wypowiedzi, wygłoszone spokojnym, zdecydowanym i profesjonalnym tonem, rzadko kiedy odbijają się szerokim echem. Dużo bardziej chwytliwe informacje to te o lapsusach językowych kandydatek na stanowiska plasujące się wysoko w urzędniczej hierarchii. O wiele przyjemniej telewidzowi będzie się oglądało reportaże o tym, jak to piękne „polityczki” miały ocieplić wizerunek partii i jak nawet z tego zadania się nie wywiązały, bo bez wsparcia mężczyzn nie mogą się nawet samodzielnie wysłowić. Z drugiego bieguna starszą nas  natomiast kobietą w polityce jako wojującą feministką, która wszystko poświęciła partii, a jeśli może nie wszystko, to przynajmniej młodość, urodę, rodzinę oraz jakiekolwiek przejawy dbałości o swój wizerunek. Nazwisk obrazujących obydwa te nurty najpewniej nie muszę przytaczać.

A co z rodziną?

I dochodzimy do clou tematu. Bo jeśli kobieta jest spełnioną matką i żoną, a przy okazji wcale nie wypacykowaną marionetką z umalowanym okiem i wypełnionymi ustami, to czego w ogóle ona w tej polityce szuka? Po co się tam pcha? Czy nie lepiej w domu z dziećmi zostać? Obiad mężowi ugotować? I to nie byle jaki, tylko taki dwudaniowy? Z deserem? Pranie nastawić? I drugie? I trzecie? I poprasować to wszystko?

Już wystarczy, że do pracy chodzi! Przecież już się nabywała w wielkim świecie! W końcu szkołę jakąś skończyła i może nawet studia! Po co to taka się wyrywa przed szereg?

I czy ona na pewno dobrze zdecyduje? Czy ona na pewno rozumie co czyta i co ewentualnie podpisać jej przyjdzie?

Panie! Na litość boską! Skąd w nas tyle zawiści?

Że już życie jednej nie kończy się na podaniu kapci mężowi, to od razu trzeba w nią tymi kamieniami jadu ciskać? Wytykać uchybienia i niekompetencje na rodzinnym poletku, aby uzasadnić brak wiary w umiejętności samorządowe? Czy to, że mężczyzna nie ma idealnego porządku w garażu lub nie był ostatnio obejrzeć, jak jego latorośl gra w piłkę, od razu definitywnie przekreśla jego nadzieje na inną karierę? Oczywiście, że nie. To dlaczego dla kobiet jesteśmy mniej wyrozumiali? A w zasadzie wyrozumiałe? Dlaczego to kobieta musi się stale zastanawiać i rozważać, czy pewne aktywności w ogóle przystają do najważniejszej roli, jaką piastuje? Dlaczego w końcu matka musi zawsze wybierać, kiedy w analogicznej sytuacji mężczyzna może zjeść ciastko i mieć ciastko?

Dlatego w najbliższych wyborach, zanim postawię swój decydujący krzyżyk na karcie do głosowania, zastanowię się, dlaczego w pierwszej kolejności, odruchowo wręcz, wahałabym się między męskimi kandydatami? A przed wyborami uważnie prześledzę informacje o kandydatkach na te stanowiska. Tyle się kobietom należy.

Być może trudno w to uwierzyć, ale macierzyństwo nie zamknęło mnie wbrew pozorom zupełnie na świat. Co więcej, zdarzają się w moim życiu chwile ciszy i spokoju, kiedy to uświadamiam sobie, że za tym światem tęsknie, że tego świata łaknę, jak powietrza albo nawet ciepłej kawy.

W takich chwilach szukam ukojenia w odmętach Internetu przeglądając treści wysoce niemacierzyńskie.

Zaglądam często na lifestajlowy portal F5, który szanuję głównie za to, że publikacje na jego łamach poświęcone są zazwyczaj tematyce zupełnie mi obcej. Wpisy traktują na przykład o fenomenie tamagotchi oraz o internetowych subkulturach prawiczków, a także o tym, dlaczego social media oceniają książki po okładce.  Mam często wrażenie, że to jakiś zupełnie inny świat albo przynajmniej taki, w którym ludzie porozumiewają się z obcym języku. I dokładnie o to mi chodzi. Przecież do tej pory zawsze wierzyłam, że nie należy oceniać książek po okładce, a tu okazuje się, że moje podejście jest zupełnie passe. Żadnej matczynej papki rodem z „Mamo to ja”. Żadnych rozpraw o kupkach i zupkach, pieluchach i wyprawce pierwszoklasisty. Na portal wchodzę regularnie, gdyż szukam odskoczni.   

Tak też było tego feralnego dnia.

Niczego nie przeczuwając weszłam na portal, a oczom mym ukazał się on… felieton o tym, że współcześni dorośli, czyli trzydziestolatkowie (patrz-ja) nie chcą się rozmnażać, gdyż przelewają swe uczucia na… zwierzątka. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie zaświeciło mi się wówczas światełko ostrzegawcze w głowie. Zadałam sobie  sakramentalne pytanie „że co?”, ale mimo wszystko otworzyłam tekst… i… przeczytałam go do końca. Łącznie z komentarzami.

I to nawet nie chodzi o tezę postawioną w tekście, którą ktoś postanowił poprzeć dowodami i statystykami bez źródła.

Nie chodzi też o to, że na znanym mi z innych treści portalu, nie spodziewałam się tekstu pisanego ku chwale rodzicielstwa i ganiącego singlowskie zapędy. Nie chodzi nawet o to, żeby zaprzeczać, że nasi rówieśnicy często nie chcą mieć dzieci i wolą życie bez zobowiązań. Nie chodzi w końcu o to, żeby stygmatyzować tych, którzy zwyczajnie dzieci mieć nie mogą, a w zamian mają pieski i kotki. Najbardziej chodzi mi o to, co się dzieje z naszym społeczeństwem, a czego wyraz dał sam tekst oraz komentarze pod nim.

A komentarze w oczywisty sposób postawiły granicę dzielącą społeczeństwo na dwie części.

I to nie była jakaś cienka czerwona linia, taka niby subtelna, która dopuszcza stany pośrednie. To była gruba krecha, ściana jak Wielki Mur Chiński, widoczna z kosmosu. I jasny postulat- jesteś po jednej lub po drugiej stronie. Alternatywa rozłączna.

Natychmiast w gronie komentujących utworzyły się dwa obozy.

Jeden bezlitośnie ganił, krytykował i obrażał singli. Wytykał im rozrzutne życie, egoizm i wygodnictwo. Umniejszał rolę ich zwierzęcych pupili, odmawiał prawa do przelewania uczuć wyższych na czworonogi.  Szydził z tendencji do wydawania morza gotówki na potrzeby ich małych przyjaciół. Tłumaczył, że ludzką rolą i nadrzędną misją jest przedłużenie gatunku, i tylko w okolicznościach skutecznego rozrodu można uznać swoje życie za spełnione i szczęśliwe. Wypominał tę przysłowiową szklankę wody, co to ją każdy musi wypić na łożu śmierci (bo przecież wiadomo, że śmierć jest jak kac i przed wydaniem ostatniego tchnienia człowieka suszy niemiłosiernie). Szklankę, której to nie poda im chomik czy kotek. Szklankę, którą z całą pewnością poda im dziecko kogoś, kto podjął się trudów rodzicielstwa i wychował potomka na schwał, dla dobra społeczeństwa i systemu emerytalnego.

Drugi obóz naturalnie okopał się na własnym stanowisku.

Jeśli myślicie, że single i bezdzietni puścili wszystkie uwagi mimo uszu, w ciszy i z godnością postanowili nie komentować, to jesteście w błędzie. Natychmiast na niewinnego czytelnika runęła lawina oskarżeń. Na „madki” i ich dzieci wylały się wiadra pomyj i potoki internetowego hejtu. Okazało się bowiem, że wszystkie „madki” biorące udział w dyskusji to niemalże ladacznice, które w krainę macierzyństwa trafiły przez wrota zbyt szeroko rozłożonych nóg zaraz za korytarzem antykoncepcyjnej ignorancji. Jeżeli już ktoś rodzicem został na własne życzenie (w co trudno uwierzyć), to z całą pewnością należy do niezacnego grona patologii społecznej, która żyje głównie z zasiłków wyrwanych z gardeł zapracowanych yuppie. A dodatkowo, dzieci śmierdzą, są paskudne i nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby ich mieć. Jeśli już ktoś musi mieć dzieci, to niech je trzyma z dala od społeczeństwa, a już broń Boże, nie porusza się z nimi komunikacją miejską. Na wspomnianą wyżej nieodzowną szklankę wody dla umierającego, bezdzietni skorzy są obecnie nakichać, dodatkowo przekonując, że tym dzietnym ich latorośle także nie ulżą w przedśmiertnej posusze, bo przecież sposób w jaki wychowują swoje dzieci gwarantuje jedynie porażkę.

A ja tak czytałam i oczom nie wierzyłam. I mówię teraz głośno i wyraźnie. I tak ku pamięci. Że ja nie chcę być MADKĄ!

Nie chcę kłócić się z nikim na forum i nikogo obrażać. Zresztą zazwyczaj staram się tego nie robić. Obwieszczam, że akceptuję ludzi, którzy są singlami, żyją w związkach partnerskich, rozwodzą się i nie mają dzieci. Szanuję ich decyzje. Szanuję i rozumiem to, że ktoś woli mieć psa niż dziecko. Nic mi do tego. To są w końcu decyzje indywidualne, bardzo osobiste i tylko przeżywszy życie, u kresu swych dni, sami we własnym sumieniu będziemy mieli prawo je podsumować i ocenić.

Ale nie chcę być MADKĄ i nie godzę się na ten podział społeczeństwa także z innego powodu.

Nie godzę się na to ze względu na moje dzieci. Chcę móc jeździć z nimi autobusem albo chodzić na koncerty bez obawy, że zaraz jacyś uprzednio obrażeni bezdzietni będą brali odwet za cudzą impertynencję na mnie i na moich dzieciach. Chce żeby mogły się śmiać, bawić i wygłupiać publicznie, bo póki jest to zachowane w granicach dobrego smaku, kultury i dopuszczalnej liczby decybeli, to chyba ludziom nic do tego? Nie chcę, żeby ktoś patrzył na mnie na ulicy, jak targam z przedszkola do domu dwoje dzieci i myślał sobie, że zrobiłam to dla 500+ albo puszczałam się na prawo i lewo, bo swędziało mnie tu i ówdzie. Ja szanuję innych i chcę, żeby inni szanowali mnie i moje dzieci, a tym samym nie przypinali mi łatki MADKI, co to wyżywa się za swoje frustracje i niespełnienie zawodowe online. Dziękuję uprzejmie za taki odbiór sytuacji. Szanujmy się ludzie, bo czy mamy dzieci czy też nie, ludźmi jesteśmy nadal, a człowieczeństwo zobowiązuje!

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo