Dlaczego wszyscy szepczą, gdy mówią o miesiączce?

Liceum nauczyło mnie cholernie dużo. Nie przesiedziałam tych trzech lat nad książkami, ale bardzo się rozwijałam. Odkrywałam kim jestem i kim chcę być. Przecierałam ścieżki, poznawałam ludzi i obserwowałam jak działają interakcje między ludźmi. Pamiętam, kiedy pewnego razu, wychodząc na przerwę, cofnęłam się po swoją torbę. Nauczyciel spytał mnie, gdzie to ja się wybieram, skoro nie muszę zabierać swoich rzeczy na dziesięć minut, a nie palę i nie dygam między lekcjami za bank czy kościół. Zbiło mnie to z tropu, bo przecież nie odpowiem, że potrzebuję z torby nie papierosów i zapalniczki, ale paczki tamponów, schowanych w bocznej kieszonce, zaraz obok soku malinowo-porzeczkowego. Ale w sumie, dlaczego miałabym tego nie mówić?

Jestem sporym wrażliwcem, serio. Nie jestem w stanie oglądać horrorów, oglądać drastycznych filmów i zdjęć i w liceum nienawidziłam słuchać na przykład o średniowiecznych sposobach tortur. A to się zdarzało, nie pytajcie. W tamtych momentach zaczynało mnie mdlić, tak jak przy oglądaniu zdjęć z obozów koncentracyjnych. To dość zaskakujące, że krew jest tematem tabu tylko w pewnych kwestiach. Nie ma przecież problemu z wyszukaniem zdjęć lub filmu z egzekucji sławnych terrorystów. Oglądamy krew w filmach akcji i thrillerach, oglądamy też filmy pornograficzne, które bywają wulgarnie brutalne lub brutalnie wulgarne. To wszystko, wdrożone w nurty kultury popularnej, przestaje szokować. Ale dalej szokują lekko poplamione majtki, czy tampony i podpaski. Bo pornografię i zabójstwa uznaliśmy za coś całkiem normalnego. A menstruację nie.

 

 

Rupi Kaur, autorka mojego ukochanego, bo bardzo potrzebnego i przełomowego tomiku Mleko i Miód, dodała kiedyś bardzo głośne zdjęcie na Instagramie. Rupi leżała na kanapie, tyłem do obiektywu. Była w szarych dresach, na których można było zauważyć małą, bordową plamkę. Rupi przeciekła.

Afera zaczęła się, kiedy Instagram usunął zdjęcie, tłumacząc się jego rzekomą niezgodnością z wytycznymi społeczności. Rupi wstawiła je ponownie, zdjęcie zostało, ale problem nie zniknął. Wiem, że sporo osób zastanawia się, czemu takie treści w ogóle zostały upublicznione, bo “nie ma się czym chwalić”. To “nieestetyczne” i może nie powinno się o tym w ogóle wspominać. Ale wiele osób stanęło murem za okresem. Zdjęcie nie było drastyczne, nie okazywało nagości i nie było obrzydliwe. Bo czy coś naturalnego, czym jest występowanie miesiączki, może być obrzydliwe? Sama Kaur w tomiku pisze tak:

widocznie to nieelegancko z mojej strony

wspominać publicznie o okresie

bo biologia mojego ciała

jest jako taka zbyt prawdziwa

sprzedawanie tego

co kobieta ma między nogami

jest bardziej w porządku

niż wzmianka o jego funkcjonowaniu

rekreacyjne używanie

tego ciała uważa się za

piękne zaś

jego naturę

za brzydką

 

Pamiętam, jak w liceum miałam naprawdę ciężki poniedziałek. Wiadomo, jak to jest – poniedziałki do ulubionych dni tygodnia zwykle nie należą. Osobiście uważam, że to nie poniedziałki są niefajne, tylko Twoje życie, jeżeli masz takie podejście, ale tamten poniedziałek był złem samym w sobie. Przysięgam. Zaczynałam zajęcia o 7. Wstałam o 5:48, niewyspana, jak możecie się domyślić, ale dzielnie pomaszerowałam na trzydzieści minut matematyki. Miałam dwie godziny okienka, potem dwie planowe matmy, dostałam z powrotem swoją próbną maturkę, którą jako jedyną zdałam. Nic nie zapowiadało się na piekło. Ale potem okazało się, że poniedziałkowo czekają mnie trzy matury do napisania. Ledwie zipiąc przy ławce, prosząc pana bożka o zbawienie, rozstrzaskiwałam kolejne pytania o Hazdrubalę, o dawnych marszałków senatu, o to, co to znaczy, że panuje zasada domniemania niewinności i jakie były przyczyny rabacji galicyjskiej. I byłam wściekła, bo jedyne na co miałam ochotę, to popłakać się z bólu i wrócić do domu, a nie mogłam. Bo „na maturze też mogę źle się czuć”. Co w sumie okazało się dość prorocze, ale wtedy było to dla mnie ciut nieludzkie i okrutne.

Nie chcę niczego demonizować i nie chcę pokazywać nas, kobiet, jako ofiar. Tu nie o to chodzi, żeby otrzymywać współczucie, ale żeby otrzymywać zrozumienie i spotykać się z empatią. Przecież to oczywiste, że nauczyciel chce mnie przygotować na to, że okoliczności pisania egzaminu mogą być różne i w ogóle go za to nie winię. Chociaż nie miałam czasu podreptać po paracetamol czy inne znieczulacze. Nie chodzi o specjalne traktowanie, ze względu na to, że jestem kobietą, która ma miesiączkę. Chodzi o wyciągnięcie dłoni w stronę osoby, która czuje się beznadziejnie. I cierpi. Serio.

Wydaje mi się, że wokół miesiączki krąży podobne tabu, do tego, które uczepiło się też masturbacji. Niby wszyscy wiedzą o co chodzi, ale jednak nie będziemy o tym rozmawiać, bo tak jest wygodniej i bardziej komfortowo. Coś całkiem naturalnego, czym jest menstruacja, zostało wepchnięte do szuflady, od której ktoś zabrał kluczyk. A wszyscy powinni zniżać ton do szeptu, kiedy mówią o  m i e s i ą c z c e.  A już w ogóle będzie lepiej i bezpieczniej, jak zamienisz to słowo lub “okres” na “niedyspozycję”.

Niedawno na jakimś portalu trafiłam na artykuł, który punktował rzeczy, o których nie mówi się facetom. W tej zlepce mądrości i życiowych porad, złapałam jedną, chyba najważniejszą i całkowicie dla mnie nową. Wyczytałam, że żeby mężczyzna traktował kobietę poważnie, to, pod żadnym pozorem, nie powinna ona wspominać o okresie. Nie i basta. Ani o tym, ani o podpaskach i tamponach, ani o pmsie, ani o bólach brzucha, głowy czy pleców. Bo kobieta, żeby być seksowną kochanką, musi być takim tytanem życia. Zawsze pozytywna, zawsze w szpilkach, ołówkowej, z dużym dekoltem i starannym makijażem. I, co najważniejsze, bez krwi na majtkach czy tamponów, które facet mógłby przypadkowo zauważyć.

Jedyne co mam w tej kwestii do powiedzenia, to: pieprzę to. Tak, krwawię. Co miesiąc, jeżeli dobrze pójdzie, menstruuję, bo jestem kobietą. Źle się wtedy czuję, mam obsesję na punkcie jak najczęstszych pryszniców i zmieniania środków higienicznych. Czasem przeciekam i brudzę prześcieradło. Być może wykreśla mnie to z listy kobiet pożądanych i seksownych, bo to niezbyt estetyczne. Ale naturalne i prawdziwe i nie udawajmy, że jest inaczej, albo, że temat w ogóle nie istnieje. Bo to nie tylko życie w kłamstwie, ale przecież wielokrotnie powtarzałam, że zmowa milczenia może skrzywdzić. Nie będę opisywać sytuacji, w których małe dziewczynki dziwią się, widząc krew na majtkach, bo nikt im wcześniej nie powiedział. Nie trzeba od razu wymyślać radykalnych przykładów. Temat miesiączki powinien być obecny przecież także w partnerstwie i relacjach, bo, nie ukrywajmy; okres, lub jego brak, w związku to sprawa obojga.

Marzy mi się, żeby kobiety przestały podążać za tym, jakie powinny być i o czym nie powinny mówić. Żeby były szczere, przede wszystkim ze sobą. I żebyśmy my wszyscy, przestali milczeć lub szeptać, a zaczęli mówić i rozmawiać. Głośno.

 

ILUSTRACJE: Layla Ehsan via Buzzfeed

2 comments

  1. Ja pod tym względem nie mogę narzekać. Cały tok nauczania wstydziłam się okresu. Siadając w szkolnej ławce modliłam się, żeby 45 minut przemkło jak najszybciej i żebym mogła pójść do toalety. Może to obsesja, ale zawsze się bałam że gdzieś coś bokiem przecieknie. Byłam też przeciwko używaniu tamponów- nie wiem skąd mi się to wzięło, ale nie mogłam się przekonać nawet do spróbowania korzystania z nich. Pod koniec pierwszego etapu studiów poznałam chłopaka. Jak zaczęliśmy ze sobą chodzić stwierdziłam że żeby on się nie domyślał że mam okres, albo żeby nie widział czasem odbijającej się podpaski pod obcisłymi spodniami przekonałam się (najpierw na siłę A potem wręcz w całkowitym zastępstwie) na te nieszczęsne tampony. Wszystko w dobrej wierze właśnie żeby być zawsze tą sexi kobietą. I wiecie co? Mój facet kiedyś po prostu wyczuł że nie mam humoru i zapytał prosto z mostu “Czy mam te dni”. Gdy przytaknęłam ten temat przestał być omijany. Mój luby stwierdził że to normalne i żebym się nie wstydziła bo jestem kobietą i to normalne. I nawet gdy złapie mnie silny atak bólu podbrzusza mój kochany skacze koło mnie, pozwala żebym mocniej ścisnęła jego rękę, czasem nawet wbiła pazury i nigdy nawet mi nie zwrócił na to uwagi – wręcz przeciwnie pyta co może jeszcze dla mnie zrobić, czasem wymasuje mi plecy. Naprawdę, jeżeli macie normalnego faceta to trzeba być przy nim 100% kobietą- ze swoimi wadami i zaletami. Nawet tymi oczywistym i biologicznymi.

  2. Kurcze, a ja zawsze myślałam, że to normalne, że faceci ogarniają kobiecą fizjologię 😉 Pamiętam, jak byłam mała, stałyśmy z mamą w kolejce do kasy w markecie. Przed nami była para. Mieli ze 3 rzeczy w tym podpaski. Trochę się zdziwiłam, że ta dziewczyna przy swoim facecie kupuje podpaski (jeszcze nie miesiączkowałam) ale mama powiedziałam, że przecież to jest normalne. I tak mi takie przeświadczenie we mnie zostało. Na kumpli też zawsze w miarę normalnych i bystrych trafiałam, i jakoś zawsze czaili czemu piwko nie i wyjście nie i jestem zwłokami chociaż nie jestem chora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *