Nie jest łatwo pisać o legendzie. Aktorce ikonicznej, która zdobyła w karierze wszystko, co mogła (i to co najmniej 3-krotnie). Jak otworzyć tę księgę i wyciągnąć syntezę? Myślę, że gdyby zapytać o to samą Meryl Streep, stwierdziłaby ze śmiechem: “po prostu tego nie rób”.

Pierwszego Oscara dostała w 1979 – za udział w Łowcy Jeleni. Następnego – w 3 lata później, za Wybór Zofii, w którym z perfekcyjnym polskim akcentem odegrała Zofię Zawistowską (większość filmu mówiła po polsku). Trzecia statuetka zamknęła podium w 2009 – za rolę Margaret Thatcher w Żelaznej Damie. Wszystkich nagród łącznie otrzymała grubo ponad setkę – w tym odznaczenie od Baracka Obamy. Do ról przygotowuje się tak, jakby na zawsze miała już zostać odwzorowywanym charakterem. Widać to w genialnym Wyborze Zofii, ale i w Kochanicy Francuza, gdzie akcentuje z wiktoriańskim angielskim czy w Krzyku w ciemnościach, gdzie mierzy się z australijską wymową. Duński? Proszę bardzo – w Pożegnaniu z Afryką mówi tak, jakby urodziła się pod panowaniem Małgorzaty II.

Aktorstwo nigdy nie było dla niej “zajęciem”, Streep nie “wcielała się” w role, tylko przyoblekała w skórę bohaterek, które grała.

New York Times porównywał ją zresztą do kameleona; była jakby biologicznie zaprogramowana do żonglowania kolejnymi wcieleniami. Mike Nichols, który reżyserował z jej udziałem takie obrazy, jak Silkwood, Heartburn czy Pocztówki znad krawędzi, powiedział o niej: “W każdej kolejnej roli Meryl wciela się w zupełnie nową istotę”. Według reżysera, aktorzy zaczynali ją traktować tak, jak gdyby wymyślony charakter był tym prawdziwym. O swojej pracy ze Streep mówił, że to jak zakochiwanie się – “wspominasz to jako magiczne wydarzenie, ale owiane nimbem tajemnicy” (Meryl Streep: Anatomy of an Actor, Karina Longworth, Phaidon Press [2003]).

Jej pierwsza, podświadoma rola polega na… wymyśleniu samej siebie od nowa. Do 14. roku życia uchodziła za niezbyt atrakcyjną, a dzieciaki z sąsiedztwa potrafiły znęcać się nad nią psychicznie i fizycznie. Czuła się osamotniona i niezrozumiana.

W szkole średniej jednak wszystko się odmieniło; jej dbałość o wygląd i charakterystyczny look sprawiły, że była w centrum zainteresowania.

Każdy miał w szkolę taką dziewczynę – główne role w przedstawieniach, przystojny chłopak – sportowiec, ona z kolei była gwiazdą w drużynie cheerleaderek. W jednym z wywiadów, Streep przyznała jednak, że w środku nadal czuła się samotna, a kreacja szkolnej czempionki była swojego rodzaju eksperymentem.  “Chciałam się nauczyć, jak być pociągającą. Nigdy później tak bardzo się nie napracowałam przy charakteryzacji” – pisze jej słowami Michael Schulman w biografii Meryl Streep. Znowu ona!

W poszukiwaniu własnej tożsamości, aktorka zapisała się do elitarnego Vassar College – jednego z najlepszych college’y do studiowania nauk humanistycznych w USA. Edukację zaczynała pod koniec lat 60., który przebiegł pod znakiem raczkującego feminizmu i innych ruchów emancypacyjnych, a także przenikania się pop- i kontrkultury. Przez jeszcze dwa lata jej obecności w szkole, Vassar College było tylko żeńską instytucją – Streep mogła więc, jak wspomina ze śmiechem, “skoncentrować się na scenie”.

Lekcje aktorstwa były dla niej dodatkiem; utrzymuje, że nigdy nie “nauczyła się grać”, bo nigdy nie było czasu, kiedy by tego nie potrafiła.

W rolę wchodziła totalnie – gdy prześledzić jej filmografię, praktycznie nie ma w niej obrazów bez nagród i takich, które nie elektryzowały krytyki i publiczności. Swoją spuściznę kreuje bardzo świadomie; grała w dramatach i melodramatach, thrillerach, musicalach, biografiach i komediach, ale na każdy wybrany film przypadają dziesiątki bądź setki, z których rezygnowała. Stanowi rzadki przypadek aktorki, która w pogoni za słupkami popularności zrealizowałaby film beznadziejny.

Mimo że zaangażowana od lat w ruchy na rzecz wyrównywania szans kobiet, nigdy nie dała sobie przypiąć łatki feministki.

“Jestem humanistką”, stwierdziła w wywiadzie dla Timeout po zagraniu roli w Sufrażystce, dodając: “I am for nice easy balance”. W tej samej rozmowie zdradza, że jej idolką jest młoda Malala Yousafzai, 21-letnia laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, przekazuje milionowe darowizny organizacjom wspierającym równouprawnienie (w tym na rzecz National Women’s History Museum, którego jest honorową rzeczniczką). Na galach Globe Award czy oscarowych (zdobyła w sumie rekordowe 21 nominacji) często nawiązuje do bieżącej sytuacji kobiet w Stanach i na świecie (lub z silną emfazą popiera inne nagradzane aktorki, które wykorzystują moment przemowy na podjęcie feministycznych tematów – jak wtedy, gdy wraz z Jennifer Lopez oklaskiwały Patricię Arquette).

Feminizm prezentowany w formie krótkich wycinków z programów informacyjnych, oglądany na żywo w emocjonujących debatach czy pokazywany w skrajnych, wypaczonych formach przez ruchy i media antyfeministyczne może wzmacniać niechęć i wręcz potęgować szowinizm. Opowiedzieć tą złożoną historię o idei, wedle której jedna płeć nie powinna dominować nad drugą, nie jest łatwo.

Meryl Streep może być więc postrzegana jako najlepsza rzecz, jaka przydarzyła się feminizmowi na przestrzeni ostatnich 25 lat.

Swoją komunikację opiera nie na akcentowaniu przewagi mężczyzn, tylko na niedoszacowaniu kobiet. 3-krotna laureatka Oscara nie rozlicza facetów, tylko koncentruje się na efektywnym działaniu (przez większość czasu). To subtelna różnica, która przesuwa akcenty i wytrąca personalne argumenty o “wojujących feministkach”.

Jakby tego było mało, od 1978 jest w związku małżeńskim z Donem Gummerem, z którym ma czwórkę dzieci. Na galach rozdania nagród często oddaje mu szacunek, dziękując za wspólne pożycie. Jest uwielbiana przez wszystkich; jej dowolne, pozafilmowe wystąpienie zawsze wzbudza śmiech. W show Davida Lettermana w 2008 pojawia się z zapaleniem oskrzeli, stwierdzając, że wizytę “bała się odwołać”. Kiedy odbiera statuetkę Emmy za Anioły w Ameryce, mówi z przekorą: “był czas, kiedy czułam się już naprawdę przereklamowana….” – chwila przerwy. Puenta wypowiedziana z rozbrajającym uśmiechem: “ale nie dziś!”. Nie ma w Hollywood aktora, z którym by nie pracowała – znają ją wszyscy.

Na początku tego roku odebrała kolejną nagrodę – prestiżową statuetkę Cecil B. DeMille, przyznawaną przez Hollywoodzkie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej (rok wcześniej laureatką została Oprah Winfrey) – “za wybitny wkład w rozwój kultury i rozrywki”. Jeżeli Meryl Streep pojawia się na tego typu galach, to pewnie głównie po to, żeby wykorzystać zwrócone w jej stronę kamery w słusznym celu.

Nie inaczej było tym razem; swoje przemówienie aktorka zaczęła od wskazania miejsca pochodzenia zgromadzonych na sali celebrytów, nawiązując do antyimigracyjnej polityki Donalda Trumpa.

“Jeśli pozbędziemy się przyjezdnych, pozbędziemy się całego Hollywood” – stwierdziła żartobliwie. Pod koniec jednak wprost odniosła się do sytuacji, kiedy prezydent USA rzekomo sparodiował w prześmiewczy sposób niepełnosprawnego dziennikarza CNN – niesprzyjającej mu zbytnio stacji. “Brak szacunku wzbudza brak szacunku. Przemoc rodzi przemoc” – stwierdziła, wzruszając publiczność.

“Meryl Streep – najbardziej przereklamowana aktorka Hollywood” – napisał na Twitterze we właściwym sobie stylu wściekły Trump.

Dlaczego salon tak uwielbia Meryl Streep?

Być może za wierność wartościom, całkowitemu oddaniu sprawom rodzinnym bez “poświęcania kariery”. Za szczerość i wynikającą stąd pewność siebie. Jest znana z niechęci do pokazywania życia prywatnego przed obiektywami. “Kiedy stajesz się popularny, tracisz prawo do prywatności. Za mną mogą chodzić wszędzie, nie obchodzi mnie to – to mój wybór. Ale nie mogę tej decyzji podejmować za moje dzieci” – stwierdza kilkukrotnie w różnych wywiadach. Jak twierdzi, nie zachęcała żadnego z czwórki potomstwa do pójścia w jej ślady, choć dwie córki w wieku dziecięcym zdobywają swoje pierwsze role w castingach, gdzie występują pod pseudonimami. Według Streep, jeśli chcą zostać aktorkami, mają pełne prawo samodzielnie na to zapracować – najstarsza, dziś 35-letnia Mamie, poświęciła się teatrowi, zaś niewiele młodsza Louisa zagrała w kilku filmach i serialach. Najmłodsza córka jest aktorką, a syn – muzykiem.

“Mimo wszystko, czasem musisz być ‘mamą-tygrysicą’, i skłonić dzieciaki do robienia tego, czego nie chcą” – tłumaczy z kolei w rozmowie dla Mom.me, opowiadając o tym, że żałuje, że pozwoliła synowi zrezygnować z lekcji pianina w dzieciństwie. “Ty przecież wiesz, co dla nich dobre, prawda?” – podsumowała.

 

 

Słynne Prawo Murphy’ego mówi, że jeśli coś ma pójść źle – na pewno pójdzie źle. Kiedy jednak bierzesz udział w pierwszej załogowej misji na Księżyc, tysiące inżynierów i ekspertów kilkudziesięciu specjalizacji latami pracuje nad tym, by uniknąć porażki.

Nadchodzi 20 lipca 1969 roku, a ty po pokonaniu 384 400 kilometrów w przestrzeni kosmicznej wchodzisz na orbitę srebrnego globu. Lądownik odłącza się od statku, zbliża się do powierzchni i 3 minuty przed spotkaniem ze skalistym podłożem… ekrany w całej kabinie wypełnia tylko jeden, czerwony napis: ERROR. To nie jest komfortowa sytuacja.

Ta misja miała się nie udać. Kiedy zespół misji Apollo 11 mijał Księżyc dosłownie na wyciągnięcie ręki, komputer pokładowy zasygnalizowały konieczność wstrzymania manewru lądowania. Doszło do przeciążenia pamięci i w ramach procedury bezpieczeństwa konieczne stałoby się przerwanie misji.

10 lat wcześniej, młoda Margaret Hamilton ukończyła matematykę na Earlham College w Richmond, stanie Indiana. Po studiach rozpoczęła pracę jako nauczyciel w lokalnym liceum. 24-latka zamierzała doktoryzować się z matematyki abstrakcyjnej, ale w tym samym czasie jej mąż dostał się na prawo na Harvardzie. Umówili się, że najpierw studia ukończy on, a następnie Margaret.

Przebywając w Bostonie, dziewczyna dostała pracę w jednym z laboratoriów komputerowych na MIT. To miało być przejściowe zajęcie, ale z początkiem lat 60. rozpoczął się kosmiczny wyścig między dwoma mocarstwami – USA  i Związkiem Radzieckim. W 1961 r. prezydent J.F. Kennedy ogłosił start programu, którego uwieńczeniem miało być lądowanie Amerykanów na Księżycu.

Warto pamiętać, że czynność, którą dziś nazywamy “programowaniem”, ma niewiele wspólnego z tym, czym było w połowie ubiegłego stulecia. Programowanie, jako dziedzina zawodowa i naukowa, praktycznie nie istniało. Powstające wtedy oprogramowanie oraz standardy legły u podstaw nowoczesnego “języka komend”, którymi porozumiewamy się z komputerami.

Wkrótce MIT otrzymało kontrakt od NASA, w ramach którego miało stworzyć zespół inżynierów odpowiedzialnych za zaplanowanie księżycowej misji. Hamilton nie zwykła przejmować się tradycyjną rolą kobiety i żony, i błyskawicznie umówiła się na rozmowy rekrutacyjne w MIT do dwóch różnych zespołów.

Hamilton była matematycznym geniuszem. Niemal z miejsca obaj kierownicy widzieli ją u siebie. – Nie chciałam urazić niczyich uczuć, poprosiłam więc, żeby wykonali rzut monetą – śmiała się w wywiadzie dla portalu Futurism. Ostatecznie trafiła do formującego się zespołu, który miał być odpowiedzialny za stworzenie oprogramowania umożliwiającego lądowanie na Księżycu. – Oprogramowanie w tych czasach stanowiło kompletną zagadkę, tajemnicę, dla kadry zarządzającej. Mieliśmy dzięki temu mnóstwo swobody i szerokie możliwości wprowadzania własnych pomysłów w życie – opisywała w tej samej rozmowie z Futurism, dodając słynne zdanie: – Musieliśmy być pionierami; nie było innego wyjścia.

Był rok 1965, a Hamilton nie ukończyła nawet 30 lat. Margaret Hamilton była pierwszą programistką zatrudnioną w programie Apollo i osobą, która w ogóle wymyśliła określenie “software engineer”. Jej praca polegała na wybijaniu otworów w specjalnych kartach perforowanych, które były instrukcjami przetwarzanymi w nocy przez komputer symulujący pracę lądownika. Gdy kod nie wykazywał błędów, był wysyłany do pobliskiego ośrodka Raytheon, gdzie grupa szwaczek, nazywanych „małymi staruszkami” (“Little old ladies”), gwintowała miedziane druty przez magnetyczne pierścienie (drut przechodzący przez rdzeń oznaczał – w języku binarnym – 1, zaś drut otaczający rdzeń – 0).

Hamilton błyskawicznie wsiąkła w środowisko inżynierów; jak wielokrotnie powtarzała w różnych wywiadach, w MIT płeć nie miała znaczenia.

Po pracy regularnie chodziła z kolegami na drinka do kampusowej knajpy, gdzie kształtowała się wczesna “geekowska” subkultura. Nie miała żadnych kompleksów – i, przynajmniej według oficjalnych źródeł, nigdy nie doznała dyskryminacji w pracy przez wzgląd na bycie kobietą.

Niezależnie od tego jednak, stanowiła absolutną mniejszość w zdominowanym przez białych mężczyzn środowisku naukowym. Hamilton wspomina sytuację, która zrodziła w niej pomysł na pewien genialny trik, który później miał uratować misję lądowania na naszym naturalnym satelicie.

Co zabawne, dała temu początek jej 4-letnia córka.

Praca nad programem kosmicznym pochłaniała niemal każdą chwilę; także wieczory i weekendy. Aby nie tracić kontaktu z małą Lauren, Hamilton zabierała ją regularnie ze sobą do pracy. Można sobie wyobrazić, jak niesamowita musiała być dla małej dziewczynki możliwość spędzania wolnego czasu w laboratoriach i warsztatach, w których powstawały prototypy rakiet i lądowników.

Któregoś razu, podczas zabawy przy symulatorze modułu dowodzenia, Lauren przypadkowo nacisnęła przycisk, który spowodował rozpoczęcie procedury przygotowującej komputer do startu rakiety w trakcie kiedy astronauci “przebywali” w przestrzeni kosmicznej od kilku dni (podkreślmy – w symulatorze). To spowodowało nadpisanie części kodu i danych nawigacyjnych, umożliwiających powrót zespołu na Ziemię.

Hamilton oświeciło – chciała dopisać kod, który uniemożliwiłby wykonanie takiej instrukcji.

Szansa, że świetnie wyszkolony astronauta popełni tak trywialny błąd była – według NASA – zerowa i nikt nie potraktował prośby programistki poważnie. “To się nie może zdarzyć” – powtarzała “góra”. Kod nie został dodany, choć Hamilton udało przemycić w dokumentacji dla załogi ostrzeżenie, by uważali na włącznik uruchamiający procedurę przedstartową.

Misja Apollo 8, polegająca na okrążeniu Księżyca i powrocie na Ziemię, rozpoczęła się 21 grudnia 1968 roku. 5 dni po starcie, astronauta Jim Lovell – oczywiście – omyłkowo wykonał zabronioną instrukcję i komputer pokładowy w jednej chwili “stracił mapę”. Błyskawicznie ściągnięto Hamilton i zespół z MIT, by przygotowali poprawkę, którą z kolei będzie można wysłać radiowo do komputera w przestrzeni kosmicznej. 9 godzin później, awaria została naprawiona. Popełnienie kolejnego błędu mogło kosztować życie trójkę astronautów – pracę trzeba było wykonać szybko i perfekcyjnie. Gdyby tylko posłuchano Hamilton odpowiednio wcześniej…

Od tego czasu, jej uwaga koncentrowała się na tych wszystkich sytuacjach, kiedy coś mogło pójść nie tak.

Przy pracy nad oprogramowaniem pierwszego lądownika, który miał “siąść” na Księżycu w lipcu 1969 roku, problemem była przepustowość komputera. Jego moc, porównywalną z dzisiejszymi programatorami do pralek automatycznych, określał zegar taktowany 40 kHz (przeciętny laptop działa 100 tys. razy szybciej).

Mimo wszystko, było to wystarczająco, by wylądować. Na 3 minuty przed zetknięciem “Orła” z Księżycem, jeden z członków załogi omyłkowo ustawił przełącznik w złej pozycji. Uruchomił w ten sposób nadajnik radiowy, komunikujący się z orbitująca na górze rakietą. Ów nadajnik zużywał 13% mocy komputera, ale do bezpiecznego wylądowania, jednostka sterująca potrzebowała 90%. Procesor był przeciążony, a ekrany w lądowniku zaczęły migotać napisem oznaczającym awarię: ERROR.

Zdolność Hamilton do przewidywania – wydawałoby się – najgłupszych pomyłek, objawiła się ponownie.

Kod, który stworzyła wraz ze swoim zespołem, potrafił nadawać priorytety zadaniom, które komputer ma wykonać w pierwszej kolejności. Dzięki temu, szybko odłączył nadajnik radiowy i umożliwił wykonanie manewru lądowania na Księżycu.

O 20.17 świat usłyszał: “Eagle has landed”, a centrum zarządzania NASA zatrzęsło się od okrzyków radości. Trudno przecenić wartość historyczną i technologiczną tego dokonania – pierwszy raz w historii ludzkości, przedstawiciel naszego gatunku postawił stopę na innym ciele niebieskim. Zdarzenie to było transmitowane na całym świecie i oglądane na żywo przez 600 milionów ludzi.

Nie doszłoby do tego, gdyby nie geniusz Hamilton (i kreatywna zabawa jej córki!).

Procesy wymyślone przy okazji tej i kolejnych misji Apollo stanowiły olbrzymi krok w rozwoju technologicznym. W późniejszych latach, Hamilton była zaangażowana m.in. w prace nad Skylab (pierwszą amerykańską stację orbitalną), budowę promów kosmicznych czy tworzenie elektronicznych systemów sterowania statkami powietrznymi. Od lat 80. do dziś działa także jej firma programistyczna, Hamilton Technologies, z siedzibą w pobliżu kampusu MIT.

W przytoczonym wcześniej wywiadzie dla Futurism, Hamilton podkreślała, że kluczowe w nauce czegokolwiek, najważniejsze, to nie dać się przestraszyć. – Nawet kiedy tak zwani eksperci mówią: “to niemożliwe”, nigdy nie powinieneś bać się poszukiwać rozwiązań i zadawać “głupie” pytania. Tylko ci, którzy potrafią solidnie upaść, będą w stanie odnieść solidny sukces – podkreślała.

A kiedy mówi to osoba bezpośrednio odpowiedzialna za lądowanie ludzi na Księżycu, cóż… trudno polemizować!

ilustracja / Dixie Leota

O Zadie Smith, brytyjskiej pisarce, autorce m.in. bestsellerowych “Białych Zębów”, zrobiło się niedawno głośno za sprawą “zasady 15 minut”, obowiązującej w jej domu. Podczas festiwalu literackiego w Edynburgu Smith wyznała, że jej 7-letnia córka nie może spędzać przed lustrem dłużej, niż kwadrans.

– Marnujesz swój czas. Twój brat nigdy się nie przejmuje [swoim wyglądem]; wkłada koszulkę i po prostu wychodzi, i ma gdzieś marnowanie półtorej godziny na stylizowanie się – w ten sposób wytłumaczyła dziewczynce swój zamysł. Metaforycznie czy nie, problem jest realny – z badań WHO wynika, że 52 proc. polskich 8-latek (sic!) nie jest zadowolona ze swojego ciała. Czy sposobem na poprawę tych statystyk może być odciągnięcie dziewczyn od luster?

Pośród wielu komentarzy, które wywołała ta wypowiedź, najbardziej wyraźne było oburzenie faktem, że 7-latka w ogóle może się malować. Warto jednak zauważyć, że łatwy dostęp do YouTube’a i zyskujące miliony wyświetleń tutoriale dotyczące malowania się sprawiają, że także najmłodsze dzieci zaczynają, jak określiła to ta youtuberka, “przygodę z makijażem”. Trudno zresztą wprost stwierdzić, czy Smith mówiła o rzeczywistej zasadzie, czy może było to metaforyczne ujęcie podejścia autorki do wychowania córki – jesteś piękna, i zawsze będziesz, niezależnie od tego, co próbują wmówić ci reklamy.

Po pierwsze – w robieniu makijażu nie ma nic złego. Poza skrajnymi przypadkami (vide – 7-latka spędzająca więcej niż 15 minut przed lustrem dziennie..), ten “rytuał” utrwalany jest od tysiącleci. Na dworze Totmesa III, egipskiego faraona, kobiety używały m.in. kredek do powiek i różu na policzki. Makeup to narzędzie świadomej autokreacji, które może poprawić pewność siebie i korzystnie wpłynąć na budowanie relacji. Zanim zdążymy mrugnąć okiem, nasz mózg dokonuje analizy twarzy czy gęstości włosów nowo napotkanej osoby, i w ciągu milisekund dokonuje oceny – czy nam się to podoba, czy nie. Można na ten proces więc częściowo wpływać (jeśli nam zależy). Jeśli z kolei zaliczyć malowanie się do kategorii dbania o siebie, trudno mieć pretensje do kogoś, kto odnajduje w tym przyjemność.  Nikt nie odmawia chłopcom potrzeby korzystania z siłowni i kształtowania muskulatury albo robienia tatuaży, zapuszczania brody i dbania o nią czy starannego dopasowywania poszczególnych części ubioru. Uważamy to kulturowo za normalne; dlaczego więc wylewać dziecko z kąpielą i stygmatyzować makijaż całościowo?

Problem zaczyna się w momencie, gdy (coraz młodsze) dziewczyny wykorzystują makijaż po to, by sprostać presji bycia piękną. Z badań przeprowadzonych przez Światową Organizację Zdrowia wynika, że 52 proc. polskich 8-latek nie jest zadowolonych ze swojego ciała.  61 proc. 15-letnich Polek uważa się za zbyt grube (raport HBSC). Może ma to jednak umotywowanie w faktach? Nic z tego – zaledwie 7 proc. 15-latek ma faktyczny problem z nadwagą. Być może próby zakazywania spędzania przed lustrem więcej, niż 15 minut, spełzną na niczym, a wręcz przyniosą odwrotny skutek. Rozsądne wydawałoby się więc zrobienie kroku w tył i zastanowienie się, z czego wynika potrzeba czasochłonnego poprawiania własnego wyglądu. Rolą rodzica jest wsparcie pozytywnej samooceny u dziecka, na tyle, by zrównoważyć nachalny przekaz marketingowy.

Sprawa oczywiście nie jest prosta. W samych tylko Stanach Zjednoczonych przemysł kosmetyczny generuje ponad 60 miliardów dolarów rocznie. Choćby niewielki procent tej kwoty przeznaczany na marketing – okładki magazynów, całe magazyny, edytoriale, wywiady z gwiazdami, sugestywne artykuły sponsorowane. Słynna okładka dwóch magazynów dla nastolatków – dla chłopców i dziewczynek – która obiegła świat w zeszłym roku jest aż nazbyt wymowna w tym kontekście:

A to przecież żadna nowość – tego typu treści są normą. Reshma Saujan, pomysłodawczyni projektu “Girls can code”, na swoim wystąpieniu podczas TEDx zwróciła uwagę na sposób, w jaki wychowujemy dziewczynki. Uogólniając, uczy się je perfekcji, zaś chłopców – odwagi (co zresztą doskonale widać na powyższych okładkach). Ta perfekcja objawia się zarówno w obsesyjnym wręcz dbaniu o własny wygląd, jak i realizacji powierzonych zadań. W sytuacji ryzyka więc kobiety w dorosłym życiu łatwiej odpuszczają – w obawie przed porażką. Jak wiemy, przegrywa tylko ten, który nigdy nie podejmuje żadnej aktywności – i może to poniekąd tłumaczyć skandalicznie niski odsetek pań w radach nadzorczych czy przedsiębiorstwach IT.

Może zakaz obowiązujący w domu Zadie Smith w swojej ekspresji jest nieco zbyt agresywny, ale zwraca uwagę na poważny problem – jeśli czas, który kobiety poświęcają na nadmierne dbanie o swój wygląd, udałoby się zainwestować w realizację marzeń i odważnych planów, jak wiele szklanych sufitów udałoby się przebić?

