Change font size Change site colors contrast
Styl życia

10 najlepszych prezentów dla Mamy + KONKURS

21 maja 2018 / The Mother Mag

Który to Dzień Mamy w Twoim życiu?

W życiu naszej redakcji - pierwszy. Więc obchodzimy go hucznie, bo nie tylko naszą propozycją świetnych prezentów na Dzień Mamy, ale i konkursem. Pewnie często ktoś mówi Ci, że wie, co jest dla Ciebie najlepsze. No to my mówimy to także - wiemy, że potrzebujesz chwili przyjemności, miłego prezentu, kobiecych rytuałów. Przedstawiamy kilka propozycji na to...

Który to Dzień Mamy w Twoim życiu?

W życiu naszej redakcji – pierwszy. Więc obchodzimy go hucznie, bo nie tylko naszą propozycją świetnych prezentów na Dzień Mamy, ale i konkursem.

Pewnie często ktoś mówi Ci, że wie, co jest dla Ciebie najlepsze. No to my mówimy to także – wiemy, że potrzebujesz chwili przyjemności, miłego prezentu, kobiecych rytuałów. Przedstawiamy kilka propozycji na to jak sprawić przyjemność każdej mamie.  

Looks by Luks / turban

Jeśli do tej pory wydawało Ci się, że turbany są nie dla Ciebie, bo są trochę ekstrawaganckie, niestandardowe – maj to dobry czas, by to zmienić. Turbany Looks by Luks są piękne!

The Mother Mag / drugi numer magazynu / 27 zł

Nie dość, że piszemy o Mother-Life Balance, to jeszcze chcemy Ci tę harmonię dostarczyć prosto do domu. Nasz drugi numer, w którym jest naprawdę dużo do czytania, potrzebuje Twojej uwagi i czas

Body Boom / peeling do twarzy / 65 zł

Drobno zmielone pestki oliwek i ziarna kawy robusty wygładzają cerę sprawiając, że jest czysta i świeża. Czyli droga Mamo, promienny wygląd masz zagwarantowany!

Body Boom / bananowy peeling kawowy / 65 zł

Kawa oraz trzy oleje: migdałowy, makadamia i arganowy zrobią wszystko,  by długotrwale i z najwyższą starannością nawilżyć oraz ujędrnić Twoją piękną skórę. Gotowa?

 

 

 

Remigiusz Mróz / Zerwa / 29,93 zł

Hej, kto nie zna Remigiusza Mroza? Ale to nie z nim czeka Cię spotkanie, ale z Wiktorem Forstem! Są takie książki, które czyta się wszędzie – w autobusie, w wannie, w kolejce na poczcie. No właśnie – to jest dokładnie tego typu książka.

 

Ministerstwo Dobrego Mydła / Set dla Mamy / 76 zł

Coś nam, Mamom, od tego życia się należy, prawda? Można zjeść ulubioną czekoladę, posłuchać dobrej muzyki, albo – wiemy, że to lubicie – zrobić sobie domowe SPA. Jak poczuć się młodziej o 10 lat w ciągu 10 minut? Wystarczy trochę pachnących i naturalnych kosmetyków.   

IOSSI  / Aksamita róża, regenerująco nawilżający krem z acerolą, różą i algami / 125 zł

Są takie kremy, które – no ok – ładnie pachną i miło się ich używa. I tyle. Ale w tym zestawieniu nie ma przypadków. Ten krem naprawdę daje skórze komfort, a już po kilku dniach czujesz, jaką masz miękką cerę.

Noteka / długopis KAWECO Brass Sport / 225 zł

To nie tak, że lubimy mieć fajne gadżety. Chodzi o otaczanie się pięknymi przedmiotami. Tak, by nawet najmniejsza czynność – jak spisywanie listy zadań na dziś – była małą przyjemnością. Same zobaczcie – przepiękny krótki długopis z klasycznej linii Kaweco Sport.

 

 

Soyoosh / Świeca sojowa Golden Hour / 58 zł

Są takie zapachy, które od razu przypominają o miłych chwilach. Ciasto drożdżowe wyjęte prosto z piekarnika czy perfumy mamy – a teraz takim zapachem może być świeczka sojowa. Poprawia humor, uspokaja, nastraja optymistycznie, inspiruje do działania.

Madama / Happy Planner / Paradise / 64,5 zł

Choć jest połowa roku, dobry planner to gwarancja zachowania nie tyko porządku w ważnych sprawach, ale głównie spokoju w głowie. Wszystko ładnie opisane i zaplanowane? No to można działać!

 

 

Lubicie konkursy?

My tak, szczególnie, jak nagrody są wyśmienite.

Zapraszamy na nasz profil na Facebooku oraz na Instagramie, gdzie odbędą się równolegle dwie tury – tekstowa (Facebook) oraz zdjęciowa (Instagram).

Jakie jest zadanie?

Na naszym Facebooku, pod postem opublikowanym ’10 najlepszych prezentów dla Mamy’, umieść komentarz z odpowiedzią na pytanie „ Czym jest dla Ciebie Mother Life Balance”?

Na swoim profilu na Instagramie opublikuj zdjęcie konkursowe, odpowiadające na pytanie „Czym jest dla Ciebie Mother Life Balance” oraz oznacz #motherlifebalance, #konkurs, #dzienmamy

Wybierzemy najlepsze odpowiedzi, po jednej wśród komentarzy na Facebooku i jedno zdjęcie na Instagramie, których autorki otrzymają wspaniały prezent na Dzień Mamy – paczkę z 5 wybranymi przez nas prezentami, pokazanymi w tym zestawieniu. Na odpowiedzi macie czas do 23 maja do północy. W czwartek opublikujemy nazwiska zwyciężczyń. Szykujemy też inne niespodzianki.

Pamiętajcie, że jedna Mama może wziąć udział tylko w jednej opcji konkursu – na Facebooku bądź Instagramie.

 


Regulamin konkursu dostępny TUTAJ.

 

 

 

Ciało

HCV to (już) nie wyrok

15 października 2018 / Paulina Kondratowicz

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia spada na Was jak grom z jasnego nieba wiadomość, że w Waszym ciele mieszka „kosmita”, nieproszony gość, który jest na tyle cwany, że nigdy nie ogłosił wszem i wobec o tym, że właśnie się wprowadził i zamierza przewrócić Wasze życie do góry nogami.

Owy „kosmita” nazywa się HCV (wirusowe zapalenie wątroby typu C), a jego ukryta działalność prowadzi...

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia spada na Was jak grom z jasnego nieba wiadomość, że w Waszym ciele mieszka „kosmita”, nieproszony gość, który jest na tyle cwany, że nigdy nie ogłosił wszem i wobec o tym, że właśnie się wprowadził i zamierza przewrócić Wasze życie do góry nogami. Owy „kosmita” nazywa się HCV (wirusowe zapalenie wątroby typu C), a jego ukryta działalność prowadzi do marskości lub w ostateczności raka wątroby. Na szczęście nieproszonego lokatora można się pozbyć na zawsze dzięki nowym lekom, które obecnie dają nadzieję na całkowite wyleczenie.

Szacuje się, że Polsce na wirus HCV choruje ok. 190 tysięcy ludzi, co i tak jest wskaźnikiem dużo mniejszym niż kilka lat wcześniej, gdy szacowano, że zakażonych nosicieli wirusowego zapalenia wątroby typu C jest ok. 300 tysięcy. Sama byłam wśród nich, kiedy w czerwcu 2016 roku, po badaniach krwi usłyszałam od lekarza: ma pani wirusa. Chciałabym Wam opowiedzieć o mojej drodze do wyzdrowienia, perypetiom, przez które musiałam przejść przed i w trakcie leczenia oraz fakcie, że jest nadzieja dla każdego.

Mnie to nie dotyczy!

Wirus HCV atakuje komórki wątroby, a droga zakażenia wydaje się być banalna – przez kontakt z krwią zakażonego. To nie musi być od razu wiadro czy talerz takiej krwi – wystarczy kropla. Jak? Najczęściej poprzez zabiegi z naruszeniem ciągłości tkanki, tatuowanie, ale też w trakcie wizyty u kosmetyczki, czy nawet przy zwykłym pobieraniu krwi. Powiecie – ale przecież istnieją standardy higieny, przecież pielęgniarka ma obowiązek noszenia rękawiczek lateksowych podczas wykonywania badań, a dentysta używa jednorazowych wierteł. Wszystko to prawda. Ale czy tak było zawsze? Ja pamiętam gabinet stomatologiczny z lat 90-tych, kiedy chodziłam leczyć swoje pierwsze stałe zęby i uwierzcie – nie było tam specjalnie sterylnie. Najprawdopodobniej wtedy zaraziłam się wirusem, bo ówczesna wiedza oraz profilaktyka HCV praktycznie raczkowała.

I tak miałam w sobie tego kosmitę ładnych kilkanaście lat nie wiedząc o tym, że skutecznie niszczy mi wątrobę.

Bo wirus ten nie daje praktycznie żadnych! symptomów. Owszem, w ostrej fazie zakażenia można czuć się co najmniej jak podczas infekcji grypopodobnej, ale kto zwraca uwagę na zwykłe łamanie kości, lekko podwyższoną temperaturę ciała albo gorsze samopoczucie? Szczęście mają Ci, którzy w kilka tygodni po otrzymaniu „prezentu” mają takie objawy jak zżółcenie skóry i białek ocznych! Wtedy można powiedzieć, cytując klasyka „wiedz, że coś się dzieje!”. HCV więc w czasie, kiedy jesteśmy nieświadomi jego bytowania w nas, powoduje zwłóknienie komórek wątroby, czyli prowadzi do jej niewydolności. Powoli… Do rozwinięcia się marskości potrzeba nawet 20 lat! Kiedy zaczęłam poznawać „wroga” byłam przerażona – tyle lat żyłam w nieświadomości, pewna, że przecież mnie to nie dotyczy! A dotyczyło i to bardzo, ponieważ dzięki bezbolesnej biopsji (FibroScan działa podobnie do USG) dowiedziałam się, że moje zwłóknienie jest na poziomie F1/F2 czyli mówiąc ludzkim językiem – miałam zaczątki marskości (maksymalna wartość to F4, która oznacza, że Twojej wątroby praktycznie nie ma).

Prawda w oczy musi zakłuć

O HCV dowiedziałam się przypadkiem, kiedy z powodu złego samopoczucia wylądowałam na ostrym dyżurze w szpitalu. Miałam objawy silnego zatrucia ze zżółceniem skóry i oczu, swędzeniem i ogólnym rozbiciem. Diagnoza była przewidywalna – nabawiłam się żółtaczki typu A, czyli pokarmowej. Tak, ona nadal istnieje! Wykonano mi również badania na obecność wirusa typu B i właśnie C. Wynik wyszedł wątpliwy, drugie badanie, trzecie i w końcu ze względu na stan zdrowia przewieziono mnie na oddział zakaźny. Trzy tygodnie pompowania we mnie leków, sprawdzanie stanu wątroby i oczywiście potwierdzenie obecności wirusa we krwi. Diagnozę usłyszałam w drugim tygodniu pobytu w szpitalu. Wirus HCV jak malowany. Potem oznaczenie genotypu (jak się okazuje, drań ma kilka odmian) i wiremii, czyli ilości kopii wirusa we krwi. Wyobraźcie sobie – kiedyś słyszałyście o czymś takim jak HCV. Kojarzycie to z HIV. Sumujecie wszystko co ewentualnie wiecie na ten temat i wychodzi Wam jedno – pora umierać. Miałam duże szczęście, że trafiłam na wspaniałego lekarza, który cierpliwie opowiadał mi o mechanizmie działania tego wirusa, że umrzeć, umrę, ale na pewno nie za rok czy dwa. Że są nowe leki…  i tu pojawiła się we mnie iskierka nadziei. Zaczęłam czytać, chociaż doktor Google i tak był pesymistą. Trafiłam na rzetelne źródła informacji i kamień spadł mi z serca – od 2015 roku w Polsce można dostać refundowane leki na HCV przy genotypie 1b (ja ten miałam!), skuteczność leczenia – prawie 100%, pewność na brak nawrotu choroby – tylko w momencie ponownego zakażenia się (niestety, nie nabieramy odporności). I tu pojawił się kolejny problem…

Czekanie jest cnotą

W szpitalu, w którym byłam, czas oczekiwania na leczenie to… pięć lat! Całe pięć lat. Byłam za zdrowa na natychmiastowe otrzymanie leków, ale już dostatecznie chora, by wpisano mnie na listę oczekujących. Po trzech tygodniach wróciłam do domu, bez  HAV, ale za to nadal z HCV. Miałam dbać o swoją dietę, ograniczyć alkohol i… czekać. Czekałam pół roku, ponieważ po tym czasie mój lekarz prowadzący prosił o kontakt w sprawie ewentualnego sprawdzenia jak się miewa kolejka, w której czekałam po leki i zdrowie. Okazało się, że NFZ nie przekazał nowej puli pieniędzy na województwo i trzeba czekać nadal. Niewiele myśląc, chwyciłam za telefon, wyszukałam wszystkie najbliższe ośrodki zajmujące się leczeniem HCV nowymi lekami i szukałam miejsca, gdzie kolejka jest mniejsza. Byłam w Zielonej Górze, kontaktowałam się ze szpitalem w Poznaniu, w Warszawie, nawet w Gdańsku. Wybawieniem okazał się Mielec – małe miasto na podkarpaciu, 50 km od Rzeszowa. I tak po prawie roku od diagnozy ruszyłam w swoją podróż po zdrowie. Ten maleńki szpital powiatowy przywitał mnie praktycznie natychmiastowym otrzymaniem leków, opieką, badaniami i po trzech miesiącach dostałam najlepszy prezent na wakacje – zdrowie! Diagnoza potwierdziła się jeszcze raz w grudniu.

Tabletki szczęścia

Leczenie nowymi lekami przypomina branie antybiotyków. Dwie duże tabletki i dwie małe. Dwa razy dziennie. Rano i wieczorem. Przez pierwszy tydzień czułam się trochę ospała, ale potem było już tylko lepiej. Miałam coraz lepsze wyniki badań enzymów wątrobowych, a po trzech miesiącach zupełnie zapomniałam, że coś mi było. Porównując samopoczucie sprzed leczenia i po nim mogę Wam powiedzieć, że moje zmęczenie, ciągłe niewyspanie, łamanie w kościach ustało, a bywało dokuczliwe. W między czasie poznałam wiele osób, które chorują na HCV, zaprzyjaźniłam się z kilkoma dziewczynami takimi jak ja dzięki świetnej grupie wsparcia na Facebooku. Kilku osobom pomogłam w załatwieniu wizyty w Mielcu. To był czas pełen wiary i nadziei, że się uda. Tabletki szczęścia zadziałały skutecznie, tak jak obiecał producent i lekarz. Miałam dużo szczęścia, gdyż przed 2015 rokiem w naszym kraju stosowano jedną, słuszną metodę leczenia HCV – interferon. Jest to lek, który działa podobnie, w uproszczeniu, do chemii podawanej przy nowotworze. Wyniszcza organizm, a nie daje praktycznie żadnej skuteczności. Chyba, że trafi się gentoyp 3, wówczas szanse na wyzdrowienie są dużo wyższe. Można było również pokusić się o sprowadzenie leków generycznych z Indii i wiele osób robi tak do dzisiaj, mając w perspektywie długoletnie czekanie na leczenie. Na szczęście, Ministerstwo Zdrowia wynegocjowało już pojawienie się leków również dla genotypu 3, które podobnie jak moje, mają podobne działanie i skuteczność.

Zanim wpadniesz w panikę

Niestety, smutne jest to, że w naszym kraju nadal niewiele mówi się o HCV. Niewiele lekarzy dokształca się z wiedzy na temat tego wirusa oraz możliwości leczenia go. Można również trafić na zupełny ciemnogród, kiedy dowiesz się od swojego lekarza specjalisty, że skoro masz HCV to na pewno umrzesz (true story!). Jednak popadanie w panikę jeszcze nikomu nie pomogło. Warto sięgnąć po odpowiednie źródła informacji, zdobywać wiedzę o profilaktyce i badać się. Test anty-HCV można zrobić bezpłatnie lub prywatnie, za około 30 zł. Dzięki niemu możesz zacząć działać lub spać spokojnie. Moja historia pokazuje, że wroga należy najpierw oswoić, a potem zlikwidować. Zwłaszcza, że badania są bezbolesne, a mogą uratować życie. HCV to JUŻ nie wyrok, a to jest zdecydowanie optymistyczna wiadomość!

 

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No connected account.

Please go to the Instagram Feed settings page to connect an account.

Mother-Life Balance to zdecydowanie mój plan na macierzyństwo po urodzeniu drugiego dziecka.

Sylwia Luks

The Mother Mag to mój ulubiony magazyn z którego czerpię wiele porad życiowych oraz wartościowych treści!

Leszek Kledzik

The Mother Mag logo