Zadie Smith, British writer, author of the bestselling „White Teeth” has been recently caught in the spotlight because of the „15 minute rule” she established at her home. During the Edinburgh Literary Festival, Smith confessed that her 7-year- old daughter can’t spend more than 15 minutes in front of the mirror.

– „You’re wasting your time. Your brother is not going to waste any time doing this. Every day of his life he will put a shirt on, he’s out the door and he doesn’t give a sh** if you waste an hour and a half doing your makeup.” – she explained her idea. Metaphorical or not, the problem is real – the WHO study shows that 52% of Polish 8-year- olds (sic!) are not happy with their body. Can pulling these girls away from mirrors be the way to improve these statistics?

Among numerous comments made by Smith’s statement, the most indignant fact was that a 7-year-old can do makeup at all. It should be noted, however, that easy access to YouTube and makeup tutorials gaining millions of views cause even the youngest of children to start „the adventure with makeup”, as this YouTuber girl puts it. It is difficult to state with certainty whether Smith spoke about the real rule, or maybe it was a metaphorical approach to the author’s way to raise her daughter – you are beautiful, and you will always be, no matter what they try to tell you on TV.

First of all, there is nothing wrong with doing makeup. Except for extreme cases (vide – 7-year-old who spends more than 15 minutes in front of a mirror a day), this „ritual” has been celebrated for millennia. At the court of Egyptian Pharaoh, Totmes III, women used eye pencils and blush, among others. Makeup is a tool for conscious self-creation that can improve self-confidence and help build relations. Before we can blink, our brain performs a facial or hair density analysis of the newly encountered person, and in a millisecond it evaluates whether we like them or not. It is possible to partially influence this process (if we care). However, if we put makeup into the category of taking caring for yourself, it is difficult to blame someone who finds this pleasant.  No one deprives the boys of the need to use the gym, to shape the muscles or get tattoos, grow beards and take care of them or carefully matching the individual pieces of clothing. We consider it culturally normal; So why do we throw the baby out with the bathwater and stigmatize makeup entirely?

The problem starts when the (increasingly younger) girls use makeup to cope with the pressure to be beautiful. According to a study conducted by the World Health Organization, 52% of Polish 8-year- olds is not satisfied with their body. 61% of 15-year- old Polish women consider themselves too fat (HBSC report). Maybe it has some actual grounds? No way – just 7% of the 15-year- olds have a real problem with being overweight. It’s plausible that trying to ban the mirror after 15 minutes will bring the opposite effect. So it would seem sensible to take a step back and reflect, where the need for this time-consuming process of correcting own appearance comes from. Parent’s role is to reinforce positive self-esteem in child, enough to balance the intrusive marketing message.

Obviously, this issue is complex. In the United States alone, the cosmetic industry generates over 60 billion dollars a year. However, only a small percentage of this amount is spent on marketing – magazine covers, entire magazines, editorials, star interviews, suggestive sponsored articles. The famous cover of two magazines for teens – for boys and girls – which circulated the world last year is all too meaningful in this context:

Anyway, this is no news – this type of content is the norm. During her speech at TEDx, Reshma Saujan, originator of the „Girls can code”, drew attention to the way in which we educate girls. In general, they are taught perfection, while the boys are taught courage (which is perfectly visible on the aforementioned covers). This perfection manifests itself in the obsessive care of one’s own appearance as well as in the accomplishment of the entrusted tasks. In risky situations, adult women abandon their goals – fearing failure. As we all know, only those who never take any action can lose – and this may partly explain the scandalously low percentage of women on supervisory boards or in IT companies.

Maybe the ban in place at Zadie Smith’s home is a bit too aggressive in its expression, but it draws attention to a serious problem – if the time that women devote to improving their looks could be invested in following their dreams and courageous plans, how many glass ceilings would they break?

W ciągu minionego tygodnia polską opinią publiczną wstrząsnęły dwa tragiczne wydarzenia: jednym z nich był atak na młode małżeństwo we włoskim Rimini i gwałt zbiorowy na Polce, kolejnym – przetrzymywanie na jednym z łódzkich osiedli 26-latki przez trzech oprawców, którzy bili ją i gwałcili przez 10 dni, doprowadzając do jej śmierci. W związku z tymi zdarzeniami, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zapowiedział zaostrzenie kar za siłowe doprowadzenie do stosunku seksualnego, ale jak pokazują statystyki przywołane niedawno przez Gazetę Prawną, może to nie przynieść żadnego skutku.

W miniony weekend polskie małżeństwo spacerowało wczesnym porankiem po plaży we włoskim Rimini nad północnym Adriatykiem. W pewnym momencie para została zaczepiona przez czterech mężczyzn; chwilę później mąż został pobity do nieprzytomności, zaś jego żona wielokrotnie zgwałcona. – Wierzę, że uda się znaleźć przestępców i wymierzyć im surową karę. Niezależnie od działań włoskiej policji, poleciłem wszcząć w Polsce śledztwo w sprawie tego okrutnego napadu i gwałtu. Polskie państwo i jego służby winny reagować, kiedy Polakom także za granicą dzieje się krzywda – cytuje wypowiedź ministra Ziobry WP.pl.

Przed kilkoma dniami poinformowano, że 26-latka z Łodzi zmarła po 3 tygodniach walki o życie w szpitalu. Jej horror zaczął się, gdy nowo poznany mężczyzna, po kilku spotkaniach, zaprosił ją do swojego mieszkania. Wkrótce dołączyło do niego dwóch znajomych, z którymi przez 10 dni katował i gwałcił dziewczynę. Uciekła, wykorzystując moment nieuwagi sprawców i zdołała dotrzeć na komendę. Mundurowi szybko zatrzymali podejrzanych, którzy obecnie przebywają w areszcie.

Gazeta Prawna w artykule Polska rajem dla gwałcicieli? Większość przestępstw nie trafia nawet przed sądy już w tytule określa najpoważniejszy problem polskiego wymiaru sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro w obliczu wspomnianych wyżej wydarzeń zapowiedział już, że prowadzone są prace nad zaostrzeniem kar dla sprawców brutalnych gwałtów (dłuższe kary więzienia, zlikwidowanie przedawnienia w przypadku najcięższych przestępstw popełnionych na tle seksualnym przeciwko zdrowiu i życiu).

Pytanie brzmi jednak – w jaki sposób miałoby to wpłynąć na redukcję ilości tych przestępstw? Od kiedy gwałt ścigany jest z urzędu, a nie na wniosek pokrzywdzonej, rzeczywiście wzrosła ilość wszczynanych spraw. W 2016 r. było ich 2426, ale potwierdzenie zarzutów udało się tylko w 1383 przypadków. W 2013 r. – 1885 spraw, z czego przestępstwo potwierdzone w niemal identycznej ilości – 1362. Szokuje także ilość wyroków w zawieszeniu – między 2010 a 2016 r. dostało je 31-41 proc. skazanych.

Problem jest wielowątkowy, ale nie od dziś wiadomo, że u źródła tak łagodnego karania sprawców stoi kultura gwałtu. To z tego powodu wciąż bardzo często winą za wymuszony seks obarcza się ofiarę; bo się zbyt “wyzywająco” ubrała, bo “głupia” zaufała nieznajomemu, bo pewnie “sama tego chciała” albo, jak “nieostrożna dziewczynka”, nie pilnowała swojego drinka. W tak dramatycznych sytuacjach niezwykle ważne jest, by zgwałcona kobieta czuła się możliwie bezpiecznie, by zawsze traktowano ją poważnie, przesłuchanie prowadzono przez osobę tej samej płci, przygotowaną do tego w sposób profesjonalny. Tymczasem policyjne “sito”, na które składają się zarówno czynniki proceduralne, jak i kulturowa stygmatyzacja ofiar, skutecznie “odsiewa” większość spraw. Sprawcy czują się bezkarnie, i błędne koło się zamyka.

Dyskurs mający na celu “odczarowanie” winy ofiary jest prowadzony w przestrzeni publicznej od lat; przytaczane statystyki już wielokrotnie pojawiały się w doniesieniach prasowych, często przy okazji podobnych do wspomnianych na początku tekstu, dramatycznych wydarzeń.

Jednak wciąż niedostatecznie dużo uwagi poświęca się edukacji chłopców wchodzących w okres aktywności seksualnej, oraz dziewczynek, które, kierując się błędnymi wyobrażeniami na temat seksu, zgadzają się na rzeczy, na które wcale nie chcą się zgadzać. W dorosłym życiu może przekładać się to na auto-wiktymizację, niezgłaszanie spraw na policję i odpuszczanie, gdy biurokracja i mentalność służb bezpieczeństwa utrudniają dojście sprawiedliwości. Powiedzmy to głośno – gwałt to nie tylko brutalny napad na ulicy czy w lesie przez obcego mężczyznę. Gwałcą także kochający mężowie i zakochani chłopcy, którzy, poprzez przemoc emocjonalną, są w stanie wymuszać na partnerkach pożądane zachowania.

Po pierwsze – każdy chłopiec rozpoczynający współżycie powinien być świadomy, że jego potrzeby seksualne nigdy nie są ważniejsze niż poczucie bezpieczeństwa dziewczyny, z którą idzie do łóżka. Nie twierdzę, że każdy, kto wymusza coś na partnerce, ma mentalność gwałciciela – być może po prostu wydaje mu się, że ma do tego prawo. Może czerpie wzorce z pornografii albo (często zmyślonych) opowieści starszych kolegów, i pozbawiony kontekstu, jest przekonany, że postępuje tak, jak postępują wszyscy. Tabu, jakie obowiązuje na temat seksu w szkole i często w rodzinie, prowadzi do powszechnej nieświadomości. I oczywiście, nie jest to żadnym usprawiedliwieniem na stosowanie jakiegokolwiek rodzaju przemocy wobec kobiet, sądzę jednak, że nauka o tym, jak powinna wyglądać zdrowa, partnerska relacja, w której szanowane jest kobiece “nie”, mogłaby zaoszczędzić wiele cierpienia. Tu nawet nie chodzi o jakąś systemową edukację (o tym możemy co najwyżej pomarzyć), ale uświadomienie, że o seksie warto z partnerką porozmawiać; że czasem wystarczy zadać kilka pytań i okazuje się, że to, co chłopcy myśleli o potrzebach dziewczyny, okazuje się iluzją.

Jeśli masz syna, uświadom mu to wyraźnie.

 

Po drugie – każda dziewczynka rozpoczynająca współżycie powinna być świadoma, że nigdy, przenigdy nie musi mówić “tak”, gdy ma ochotę powiedzieć “nie”. W normalnej relacji sytuacja, w której przedkładasz czyjeś szczęście nad swoje własne, nie może mieć miejsca. W wieku 16, 17, czy 18 lat, kiedy zaczynają się pierwsze związki i “eksperymenty” w łóżku, stosunkowo łatwo ulec presji i powtarzać sobie, że “tak to właśnie musi wyglądać”. No więc – nie musisz godzić się na seks w sposób, w który nie chcesz, albo w ogóle dopuszczać do siebie mężczyznę, gdy nie masz na to ochoty. A jeśli mimo tego, ktoś próbuje naruszyć twoje poczucie bezpieczeństwa, zmusić choćby do kiwnięcia palcem, gdy nie chcesz tego robić, stajesz się ofiarą i masz wszelkie prawo dochodzić sprawiedliwości. Gwałt pojawia się zawsze wtedy, gdy mimo sprzeciwu, ktoś skłania cię do współżycia – nigdy nie ma znaczenia, w jaki sposób do tego doszło.

Sprawca napaści zawsze zachowuje prawo do podjęcia decyzji, ale gdy już się zdecyduje na atak, odbiera to prawo tobie.

To sytuacja niedopuszczalna – i jeśli masz córkę, porozmawiaj z nią o tym.

Body shaming, the practice of humiliating or discriminating people (mainly women) because of their appearance, is strongly rooted in the modern pop culture, which is powered by permanent (over)production of social media content. Obviously, the scale of this phenomenon is getting especially visible in the celebrity context – when an unretouched photo or a movie leaks to the Internet. Rihanna’s case has brought this topic up twice over the last few weeks, The Internet has split into the ‘shamers’ and the protectors and the comments from both parties show only how far we have come in the sexualisation of woman’s body.

The Grand Kadooment is a public holiday in Barbados and at the same time the finale of Crop Over festival. Its tradition began at the end of the 17th century to celebrate the end of sugar cane harvest. Rihanna, the most famous “Daughter of Barbados”, joined the crowd again this year and created a world-wide sensation with a series of pictures in a colourful costume, heavily laden with jewellery and feathers. And Rihanna herself is enough to make the Internet go crazy. With over 53 millions followers on Instagram, the singer became the main subject of the body shaming discussion again.

the @aura_experience caught by @dennisleupold #BARBADOS #cropover2017 #culture

Post udostępniony przez badgalriri (@badgalriri) 7 Sie, 2017 o 1:44 PDT

Similar ‚scandal’ broke out at the end of May when Barstool Sports website published an article bearing a rather disgusting heading ‘Is Rihanna Going to Make Being Fat the Hot New Trend?’. The unscrupulous author wonders if we are witnessing a developing trend of “women with Hindenburg [airship] curves” and stresses that the singer’s new look can lead to the situation when ‘the hottest chicks would look like people from Wall-E’.

The article, probably calculated to generate a large number of clicks, was widely criticized and quickly removed, but not by the fact that it was misogynist and humiliating – it simply was „not funny enough” for the general editor.

In this era of gossip madness, even web portals that clearly oppose calling Rihanna “fat” and try to defend her get involved in extremely sexualizing discourse. As Highsnobiety portal points out, a woman’s body should never be a subject of mass discussion. However, ambiguous and racial terms (thick, thicc) are used even here, to positively assess the singer’s shape, though. There, the author, full of good intentions, presents a series of RiRi pictures in a mesmerizing outfit, analyzing her curves from different angles: „(…) we show pictures of her body in close proximity – YOU DECIDE [if she’s thick]”.

Photo coverage from the Festival could have been a great opportunity to say something about the fascinating culture of Barbados, or the strong sense of local patriotism frequently demonstrated by Rihanna. Meanwhile, the only true reason for writing dozens of articles is … the body. Nasty comments on the image of Beyonce after she got pregnant, or Kim Kardashian for the same reason, or Lady Gaga after performing at the Super Bowl is no exception here – bodies of celebrities seem to be a „common good”, which can be evaluated by anyone.

Jennifer Aniston, fed up with such a situation, posted an open letter addressed to tabloids last year, where she emphasized how dehumanizing headlines, focusing on „famous belly”, destroy women’s subjectivity. Is she pregnant? Is she eating too much? Has she let herself go? Is her marriage on the rocks because the camera detects some physical ‚imperfection?– could be read. For the insanity, associated with morbid fascination with the female body, Aniston blames precisely the paparazzi hunting for „hot news” and places where the content is published. In a recent interview published in Vogue, Aniston has been asked whether something had changed in her perspective a year after her appeal. – Not really (…). If you’re going to walk out and have your nipples showing, or your belly is a little bloated, or you’re not at the weight you want to be — you are perfect no matter what you are and no matter where you are. ” – she explains.

Information about this interview was published by a Polish gossip site, giving women the right to be who they want to be (and the way they want to be). Although, author’s had some doubts concerning the part about visible nipples, but that would still be acceptable.

However, right below the text there was a link to another story, titled: Angelina Jolie caught without a bra! That’s how she paraded [emphasis – ed.] in front of the crowd.

Language, being a tool of modern culture, plays a key role in our understanding of what is beautiful (thus slim means acceptable) and what is ugly (thick, unacceptable). If we do not want the next generation of girls and women to live in guilt because of what they look like, let’s pay attention to how we comment on the reality surrounding us and, therefore, what kind of beauty standards we pass on. Only then there is a chance, that in the foreseeable future such billboards will not push anyone into complexes caused by the unrealistic image of the female body.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo